poniedziałek, 29 października 2012

Tłum, duchota i ciasnota, a micha się cieszy.

Cała ta historia zaczęła się w pewien piątek. Za lasami, za górami, na których śnieg … Zaraz, kurna, jaki znowu śnieg?! A taki zwykły, zniebalecący, biały i po drodze głośno wołający: “A opony letnie! A opony letnie!”. Telefon do znajomego, który wśród rozlicznych interesów prowadzi też wulkanizację, przywrócił nadzieję. Bladym świtem, dokonano nieoczekiwanej zmiany gum. 
Pojechaliśmy.
Dziwne, że na miejscu nie przywitał nas Noe, machający ze zwierzakami z pokładu arki. Jasnym stało się dla nas, że jeśli nie znajdziemy na jakimś śmietniku wyrzuconej przez kogoś przypadkiem ceraty, to marne są szanse na dotarcie na miejsce w stanie suchym. Zresztą. Pal licho my, ale targaliśmy ze sobą spory zapas książek do autografienia. Uratowała nas kupiona w kiosku parasolka. Jedyne 8,50 PLN, a radość jak z nowego mercedesa.
Dotarliśmy.
Brak ogonka przed wejściem. Fajnie. W środku dziki tłum. Niefajnie. Ja do kasy, Kitek do szatni, bo najważniejszy jest plan.
Weszliśmy.
Kitek udał się na stoiska, ja udałem się na panela pt.”"Blogerzy książkowi - przyszłość krytyki literackiej?". Wiem, wiem. Zarzekałem się, że nie, ale przyznam szczerze, że kilometrowy spacer w deszczu trochę mnie wyczerpał, a jedyne miejsca siedzące były w sali seminaryjnej, w której odbywało się spotkanie. Posłuchawszy części dyskusji i stwierdziwszy, że choć dyskutanci fajni (acz prowadzący mocno stremowany), to jednak panel nihil novi do debaty, która toczy się w sieci nie wnosi, zaczepiłem engę, przedstawiłem się jej oraz fri2go i Sardegnie, i życząc wszystkim, żebyśmy się spotkali na hali (zwracam uwagę na element liryczny relacji), pognałem do Żony, by łowy rozpocząć.
Zacząłem metodycznie, a Kitek ze stoicyzmem i godnościom osobistom towarzyszył mi w lataniu z jednego końca hali w drugi, bo teraz ten autor tu, a tamten tam, a tak w ogóle to chyba się zgubiłem. Moja metodyczność okazała się być cholernie chaotyczna. Niemniej jednak załatwiliśmy:
- kuluarowe, miłe i okropnie krótkie spotkanie z Agnieszką, Anią i Robertem (kolejność alfabetyczna),
- autografy, które pojawiać się będą w postaci fotek przy odpowiednich wpisach (m. in. u panów poniżej),
- przekazanie słów wdzięczności twórcom, których cenimy i chcielibyśmy by nasze słowa uznania uskrzydliły ich do dalszej, owocnej pracy,
- kupno paru książek,
- ból nóg, który przechodzi dopiero dzisiaj.



Żeby się nie rozpisywać. Na NIE: ceny (u niektórych wystawców wzbudzały uśmiech politowania, więcej w komentarzach u Rzeżuchy), zaduch (sprawiał, że jedynym sensownym ubiorem wydawała się być hawajska koszula pana Cejrowskiego), tłok (w okolicach spotkań z celbrytami sprawiał, że mnie chłopa słusznej wagi, tłum rzucał w te i wewte, jak niewprawnego bosmana litr rumu), rozdawacze (rekordziści atakowali mnie po kilkanaście razy, za nic mając moje “dziękuję”). Na TAK: ludzie (blogerzy, autorzy, obsługa stoisk i tylko pani która mnie staranowała jak... taran?, nie pozdrawiam), atmosfera (nie mylić z duchotą; miło jest popatrzeć ilu osobom chce się jeszcze przyjść i popatrzeć na książki), zakupy (mimo cen, zawsze miłe).

