poniedziałek, 7 czerwca 2010

"Wrogowie publiczni" reż. Michael Mann


Z tęsknoty za kinem gangsterskim i mając do wyboru dwa filmy: klasykę w postaci "Człowieka z blizną" oraz względną nowość, czyli "Wrogów publicznych" w reż. Michaela Manna, wybrałem ten ostatni. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Uwielbiam bowiem "Ostatniego Mohikanina" tegoż reżysera oraz jego "Gorączkę", do której powtórzenia przymierzam się zresztą od pół roku. Skoro więc powtórka się nie udała, postanowiłem "spotkać się" z Mannem w jego najnowszym obrazie, traktującym o Johnie Dillingerze, jednym z najbardziej znanych rabusiów bankowych, jacy działali na terenie USA w okresie dwudziestolecia międzywojennego. I żeby nie owijać w bawełnę, od razu powiem, że "Wrogowie publiczni" to film niezły. Jednak przy takiej obsadzie (Johnny Deep, Christian Bale) i z takim facetem na stołku z napisem "director", "niezły" to cholernie blado wypadający komplement. Powinno być: olśniewający, wbijający w fotel, fantastyczny. Dlaczego więc taki nie jest?
Film opowiada historię, rozgrywającego się na przestrzeni dwóch lat, od 1933 do 1934 roku, pojedynku, między Dillingerem (Deep), a BI (bo Biuro Śledcze, mimo zabiegów jego ówczesnego szefa J. Edgara Hoovera, wciąż nie było Federalne), reprezentowanym przez agenta specjalnego Melvina Purvisa (Bale), będącego "mózgiem" operacji przeciw wrogowi publicznemu nr 1. Na taki bowiem właśnie przydomek zasłużył według przedstawicieli prawa człowiek, który kpił sobie z agentów, dokonując spektakularnych ucieczek z zakładów penitencjarnych i nie mniej szalonych napadów rabunkowych. Jego historię ładnie streszczają słowa Clarka Cable z gangsterskiego klasyka "Wielki gracz", ostatniego obrazu obejrzanego za życia przez JD. Gable w jednej ze scen mówi: "Zawsze chodź z podniesionym czołem i dobrze wycieraj nos. Umrzyj tak, jak żyłeś. Szybko. To najlepszy sposób. Niczego nie przeciągaj. Takie życie nic nie znaczy."
Wypisz wymaluj, żywot Johna.
Deep gra bardzo dobrze. Jego Dillinger jest początkowo pewnym siebie bon vivantem, któremu świat leży u stóp i który niczego się nie boi. Bierze co chce i dostaje wszystko o czym zamarzy, przy czym kieruje się specyficznym kodeksem honorowym, który zjednuje mu nawet przychylność społeczeństwa. "Lubię bejsbol, kino, markowe ubrania, szybkie samochody, whisky... i ciebie.", mówi do swej wybranki i taki właśnie jest. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i na twarzy filmowego JD (czy to nie zabawny zbieg okoliczności, że obaj panowie mają te same inicjały?), odbijają się wszystkie troski jakich dostarcza mu bezpardonowa nagonka stróżów prawa.
Wszystko to brzmi nieźle, co zatem mi się nie podobało. Ujęcia z ręki, które pasują do filmu gangsterskiego jak pięść do oka, a których nie znoszę nie tylko w takim kinie. Sztywny jakby mu kto kołek wsadził w ..., Bale, który zesztywniał na potrzeby "Equilibrium" i tak mu już chyba zostało. I na koniec kompletny brak emocji płynących z ekranu, które sprawiłyby, że kibicowałbym którejś ze stron.
Gdybym miał powiedzieć dlaczego warto obejrzeć? Świetny soundtrack z klasykami bluesa i jazzu, doskonale wpasowanymi w kadry, nie sprawiający zawodu Deep oraz klasyczne sceny kina gangsterskiego, czyli pościgi DeSoto i strzelaniny z użyciem pistoletów maszynowych Thompsona.

2 komentarze:

  1. "Bale, który zesztywniał na potrzeby "Equilibrium" i tak mu już chyba zostało."
    :D:D
    widziałam jak dla mnie przydługawy nieco film.. i faktycznie niby dobry ale cos nie teges :)p
    obejrzałam ze wzgledu na Depp'a którego cenie bardzo.
    Klimat generalnie ok, te ich ubrania, samochody.. takie gangsterskie do bolesci. Cud :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Soundtrack świetny, ale film mnie nie zachwycił. W ogóle nie rozumiem, dlaczego w filmach pokazuje się złodziei jako świetnych gości, podczas gdy oni po prostu okradają i/lub zabijają zwykłych ludzi. Nie ma w tym niczego romantycznego.

    (Nawiasem pisząc - przyznaję, że zawsze płaczę na końcówce "Ostatniego Mohikanina"...:))

    OdpowiedzUsuń

"Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników je zamieszczających. Prowadzący bloga nie ponosi odpowiedzialności za treść tych opinii."