Pokazywanie postów oznaczonych etykietą [Ksiązecki]. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą [Ksiązecki]. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 stycznia 2021

"Inspektor Parma i spisek żywnościowy" Christopher Siemieński

Piotr w swoim wpisie o "Wilczej norze" przywołał klasyków zwierzęcej szkoły dedukcji. W pierwszej chwili pomyślałem, że może by rzeczywiście odkurzyć panów: Lisa i Chrumpsa, ale potem przypomniałem sobie, że mam czytać dziecięciu, które nerwowo reaguje na przedwieczną narrację, za nic mając piękno frazy, w zamian łaknąc raczej akcji. Możliwie szybkiej. Spojrzałem zatem na wirtualną półkę z nowościami i wybrałem opisywaną książkę, mimo że ZwL ostrzegał, że dydaktyczny swąd unoszący się już z tytułu, może podśmiardywać również podczas całej lektury. Troszkę w tym profetyzmie było prawdy, ale koniec końców nie było aż tak źle, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka w głąb kryształowej kuli.

Mamy zatem do czynienia z detektywem, tytułową inspektor Parmą, która jak nietrudno się domyślić, będzie zamieszana w sprawę nierozerwalnie związaną z modnymi ostatnio tematami eko. Wiecie, precz z konserwantami i GMO, a truskawki posypujemy tylko gnojem i takie tam. Ale do rzeczy.

"Inspektor Parma i spisek żywnościowy", to historia złożona z tylu klisz fabularnych i stereotypów, że właściwie wciśnięcie w nią jeszcze jednej, klasycznej sceny znanej z kryminałów i sensacji (książek i filmów), mogłoby doprowadzić do tragicznych w skutkach wydarzeń. Na przykład ktoś mógłby oberwać lecącym przez środek pokoju tabletem, rzuconym przez coraz bardziej zirytowanego lektora. Zaczynając od tradycyjnego układu mentor (stary, doświadczony detektyw) - uczeń (młoda, ambitna świnka po akademii), mamy tu w zasadzie wszystko: pościgi uliczne, akcje typu "zabili go i uciekł", sceny walki wręcz, ba!, jest nawet strzał w zawór z gorącą parą i przekradanie kanałami wentylacyjnymi. A! I jak świnka, to oczywiście niechlujna. W skrócie, jak już rzekłem, klasyki klasyków i klisze klisz. Jest tylko jedno ale. Mianowicie coś co dla mnie jest oczywistością, wcale takim być nie musi dla 12latka, który chował się na zupełnie innym zestawie popkultury niż tatuś. I nie wie co to: "Gliniarz i prokurator", "Dempsey i Makepeace na tropie" czy wreszcie "Na wariackich papierach", gdzie tych wszystkich zagrywek z książki użyto dziesiątki razy. W tym właśnie, w tej młodzieńczej niewinności, upatruję sukcesu jakim było poganianie, komentowanie przerw w lekturze zwrotem" "no weź!" i szybkie ukończenie tomu. No bo przecież nie w niezbyt zawikłanej intrydze.

A dydaktyzm? Był, ale się zbył. Rzeczywiście jeśli już jest, to jak cepem w łeb, a na dodatek, żeby pozostać w kręgu etymologicznym, strasznie po łebkach. W sumie nie przeszkadza, ale i też nie bardzo edukuje. Jagodno gdzie rozgrywa się akcja, to oaza zdrowej żywności, a Buły Wielkie i Parówy Niżne (tak, tak, to ten typ humoru, nie wspomniałem?), są zagłębiami naszprycowanego konserwantami, barwnikami i ulepszaczami fast foodu opartego na GMO. Mało subtelne.

Nie sprawiła mi ta książka wielkiej uciechy, a jedynym pozytywem były w niej jak dla mnie ilustracje. Komiksowe, lubię. Z drugiej strony takie bardzo wprost, czyli nie uzupełniające tekst, a po prostu go ilustrujące. Ale niech tam! I mimo, że Młodszy dał jej mocną czwórkę, to ja, trochę po, nomen omen, świńsku, nie będę za bardzo naciskał na kontynuację czyli "Inspektor Parmę i aferę środowiskową'.

Do książki możecie też zajrzeć na:

czwartek, 29 października 2020

"Małe Licho i lato z diabłem" Marta Kisiel

Miałem napisać o "Małym Lichu ...", kiedy Bożek wyruszał podbijać świat. Miałem, kiedy przeżywał przygody w przednadpieklu, podczas wizyty u ciotki Ody. Miałem ..., ale ciała dałem. Ale przyszedł w końcu czas, że napisać muszę. Czas smutny, czas poważny, czas niespokojny, czas, w którym chce się gdzieś uciec od tego wszystkiego co nas otacza. Gdzieś, gdzie człowiek człowiekowi nie wilkiem, a bratem. A anioł diabłu towarzyszem w jedzeniu rosołku (z KLUSZECZKAMY!) i piciu kakałka. Gdzieś, gdzie jest po prostu cholernie miło i przytulnie (nawet jeśli czasami jednak nie). Zapraszam zatem do trzeciego tomu "dziecięcej" serii Marty Kisiel.
 
 Po pierwsze chciałbym zaznaczyć, że to strasznie miłe, że książka bądź co bądź wakacyjna, miała swoją premierę u progu jesieni. Ale możliwość przypomnienia sobie lata, kiedy za oknem ciemno i ponuro (oj, skąpi nam coś ostatnio polska jesień, złota, skąpi), to nie jedyna jej zaleta. Jej siła bowiem tkwi w innym cieple, wszechobecnym na kartach powieści. Nie tym pochodzącym ze słonecznych promieni, ale z serducha, z jelciów, z naszego jestestwa i człowieczeństwa. Z naszej dobroci dla bliskich i nieznajomych, dla tych, z którymi nam po drodze światopoglądowo i dla tych, z którymi jednak nie. Z bliskości, serdeczności, miłości i zwykłej dobroci. A tego mamy w "Lecie z diabłem" pod dostatkiem. Możemy się w tym nurzać i ładować akumulatory i dobrym to jest.
 
Ale nie tylko słonkiem "Lato ..." stoi, lojalnie ostrzegam. Jest też w książce mrrrrrrrok i grrrrroza, których tak strasznie boi się część rodziców. Więc jeśli lękasz się słów "trupi las", a homen kojarzy ci się z Omen, to nie jest to pozycja dla ciebie i dziatek twoich. Chyba, żeś otwarty na nowe i chcesz trochę słowiańskiej mitologii łyknąć, to proszę. Zresztą i tak pewnie dzieci widziały na YT straszniejsze rzeczy. A! Jeszcze poezja romantyczna jest, jak kto uczulony.

No dobrze, ale do brzegu, do brzegu. Jestem zadomowiony w Kiślowersum i dobrze mi tu. Książka Marty, to jedna z niewielu ostatnio czytanych, do której Młodszego ewidentnie ciągnęło i przy której, gdy gardło ojcu wysiadało, słychać było "no, ej!". To pozycja, przy której obecni w zasięgu słuchu członkowie rodziny ryczą wspólnie ze śmiechu albo latają w poszukiwaniu chusteczek (no dobra, głównie ja). Która ma tak charakterystycznych bohaterów, że naprawdę trudno tu mówić o papierowych czy kartonowych postaciach. I która, last but not least, uczy bycia dobrym, otwartym na świat i ludzi (oraz nieludzi), a także empatycznym i tolerancyjnym człowiekiem. A to jest dziś cholernie ważne.

No i dotarłem do ostatniego akapitu, ani słowem nie zająknąwszy się o treści. Zatem. Trzeci tom przygód Małego Licha, to historia dwóch chłopców, których opiekunowie skazali na wspólne spędzenie części wakacji. Panowie różnią się w zasadzie wszystkim, bo i zainteresowaniami, i temperamentem i ogólnym spojrzeniem na świat. Co oczywiście wieszczy katastrofę, a jako dowód niech wystarczą ostatnie doniesienia z kraju. A jednak ... Po fazie buntu, złorzeczeń i wzajemnych pretensji, a także sporej dozy złośliwości i epitetów latających w obie strony, chłopcy dochodzą do kompromisu, a chyba nawet o krok dalej. Zaznaczyć należy, że mowa tu o dziesięciolatkach. Skoro więc oni dali radę, to może i dorośli też by mogli. Czego sobie i Państwu czytającym ten słaby tekst, życzę.