A teraz prywatne migawki. Mało śmieszne, ale innych nie mam.

1. Mina Pawła Beręsewicza, kiedy dwumetrowy olbrzym kucnął przy nim i sięgając w głąb plecaka, wyszeptał konspiracyjnie: “Panie Pawle, musimy to zrobić szybko!”, bezcenna. Kiedy zacząłem wyciągać książkę “Warszawa. Spacery z Ciumkami”, uśmiech zrozumienia rozjaśnił twarz autora. Podziękowałem za świetne książki i dowiedziałem się, że najwięcej Beręsewiczów jest w “Wielkiej wyprawie …”. W tym czasie dokonał się akt wpisywania dedykacji i usłyszałem: “To może oddam ją panu pod stolikiem?”. Tak też się stało. Baaaardzo sympatyczny człowiek o ile można to ocenić w trzy minuty.

2. Pan Lutczyn został przeze mnie pozdrowiony od momarty. Trochę zdziwiony, że nic więcej, oprócz sieciowej ksywy, nie mogę na temat pozdrawiającej powiedzieć, przeszedł nad tym do porządku dziennego. W zamian podzielił się informacją, że w jednej z sieci supermaketów będzie można niedługo nabyć pojedyncze książeczki z serii “Poczytaj mi mamo”. M. in.: “Daktyle” i “Co w rurach piszczy”.

3. Najpierw zaskoczył mnie kompletny brak ludzi przy stoisku Karakteru, na którym Alain Mabanckou podpisywał swoją najnowszą książkę. Potem zaskoczył mnie brak gotówki w portfelu. Na koniec (po pozyskaniu kasy od Kitka), zaskoczyłem autora pytaniem o to, czy w jego powieści, którą trzymam w rękach znajdę takiego fajnego pijaka jak w “Kielonku”. Odpowiedź troszkę mnie..., no co? Zaskoczyła.

4. Po zakupach u jednego z wydawców zapytałem czy to może któraś z miłych pań korespondowała ze mną w sprawie współpracy. Zdezorientowana rozmówczyni nie bardzo wiedziała o co mi chodzi, więc wyjaśniłem, że jestem autorem bloga. Pani się troszkę zmieszała i zaczęła wyjaśniać, że listę współpracowników mają już zamkniętą i niestety nic się nie da zrobić. Dopiero kolejne wyjaśnienie, że chodziło mi tylko o pozdrowienie owej pani, rozładowało napięcie.
 
Dość, bo mógłbym zanudzać godzinami. Jak będzie potrzeba dopowiem w komentarzu. Spragnionych wrażeń wizualnych zapraszam do Dziennika Literackiego, którego autorce ślicznie dziękuję za pozwolenie wykorzystania swoich zdjęć.

52 komentarze:

  1. Najważniejsze, że mich się cieszy. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie. Nawet jak w sakiewce pusto :)
      PS. Najpierw przeczytałem "mnich" i dłuższą chwilę myślałem, czy my aby o tym samym :P

      Usuń
    2. No co, szybko pisałam i a mi zeżarło. A o tym samym na pewno. A że w sakiewce pusto- nic to, kiedyś tam przybędzie, no i jest jeszcze sakiewka Kitka :) do wspomożenia

      Usuń
  2. Tak,śnieg "zniebalecący" sprawił ogromną niespodziankę.
    Z migawek powyższych widać, że faktycznie wyprawa udana. Już parę relacji z Targów poczytałam, powtarza się motyw cen wcale niepromocyjnych, ale i atmosferę -spotkania chwalą liczne głosy.
    Mnie mimo wszystko do imprez spędowych tego typu nie ciągnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja spędów też nie lubię, ale gdzie, do diaska, dane mi będzie spotkać włoskiego ilustratora, który oczarował mnie swymi obrazami? U mnie na wsi, za stodołą? Więc się spakowałem i wio. Zresztą, ja kwardy jestem :D

