Pokazywanie postów oznaczonych etykietą [Magiczne obrazki]. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą [Magiczne obrazki]. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 lutego 2025

Kajko i Kokosz. Złota kolekcja. Tom 1 - Janusz Christa

Ponieważ w mojej WBP planszówki są zgromadzone w Mediatece, to zdarza mi się wychodzić stamtąd dzierżąc w łapkach nie tylko pudełka z grami, ale i książki dla dzieci i młodzieży. Furda, że dzieci wyrosły, sentyment pozostał, a i wydawnictwa nie próżnują i na rynku pojawiają się rzeczy po prostu świetne (wypożyczony jakiś czas temu "Brud" trzymam pod ręką na stoliku nocnym i podczytuję z uciechą po dwa, trzy rozdziały). Tym razem jednak, pod wpływem feblika, zabrałem ze sobą naręcze Kajków i Kokoszów w jubileuszowym wydaniu nazwanym Złotą Kolekcją. Czy lektura pierwszego tomu zawierającego album "Złoty puchar" oraz dodatki w postaci wstępu pióra córki twórcy, Pauliny oraz posłowia Krzysztofa Janicza, w którym poznajemy historię zarówno rysownika jak i jego twórczości, była zawodem, przyjemną podróżą w czasie czy jeszcze czymś innym? Śpieszę wyjaśnić.
 
Słowiańscy wojowie, którzy wyewoluowali z marynarskich przygód Kajtka i Koka, okazali się być prawie moimi równolatkami. Siłą czasu (są odrobinę starsi) i geografii nie mogłem towarzyszyć im przy narodzinach na łamach "Wieczoru Wybrzeża", ale ponad dekadę później pani kioskarka odkładała do tekturowej teczki kolejne numery "Świata Młodych", bo pewien młody człowiek ciekaw był co też się w dziedzinie księcia Mirmiła wydarzyło. Czytałem zatem przygody gapowatego, ale dysponującego monstrualną krzepą Kokosza, a mych myśli nie zaprzątały dywagacje na temat tego czy wzięła mu się ona na skutek wpadnięcie do kociołka z magicznym wywarem czy też od spożywania swojskiej kaszy z omastą, tylko w dużych ilościach. Zachłannie pochłaniałem opisy kolejnych forteli wymyślanych przez robiącego w tej parze za inteligenta, Kajka. Z uciechą oglądałem małżeńskie awanturki księcia i chodzącej w innej niż ślubny kategorii wagowej, księżnej Lubawy. Słowem, byłem fanem, a na mojej półce piętrzył się stos zeszytów z zawartością wykreowaną umysłem i rękami Janusza Christy. Stos, dodajmy, przez moją skłonność do pożyczania na prawo i lewo, zaginiony w pomroce dziejów.
 
Tak było przed laty. Teraz do lektury siadł zgorzkniały, pięć krzyżyków dźwigający na grzbiecie cynik i zamiast cieszyć się jak dziecko z powrotu do przeszłości, zaczął szukać dziury w całym. I wymyślać. A to, że go kokoszowe gapiostwo drażni, a to, że go kajkowe przemądrzalstwo denerwuje, a to że złole jacyś niepozbierani, a to, a śmo ... Tymczasem prawda jest taka, że trzeba było do tej lektury podejść mniej analitycznie, a bardziej z sercem na dłoni. Nie dociekać czy seria wzorowała się na komiksach Goscinnego i Uderzo (a pewne kalki w KiK świadczą, że autor znał przygody Galów) i czy jest od nich lepsza czy gorsza. Jest po prostu inna, osadzona w innym, bardziej "moim", kontekście kulturowym i doskonale sobie w nim radząca. Zabawna, choć może nie zawsze w sposób tak wyrafinowany jak chcielibyśmy, ale za to czasem tak trafiający do czytelnika, że ten przez dziesiąt lat używa tekstów z niej pochodzących (choćby: "Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół"). W skrócie, warta ponownego przeczytania, tym bardziej, że wspomniane wyżej dodatki (wstęp i posłowie) rzucają światło na pracę rysownika w czasach PRLu i trudności jakie w tej siermiężnej rzeczywistości musiał pokonać komiks jako gatunek (tfu!, zgniły Zachód), żeby przebić się (choćby przez cenzurę) i dotrzeć do czytelnika.
 