środa, 1 marca 2017

"Czarownica piętro niżej" Marcin Szczygielski

Przyznam szczerze, że miałem trochę obaw przed czytaniem Młodszemu "Czarownicy ...", bo jednak dwie poprzednie książki młodzieżowe, które wyszły spod pióra pana Marcina pozostawiły we mnie, starym koniu, pewien niepokój. To przez dość niekonwencjonalne rozwiązania fabularne czy ocierającą się wręcz o klimaty gore scenografię dotychczas nie podrzuciłem Starszemu "Omegi". Również "Czarny młyn", z tego co pamiętam, nie szczędził nerwów czytelnika i miejscami potrafił zdrowo wystraszyć, w związku z czym wyleciał póki co z listy do wieczornego czytania. Przyznaję jednak, że trochę mnie to prewencyjne wrzucanie Szczygielskiego na mój prywatny indeks ksiąg zakazanych uwierało, bo przecież, do diaska!, lektura wzmiankowanych powieści potwierdziła, że prozę autora czyta się świetnie. A że troszkę (no, czasami bardziej niż troszkę), mroczna? Cholibka nie takie horrorszoły dzieciarnia codziennie łupie po jutubach. Postanowiłem zaryzykować z "Czarownicą ...". Cwanie, bo jakby zażarło miałem w odwodzie dwa kolejne tomy.

Przygody małoletniej Mai, która na skutek rodzinnych problemów ląduje u cioci-babci, dla ułatwienia zwanej Ciabcią (chociaż nie wiem czy dla ułatwienia, bo spróbujcie to wymówić z wyraźnym "b", a nie jako Ciapcię), wpisują się w literacki nurt, z którym mieliśmy już z chłopakami do czynienia przy okazji lektury książki "Kot kameleon" Joanny Wachowiak. Nurt, którego głównymi cechami jest oderwanie dziecięcego bohatera od netu, telewizji, komórek i reszty tej całej sterty pierdół, które kradną nam czas i nie pozwalają rozejrzeć się wokół. Takie lekturowe wzmocnienie hasła "Wyloguj się do życia!". Bo wiecie, kiedy ma się na stanie jedynie stary radioodbiornik i lampowy telewizor w wersji b&w, który rozgrzewa się mniej więcej tak długo jak trwa odcinek ulubionego serialu, to nie ma rady, trzeba wziąć tyłek w troki, głowę na kark i poszukać innych rozrywek, a może nawet przeżyć kilka przygód.

Gadający kot, Zdradliwe Lilie, duch, tajne przejścia, wiewiórka, której wydaje się, że jest lisem ..., mam wymieniać dalej? Myślę, że te parę haseł wyraźnie obrazuje, że czego jak czego, ale niespodziewanych zwrotów akcji książka jest pełna. Ale też i nie samą akcją "Czarownica ..." stoi. To przepiękny hołd złożony przyjaźni dorosłego i dziecka. Przyjaźni trudnej, rodzącej się w bólach, bo też i łączącej pokolenia mentalnie od siebie odległe o lata świetlne. Maja, miłośniczka telenowel, cytująca z pamięci programy TV, musi zaufać dziwnej staruszce, która za nic ma zdobycze techniki, a przyjemność znajduje w zwykłych, codziennych czynnościach. Na to zaufanie Ciabcia zapracowuje nienachalną opieką, zrozumieniem i szacunkiem dla uczuć Mai. Ten wspaniały proces został świetnie przez autora uchwycony w drobnych scenach, jak ta z pierwszym piciem kawy zbożowej miast kakałka i może służyć rodzicom za instruktaż.

"Czarownica ...", to także, z innego powodu niż wyżej wymieniony, gratka dla rodzica, bo jej lektura na nowo zabiera go do czasów, których już nie ma. Bezinternetowych, bezfejsbukowych, beztelewizyjnych. Gdy posiłkowaliśmy się wyobraźnią i siedząc w spróchniałym truchle wierzby, która robiła za Rudego, przeżywaliśmy najlepsze chwile dzieciństwa. I Maja też doświadcza tej fascynacji możliwościami własnej imaginacji, bo skoro powstało dwa tomy kontynuacji, to pewnie zechciała w przyjazne progi ciabcinego mieszkania wrócić.

Wypadałoby jeszcze dodać choć wzmiankę o ilustracjach Magdy Wosik. Choć nie mam przekonania do ołówkowych kreacji, a strona graficzna "Omegi", autorstwa Bartka Arobala, zupełnie do mnie nie trafiła, to ze zdumieniem muszę przyznać, że wizja artystki mi odpowiada. I Maja z grzywką spod miski. I Ciabcia w dużych, drucianych okularach. Może tylko za bardzo wprost, 1:1, ilustracyjnie, ale za to z chęcią oglądane przez współczytacza, który każdy rozdział rozpoczynał od wnikliwej analizy dwustronicowego rysunku.

Na koniec pomny bojów, które przetaczały się swego czasu przez Internet (i nie tylko), a i dziś odbijają się jeszcze echem, przy okazji dyskusji o jadzie sączonym przez HP w młode główki, muszę dodać pewną informację. Ciabcia nie jest "kościółkowa" (w końcu jest czarownicą!), a jeden z rozdziałów rzeczywiście jest poświęcony wywoływaniu duchów. Każdy oczywiście zinterpretuje to po swojemu, ale ponieważ kogoś może to odstręczać od lektury, voilà!, jest czarno na białym. Śpieszę od razu donieść, że poziom grozy nie jest zbyt wielki, bo Młodszy, który stanowczo nakazał przerwanie lektury "Wyspy Obłąkanych" Widmarka, nie przejawiał objawów paniki.

Jako podsumowanie, a zarazem polecanka niech posłuży fakt, że jesteśmy w 3/4 "Tuczarni motyli" i mamy przedni ubaw z czytania na głos: "Von Hildenburgenhausenów" i moich prób ożywienia kwestii członków rodów Kropotkinów wschodnim zaśpiewem.

środa, 16 września 2015

"Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa" John Boyne



"Ciężko jest lekko żyć!", twierdził pewien znany mi jegomość, który trawił życie na uciechach ciała, za nic mając coraz głośniejsze protesty swej wątroby. I książka Johna Boyna wydaje się tę filozoficzną myśl w pełni potwierdzać i obrazować. Tytuł zaś to przewrotny żart, gra słów i skojarzeń, no bo, jakie może być życie dziecka, które po opuszczeniu ciała matki zawisa sobie spokojnie pod sufitem porodówki, no jakie? Nie dajcie się jednak nabrać, w końcu autor "Chłopca w pasiastej piżamie", nie słynie z książek, których treść należy do, nomen omen, lekkich.

Historia Barnaby'ego, to historia zderzenia "normalności" z "nienormalnością". Najmłodsze dziecko jest elementem, który burzy poukładany świat Alistaira i Eleanor, wprowadza do niego chaos, ba, elementem który zwraca oczy świata na "(...) prawdopodobnie najnormalniejszą rodzinę w New South West, jeśli nie w całej Australii". A tego sobie głowy tej rodziny nie życzą. Rozwiązanie zaś "problemu", które znajdą, zaciśnie Wam dłonie w pięści i wyrwie z gardła warkot. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Rodzicielska bezduszność (bo choćby nie wiem jak autor próbował tłumaczyć zachowanie wyżej wymienionej dwójki, nie znajdzie ona mojego zrozumienia) sprawi, że Barnaby doświadczy wielu przygód, w których będziemy mogli mu towarzyszyć.

"Lekkie ...", to niewątpliwie książka z tezą i jej akcja jest do tej tezy naginana. Musimy zatem przymknąć oko na fakt, że chłopiec dziwnym trafem spotyka na swej drodze prawie wyłącznie jednostki w jakiś sposób, ze względu na swą odmienność, podobnie jak on sam, wyautowane poza nawias, czy to rodziny, czy społeczeństwa. Pełne zrozumienia dla jego inności. Ale jeśli myślą przewodnią książki jest: "(…)To, że twoja wersja normalności nie jest identyczna z wersją normalności kogoś innego, jeszcze nie znaczy, że coś z tobą nie tak.", to musimy się na pewną konwencję i deusy z maszyny zgodzić.

Piszę bez ładu i składu, a przecież chodzi o to, że lektura książki Boyna, mimo że nie porwała moich synów (pewnie dlatego, że zbyt poważna, mimo prób wtrącania zabawnych scen - te zapamiętał Młodszy), mnie otworzyła oczy na fakt, jak długą drogę przebyłem od "nienormalnego" nastolatka, z którego szalonymi pomysłami walczyła moja droga Rodzicielka, do ojca, który, może nie tak drastycznie jak ma to miejsce w "Lekkim życiu ...", ale jednak upupia swoich synów i przykrawa ich do własnych, czterdziestoletnich, ram "normalności". 