      Usuń
  3. Czytam te relacje, czytam, komentuję je z rzadka, no bo co tu napisać, jak się samemu nie było? Ale Twoja relacja jest najlepsza :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękować, dziękować. A co do komentowania, to w modzie, w takich razach jak Twój, jest utrzymane w żałobnym stylu utyskiwanie na to, że się nie było. I zazdroszczenie. :P

      Usuń
    2. Aaa, widzi Pan :) ale ja to ogólnie jakoś za modom nie nadanżam, ubrania też mam raczej z tych wygodnych ;)

      Usuń
    3. Moje, po latach noszenia, też się już zgrały z ciałem. Z drugiej strony była kiedyś taka moda wśród celebrytów, że łazili po ciuchach i podniecali się gaciami od Kleina po 3 PLN za kilo, to może i bazylowe, wytarte na dupsku, nachy, podchodzą pod jakiś modny trynd :P

      Usuń
  4. Nie będę utyskiwał, że nie byłem - taki będę oryginalny:) A element liryczny relacji szalenie misię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet myślałem o dytyrambie, ale ten z definicji jest pochwalny, więc ... A brak Twojego utyskiwania w ogóle nie jest zaskakujący ni oryginalny. W ogóle :D

      Usuń
    2. Ech, znaczy jestem wtórny, buuu:(

      Usuń
    3. A tak w ogóle, w morzu gadżetów reklamowych, nie wpadła mi w ręce gazetka z tym Twoim kotem w okularach i z autografu będą nici :( Za to (UWAGA, CHWALĘ SIĘ), rozpoznał adres na mojej koszulce pan Marcin Pałasz, autor książek o Elfie, co wprawiło mnie w zdumienie. A i Kitek jakoś dziwnie na mnie spojrzał :D

      Usuń
    4. Ja też gazetki nie mam, może dostanę egzemplarz razem z fuferkiem, o którym już zapomniałem. Ale jeśli koniecznie będziesz chciał autograf, to wydrukuję kota:)

      Usuń
  5. To ja z kolei będę modna - Olaboga, nie było mnie! Dziękuję :)

    A tak na poważnie, to kiedy Anek wpadła wreszcie na spotkanie blogerów na Brackiej i powiedziała, że Wielkiego Bazyla widziała, i Kitka, to mi się łza w oku zakręciła. Na przyszły rok powinieneś się wystarać o własne stanowisko i coś podpisywać (wydruki postów, słusznie polecone książki, bilet, pocztówkę, cokolwiek). Jakość imprezy wzrośnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż mogę rzec. Może trawestując filmowego klasyka: "Oj, vivuś, vivuś, już Ty w tym roku na Targi nie pojedziesz!!!". Proszę.
      Na przyszły rok postaram się o nocleg. I nie wiem jak jakość imprezy, ale ilość spożycia napojów uciesznych wzrośnie na pewno :)

      Usuń
    2. W takim razie obowiązkowo za rok widzimy cię na spotkaniu blogerów! Specjalnie dla ciebie znajdziemy miejscówkę z piwem dobrym a tanim :)

      Usuń
    3. Tanie piwo na Starym Mieście??!! Zaprawdę, dam wiarę, jak już przybędę, na własne oczy zobaczę i kieszeń dzięki temu fenomenowi oszczędzę :)

      Usuń
    4. Zatem ja już szukam taniego piwa a ty rezerwuj czas na przyszły rok :D

      Usuń
  6. A mogę spytać, co ci odpowiedział autor "Kielonka"?:) Co to za tajemnica?:) Byłam na spotkaniu z nim pozatargowym, w ramach festiwalu Conrada i też mam, nie omieszkam się pochwalić, jego cyrograf. Pisarz ma temperament, oj ma!:) I talent krasomówczy, oj ma!

    Relacja z targów przezabawna, a uwaga co do najwygodniejszego ubioru oczywiście słuszna, ale kto by tam się odważył ubrać się tak jak Cejrowski? To byłaby nawet kradzież jego wizerunku! Prawa autorskie przecież obowiązują!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisarz najpierw popadł w stupor i obawiałem się czy nie jest on czasem spowodowany rozmyślaniami w typie: "Ach, ci Polacy! Tylko im picie w głowie." :) Po chwili odezwał się do tłumaczki i znów zamilkł patrząc w kierunku sufitu. Pani wyjaśniła, że autor przypomina sobie co też on tam w tej książce nawypisywał. Rozbawił mnie tym niesamowicie. W końcu okazało się, że coś dla miłośników alkoholu w literaturze w znajdzie się także w "Jutro skończę dwadzieścia lat".