Żeby jednak choć odrobinę, choć troszeczkę pojątrzyć, to wydaje mi się, że KiK zestarzali się gorzej niż Tytusy. Ale to tylko moja prywatna opinia.

wtorek, 25 stycznia 2022

"Trzeba ratować święta!" Benjamin Renner

 

Różne są sposoby na poprawienie sobie humoru. Jedni przełamują chandrę za pomocą 50 gramów czegoś mocniejszego (sam posiadam w spiżarni Matkę Pocieszycielkę na trudne chwile), inni focha na świat niwelują waleniem w worek treningowy albo dziesięcioma ostrymi kilometrami daleko poza sferą komfortu. Co kto lubi. My czytelnicy lubimy sobie na takie okazje sięgnąć do sprawdzonych, rozweselających tytułów. Jak to ładnie nazwała w swoim wpisie Buksy - pocieszajek. I znów. Jedni wciągną wtedy nosem dwa Pratchetty pod rząd, inni "starą" Chmielewską, a jeszcze inni dwie historie z Dekamerona. Bo...? Właśnie. Co kto lubi.

Swój, niewielki w sumie, katalog słowa pisanego, które przyprawia mnie o pozytywne wibracje, poszerzyłem ostatnio o komiks. Tak, tak, wiem, że tymi słowami rozpętałbym kiedyś dyskusję czy komiks to słowo pisane czy też raczej obrazki ze szczątkowym tekstem. Rozpętałbym... kiedyś... Ale ja nie o tym.

Benjamin Renner jakiś czas temu wprawił mnie w zachwyt swoim "Wielkim złym lisem" i to był jeden z tych niewielu momentów, w których prawdziwie żałowałem, że mi się nie chce pisać. "Wielki ..." też jest w ww. katalogu i mam nadzieję, że doczeka się osobnego, entuzjastycznego wpisu na jaki zasługuje. Cholera! Do brzegu!

"Trzeba ratować święta!", to jak sam tytuł wskazuje historia stricte bożonarodzeniowa. Bohaterami są postaci znane już czytelnikom "Lisa", czyli neuronienormatywni: kaczka i królik, matkujący im prosiak oraz wyczilowany na maksa pies - strażnik podwórza. Dość powiedzieć, że wskutek pewnego wypadku w powiązaniu z delikatną indolencją umysłową głównych bohaterów, którą ci ostatni popierają za to tonami animuszu i wywalonych w kosmos pomysłów, dochodzi do sytuacji, w której nasi, nie bójmy się tych słów, słodcy wariaci, muszą zastąpić Świętego Mikołaja. A kto wie jakie zadania stoją przed panem biskupem od sań i reniferów, ten zdaje sobie sprawę, że dźwignąć taaaaaką odpowiedzialność nie jest łatwo. Ale kaczka z królikiem są zwierzakami, które w swych poczynaniach kierują się maksymą ślepego konia od Wielkiej Pardubickiej - nie widzą przeszkód. Żadnych!

Renner jest mistrzem oddawania stanów ducha swoich bohaterów kilkoma na pozór niedbałymi kreskami. Kiedy prosiak się złości, wiemy że jest wściekły level maks. Kiedy łasperdaki mają wielki zaciesz z nowo wymyślonej, absurdalnej akcji, to radość bijąca od nich z kadru jest nie do przegapienia. Potęga prostoty rysunku mistrza Benjamina wielką jest i basta. I nie dajcie się nabrać na małą ilość koloru i sporo bieli na każdej ze stron. W tych dość nietypowych, małych kadrach jest dokładnie to, co ma być, żeby historia mogła toczyć się w swoim szybkim, zwariowanym rytmie.