Czy będę w stanie otworzyć się na wersję normalności moich dzieci? Czy jestem człowiekiem tak tolerancyjnym jak chciałbym się widzieć? Czy stać mnie jeszcze na wyrwanie się z ram zaściankowej "normalności"? Z tymi pytaniami, wzbudziwszy pełną gamę uczuć, pozostawia mnie książka o względności normalności. Poleca facet, który nie raz słyszał od ludzi "Czy ty jesteś normalny?!", dedykując ten wpis wszystkim, którzy na swej życiowej drodze próbowali się wyłamać z twardego "bo tak wypada" i stawiali czoła "ale co ludzie powiedzą".

piątek, 10 lipca 2015

"Gofrowe serce" Maria Parr

Zachwycony "Tonją z Glimmerdalen" rzuciłem się w odmęty Internetu, żeby namierzyć pozostałe książki Marii Parr. Internet był bezlitosny i zasmucił mnie informacją, że oprócz "Tonji ...", mogę przeczytać jedynie literacki debiut autorki, czyli "Gofrowe serce" właśnie. Szybkie wyszukiwanie w zasobach WBP poprawiło mi nastrój, bo okazało się, że książka jest. I przy ostatniej bytności w progach kieleckiej biblioteki wylądowała w moim plecaku.

Wieczorami wróciliśmy do świata, który znaliśmy już z "Tonji ...". Mała miejscowość położona nad norweskim fiordem. Prom, który przewozi jej mieszkańców do miasta. Silna, dziewczęca bohaterka. Przyjaźnie na całe życie. Świetne relacje dzieci z dorosłymi. Smutki mniejsze, większe i te nie do ogarnięcia. Ale i szaleństwa dzieciństwa (choć nie tylko), które wywołują tubalny śmiech dziecka i rodzica.

Kręciołek, bo tak nazywają najbliżsi chłopca, jest co prawda narratorem opowieści, ale na pewno nie jej główną siłą napędową. Cichy, spokojny, troszkę zachowawczy w działaniach i zamartwiający się, że Lena, sąsiadka z domu obok, nigdy nie powiedziała mu, że jest jej najlepszym przyjacielem. No właśnie, Lena! Torpeda, pocisk, animatorka i mistrzyni zabawy w najlepszym wydaniu. Za nic mająca jej konsekwencje, choćby miała to być złamana ręka, czy upadek z urwiska. Szalona dziewczyna, która imponuje Kręciołkowi, zaraża go swoją energią i sprawia, że chłopiec w jej towarzystwie czuje się po prostu świetnie. W tym miejscu odradzam lekturę "Gofrowego serca" rodzicom, którzy wejście dziecka na drzewo plasują w kategorii "koniec świata, zabije się".

Ten debiut ma w sobie wszystko to, co urzekło mnie w jego następczyni. Humor, celnie wymierzony w przeponę kilkulatka, który wprost zanosi się ze śmiechu, kiedy słucha opisu akcji gaśniczej prowadzonej przez dziadka z użyciem gnojówki. Smutek, nieodłączny składnik ludzkiego życia (jak nie wierzycie, idźcie do kina na "W głowie się nie mieści"), w chwytającym za serce rozdziale o śmierci bliskiej osoby. Opisy przyjaźni, której niestraszna odległość oraz wyrozumiałości i wsparcia, których nie szczędzą rodzice i opiekunowie swoim małoletnim podopiecznym. 

Spotkałem się z opinią, że "Tonja ..." czerpała z "Gofrowego serca" i że są to książki dość podobne. Rzeczywiście, jak piszę wyżej, nie da się tego ukryć. Nie było to jednak dla mnie żadnym problemem, bo akurat w tym przypadku, to żaden zarzut, a rekomendacja. I, zaprawdę powiadam Wam, śpieszcie się udać z dziećmi do Zatoki Pękatej Matyldy. A jeśli moja opinia niewiele dla Was znaczy, to posłuchajcie Staśka.

piątek, 20 marca 2015

"Ella i przyjaciele" t. 1 i 2 Timo Parvela

Kiedy ktoś postanawia wykorzystać wzorzec choć odrobinę zbliżony do jakiegoś klasyka, to wiadomo, że kogoś z promocji zaświerzbią paluszki, żeby dokonać porównania do. Czy zatem dziwi, że dwa tomy przygód Elli skoligacono z nieśmiertelnymi Mikołajkami? Nie. W końcu mamy gromadkę małych dzieci, dorosłych i mnóstwo nieporozumień związanych z zupełnie innym postrzeganiem świata przez obie grupy. Żeby było dobitniej zajawka ze "świetnie się bawiliśmy". To na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości co do tego, że czeka go wspólnota doznań na równi z mikołajkowymi. A ja mówię, be-ze-dura i zachęcam do czytania także tych, którzy do serii Goscinnego mają stosunek ambiwalentny. Bo co prawda w drugim tomie pojawia się chłopiec lubiący dawać fangi w nos, ale jednak humor jest, moim zdaniem, oparty na trochę innym mechanizmie, niż ma to miejsce u francuskiego protoplasty.

Dajcie zatem sobie i dzieciom szansę, żeby poznać, już nawet nie piszę o reszcie, ale choćby naszego ulubieńca, Patego. Młodego człowieka, który swym roztrzepaniem i niezorientowaniem w tym co się wokół dzieje bije na głowę nie tylko profesorów, ale i naszego Szymka, co samo w sobie wiele mówi. Źródło największego zamieszania w książkach i najbardziej niepohamowanych wybuchów śmiechu u słuchaczy. To przezeń musiałem przerywać lekturę, żeby wycierać załzawione od śmiechu oczy i to jego perypetie Szymon powtarza z pamięci (wspólnie polecamy scenę w teatrze).  Ewentualnie Tuukkę, grupowego mędrca, który braki w wiedzy nadrabia pewnością siebie, co powoduje, że czasem jego wyjaśnienia, które pozostali przyjmują bez szemrania, wpędzają towarzystwo w kolejną kabałę. No i pana z jego komentarzami, w których nie raz rozpoznamy burczane przez siebie pod nosem, w stosunku do naszych (choć niekoniecznie tylko naszych) pociech, teksty.

Można trochę narzekać, że humor miejscami przaśny (sceny głuchego telefonu), ale to właśnie takie historie wzbudzały największe salwy śmiechu u chłopaków. Mojego też, żeby była jasność. No bo jak się od nich powstrzymać, jeśli prośba o wyjście do łazienki wypuszczona z jednego końca teatralnego rzędu kończy się na drugim: "Pate wygrał Eurowizję!".

Jeśli chcecie się przekonać czy jesteście kompatybilni z rodzajem humoru zaprezentowanym przez Timo Parvelę w dwóch tomach przygód Elli i jej przyjaciół, poszukajcie po znajomych i bibliotekach. Niestety, Nasza Księgarnia przestała wydawać autora i książki mają status białych kruków. A szkoda, bo wyjątkowo zgadzamy się z okładką, która donosi, że książki o Elli są niebezpieczne, bo grożą wielokrotnymi wybuchami śmiechu oraz że należy unikać lektury w miejscach publicznych. Może to potwierdzić para w średnim wieku z dwoma synami lat 9 i 7, u której do dziś hasło: "To twój pies?", kończy się chichraniem. Polecamy!

PS. Może by tak jakieś wydawnictwo pomyślało o przekładzie, bo jest z czego wybierać.

środa, 20 sierpnia 2014

"Tonja z Glimmerdalen" Maria Parr

Jeśli chodzi o czytanie "Tonji ...", to miałem z nim dwa problemy. I nie, nie chodzi mi o to, że akcja przygód małej (ależ by mi się za tą "małą" oberwało od tej dziewięcioletniej pannicy), rudowłosej łobuziary z Glimmerdalen, rozgrywa się zimą i wiosną, gdzieś w odludnej, norweskiej osadzie, która składa się z kilku domów na krzyż i ośrodka wypoczynkowego, w którym, ze względu na właściciela, nie toleruje się obecności dzieci, co, razem do kupy, niezbyt współgra z wakacyjnym klimatem, w którym nurzają się odbiorcy. Nie. Pierwszy problem polega na tym, że ten wakacyjny klimat tak chłopaków wykańcza, że nie są w stanie (mimo obserwowanej przeze mnie ciekawości, co też dalej z zadziorną chłopczycą), przyswoić więcej niż jeden, góra dwa, rozdziały. A ta książka jest tak dobra, że najchętniej przeczytałbym ją za jednym posiedzeniem. No, ale nie chcąc być nie w porządku, za każdym razem z niecierpliwością czekałem, ciesząc się na myśl, że wieczorem znów będę się grzał w cieple tej książki. Tak, tak, bo choć "Tonja ..." zawiera wiele gorzkich pigułek (jak to w życiu), to jednak jako całość jest ciepłą opowieścią o przyjaźni, rodzicielstwie i wybaczaniu. A drugi problem? O tym na końcu, a teraz, po tym bełkotliwym wstępie, parę wyjaśnień.

