Co, u kaduka, tak mierzi naszych wydawców w oryginalnych tytułach, że muszą je nicować i wywracać na setną stronę. Co, do jasnej Anielki, było nie tak z oryginalnym "Dodgerem", że jako "Spryciarz z Londynu" musiał dołączyć do wirujących seksów i elektronickich mordulców? No, co? Ulało mi się, ale że najgorzej jest zacząć, to nawet dobrze, bo miałem od czego. A teraz do rzeczy.
Nie wiem jak to się dzieje, ale mimo że mam całą kolekcję Świata Dysku na półkach, to gdy dochodzi do wyboru książki sir Terry'ego jest to zazwyczaj pozycja spoza cyklu. Podobnie było ze "Spryciarzem ...". Miał być kolejny tom o Straży, a tu bach!, znalazłem się w wiktoriańskim Londynie, mało tego, w jego kanałach, u boku młodzieńca, który mienił się zbieraczem i który na życie zarabiał przeszukując, w poszukiwaniu monet i innych kosztowności, sieć kanalizacyjną wspomnianej metropolii. Czasem ratował też małe kotki, wspomagał najbiedniejszych oraz szedł w sukurs damom w opałach. To ostatnie spowodowało, że jednego dnia jego życie nabrało nowych barw, a cwaniak, którego do tej pory znał tylko londyński półświatek, nagle zaczął brylować na salonach i stykać się z możnymi ówczesnego świata. Bądźmy szczerzy. "Spryciarz ...", to bajka, w której oberwaniec z nizin społecznych zostaje nagrodzony pełnym trzosem i sercem bogdanki za swe dobre serduszko i wrodzony intelekt.
Nie mówię, że "Spryciarz ...", to książka zła, ale mam z nią pewien problem. To jest tego samego rodzaju problem co przy powieściach, których tłem jest dwudziestolecie międzywojenne. Niby gdzieś w tle jest ten brud, smród i ubóstwo. Niby czają się tuż za rogiem bieda, plugastwo, występek i cała ta sodomagomora tamtych czasów, ale jednak pierwszy plan to wszystko uładza. Wiecie - rauty, kawiarnie literackie, pojedynki i zastawa od Rosenthala. I tak jest w powieści Pratchetta. Ja wiem, że mogło się zdarzyć iż londyński ulicznik trafił na tajemniczego protektora, nobliwego Żyda, który przy spotkaniu z angielskim królem wymienia z nim masońskie pozdrowienia. Ja wiem, że tenże łasperdak mógł dostać od Karola Dickensa kredyt zaufania i być przezeń przedstawianym arystokratom, ba!, oprowadzać tych ostatnich po swoim podziemnym światku. Umówmy się jednak, że jest to równe prawdopodobne jak trafienie szóstki w lotka.
Czy zatem jest "Spryciarz ..." bajką z potencjałem? A i owszem. Choć dla człowieka, który sporo w życiu przeczytał może tego potencjału nie stawać. Ja na ten przykład, mimo że doceniam świetnie skreślone postacie (choćby epizodyczne wejścia pani Quickly) i zgrabną, ale mocno przewidywalną intrygę, jakoś do spotkań z Dodgerem zbytnio nie tęskniłem. Brakowało mi też specyficznego humoru autora, którego odpryski trzeba było z książki wydłubywać jak rodzynki z sernika. Wiem, wiem, to w końcu niewesoła historia, ale jednak ... Żeby jednak nie było, że tylko jojczę i jojczę, powiem że z przyjemnością przeczytałem wmiksowane w główny wątek: historię tworzenia nowoczesnej policji przez sir Roberta Peela czy opowieść o Sweeneyu Toddzie, którego postaci pisarz postanowił nadać bardziej ludzką twarz.
Sami zatem widzicie, że zupełnie nie wiem czy mi się w końcu podobało, czy nie. Książkę odkładałem bez żalu, ale ... no fajny ten Dodger. Uznajmy zatem, że przez moją słabość do awanturników i niecnot o gołębich sercach, uznaję "Spryciarza ..." za wcale udatną lekturę.
Bardziej entuzjastycznego tekstu szukajcie u Zacofanego w Lekturze.
Bardziej entuzjastycznego tekstu szukajcie u Zacofanego w Lekturze.