Re-we-la-cy-jny poprawiacz nastroju. Z jednej strony mamy naładowaną żartami sytuacyjnymi opowieść, która swym humorem przemawia wprost do młodszego odbiorcy. Z drugiej, starszy czytelnik, zwłaszcza rodzic, łapie odniesienia do stosunków panujących w rodzinie (prosiak jako matka kwoka, pies - ojciec, siła spokoju i w końcu nadaktywne, nabuzowane pomysłami nie z tej ziemi dzieciaki: królik i kaczka). Dla każdego coś miłego. I dlatego pewnie czytany już czterokrotnie przeze mnie i co najmniej dwa razy kartkowany z Młodszym w poszukiwaniu ulubionych "klatek" i celem wyławiania tekstów do zaanektowania ("- Problem z prosiakiem?!", "- HAU! HAU! HAU!" czy "- A prosiak? Prosiak wam niepotrzebny! - Ano ... Rzeczywiście").

BOMBA!!!

poniedziałek, 1 lutego 2016

Warsztaty komiksowe z Tomaszem Samojlikiem.

Życie w głuszy ma swoje plusy, ale też celem balansu i zachowania równowagi w przyrodzie - minusy. Jednym z tych uwierających mnie dosyć mocno jest brak możliwości, w miarę bezproblemowego, korzystania z dóbr kultury. Kino, teatr, spotkanie autorskie, warsztaty, które mieszkańcy średniego miasta mają na wyciągnięcie spaceru bądź biletu MPK, ja muszę organizować. Kombinować urlop, jechać jakieś dzikie ilości kilometrów po polskich drogach, użerać się z "daleko jeszcze", dobiegającym z tylnych siedzeń. Sami rozumiecie, nie zawsze się chce. Jednak tym razem się chciało.

Impulsem do działania był zauważony kątem oka plakat, który zdobił regał w kieleckiej Mediatece. Tomasz Samojlik? W Pacanowie? Jak mógłbym nie zaproponować wyjazdu dwóm czytelnikom komiksów pana Tomka i ogólnie zapalonym komiksiarzom. Tym bardziej, że to przecież warsztaty. Nie siedzimy i nie słuchamy, ale działamy. Ekstraordynaryjnie! Ale też i strach. Bo pewnie dzikie tłumy, bo jestem noga plastyczna, a też chciałbym porysować, bo chłopaki mało odporne na krytykę, no i czy się wkręcą i zechcą działać kreatywnie ... Dziesięć minut przy stole pana Tomasza sprawiło, że zapomniałem o każdej z tych rozterek. Ale po kolei.




Butla z wodą, dwie kanapki i szybkie wyjście. Chłopaków trzeba brać z zaskoczenia, bo inaczej zaczną dumać nad trudami podróży i bywa różnie. Tym razem chyba jednak naprawdę im zależało, bo 70 km do stolicy kóz podkuwania minęło bez perturbacji. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy na miejscu okazało się, że będziemy musieli uwagą autora podzielić się jedynie z dwoma pozostałymi uczestnikami spotkania. Jak mawia Kora w talent szoł: "kocham, kocham, kocham" takie kameralne spotkania. Tym bardziej, że dają okazję do zdobycia super wyczesanych autografów, na które przy tłumie fanów autor nie może sobie, ze względu na ograniczenia czasowe, pozwolić.


Pan Tomasz przywitał nas z uśmiechem i od razu zaskarbił sobie przychylność Starszego i Młodszego, bo pochylił się nad ich komiksowymi zainteresowaniami i pochwalił wybory ulubionych serii (Tintin oraz Calvin & Hobbes). Potem pocieszył, że piękna kreska z Marvela to nie wszystko i niezdarnie narysowany komiks też może mieć moc, a następnie przeszedł do zdradzania sekretów komiksiarskiej kuchni.