Tonja nie jest Pippi, mimo że analogie z bohaterką Lindgren same się nasuwają. Rude włosy, chodzenie własnymi ścieżkami, traktowanie dorosłych jak równych sobie. Poznajecie? Tonja jednak, w przeciwieństwie do swojej szwedzkiej koleżanki, nie posiada skrzyni złotych monet. Jej skarbem jest za to najlepszy przyjaciel, będący jednocześnie jej ojcem chrzestnym - Gunnvald. Nie ma też super siły pozwalającej przenosić konia, ale jest megasilna swoją odwagą, bezkompromisowością, ciekawością świata i wielkim sercem, a to pozwala przenosić jej góry. Co tu dużo mówić, trawestując bohatera, dla odmiany, duńskiego filmu, Tonja jest klawa jak cholera.

Podoba mi się w tej książce prawie wszystko. To, jak wspaniałe potrafi być proste życie opisane na jej kartach. Szalone zjazdy na sankach z kierownicą, radość związana z wykotem owiec, nocleg pod gołym niebem, granie na skrzypcach ulubionej melodii. Niby nic, a strasznie zatęskniłem za wakacjami u dziadków i związaną z nimi beztroską. Podobają mi się też dorośli (no, może oprócz wspomnianego już właściciela kempingu - Hagena), którzy darzą dzieci zaufaniem i mimo, że roztaczają nad nimi ochronny parasol, to jednak nie jest to plażowy parasol nadopiekuńczości. Wreszcie podoba mi się, że nie jest to lukrowana opowieść, w której wszyscy żyją długo i szczęśliwie, bo co prawda do takiego końca książka zmierza, ale przecież po drodze mała głowa będzie miała do przemyślenia bardzo wiele problemów, z którymi jak się okaże, trudno poradzić sobie (a może nawet trudniej) dorosłym.

Nie wiem co jeszcze mógłbym napisać, żeby do lektury "Tonji ..." zachęcić. Nie wiem też w sumie czy powinienem, bo być może na mój stosunek do niej wpłynęło to, że z pewnego powodu jest to dla mnie książka wielce osobista i poruszająca dość czułe struny. I może dlatego, gdy na pytanie dlaczego przestałem czytać, odpowiedziałem: "Bo się wzruszyłem i muszę chwilkę odsapnąć, żeby nie łamał mi się głos", mój starszy syn stwierdził, że on jednak nie. Zatem spróbujcie i przetestujcie na sobie czy wy tak, czy nie. Moim zdaniem warto zanurzyć się na chwilę w świat Glimmerdalen i jego mieszkańców.

Na koniec łyżka dziegciu, czyli problem numer dwa, o którym na początku. Literówki. Morze, zatrzęsienie, cholerna lawina literówek i baboli w rodzaju powtórzeń. Nie chcę wnikać czy wspierająca finansowo instytucja naciskała z terminem. Nie będę się zastanawiał czemu tak fajne wydawnictwo popełnia karygodny błąd zlecając korektę i redakcję jednej osobie. Faktem jest, że czytanie "Tonji", szczególnie na głos, jest w pewnym momencie katorgą. Tak wyglądała książka po przeczytaniu, a dodać należy, że nie ma zakładek na początku, bo myślałem, że to tylko parę wypadków przy pracy i na końcu, bo już opadły mi witki i skończyły wklejki.


  I to ostanie zdanie, które powinno dopełniać historię, a na którym ojciec się zawiesił, psując efekt: "Do snu kołyszą ją dźwięki dwojga skrzypiec w oddali, które zmieszane się z szumem rzeki tworzą tej wiosennej nocy muzykę czyniącą cuda". Czekam zatem na drugie, poprawione już wydanie, żeby móc postawić książkę Marii Parr na półce, bo moim zdaniem warto zrobić tam dla niej miejsce.

PS. Errata, bo na śmierć zapomniałem o ilustracjach Heleen Brulot. Szkoda tylko, że Gunnvald mi się nie zgadza. Poza tym prosta kreska ilustratorki wszystkich ładnie nakreśliła.

środa, 2 kwietnia 2014

"Oto jest Paryż" Miroslav Šašek

Względy kurtuazji przemawiałyby za tym, żeby na pierwszy ogień poszedł "Oto jest Londyn" podarowany mi (wraz z dedykacją od tłumaczki), przez Kasię z "Dwóch Sióstr". Ale co ja poradzę na to, że to Paryż zagościł przed mymi oczyma pierwszy i od pierwszego wejrzenia zauroczył. Więc, być może lekko nietaktownie, dziś zapraszam do kapsuły czasu, która wyrzuci nas ze swego bebecha sześćdziesiąt lat temu w jednej z najsłynniejszych europejskich stolic.

Paryż! Miasto artystów, miasto zakochanych, miasto muzeów, miasto Wieży Eiffla, miasto ... Miasto, które zapładnia wyobraźnię twórców, które było miejscem narodzin wielu nurtów w sztuce i tłem akcji niezliczonej ilości filmów. Miasto - legenda. Miasto, które chciałbym kiedyś odwiedzić, ale chyba raczej w tym wcieleniu nie będzie mi dane. Miasto, po którym spaceruję przy pomocy rozmaitych virtual tourów, bo to rodzaj podróżowania, który najlepiej odpowiada moim finansowym możliwościom.

Całe szczęście z pomocą pośpieszyły "Dwie Siostry" wydając šaškowy przewodnik i mimo, że to również erzac osobistego pobytu, to jednak wysokiej próby. Doskonały jako uzupełnienie posiadanej wiedzy, a zarazem przystawka, który zaostrzy apetyt i zmusi do zaciśnięcia pasa i odłożenia funduszy na zrealizowanie jednego z życiowych marzeń. A tymczasem, w oczekiwaniu możemy w książce podziwiać wszystkie ważniejsze budynki stolicy Francji: Panteon, Luwr czy katedrę Notre Dame. Nie lękajcie się jednak, bo autor, świadom pewnie, że stare gmaszyska to nie jest coś co działa na wyobraźnię młodszej części czytelników nie ogranicza się tylko do głównych punktów programu typowej wycieczki i pozwala dzieciom pooglądać paryskie koty, metro, pchli i ptasi targ, zoo, wnętrze sklepu z koniną, bukinistów znad Sekwany czy w końcu ubranego w, tak znane z filmów z Louisem de Funès, kepi, paryskiego policjanta kierującego ruchem. A to i tak tylko część atrakcji, które ilustrator pomieścił na stronach tej sporego formatu książki.

Umówmy się zatem, że na wizualnej stronie książki mucha nie siada. Jest wintydż, jest oldskul, są sprane kolorki (ale nie sepia, o nie!), słowem - małmazje. Niestety, moim zdaniem, niedobre muszysko napstrzyło było nieco w polski tekst. Moje zarzuty? Pewna niekonsekwencja w tłumaczeniu nazw własnych (przy części z nich podano przetłumaczone odpowiedniki, przy części nie) oraz brak przypisów z fonetycznym zapisem wymowy oryginałów. Głośne czytanie, dla rodzica który z francuskim ma do czynienia jedynie podczas opowiadania dowcipu o "Będziesz żarł żur?", może być sporym wyzwaniem, bo o ile Pola Elizejskie nie sprawiłyby mu kłopotu to już poprawne wyartykułowanie Champs-Élysées, może być problematyczne. Pozostaje albo wsparcie się mądrością Internetu (np. forvo) albo kaleczenie francuszczyzny, udawanie, że tak właśnie ma być i wiara, że dziecko nie pojedzie do Francji, gdzie z zaskoczeniem dowie się o jakichś szązelizach.

Umówmy się jednak, że ostatni akapit, to tylko takie ostrzeżenie o trudnościach, dla rodziców, którzy w przeciwieństwie do mnie nie musieli zakuwać do matury z francuza. Trudnościach, dodajmy, łatwych do pokonania i nie mających w moich oczach mocy dyskwalifikującej książkę. Bo ta jest wspaniała. Powtarzam. WSPA-NIA-ŁA. A że chłopaki nie dopominają się powtórek? Trudno. Ja raz na tydzień wędruję sobie po ulicach Monmartre i zaglądam przez ramię malarzom i cieszę się, że po chwili idzie nas już trzech (a czasem czworo). I z każdą przewróconą stroną coraz bardziej przychylam się do zdania Niemcewicza, że:
"(…) Ten sobie ubliża,
Kto ma za co, a nie chce jechać do Paryża".

A na wizję lokalną zapraszam do Pani Zorro.

czwartek, 12 grudnia 2013

"O czym szumi las?" Paweł Wakuła

Powszechnie wiadomo, że cysorz to ma klawe życie. A leśniczy? Wydawać by się mogło, że też. Cóż to?! Wstać, ubrać się, po lesie pochodzić, grzybów nazbierać, na sarenki popatrzeć? Co prawda kawę i jajecznicę trzeba zrobić samemu, a i w salonowca pograć się nie da (bo niby z kim, z dzikiem?), ale ogólnie, nieźle. Świeże powietrze i dzika przyroda. Żyć nie umierać! Cóż ...