      Usuń
    2. Czasami wydaje mi się, że pisarze nie mają głowy do własnej fabuły, tylko my, czytelnicy, czepiamy się jakiś szczegółów i oczekujemy bóg-wie-czego.;) A pisarzowi może coś się po prostu ładnie napisało i 20 stron później nie pamięta, czy główny bohater popijał wino palmowe czy rum.;)

      Usuń
    3. Ależ ja nie z pretensją, a z sympatią. Sam pewnie też bym tak miał, z tą różnicą, że ze wstydem musiałbym przyznać się, że nie pamiętam. Całe szczęście mnie to, z racji braku aspiracji literackich, nie grozi :)

      Usuń
    4. Ja też nie z pretensją/przytykiem/itp. Podzieliłam się tylko refleksją.;)
      Przynajmniej oryginalnie zagaiłeś, w końcu autor w pewnym momencie też ma pewnie dość tych samych pytań.;)

      Usuń
    5. :D :D :D Świetna anegdotka! Może jednak pomyślał, że nam Polakom tylko picie w głowie?:) Szkoda, że nie widziałam tej zamyślonej miny pisarza wywołanej pytaniem o alkohol i pijaków:)

      Usuń
  7. Ja wiedziałam, Bazylu że Ty fajny gość jesteś, ale że aż taki? Przepraszam, że byłam człowiekiem małej w Ciebie wiary:P
    Odkąd dowiedziałam się, że pan Lutczyn został ode mnie pozdrowiony, moje życie nabrało od razu innych barw (a nie jest mi dziś wesoło, niestety), ba! posunęłabym się nawet do czegoś w rodzaju odkrycia jego sensu, czy jakoś tak:) To daj jeszcze cynk, gdzie te rury będą (daktyle mam, nawet w pierwodruku, ale rury to jest coś, co bym łyknęła), a postawię Ci kapliczkę na mym biurku (mam wstępną zgodę Małżonka).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Rury" i reszta mają być w Carrefourze :D Kapliczki uprasza się nie stawiać, bo kobieta zmienną jest i już wkrótce może ona posłużyć do tajemnych praktyk voodoo z wbijaniem szpilek w woskową postać Bazyla włącznie.

      Usuń
  8. Czyli nic się prawie nie zmieniło. Tyle że blogerzy dostali osobny pokoik.No i nie było żadnych wielkich nieobecnych. po prostu po latach doświadczeń przestano Wielkich zapraszać. Bo i tak nigdy nie przyjeżdżali ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bazyl,
    ty mnie tak po chłopsku wytłumacz, dlaczego spore grono uczestników vel blogerów narzeka, że małe rabaty, kiepskie ceny, brak możliwości płatnością kartową? Toż to może oczekują, że bliżej będzie do targowiska?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może dlatego, że to TARGI ;)

      Usuń
    2. Krzysztof A dlaczego sądzisz, że jestem władny wypowiadać się w imieniu "sporego grona ..."? Mogę Ci spróbować odpowiedzieć, dlaczego ja narzekałem.
      Nie rozumiem polityki wydawnictw, które z jednej strony narzekają na swoją trudną sytuację i oszczędzają na czym mogą (tłumaczenia, korekta, redakcja), a z drugiej, mając okazję zarobić (wiem, wiem, tych nabywców nie ma znów tak wielu, więc trzeba ceną, ceną), marnują ją nieatrakcyjnymi cenami, czy brakiem obsługi wszelkich form płatności. A ceny można nazwać nieatrakcyjnymi, skoro książka sprzedawana bez pośredników potrafi być droższa o 10 PLN niż w internetowej hurtowni, pobierającej przecież myto.
      Jeśli zaś chodzi o przerzucanie się nazewnictwem, to skoro mowa o targach, to niech to rzeczywiście będą targi, bo przy obecnej formule, to rzeczywiście bardziej poprawne byłoby targowisko. I żeby choć targować się dało :D
      Anonimowy Argument średnio trafiony, bo wg SJP targi to "wystawa krajowa lub międzynarodowa dająca przegląd eksponatów (...)". Przegląd, a nie możliwość kupowania prezentowanych towarów :)

