piątek, 29 kwietnia 2011

"Atlantyk - Pacyfik" Melchior Wańkowicz


Najpierw był wpis
Agnes na temat czytania zapomnianych, książkowych "staruszków", a potem notka bsmietanki o "Atlantyku ...". Stąd zaś już tylko krok do sprawdzenia czy ja tu o Wańkowiczu pisałem i delikatny pąsik na pysku, że jednak nie. A przecież coś było ... Szybkie poszukiwania na stronie prk, gdzie leżakuje troszkę moich staroci i oto jest:


"Atlantyk - Pacyfik" to zebrany w jedną całość zbiór felietonów, które powstały podczas podróży Wańkowicza i jego żony z Wschodniego na Zachodnie Wybrzeże oraz podczas ich późniejszego pobytu w fundacji Hartforda (fundacji wspomagającej pracę twórczą artystów, w tym pisarzy), która była celem owej długiej (kilka tysięcy kilometrów) podróży.
Czyta się tę książkę znakomicie, bo Wańkowicz, mimo kilku zacukań, kiedy to próbuje pisać bardzo górnolotnie i nad wyraz mądrze, styl ma potoczysty, a język giętko-cięty. Wraz z nim poznajemy USA lat pięćdziesiątych, a ponieważ autor podróżuje w sposób, który pozwala mu jak najwięcej obejrzeć (choć niekoniecznie logiczny), mamy okazję zwiedzić wraz z nim prawie wszystkie stany południowe i poznać ich specyfikę. Dodatkowym atutem jest filtrowanie spostrzeżeń przez pryzmat "Polaka na obczyźnie" i duża ilość "poloników". Można by się czepiać, że niemożliwe jest by wszyscy rozmówcy pana Melchiora dysponowali tak olbrzymią wiedzą statystyczną, on sam jednak przyznaje, iż czasem zdarzyło mu się konfabulować, wkładając gusowskie dane w przygodne usta. Należy mu jednak ten zabieg wybaczyć, gdyż książka zyskuje na tym poznawczo.
Poza tym największym plusem jest próba wyjaśniania ówczesnemu (lata 60-te), polskiemu czytelnikowi pewnych rzeczy związanych ze Stanami, które dzisiaj znamy z własnego zamerykanizowanego podwórka. Uśmiech mój budziło tłumaczenie słowa "sucker" jako "osesek", podczas gdy obecnie nabrało trochę bardziej pejoratywnego znaczenia. Przykłady można by mnożyć.
Jednym słowem - polecam. Po pierwsze, dobra zabawa. Po drugie, można zauważyć wiele podobieństw między USA lat 50., a dzisiejszą Polską (Wańkowicz opisuje np. coś na kształt bookcrossingu). Po trzecie, za świetne uważam opisy relacji mąż - żona, których autor nam nie szczędzi. Po czwarte ... A może już wystarczy?

5 komentarzy:

  1. No proszę! :) A czytałeś kolejne dwie części? U mnie już czeka Królik i oceany

    OdpowiedzUsuń
  2. bsmietanka Właśnie nie, więc kolejny pąs :D Ale nadrobię.

    OdpowiedzUsuń
  3. Skąd Wy bierzecie takie fajne tytuły? Ja też chcę...ale w sumie jest dobrze...mam cały stos do czytania...ale tak ładnie mnie zachęciłeś że sam przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  4. pisany inaczej To proste. Idziesz do biblio, włazisz między półki i szukasz pozycji z co najmniej półcentymetrową warstwą kurzu. A potem to już z górki :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Kocham Wańkowicza :) "Ziele na kraterze" szczególnie - wiem, banalnie, ale nic na to nie poradzę ;) A tego jeszcze nie czytałam, co oznacza, że pora na wizytę w bibliotece... Na szczęście (a może i nie?) tego typu pozycje nie są tak rozchwytywane i można się nimi cieszyć bez przeszkód ;)

    OdpowiedzUsuń

"Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników je zamieszczających. Prowadzący bloga nie ponosi odpowiedzialności za treść tych opinii."