I tak od słowa do słowa, udało nam się narysować jednostronicowe historyjki i całkiem udanie, pod okiem ich twórcy, odtworzyć parę postaci z "Ryjówki przeznaczenia", "Norki zagłady", ba!, z jeszcze nie wydanego komiksu autora. Wykreowaliśmy swoich bohaterów z ich mocami i słabościami: chłopca, który wymiatał na Xboksie, ale był cienki z ortografii, naukowca, dla którego zoologia nie miała tajemnic, ale pokonywało go najprostsze równanie oraz gumofilca o nieprzyjemnym zapachu, panicznie bojącego się gwoździ. Tchnęliśmy w te postaci życie i sprawiliśmy, że przeżyły swoje przygody. I powiem jedno, te trzy godziny z okładem minęły jak z bicza strzelił, a my stwierdziliśmy, że rysowanie komiksu, to naprawdę ciężka praca.



Dziękujemy panu Tomaszowi za profesjonalizm i zabranie nas na drugą stronę komiksowego lustra oraz za przekonanie, że rysować każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. A żeby już nie zamęczać drętwą relacją, porcja kiepskich zdjęć (żeby pasowały do tekstu).








poniedziałek, 1 lutego 2010

"Iznogud. Żrący dżin" René Goscinny, Jean Tabary


Wspominałem już, że zapisałem starsze dziecko do "powiatówki"? No to teraz jeszcze dopiszę, że to był bardzo trafiony pomysł. Dlaczego? Bo podczas drugiej, wspólnej już, wizyty, Barti uniósł do domu reklamówkę książeczek o dinozaurach, a ja w koszyku z komiksami wygrzebałem sobie jeden z zeszytów o Iznogudzie. Ucieszyłem się jak mały misio z miodku, bo niecnego wezyra pamiętam jeszcze z czasów, kiedy umilał mi co nudniejsze wykłady na uczelni.
René Goscinny, który jest ojcem osadzonych w klimatach baśni z tysiąca i jednej nocy historyjek o Iznogudzie, nie wymaga przedstawiania. Komiksiarze znają go z serii o Asterixie, rodzice i reszta spaczonych dorosłych czytających książeczki dla dzieci, jako twórcę postaci Mikołajka i reszty szkolnej ferajny. Jeśli podobało Wam się jedno albo drugie, jest duża szansa, że polubicie również mieszkańców bagdadzkiego kalifatu. Nie bez kozery będzie wspomnieć, że w warstwie tekstowej Iznogud przypomina mi zabawy słowem, jakie w swych komiksach uprawiał Baranowski. No dobra, bo ja tu chodzę opłotkami, a konkretów brak.
Walka o stołki to nie wynalazek szatana, ani ludzi z Wiejskiej. Jej historia sięga czasów prehistorycznych, kiedy to jeden australopitek, obsikany z wyższej gałęzi przez innego, pozazdrościł mu pozycji. Podobnie jest z Iznogudem, wezyrem z Bagdadu, który zrobi wszystko, żeby zostać kalifem w miejsce kalifa. Nie wierzycie, że wszystko? Niech zatem wymienię przedsięwzięte przez niego i jego zausznika Pali Bebecha, środki prowadzące do usunięcia władcy - Haruna Arachida, opisane w "Żrącym dżinie". Po kolei więc próbują oni użyć: żrącego dżina, który ma zdolność rozpuszczania wszystkiego w wodzie z zamieszkiwanego przez siebie bagna, mocy pewnego maga, który czyni rzeczy niewidzialnymi, przynoszącego pecha diamentu, afrykańskiego lalkarza voodoo czy w końcu rozlepiacza afiszy, w plakatach którego można kogoś (najlepiej kalifa) uwięzić. Zatem - wszystkie chwyty dozwolone, tyle tylko, że chroniąca Arachida ignorancja i wrodzona flegma sprawiają, że straszliwe skutki machlojek wezyra skrupiają się na nim samym i jego poplecznikach.
Gorąco polecam jako świetny odstresowywacz. Tłumaczenie wykonane przez Marka Puszczewicza znakomite, dostosowane do naszych realiów (młody wokalista - Kukiz Hasa śpiewający "Ajem ajron men") i doskonałe w sferze gierek słowem (Żrący dżin mówiący: "W dawnych dobrych czasach kalif wrzucał do tego bajora wszystkich doradców, którzy mu podpadli. Nazywał to rozpuszczaniem załogi."). Dowcip sytuacyjny świetnie zrealizowany rysunkowo przez Jeana Tabariego. I duch Goscinnego unoszący się nad całością. Czegóż chcieć więcej?