O tym znaczącym "cóż" z wielokropkiem miał okazję przekonać się nowo mianowany lokator leśniczówki Klechdy zlokalizowanej w Dolinie Bagiennej Trawy. Nie to, że oczekiwał laby, bo też i trudno byłoby się tego spodziewać po świeżo upieczonym absolwencie, któremu w głowie wciąż tylko zalesienia, ochrona ppoż. i drzewostanu przed szkodnikami, dbanie o faunę i florę, plan wycinek i cała reszta składająca się na, jak okazuje się z lektury, wcale nielekką pracę w lesie, ale ... No właśnie, ale. 

Bo na studiach leśniczego Piątka nie uczyli jak postępować z dziwożonami, żabonami, płanetnikami, utopcami czy też marudnym niedźwiedziem brutalnym (tak, tak, to nie literówka i oczy Was nie mylą - brutalnym), a tu się okazuje, że las który poprzedni gospodarz przekazuje mu wraz z kilkoma radami weterana, pełen jest takiego bajkowego towarzystwa. Na dokładkę okolicę terroryzuje wcale nie bajkowy kłusownik Kindziuk. W skrócie - zamiast sielanki jest niezły bigos. A tu jeszcze planujący emerycki wypad do tropików poprzednik Piątka odbiera od niego przyrzeczenie, że ten zadba o Dolinę, upupi miłośnika nielegalnej dziczyzny i wytropi oraz uwieczni na zdjęciu mityczne zwierzę zwane sześcioptakiem, które ponoć zamieszkuje teren leśnictwa.
"O czym szumi las?", to fantastyczna lektura, która w na pozór lekki, humorystyczny sposób przekazuje wcale pokaźny ładunek wiedzy na temat leśnictwa i praw rządzących współczesną gospodarka leśną. Czytając o, w większości wielce zabawnych, perypetiach leśniczego Piątka dowiadujemy się mimochodem w jaki sposób zwalcza się szkodniki groźne dla drzew (przy okazji dowiadując się, jak te małe bestie się nazywają, bo Piątek jako przekleństw używa ich nazw) czy też jakim zagrożeniem, nie tylko dla zwierząt, jest kłusownictwo. Poznamy fachową terminologię myśliwską (przy czym myśliwi są w książce przedstawieni w niezbyt korzystnym świetle) i dowiemy się co to wnyki czy samopał.

Bawiąc uczy, ucząc bawi. Komunał? Być może, ale w tym przypadku idealnie określający zawartość. I niech to wskaźnica modrzewianeczka, pewnie zapomniałem jeszcze o wielu rzeczach napisać, ale to już sobie poodkrywajcie sami. Bo warto.

EDIT: Na brudnicę nieparkę! Rzeczywiście zapomniałem (a nie pisałem!), o rzeczy niezmiernie istotnej. Ilustracje! Autor jest absolwentem malarstwa, ale całe szczęście nie poszedł w dętą powagę i artyzm, a w humorystyczną odmianę ilustratorstwa. Jaka to? Okładka prawdę Wam powie. Mnie się taka odmiana bardzo podoba, a rysunki pana Pawła znam już z Angory.

PS. Dla porównania teksty: z Półeczki z książkami i od Wiejskiej Nauczycielki.

środa, 20 listopada 2013

"Co z ciebie wyrośnie?" Aleksandra i Daniel Mizielińscy

Nie pamiętam już czy nad moją płową główką dorośli roztrząsali kim też malutki Bazylek, który wtedy jeszcze nawet Bazylkiem nie był, będzie. Z zawodu znaczy, bo z charakteru, to już się pewnie parę rzeczy wyjaśniło. Nie wiem czy w czasie kiedy organoleptycznie zacząłem poznawać świat, rozłożono przede mną gadżety zastępujące na wsi słowo delfickiej Pytii w tej sprawie, czyli: pieniądze, różaniec i kieliszek. Nie przypominam sobie ciotczynego czy też wujowego: "A ty to byś pewnie chciał zostać strażakiem/żołnierzem/lekarzem?". Nic z tych rzeczy. Jeśli jednak dalsza i bliższa rodzina, bądź też bliżsi i dalsi znajomi rodziców, koniecznie chcieliby się dowiedzieć czym będę się parał w życiu i z niezbitą pewnością ustalić czy zasilę służby mundurowe czy też będę paradował w kitlu, to chciałbym stanąć do tej rozmowy po lekturze "Co z ciebie wyrośnie?". I dlatego właśnie po raz trzeci czytam książkę chłopakom. Żeby zaskoczeni tym podstępnym pytaniem o to kim będą, mogli dać odpór luzacką i nietuzinkową odpowiedzią w stylu: sekserem, nurkiem golfowym bądź wyciskaczem węży. Bo niby wiadomo, że będą piłkarzami, ale przecież coś w zapasie trzeba mieć.

Wydana przez Dwie Siostry książka ilustratorsko - autorskiego duetu państwa Mizielińskich, to nic innego jak leksykon zawodów dziwnych, niebanalnych i rzadko spotykanych, przy czym skala dziwności jest dość rozpięta, bo o ile o grafologu słyszałem, to już na przykład o takim zaginaczu neonów, nie. Co ciekawe, zawód upychacza ludzi w japońskim metrze wprawił mnie w zdumienie, a nie zrobił wrażenia na Bartku, który czytał o tym fachu w "Kronikach Archeo". Ot, siła poznawcza literatury.


Fajna to rzecz i pokazująca, że świat pracy zawodowej to nie tylko ośmiogodzinny etat, bądź spektrum profesji podstawowych, wymienianych w rozmowach o przyszłości dzieci jednym tchem i zróżnicowanych ze względu na płeć potomka (w książce nie ma podziału na zawody damskie i męskie). U nas wystarczyło pierwsze czytanie, żeby panowie zaczęli się zastanawiać czy nie lepiej niż piłkarzem zostać jednak beta testerem gier komputerowych (Bartek) albo testerem mebli (Szymon). Od razu widać, że książka zdała egzamin i skierowała myślenie na wybór zawodów, które zbiegają się z ich obecnymi zainteresowaniami (u Szymka, gwoli wyjaśnienia, skakanie po wyposażeniu mieszkania). I choć mam jeszcze ufność, że z wiekiem będą mierzyli odrobinkę wyżej, to pozostaję z nadzieją, że lektura "Co z ciebie ..." zakiełkowała i kiedyś zakwitnie wyborem zawodowej drogi życiowej, która przyniesie im satysfakcję, przyjemność i pieniądze. Dokładnie w tej kolejności.

Na osobny akapit zasługuje szata graficzna książki. W warstwie ilustracyjnej przypomina mi prymitywne rysunki jakiegoś wyspiarskiego ludu i nie bardzo trafia w gust. Podobnie zresztą jak typografia, która jest dość kłopotliwa przy czytaniu oczyma zarówno prawie czterdziestolatka, jak i ośmiolatka, choć oczywiście z innych powodów. Zanim więc ją nabędziecie lub wypożyczycie, a warto!, zobaczcie sobie na bardzo fajnej stronie publikacji czy przypadkiem zgrzyt między wizją artystów, a waszym poczuciem estetyki nie jest zbyt duży. U dzieci jest z tym różnie, bo Starszemu się podoba, a Młodszemu nie, ale ten ostatni za każdym razem każe sobie pokazywać każdą stronę.



Podsumowując - polecam, przy okazji zdradzając, że skoro już ten beta tester zajęty, to ja poproszę być latarnikiem.

piątek, 27 września 2013

"Wiersze dla dzieci" Julian Tuwim - wyd. Egmont

Na blogu Czytanki-przytulanki autorka prosi: "Niech podniosą rękę ci, którzy swoim pociechom czytają wiersze...", więc odpowiadam na apel i kończynę swą górną podnoszę, jednocześnie stając niejako w opozycji do stwierdzenia, że "żyjemy w czasach fabuły", a wiersze to "zbyt krótkie (...) formy, by miały szansę zatrzymać się na dłużej w naszych głowach". W naszych, dorosłych, zajętych myśleniem i kombinowaniem jak tu do pierwszego i co jutro na obiad, być może tak (choć i tu mocno bym polemizował), ale w dziecięcych? Nigdy! Klasyka wciąż trzyma się mocno na swoich, moim zdaniem, niezagrożonych pozycjach, ale nie powinna się czuć zbyt pewnie, bo świeża krew naciera z prawdziwym zaangażowaniem i dużym talentem. Dziś jednak będzie o klasyce.
Korzystając z okazji, że rok 2013 został ogłoszony rokiem Juliana Tuwima, postanowiłem uzupełnić biblioteczkę chłopaków o zbiór jego wierszy dla dzieci. Wiem, wiem, powinienem zrobić to dużo wcześniej, a nie szukać, choćby tak zacnego, pretekstu, ale tak się jakoś złożyło, że do tej pory wystarczały nam pożyczki. No właśnie, wystarczały, aż w końcu doszło do sytuacji, w której dziecko chce, a w domu nie ma. No to już jest, choć droga do zakupu prowadziła długa, zawiła i najeżona przeszkodami, bo jaki Tuwim w swych wierszach jest, to wiadomo, ale jak jego poezję oprawił ilustrator, to już rzecz niepewna. A że prawie każde wydawnictwo chce mieć "swojego" Tuwima, jest w czym wybierać. Postanowiwszy znaleźć złoty środek między "pastelową paletą barw", a artyzmem, który rozczytać może twórca dzieła i wąskie kółko koneserów, postawiłem na "Wiersze dla dzieci" Egmontu z ilustracjami Daniela de Latoura. Dlaczego? Już śpieszę wyjaśnić.