      Usuń
    3. Anonimowy Chociaż wiki podaje, że jednak "ze sprzedażą". Ale kto by tam wierzył wiki :P

      Usuń
    4. Gdyby nie było sprzedaży, to byś tych książek nie miał :P
      Czyli wiki nie taka zła jak ja malują ;)

      Usuń
    5. Mylisz się. Miałbym i to taniej, bo nie byłoby okazji do ulegnięcia owczemu pędowi, za to byłby czas na rozsądne zakupy w Sieci. Tylko, że w domu powitałyby nas smutne pyszczki, a tak, radochi było po pachi :)

      Usuń
  10. A teraz Bazyl czysto teoretycznie, książki z rabatami po 50-80%. Wiesz co by się działo? Targowisko, każdy przyjeżdża po książki i ma gdzieś - dyskusji, autorów etc. Wiesz, tak se myślę, że to jakiś dla mnie niezrozumiały pęd (myślowy), że na targach książki muszą być okazje cenowe. Gdzieś to mi się przeczy w moim małym móżdżku, ale jak często podkreślano w relacjach, że nie dowiedziałam się nic, czego nie wiedziałam wcześnie/ nie powiedziano nic nowego, to i faktycznie może pozostają ceny.

    A dlaczego nikt jeszcze nie podjął tej drugiej strony, dlaczego tak mało zarabiamy?

    Co do polityki wydawniczej, temat też był wałkowany i po to są takie targi, aby wydawcy zobaczyli jak to z drugiej strony (czytelniczej) wygląda, a że to nie działa (formuła targów?), to inna sprawa.

    Bazyl, co ty się tak denerwujesz! Jak pytam się Ciebie, bo wiem, że potrafisz poprawnie formułować odpowiedzi :D Więc skąd nagle przekonanie o moim sądzeniu o Twojej roli przewodniej ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie mówię o rabatach rzędu 80%. Mnie się tylko wydaje, że skoro w dzisiejszych czasach można sobie podejść do towaru, pstryknąć mu fotkę i dowiedzieć się że w sklepie Knigitaniejakbarszcz książkę A dostaniemy za złotych 10, to z czystej przyzwoitości można by się do tej ceny na Targach zbliżyć. I myślę, że w samej formule niewiele by to zmieniło, bo, moim skromnym zdaniem, mylisz się, wieszcząc najazd książkowej barbarii, zainteresowanej jedynie okazjami cenowymi. Zresztą, jeśli byłeś, to z łatwością mogłeś zauważyć, że naród w większości ma w odwłoku panele i dyskusje, a raczej przyszedł, bo Kwaśniewska autografy dawała i fotkę z Nergalem można było strzelić :) Ci zainteresowani wydarzeniami około książkowymi stanowią naprawdę niewielki ułamek całości.
      Naprawdę życzyłbyś sobie dyskusji o zarobkach? Może pozostańmy jednak przy książkach :)
      Nie denerwuję się. Wyjaśniłem, że nie mogę Ci wytłumaczyć dlaczego inni narzekają. A moje przekonanie, o Twoim sądzeniu, o mojej roli przewodniej, to, wybacz, dorzuciłeś przed chwilą :)

      Usuń
    2. To ja całkiem nie rozumiem wydawców. Skoro chcą porozmawiać z czytelnikami, to po co na targach sprzedają? Mamy przecież festiwal Conrada - ludzie przychodzą. Są fora, blogi.