wtorek, 11 sierpnia 2009

"Skąd się bierze woda sodowa" Tadeusz Baranowski


Jak świat światem, w książce to, filmie czy komiksie, od czasu do czasu zawita duet bohaterów, których pamięta cały świat. Ot, choćby Flip i Flap, Obelix i Asterix, Kajko i Kokosz i... długo by jeszcze wymieniać. Również Tadeusz Baranowski został w swej twórczości zainfekowany bakcylem dualizmu i tak powołał do życia bohaterów zeszytu "Skąd się bierze woda sodowa", czyli Bufallo - Kudłaczka i Billa Bąbelka. Ponieważ jednak, jak się wydaje, bakcyl, o którym tu mowa, był bardzo zjadliwy, na kartach komiksu zagościły też inne pary: Don Chichot i jego giermek Sączy Pącze oraz Ponury Krwiożerca z Krwiożerczym Ponurakiem. A to tylko kilka, z kolorowej galerii, spotkanych przez naszych mężnych przyjaciół, postaci.
Świetna zabawa. Te dwa słowa cisną się na usta, po obejrzeniu/przeczytaniu "Skąd się bierze ...", bo zeszyt ten wprost rozsadza zgromadzony w nim zasób humoru słownego i obrazkowego. Wędrówka Kudłaczka i Bąbelka oraz spotykające ich przygody, to majstersztyk żonglerki słowem, skojarzeniem, stereotypami i kliszami pop-artu. Yeti Baranowskiego jest pogodnym maluchem z wielkimi stopami, rewolwerowiec - dopłaca obrabowywanym, a potwór z Loch Ness jest chorobliwie nieśmiały.
No i teksty. Kultowe już: "Ależ wodzu, co wódz..." i sterta innych, w tym słynny dialog na hipopotamie:
"- Wygląda na to, że mówi co myśli.
- A ja myślę, że coś wygląda z wody.
- Coś wygląda, że ma rację... choć nie wyglądasz na to, że myślisz."
Rewelacja! Zachęcam do odkurzenia w bibliotekach, bo jest to bardzo miły czytelniczy come back. Że co? Że się rozgadałem? To ja przepraszam!

PS. Wiem, że tytułowe "... i nie tylko!" odnosi się do "Antresolki ...", ale postanowiłem uhonorować ją kiedyś osobnym wpisem :)