Wiersze Tuwima, to dla mnie i dla moich synów przede wszystkim jedna, wielka radocha. Szeroki uśmiech wywołują zarówno: biegający z obłędem w oczach i rozwianym włosem, i poszukujący okularów - pan Hilary, wbijający namiotowe śledzie w nozdrze wieloryba - Pan Maluśkiewicz czy też koziołkująca po trawie ekipa, która ad hoc skrzyknęła się, by wziąć udział najpierw w rwaniu (rzepki), a potem w podnoszeniu (się, z ziemi). Zwracamy co prawda uwagę na walor edukacyjny zawarty choćby w historii Grzesia i jego cioci, ale równocześnie chichramy się z niczym nieposkromionej wyobraźni kłamczuszka. Po co o tym wszystkim piszę? Żeby powiedzieć, że pan Daniel de Latour idealnie wpisuje się w moje wyobrażenie na temat wizualnej strony wierszy pana Juliana. Od razu spieszę donieść, że nie mam żadnych uprawnień, by się o pracach graficznych wypowiadać. Ba, nie dysponuję nawet na tę okoliczność stosownym słownictwem. Będzie więc po amatorsku, od serca.



Frywolna, acz momentami dzika kreska, którą pan Daniel kreśli scenę wyrywania opornego warzywa poparta odpowiednią, pełną stękań i ocierania czoła, deklamacją, to spółka zapewniająca sukces "Rzepce". Ta sama dzikość, ale i podobna frywolność (atleci) jest w ilustracjach do "Lokomotywy". Dwa przymiotniki? Słabo, nawet jak na amatora.  Dorzućmy zatem "zabawne", bo Pan Maluśkiewicz z bicyklem oraz kaczki z "Trudnego rachunku", wywołują za każdym razem paroksyzmy śmiechu moich dzieci, a i mnie bawią wciąż i wciąż.



Żeby nie było jednak zbyt kolorowo, to opeer należy się za układ graficzny zbioru. Typografia, bo tak się to chyba nazywa, jest pod psem. Zarówno czcionki, które są aczytelne, i nie piszę tu jedynie o swym sfatygowanym wzroku, ale i o młodych oczach docelowej grupy odbiorców poezji pana Juliana, jak i rozmieszczenie tekstu oraz obrazu na stronach, to moim, jak już zastrzegłem, laickim okiem, duże, ale na szczęście jedyne, minusy publikacji.



Zatem czytać mili Państwo, bo choć do mistrzostwa interpretacyjnego Ireny Kwiatkowskiej w "O Grzesiu kłamczuchu ..." pewnie nam wszystkim daleko, to dla naszych dzieci, to my jesteśmy najlepszymi deklamatorami. A przy okazji damy tym wspaniałym strofom "szansę zatrzymać się na dłużej w naszych głowach".

wtorek, 6 sierpnia 2013

"Pan Jaromir na tropie klejnotów" Heinz Janisch

Ja wiem, że wybieranie książki na podstawie okładki jest passé, ale jeśli chodzi o pozycje literatury dziecięcej uwielbiam się posługiwać tym wielce nieprofesjonalnym sposobem. Tak, tak. Powinno się latać po specjalistycznych portalach i spijać recenzyjny miód z piór fachowców, wyrabiając sobie zdanie o książce nim poda się ją, najczęściej własną paszczą, nieopierzonemu czytelnikowi (nawiązania ornitologiczne niezamierzone). No cóż, dopiszmy tę moją nieodpowiedzialność do listy wad Ojca Same Zuo i przyjmijmy do wiadomości, że zdobiący oprawę pan z muszką i w kraciastym pulowerze oraz wilgotnonosy jamnik, obaj z kinolami przy podłodze, wydali mi się wystarczająco dobrym powodem, by przeczytać chłopakom “Pana Jaromira na tropie klejnotów”, kryminał dla dzieci autorstwa Heinza Janischa z, co już wiecie, wielce mi się podobającymi, ilustracjami pani Ute Krause.
Pierwszym zaskoczeniem, które mnie spotkało podczas lektury był fakt, że to nie dystyngowany staruszek o arystokratycznej aparycji jest panem Jaromirem. To, pełne godności, miano, nosił z dumą drugi, choć wcale niemniej ważny, bohater książki, pies. Pies niezwykły, błyskotliwy, spostrzegawczy, oczytany, ba, uczący się angielskiego, słowem pełen talentów i pewnie dlatego wybrany przez lorda Hubera, spośród mnogości kandydatów, na stanowisko asystenta emerytowanego detektywa. Trzeba przyznać, że lord miał nosa (i nie mam tu na myśli jego sporych rozmiarów) i wybór ten zaprocentował już przy pierwszej rozwiązywanej wspólnie sprawie. Sprawie kradzieży tytułowych klejnotów dokonanej w kurorcie Bad Grünberg, gdzie przenoszą się nasi bohaterowie i gdzie toczy się większość akcji.
 
Kryminał dla dzieci w klasycznej formule? A czemuż by nie! Pierwsza część przygód lorda i pana Jaromira jest skonstruowana według wszelkich prawideł gatunku. Jest zagadka, jest wielki budynek, jest grupa podejrzanych i są też: niezwykle inteligentny śledczy wraz z nieustępującym mu w dedukcji i świetnie go uzupełniającym, pomocnikiem. Ba, jest nawet scena końcowa, w której dzięki elokwencji detektywa okazuje się co i jak. A żeby nie było zbyt drętwo, to lord Huber jest miłośnikiem nowoczesnych gadżetów, a jednym z podejrzanych wynalazca, który skonstruował model UFO.
Pisałem o pierwszym zaskoczeniu, pora wyjawić drugie. Okazuje się, że autor nie poszedł na łatwiznę podrzucając małoletniemu czytelnikowi tropy wielkości brontozaura i całą zagadkę skonstruował tak, że nawet ja, mający na koncie niejeden kryminał, praktycznie do końca nie wiedziałem kto buchnął świecidełka. Ba, kryminalna afera wciągnęła mnie bardziej niż chłopaków, którzy ze zdziwieniem obserwowali gorączkowo pokrzykującego: “Myjcie się szybciej!”, ojca i widząc moje podekscytowanie godzili się na dłuższe niż zwykle seanse czytelnicze.
Niecierpliwie czekam na ciąg dalszy, bo przygody pana Jaromira to książka po prostu dobra. Ba, nawet wyznający zasadę, że pozycja bez treści pedagogicznych, to zła lektura dla dzieci, nie mogą sarkać. Główni bohaterowie, to chodzące ucieleśnienie wszelkich podręczników savoir-vivre’u. I nie jest to drążniące ę i ą, ale wzajemny szacunek i bon ton. Jakby tego było mało, główny bohater propaguje naukę języka obcego, co jakiś czas wtrącając angielskie słówka i zwroty. Nie za to jednak chciałbym uścisnąć dło..., to znaczy łapę, panu Jaromirowi, ale za to, że fajny z niego goś..., o przepraszam, pies. Polecam!