      Usuń
    3. No właśnie festiwal jest tym "czymś" pomiędzy czytelnikiem i autorem, a targi między czytelnikiem a wydawcą (może też reklamodawcą)? Pewnie się mylę... ;)
      Ale kończąc dywagacje, fajnie było... :)

      Usuń
  11. A może uczestnicy płacą za książki drożej właśnie z powodu tych wydarzeń około-książkowych, płacą za samą możliwość uczestniczenia, obejrzenia, otarcia się, zdobycia autografu itp. :) Poza tym działa chyba ta presja miejsca, która sprawia, że (jak sam powiedziałeś kupujesz trochę wbrew rozsądkowi, mimo, że zastanowiwszy się, wybrało by się korzystniej i to co naprawdę "najniezbędniejsze") bo taka "impreza" i wrócić bez książek. No a w końcu mimo pustego mieszka to przecież sama radość, mimo tłoku, duchoty itp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja za rok, jeśli nic się po drodze nie wydarzy, będę jednak taszczył swoje, nabyte w Sieci. Pewnie, że fajniej i wygodniej byłoby nabyć na miejscu, ale bardziej przekonuje mnie to, że trzy nabyte na TK to strata jednej, którą kupiłbym za osczędzoną kasę. No i o ile rozumiem wykorzystanie atmosfery targów, to jak wyjaśnić prawie okładkowe ceny w e-sklepach wydawnictw?

      Usuń
  12. Dość, bo mógłbym zanudzać godzinami. - bynajmniej nie miałabym nic przeciwko! Ta świetna relacja mogłaby nigdy się nie kończyć.
    Dlaczego taka konspiracja z Beręsewiczem? Pomyślałam, że prezent-niespodzianka dla chłopców, ale na targach z Wami nie byli?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękować. A konspiracja? W Krakowie, otoczeni mieszkańcami grodu, a książka o ... Mam pisać dalej? :-)

      Usuń
    2. Nie wiedzieć czemu miałam fiksację mikołajowo-gwiazdkową. Dzięki za objaśnienia, już wszystko jasne. :)

      Usuń
  13. Ja też nie mam nic przeciwko Twemu "zanudzaniu" :) odnośnie spotkania, cała przyjemność po mojej stronie i mam nadzieję, że nadarzy się jeszcze okazja zamienić parę słów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coraz więcej osób przebąkuje o jakiejś branżowej nasiadówce w głuszy :-) Ja co prawda do branży nie bardzo się poczuwam, ale wypicia w zacnym towarzystwie nigdy nie odmawiam :-)

      Usuń
  14. wreszcie coś osobistego, anegdotki, a nie tylko lista obecności. Tego mi brakowało. A opowieść o 'musimy zrobić to szybko' rozłożyła mnie na łopatki.
    A co to znaczy 'zniebalecący'?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ojej, już wiem, co to jest zniebalecący. O ja durna!

      Usuń
    2. Byłem osobiście, to jakbym mógł nie pisać czegoś osobistego? Specjalnie dla Ciebie - Kiedy stanąłem przed ladą u Vespera i w milczeniu czekałem na swoją kolej, Piotr z wydawnictwa podniósł głowę i spytał: Po nową Flawię? Ile sztuk tym razem? Pytanie niebezzasadne, bo rok temu kupowałem trzy sztuki trzeciego tomu. Swoją drogą, co za pamięć!

      Usuń
    3. Ależ to wspaniałe, że Pan pamiętał, to takie niepolskie. U nas handlowcy nie mają zwyczaju pamiętać imion ani twarzy. A tu taki prawdziwek.
      A jeśli idzie o ceny, też jestem oburzona

      Usuń
    4. Ha, dla mnie jedną. A Flawię sobie kupię, kupię, tylko zobaczę, gdzie będzie tańsza, bo wiadomo ten tego. Nabytki trzeba ograniczać.

      P.S. Niby tłoczno, niby duszno, niby ceny nie takie, a ja jestem zwierzę towarzyskie i chętnie bym się tam pojawiła. Ech.

      Usuń

"Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników je zamieszczających. Prowadzący bloga nie ponosi odpowiedzialności za treść tych opinii."