piątek, 31 lipca 2009

"Podróż smokiem Diplodokiem" Tadeusz Baranowski


Ludzie od dawna uganiają się za wehikułem czasu. Jak w swych wizjach pokazują literaci i filmowcy, narzędzie to pozwoliłoby, w zależności od tego w czyich rękach by się znalazło, bądź naprawić błędy ludzkości, bądź nabić kiesę niecnym hochsztaplerom. A co, jeśli taki sprzęt znalazłby się w rękach Lorda Hokus Pokus? No cóż, powstałaby świetna komiksowa historia, w której przenosiny w czasy dziadka pterodaktyla, czy do Państwa Figlów Miglów, nie są niczym niezwykłym. Aha, z samym wehikułem można się zaprzyjaźnić, bo ma on postać miłego, acz mającego problemy z lądowaniem, diplodoka.
Jeśli spytacie: "O czym ten człowiek bełkocze?", to znaczy, że albo jesteście zbyt młodzi, albo zbyt starzy, albo po prostu zbyt pechowi i nie dane Wam było zapoznać się z twórczością, jednego z bardziej charakterystycznych, polskich twórców komiksów, Tadeusza Baranowskiego. Rysownika i tekściarza, który uwielbia zabawę słowem, mieszanie znaczeń i tworzenie niepowtarzalnych postaci zaludniających karty jego dzieł. Pełna tego wszystkiego jest także "Podróż smokiem Diplodokiem", historyjka, w której oprócz już wspomnianych postaci, spotkacie Entomologię i Profesorka Nerwosolka, a także czarny charakter - władcę Figla Migla.
Świetna to była rozrywka, dla mnie, miłośnika słów "cięcia - gięcia". I mimo, że nie jest to mój ulubiony komiks Baranowskiego, to z nostalgią patrzyłem na jego karykaturalną kreskę i z przyjemnością nurzałem w absurdalnych przygodach bohaterów. Książeczka o podróży w czasie, zabrała mnie właśnie w taką miłą, sentymentalną podróż w czasy dzieciństwa, którą to podróż będę wkrótce, w miarę dostępności w bibliotecznych zasobach reszty zeszytów, kontynuował.
A na koniec próbka, tekst uwielbiającego czerń Figla Migla. "Szambelanie! Sprzedaj czarne perły na czarnym rynku, pakuj do kufra czarny kawior na czarna godzinę, wyruszamy im z pomocą!". No lubię i już!

czwartek, 23 lipca 2009

"Tytus otrzymuje prawko jazdy. Księga II" Henryk J. Chmielewski

Ech, sobotnie zakupy. Nie cierpię sobotnich zakupów, żeby zacytować pewnego niebieskoskórego klasyka. Ale cóż, siła wyższa, bo pieluch brakło, bo w lodówce światełko. W beczce dziegciu znajdzie się jednak i łyżka miodu. W moim przypadku zakupiona, przypadkiem właśnie, II księga "Tytusa ...", opowiadająca o zdobywaniu przez naszego kudłatego przyjaciela prawa jazdy. Dość nietypowego, dodajmy, bo uprawniającego do kierowania mechaniczną kobyłą - Rozalią.
Przeczytałem, nie powiem, z przyjemnością, w końcu ta seria towarzyszyła mi w okresie szkolnym, a i później zdarzało się podczytywać na wyrywki, jak tylko któraś z książeczek wpadła w ręce. Nic to toporna kreska, nic to branżowy (harcerski) dowcip, nic to dość łopatologiczny dydaktyzm, nic to, że II księga do najlepszych w serii nie należy,"Tytus ..." jako całość fajny jest i basta. No więc, przeczytałem, ale cały czas towarzyszyło mi niejasne uczucie, że coś jest nie tak. Czyżby to moja pamięć? Z pomocą przyszedł internet i sprawa się wyjaśniła. Otóż najnowszy reprint (?) wzorowany jest na pierwszych wydaniach, a te jak się okazuje, na przestrzeni lat, zostały w niektórych przypadkach (ot, choćby rzeczona II księga), dość znacznie zmienione. I nie mówię tutaj o pojedynczych planszach, ale o całych stronach, dodanych lub zmodyfikowanych w stosunku do pierwowzoru. Łącznie z ingerencją w teksty z dymków.
I choć chciałbym powiedzieć, że trzymana w rękach wersja nie wymagała poprawek, to jednak nie mogę. Choćby z racji braku profesora Talenta, tego tytusowego odpowiednika Q, który wymyśla różne odjechane wynalazki i w poprawionej wersji to on jest, a nie A'Tomek, "ojcem" Rozalii. No i "Ważny esemerowiec się znalazł" nie brzmi tak uroczo jak: "Uważaj harcerz, bo się usmarczesz". Słowem, szkoda że klasycznej wersji nie uzupełniono o dodatek z listą zmian, zawierający odpowiednie plansze.