sobota, 29 czerwca 2013

Proszę mnie przytulić" Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak

Rację ma momarta, która w swoim wpisie na temat książki autorsko ilustratorskiego duetu Wechterowicz - Dziubak pisze, że to pozycja nie na dzisiejsze czasy. Czasy, w których wędrując po turystycznym szlaku na okraszone uśmiechem “dzień dobry” można w odpowiedzi usłyszeć wcale nie maskowane: “pojeb!” (grupa nastolatków), bądź zostać obdarzonym arystokratycznym spojrzeniem pt. “czegóż ty chamie od nas chcesz!” (para nobliwych małżonków). Czasy, w których jadący z przeciwka cyklista mało ze zdziwienia nie wjeżdża do rowu, kiedy pozdrawiasz go podniesioną ręką i, tak, tak, uśmiechem. W końcu czasy, kiedy własne dzieci wlecze się przez kilometry traktów wyznaczonych przez hipermarketowe półki, bądź wiezie nimi, uziemione za kratami wózka. Przytulanie?! Wolne żarty. Żenua. A i czasu na takie pierdoły brak. Lepiej nowe lego kupić, do pokoju wrzucić i spokój. A dziecko jak się cieszy. A z takiego przytulania to co ma? Phi!
No, to sobie ulałem, a teraz przejdę do cudownej książki, za którą z tego miejsca, z tej mojej skromnej mównicy, chciałbym panu Przemkowi i pani Emilii serdecznie podziękować. Bo choć skłamałbym pisząc, że do tej pory strasznie byłem zachwycony, kiedy np. podczas nielicznych spotkań z licealną bracią, jeden z kumpli robił ze mną tradycyjnego misia (pozdrowienia, Kawallo), to po lekturze “Proszę mnie przytulić”, obiecuję że, może nie zachwycony, ale weselszy na duchu, będę. Bo w końcu, jak głosi Tata Niedźwiedź, najlepszym sposobem na udany dzień “jest mocne przytulenie się do kogoś”. I chcąc sobie i innym taki dzień zapewnić, rusza w las w towarzystwie synka Niedźwiadka, by, dalejże, wyprzytulać wszystkich dalszych i bliższych sąsiadów, a nawet, przebywającą na wywczasie u kuzyna Zaskrońca, panią Anakondę.
Trzeba mi takich książek. Nie o depresjach, cipkach, siusiakach i związkach pingwinów jednej płci, ale pozycji, które przypominają o sprawach najbardziej podstawowych. Wiecie - zatrzymaj się, przytul bliską ci osobę, a jeśli masz w sobie taką potrzebę i nie brak ci odwagi, to i sąsiada, ba, wroga nawet (uprzednio zabrawszy mu strzelbę). Jeśli zaś macie wątpliwości, co do sensowności takich poczynań, przeczytajcie sobie “Proszę …” i zobaczcie jaką wielką falę radości, obejmującą cały las, wyzwala ten prosty gest. A potem  pomyślcie, że wy też możecie taką (choćby nawet na mniejszą skalę) wyzwolić.
No dobra, panie starszy, upisał się pan w temacie własnych odczuć, a jak na książkę reagują dzieci? Ano, zgniataniem, międleniem, przyduszaniem za szyję, niespodziewnymi skokami na plecy i ogólnym wzrostem wszelkiej maści “przytulańców” w stosunku do rodziców. To jeśli chodzi o skutki, że tak rzecz ujmę, fizyczne. Sama zaś lektura, to feeria wybuchów śmiechu przy oglądaniu ogromnie dowcipnych w wyrazie ilustracji pani Emilii i czytaniu pełnych humoru tekstów pana Wechterowicza. I naprawdę nie jestem w stanie odpowiedzieć, czy obraz uzupełnia tutaj słowo, czy jest też dokładnie na odwrót.
I choć unikam wszelkich rankingów, to oznajmiam, że dla mnie "Proszę ...", została dziecięcą książką miesiąca. I niech to wystarczy jako podsumowanie i rekomendacja. A niech tam, jeszcze i to -


piątek, 31 maja 2013

"Kłopoty rodu Pożyczalskich" Mary Norton

Mógłbym oczywiście napisać zgrabną historyjkę o tym, jak to dwaj mali chłopcy, zachwyceni okładką nowego wydania “Kłopotów …”, uprosili srogiego ojca, żeby odmawiając sobie innych życiowych uciech, zakupił był tę, pięknie wznowioną przez “Dwie Siostry”, perłę klasyki literatury dziecięcej. Mógłbym ją (historyjkę, nie perłę), rozwinąć o wielce budujący obraz małych czytelników, z wielką uwagą spijających z ust rodzicielskich każde słowo, które przed laty wyszło spod pióra pani Norton. Mógłbym …, ale ponieważ ostatnio w modzie jest zapewnianie przez blogerów “książkowych”, że pisze się szczerze do bólu, to mi nie wypada. Będzie zatem wielce życiowo, miejscami pewnie drętwo, ale zgodnie z prawdą najprawdziwszą.
Wyznać mi zatem należy, żem książkę kupił dla siebie, bom fanem ilustracji pani Emilii Dziubak wielkim i jak zwykle nie sądzę po okładce, tak w tym konkretnym przypadku, sądziłem. Jak się okazało, słusznie. Drugim powodem, dla którego zdecydowałem się na zakup, był fakt, że w dzieciństwie z Pożyczalskimi nie dane mi było się spotkać i korzystając z przykrywki, jaką dają małoletnie dzieci, mogłem to niedociągnięcie, bez narażania się na kpiące spojrzenia innych dorosłych, nadrobić. Tak więc zakupiłem i głośno zacząć czytałem.
To książka dla wszystkich tych, którzy doświadczyli akcji pod tytułem: “Biega, krzyczy, pan Hilary (...)”. Całe szczęście Tuwim, mimo że czasem nie przebierał w słowach, miał świadomość tego, że pisze dla dzieci i zrymował tylko cenzuralne okrzyki poszukiwacza okularów. W życiu tak lekko nie jest i nie wszystko nam się łatwo na nosie znajduje. Czasem, jak mawiają w moich stronach, amba, fatima, było i nima. I tu właśnie wkraczają na scenę Pożyczalscy. Strączek, Dominika i ich córka Arietta, mieszkają pod podłogą sporego gmaszyska i żyją dzięki pożyczaniu. Zginęła ci skarpetka? Pewnie twoja własna Dominika przerobiła ją na kołdrę dla córki. Albo na rękawiczki. Jeszcze przed chwilą widziałeś w misce jabłko? Hmm, życz smacznego tym spod podłogi. Cóż robić, taki układ. Zresztą, mali mieszkańcy ciężko dostępnych zakamarków, mają gorzej, bo przecież mogą zostać Zobaczeni. A być Widzianym, to straszny stygmat, no i, jak się ostatecznie okazuje, cholerne kłopoty dla rodziny.
Jeżeli chodzi o tekst, szału w odbiorze nie było. Mówię oczywiście o zmuszonych przez strasznego tatula, słuchaczach. Powieść pani Norton jest bowiem dość statyczna i oparta na sporej ilości niedopowiedzeń, które sprawiają że historia rośnie w pytania (co się stało starszej pani?, co łączy służącą z ogrodnikiem?, gdzie podziała się właścicielka domku dla lalek?) i staje się przez to o wiele ciekawsza. Stare i doświadczone ucho je (niedopowiedzenia) wyłapie, a stara łepetyna je (pytania) zada, a młode, cóż, są za młode. Nie było jednak tak źle, jak w przypadku książek, które nie podeszły zupełnie. Przy tamtych nie słyszałem bowiem: “Tato, przerwij, bo idę do kuchni/kibelka/po kredki”, niepotrzebne skreślić. Gwoli historycznej prawdy, dodać jednak należy, że dość dramatyczna końcówka, to już było coś, co zainteresowało chłopów na tyle, że obłożyli sobą tatę z obu stron i nie dali skończyć. No i Młodszy, dla którego ciągle ważna jest strona obrazkowa książek i który tylko łowił kątem oka czy na czytanych stronach pojawia się barwna plama i szybciutko przybiegał studiować świetne ilustracje pani Emilii. Refleksyjne, pięknie operujące barwą (ach, te płomiennorude włosy Arietty), światłem i cieniem (scena na puszce). Po prostu wspaniałe.
Książka w tym wydaniu, to apetyczny kąsek dla oka, ale i wcale nie tak znowu zramolały - dla ucha. Piękna fraza, którą coraz rzadziej spotkać można we współczesnej twórczości dla dzieci. Zero infantylności i cuckania, jak roboczo nazywam sposób zwracania się do młodego czytelnika, ukochany przez spore grono dzisiejszych twórców. Dobra do rozpoczęcia niezobowiązującej rozmowy o być (postawa Dominiki, która strasznie mi przypominała panią Bukietową*) czy mieć (tęsknota Arietty za odkrywaniem świata). Słowem - lubię to!

* Polskie tłumaczenie nazwiska jako Żakiet, jakoś niezbyt do mnie trafia.

