Piotr w swoim wpisie o "Wilczej norze" przywołał klasyków zwierzęcej szkoły dedukcji. W pierwszej chwili pomyślałem, że może by rzeczywiście odkurzyć panów: Lisa i Chrumpsa, ale potem przypomniałem sobie, że mam czytać dziecięciu, które nerwowo reaguje na przedwieczną narrację, za nic mając piękno frazy, w zamian łaknąc raczej akcji. Możliwie szybkiej. Spojrzałem zatem na wirtualną półkę z nowościami i wybrałem opisywaną książkę, mimo że ZwL ostrzegał, że dydaktyczny swąd unoszący się już z tytułu, może podśmiardywać również podczas całej lektury. Troszkę w tym profetyzmie było prawdy, ale koniec końców nie było aż tak źle, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka w głąb kryształowej kuli.
Mamy zatem do czynienia z detektywem, tytułową inspektor Parmą, która jak nietrudno się domyślić, będzie zamieszana w sprawę nierozerwalnie związaną z modnymi ostatnio tematami eko. Wiecie, precz z konserwantami i GMO, a truskawki posypujemy tylko gnojem i takie tam. Ale do rzeczy.
"Inspektor Parma i spisek żywnościowy", to historia złożona z tylu klisz fabularnych i stereotypów, że właściwie wciśnięcie w nią jeszcze jednej, klasycznej sceny znanej z kryminałów i sensacji (książek i filmów), mogłoby doprowadzić do tragicznych w skutkach wydarzeń. Na przykład ktoś mógłby oberwać lecącym przez środek pokoju tabletem, rzuconym przez coraz bardziej zirytowanego lektora. Zaczynając od tradycyjnego układu mentor (stary, doświadczony detektyw) - uczeń (młoda, ambitna świnka po akademii), mamy tu w zasadzie wszystko: pościgi uliczne, akcje typu "zabili go i uciekł", sceny walki wręcz, ba!, jest nawet strzał w zawór z gorącą parą i przekradanie kanałami wentylacyjnymi. A! I jak świnka, to oczywiście niechlujna. W skrócie, jak już rzekłem, klasyki klasyków i klisze klisz. Jest tylko jedno ale. Mianowicie coś co dla mnie jest oczywistością, wcale takim być nie musi dla 12latka, który chował się na zupełnie innym zestawie popkultury niż tatuś. I nie wie co to: "Gliniarz i prokurator", "Dempsey i Makepeace na tropie" czy wreszcie "Na wariackich papierach", gdzie tych wszystkich zagrywek z książki użyto dziesiątki razy. W tym właśnie, w tej młodzieńczej niewinności, upatruję sukcesu jakim było poganianie, komentowanie przerw w lekturze zwrotem" "no weź!" i szybkie ukończenie tomu. No bo przecież nie w niezbyt zawikłanej intrydze.
A dydaktyzm? Był, ale się zbył. Rzeczywiście jeśli już jest, to jak cepem w łeb, a na dodatek, żeby pozostać w kręgu etymologicznym, strasznie po łebkach. W sumie nie przeszkadza, ale i też nie bardzo edukuje. Jagodno gdzie rozgrywa się akcja, to oaza zdrowej żywności, a Buły Wielkie i Parówy Niżne (tak, tak, to ten typ humoru, nie wspomniałem?), są zagłębiami naszprycowanego konserwantami, barwnikami i ulepszaczami fast foodu opartego na GMO. Mało subtelne.
Nie sprawiła mi ta książka wielkiej uciechy, a jedynym pozytywem były w niej jak dla mnie ilustracje. Komiksowe, lubię. Z drugiej strony takie bardzo wprost, czyli nie uzupełniające tekst, a po prostu go ilustrujące. Ale niech tam! I mimo, że Młodszy dał jej mocną czwórkę, to ja, trochę po, nomen omen, świńsku, nie będę za bardzo naciskał na kontynuację czyli "Inspektor Parmę i aferę środowiskową'.
Do książki możecie też zajrzeć na:





