czwartek, 4 czerwca 2009

"Tytus harcerzem. Księga I" Henryk J. Chmielewski


Zanim nastał czas komiksowego Eldorado, z którego młodzi ludzie, ograniczeni jedynie zasobnością swojego, czy też rodzicielskiego portfela, mogą obecnie czerpać garściami, przy pomocy online'owych i stacjonarnych księgarń i zanim powstały wydawnictwa, które specjalizują się w wypuszczaniu na rodzimy rynek największych przebojów komiksowego świata, był sobie "Świat Młodych". To na jego łamach ukazywały się pierwodruki najsłynniejszych z polskich serii komiksowych, w tym m. in. "Tytus, Romek i A'Tomek", o której pierwszym tomie rzecz będzie. To na tą gazetkę czatowało się przy kiosku ruchu, żeby przeczytać ostatnią stronę zadrukowaną "magicznymi obrazkami". Później zaś przyjdzie czas na biblioteczne, w podstawówkowej bibliotece, łowy "Tytusa", w postaci książeczkowej.
Henryk Jerzy Chmielewski zapoczątkował żywot człekokształtnego harcerza gdzieś w latach 50-tych ubiegłego stulecia. Z plamy rozlanego tuszu powstaje wtedy znana do dziś postać Tytusa de Zoo, bo na takie miano poprawili niefortunne, papciowe - "Tusz", dwaj towarzysze późniejszych jego przygód: Romek i A'Tomek. A jest tych przygód trochę, bo do dnia dzisiejszego wydano ich trzydzieści dwie księgi.
Okazją do tytusowych reminiscencji jest ponowne opublikowanie kultowej serii, według oryginalnego, pierwszego wydania, uzupełnionego o dorysowane później plansze i dodatki, i wypuszczenie jej na rynek, w dość przystępnej cenie ~ 6 PLN za sztukę. "Księga I", oddana w ręce czytelników na wabia za 3,99 PLN pt. "Tytus harcerzem", jest zapisem uczłowieczania tworu Papcia Chmiela i w następstwie pozytywnych i zadowalających jego skutków, przyjęcia go w szeregi ZHP.
Z przyjemnością donoszę, że Tytus przez 43 lata, które dzielą nas od I wydania wspomnianej księgi, nic, a nic się nie zestarzał. Wciąż śmieszy wędrówka na azymut i historia harcerskiej spółdzielni. Łezkę w oku kręci opis obozowych przygód i wspomnienie własnych wart. Dodatkowego smaczku dodaje wydrukowanie komiksu, tak jak zrobiła to drukarnia „Tamka”, która w ramach oszczędności drukowała każdy arkusz tylko z jednej strony w kolorach, przez co kolejne strony książeczki są na przemian kolorowe i czarno-białe.
Jednym zdaniem - za niecałe 4 zeta sporo wspomnień i zabawy.