środa, 29 maja 2013

"Kroniki Archeo. Tajemnica klejnotu Nefertiti." Agnieszka Stelmaszyk

Przygodówki? O tak! To było coś, co nastoletnie Bazyle lubiły bardzo. Pany Samochodziki, Tomki, Dzikie Mrówki. Wszystkie te serie robiły klimat, a człowiek przepadał był dla świata na długie godziny i nurzał się, i w zieloność tropikalnych lasów, i w swojskiej kwiatów powodzi, w zależności od tego czy śledził afrykańskie przygody dwóch nastolatków, czy wyprawy młodego Wilmowskiego, czy w końcu, mające miejsce na rodzimej niwie, zajmujące historie z panem Tomaszem w roli głównej. I choć czar sentymentu nie pozwala nam spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że przynajmniej część naszych hitów z dzieciństwa zestarzała się i trąci myszką, to jednak nasze dzieci, które nie zostały skażone szwungiem do starożytnych młodzieżówek, mogą nam ze stoickim spokojem wygarnąć, że taki np. wehikuł, to żadna atrakcja, bo BMW serii fęfnaście, ojca ich kolegi z klasy, ciągnie dwieście na dwójce. Możemy oponować, że bimer nie pływa, ale jesteśmy na z góry przegranej pozycji, bo starocie są “słabe”. Co zatem może być mocne?
Agnieszka Stelmaszyk postanowiła wypełnić niszę współczesnej młodzieżowej powieści przygodowej. Niszę, która z jednej strony jest hołubiona przez twórców zagranicznych (choćby seria “Ulysses Moore”), z drugiej, jakby zapomniana przez polskich literatów. Choć zatem jako stary piernik przyczepię się w końcówce tego tekstu do kilku rzeczy, to jednak pierwszą część serii “Kronik Archeo”, uważam za naprawdę niezłą pozycję gatunku i dobry początek wkręcania młodego czytelnika w świat przygody. Ba, mało tego, przy okazji tego wkręcania można również uzyskać walor edukacyjny, co dla niejednego ambitnego rodzica, będzie być może powodem (oby nie jedynym), do wysupłania kasy na książkę.
Fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Oto dwie zaprzyjaźnione rodziny archeologów egiptologów zostają wysłane do Egiptu, by zbadać nowoodkryty grobowiec, który być może krył w sobie doczesne szczątki Nefertiti, żony faraona Echnatona. Być może, ponieważ grobowiec został złupiony, a kartusze z imieniem nieboszczyka zostały skrzętnie skute. Wraz z rodzicami do krainy piramid przylatuje piątka rezolutnych pociech płci obojga i z wielkim zapałem rzuca się pomagać staruszkom w rozwiązaniu zagadki tajemniczego grobowca X, a w perspektywie w odnalezieniu tajemniczego klejnotu, mapą dotarcia (a właściwie jej kawałkiem), do którego, dysponuje równie tajemnicza starsza dama. Jako że zdobyciem królewskiej biżuterii są też zainteresowani handlarze starożytnościami, konflikt interesów obydwu grup jest nieunikniony. Jak skończy się pojedynek piątki małolatów z doświadczonymi czarnymi charakterami …? Wiadomo, że jest kontynuacja, więc pewnie dobrze, ale to samo myśleli ci, którzy czytali Martina. Słowem, nie przeczytacie, pewności czy wszyscy przeżyli mieć nie będziecie.
Nie spodziewajcie się po tej książce zwrotów akcji rodem z bestsellerowych thrillerów. Zawieście też na kołku Wasze dorosłe poczucie prawdopodobieństwa, bo inaczej kilka akcji będziecie z pewnością musieli skwitować prychaniem pod nosem lub dosadnym komentarzem. Pamiętajcie, że to książka dla dzieci i tzw. młodszej młodzieży, więc parę rzeczy jest uproszczonych i doprawionych takim sosikiem, żeby kartki same się odwracały, a nerwowy szept: “Co dalej?!” niósł się po pokoju. U mnie się niósł dosłownie, bo książkę, ze względu na nieczytatego pięcio- oraz leniwego siedmiolatka, czytałem na głos. I zważywszy, że wczoraj przeczytałem blisko 150 stron, a wypuszczany byłem tylko na krótkie wizyty w kuchni, celem przepłukania gardła minerałką, to śmiało mogę powiedzieć - przygoda chwyciła chłopów w objęcia.
No tak, ale miałem też popsioczyć. Trochę szwankują korekta z redakcją. Ta pierwsza przepuszczając spore stadko literówek, które były dość upierdliwe przy lektorzeniu potomstwu. Ta druga, nie poprawiając takich niezręczności językowych jak: “(...) z jego ramion spływał długi czerwony płaszcz z białym orłem w koronie na prawym ramieniu” albo “(...) uśmiechała się szeroko, świecąc równiutkimi i śnieżnobiałymi ząbkami, dumą niejednego dentysty”. Pozostaje jeszcze kwestia strony ilustratorskiej, autorstwa Jacka Pasternaka, co do której mam wybitnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony mamy bowiem coś na kształt, nie cierpianej przeze mnie, techniki “martynkowej”, tylko w wersji troszkę mniej słit, z drugiej, całkiem sympatyczne szkice, które ładnie uzupełniają wiedzę podaną w tekście (szkoda jednak, że nie ma fotografii). Jak dla mnie remis.
Podsumowanie? Chłopaki chcą czytania kolejnej części, więc to chyba najlepsza rekomendacja. A mnie pozostaje mieć nadzieję, że przy kolejnych tomach nie będę już musiał zamieszczać akapitu z gderaniem. Spróbujcie!

czwartek, 24 stycznia 2013

"Pompon w rodzinie Fisiów" Joanna Olech

Smok? Tradycjonalista zasypie Was informacjami na temat wyposażenia podwawelskiej jamy, zwyczajów żywieniowych bestii (dziewice, po stokroć) oraz składu chemicznego wybuchowej mieszanki, która posłużyła do eksterminacji podłej gadziny. Miłośnik fantasy zamęczy wielogodzinną prelekcją na temat gatunków, cech charakteru, koloru łusek i innych przymiotów tych mitycznych bestii, kończąc ją pewnie na szczegółowej charakterystyce geograficznej Pernu. Matki karmiące rzucą się tłumaczyć jak smok wpływa na dzieciństwo i kształt uzębienia. Miłośnicy klasycznych kreskówek z rozrzewnieniem wspominać będą towarzysza i przyjaciela profesora Gąbki. Hydraulicy przekonywać będą, że pompa bez smoka, to o kant kolanka potłuc. Słowem - smoki są wszędzie. Nie należy się zatem dziwić, że pojawiły się także w literaturze dziecięcej.
Ten przydługi wstęp doprowadził nas w końcu do opowieści o smoku nietypowym. Smoku, który pojawił się znikąd (właściwie to z odpływu umywalki) i zawładnął sercami rodziny Fisiów. Małym (kto powiedział, że smoki muszą być wielkości Grubej Berty?), zielonym, pyskatym, niesubordynowanym, skorym do psot, na potęgę żrącym korniszony i muchy oraz cholernie inteligentnym. Jeśli dodać do tego, że przy bekaniu wydającym, strasznie śmieszący moich małych czytelników, odgłos: “hellou” oraz piszącym bloga, to i tak nie sprawi to, że obraz Pompona, bo takie miano nosi bohater książki pani Joanny Olech, będzie pełniejszy. Smok, bowiem, to wielce złożona postać i żeby naprawdę móc ją poznać, konieczna będzie jednak lektura “Pompona w rodzinie Fisiów”.
Już widzę jak rodzice ze strachem spoglądają na te 140 stron głośnego czytania. Odrzućcie obawy, staruszkowie! “Pompon …”, to lektura dla całej rodziny, bo i o rodzinie traktująca. Przyznaję, dzięki jednemu członkowi, nietypowej w składzie, ale jakże typowej w zachowaniach. Są afery, są dzikie hece, ale jest też dużo rodzinnej czułości i trafnych obserwacji codzienności. Od razu jednak ostrzegam, jeśli szukacie pozycji, która “ucząc bawi, bawiąc uczy” nie bierzcie książki do ręki. Smok jest próżny (a tę próżność autorka podkreśla ilustracjami, które przedstawiają wyłącznie głównego bohatera w różnych pozach i sytuacjach), ma niewyparzony język i mnóstwo, przyprawiających dorosłych o palpitacje serca, pomysłów. Nie chcecie, żeby został idolem Waszych grzecznych i doskonale ułożonych dzieci. Moje przypominają głównego bohatera, więc było mi wszystko jedno, ale żeby nie było, że Was nie ostrzegałem.
Świetna książka! Pełna humoru, który powodował, że w głos śmiało się trzech chłopów w dziecięcej sypialni i słuchająca jednym uchem z kuchni squaw. Nie cukrująca, miejscami “nieprawomyślna”, opowieść o historii pewnej niezwykłej przyjaźni. Opowieść, która sprawiła, że mój Starszy Syn przyszedł i powiedział, że chce pogadać o najlepszych scenach* z książki, bo “nie lubisz rozmawiać o grach, tylko o książkach”, więc … Czy może być lepsza rekomendacja?

* Po naradzie z Bartkiem oznajmiamy, że są to: telefon do ciotki w sprawie kota mordercy, rozprawienie się z niegrzecznym punkiem i każde “hellou”, które trafiło się po drodze.