piątek, 3 kwietnia 2009

"Dziki kot - psychopatyczny morderca" Bill Watterson


Jak to się stało, że ten stary, bo powstający w formie gazetowych pasków, w latach 1985-95, cykl komiksowy, autorstwa Billa Wattersona, doczekał się polskiego, albumowego wydania dopiero w 2004 roku? Zresztą, nieważne. Ważne natomiast jest to, że dzięki Egmontowi, Calvin i Hobbes zawitali pod polskie strzechy. Pod moją, jedenasty (jak podaje NETka) z kolei album, pt. "Dziki kot – psychopatyczny morderca", trafił jako prezent dla żony, z tym, że wiecznie zajęty Kitek odłożył go na półkę, a ja szukając czegoś zajmującego, a krótkiego, zaanektowałem. I powiem jedno, mocna rzecz.
Calvin to nadzwyczaj rozgarnięty sześciolatek, o dość swobodnym stosunku do wielu spraw, z obowiązkiem szkolnym na czele. Kimże zatem jest Hobbes? Ni mniej, ni więcej, tylko pluszowym tygrysem. Tzn. pluszowym dla Ciebie, bo jesteś postronnym obserwatorem, a Hobbes ożywa tylko podczas licznych tête à tête ze swoim właścicielem i przyjacielem. Ożywa, by toczyć ożywione dyskusje o otaczającym świecie, zdominowanym przez dziwnych dorosłych, którzy nie wiedzą co to prawdziwy fun i na dodatek każą zjadać brokuły i inne zielone badziewie. Oprócz filozofowania o naturze wszechrzeczy, Calvin wraz z Hobbsem robią sobie psikusy, knują przeciw dziewczynkom w ogóle, a sąsiadce Zuzi w szczególności i drażnią rodziców i nauczycielkę jadącą z tego powodu na maloxie.
Powiem szczerze, że przy czytaniu niektórych pasków nie zalecam picia płynów, bo można je "wyparzchać". Niektóre spostrzeżenia Calvina powalają swą dziecięcą logiką. Ot, na przykład Hobbes zwraca mu uwagę, że maluje kolorowankę nie tymi kolorami co trzeba, a chłopiec ze stoickim spokojem oznajmia, że gdyby malował jak chce kot, to wyszedłby mu taki sam obrazek jak na okładce. Więc po co?
Zresztą, humoru jaki charakteryzuje serię nie da się opowiedzieć, trzeba ją po prostu przeczytać. "Dziki kot ...", to kawał (176 stron) świetnej rozrywki, szczególnie dla ojca, który w perspektywie lat będzie miał do czynienia z dwoma sześciolatkami. A dodać należy, że calvinowskie pomysły trafiają się starszemu już teraz :)

czwartek, 2 kwietnia 2009

Już wkrótce pierwsze [Magiczne obrazki].


Różnie ludzie mówią. Jedni, że be, bo to powrót do kultury obrazkowej, bardziej prymitywnej i nie tak ważnej jak ta, reprezentowana przez słowo pisane. Inni, że to inna, ważna gałąź sztuki, bardziej pełnej, bo wzbogacającej słowo w obraz. A jeszcze inni po prostu zaczytują się komiksami i koło dymka lata im zdanie jakichś nawiedzonych fachowców, na temat ich ulubionej rozrywki. Przyznam szczerze, że pacholęciem będąc i powyższymi dylematami nieskażon, oddawałem się "magicznym obrazkom" na równi ze zwykłym czytelnictwem. Komiks w tamtych czasach dostępny był na łamach "Świata Młodych" i dzięki temu właśnie czasopismu poznałem całą plejadę barwnych postaci: Tytusa de Zoo, Kleksa czy dzielnych wojów z Mirmiłowa. Potem, gdzieś w końcu lat 80-tych, "Fantastyka" zaczęła wydawać serię "Komiks" i do grona znajomych dołączyli: Yans, Funky Koval i reszta fantastycznej ekipy. W 1988 "Orbita" wydaje "Szninkiela" ("Szninkla"??), autorskiej spółki Rosiński - Van-Hamme, na którego udaje mi się wydębić od mamy, spore wówczas pieniądze, w kwocie 1500 złotych. Rok później stało się. Nie ominął mnie "thorgalowy" szał, bo przygody gwiezdnego dziecka wychowywanego przez Wikingów działały na wyobraźnię. Do dziś pamiętam, jak nie mogłem spać po lekturze "Alinoe" :)
Po co piszę to wszystko? Otóż, żeby poinformować, że na skutek dwóch zakupów, przypomniałem sobie jak ważną rolę pełnił kiedyś, w moim czytelniczym żywocie, komiks. A skoro tak, to niechże zawita i na Śmieciuszku. W tym miejscu dedykuję nową etykietę, [Magiczne obrazki], Agnes, która na powrót wepchnęła mnie w objęcia obrazkowego świata. Dzięki. Już wkrótce pierwsze wrażenia.