Pokazywanie postów oznaczonych etykietą [Przeczytane 2015]. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą [Przeczytane 2015]. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 grudnia 2015

"Spryciarz z Londynu" Terry Pratchett

Co, u kaduka, tak mierzi naszych wydawców w oryginalnych tytułach, że muszą je nicować i wywracać na setną stronę. Co, do jasnej Anielki, było nie tak z oryginalnym "Dodgerem", że jako "Spryciarz z Londynu" musiał dołączyć do wirujących seksów i elektronickich mordulców? No, co? Ulało mi się, ale że najgorzej jest zacząć, to nawet dobrze, bo miałem od czego. A teraz do rzeczy.

Nie wiem jak to się dzieje, ale mimo że mam całą kolekcję Świata Dysku na półkach, to gdy dochodzi do wyboru książki sir Terry'ego jest to zazwyczaj pozycja spoza cyklu. Podobnie było ze "Spryciarzem ...". Miał być kolejny tom o Straży, a tu bach!, znalazłem się w wiktoriańskim Londynie, mało tego, w jego kanałach, u boku młodzieńca, który mienił się zbieraczem i który na życie zarabiał przeszukując, w poszukiwaniu monet i innych kosztowności, sieć kanalizacyjną wspomnianej metropolii. Czasem ratował też małe kotki, wspomagał najbiedniejszych oraz szedł w sukurs damom w opałach. To ostatnie spowodowało, że jednego dnia jego życie nabrało nowych barw, a cwaniak, którego do tej pory znał tylko londyński półświatek, nagle zaczął brylować na salonach i stykać się z możnymi ówczesnego świata. Bądźmy szczerzy. "Spryciarz ...", to bajka, w której oberwaniec z nizin społecznych zostaje nagrodzony pełnym trzosem i sercem bogdanki za swe dobre serduszko i wrodzony intelekt.

Nie mówię, że "Spryciarz ...", to książka zła, ale mam z nią pewien problem. To jest tego samego rodzaju problem co przy powieściach, których tłem jest dwudziestolecie międzywojenne. Niby gdzieś w tle jest ten brud, smród i ubóstwo. Niby czają się tuż za rogiem bieda, plugastwo, występek i cała ta sodomagomora tamtych czasów, ale jednak pierwszy plan to wszystko uładza. Wiecie - rauty, kawiarnie literackie, pojedynki i zastawa od Rosenthala. I tak jest w powieści Pratchetta. Ja wiem, że mogło się zdarzyć iż londyński ulicznik trafił na tajemniczego protektora, nobliwego Żyda, który przy spotkaniu z angielskim królem wymienia  z nim masońskie pozdrowienia. Ja wiem, że tenże łasperdak mógł dostać od Karola Dickensa kredyt zaufania i być przezeń przedstawianym arystokratom, ba!, oprowadzać tych ostatnich po swoim podziemnym światku.  Umówmy się jednak, że jest to równe prawdopodobne jak trafienie szóstki w lotka.

Czy zatem jest "Spryciarz ..." bajką z potencjałem? A i owszem. Choć dla człowieka, który sporo w życiu przeczytał może tego potencjału nie stawać. Ja na ten przykład, mimo że doceniam świetnie skreślone postacie (choćby epizodyczne wejścia pani Quickly) i zgrabną, ale mocno przewidywalną intrygę, jakoś do spotkań z Dodgerem zbytnio nie tęskniłem. Brakowało mi też specyficznego humoru autora, którego odpryski trzeba było z książki wydłubywać jak rodzynki z sernika. Wiem, wiem, to w końcu niewesoła historia, ale jednak ... Żeby jednak nie było, że tylko jojczę i jojczę, powiem że z przyjemnością przeczytałem wmiksowane w główny wątek: historię tworzenia nowoczesnej policji przez sir Roberta Peela czy opowieść o Sweeneyu Toddzie, którego postaci pisarz postanowił nadać bardziej ludzką twarz.

Sami zatem widzicie, że zupełnie nie wiem czy mi się w końcu podobało, czy nie. Książkę odkładałem bez żalu, ale ... no fajny ten Dodger. Uznajmy zatem, że przez moją słabość do awanturników i niecnot o gołębich sercach, uznaję "Spryciarza ..." za wcale udatną lekturę.

Bardziej entuzjastycznego tekstu szukajcie u Zacofanego w Lekturze.

środa, 11 listopada 2015

"Kacper Ryx" Mariusz Wollny

E-book młodzieżowej powieści Mariusza Wollnego pokutował na moim czytniku od czasu, kiedy siłą jakiejś promocji był na nim zagościł. Czyli lat parę. Omiatany od czasu do czasu wzrokiem, ulegał przed innymi chciejstwami i kurzył się biedulek, aż do czasu, gdy wiedziony bliżej niesprecyzowaną potrzebą postanowiłem się z nim zapoznać. Hura!, niech żyją bliżej niesprecyzowane potrzeby, bo dzięki jednej z nich udało mi się na czas jakiś oderwać od jesiennej szarugi i zamieszkać w renesansowym Krakowie, gdzie śledziłem poczynania tytułowego bohatera, inwestygatora króla jegomości, Kacpra Ryksa. Faktem jest, że zamienił stryjek ..., boć klimat piastowskiej stolicy roku pańskiego 1569 wcale weselszym od listopadowej aury za oknem nie był, ale nie zmienia to faktu, że wcale łacno i z wielką uciechą mi się książkę przeczytało.

Tytułowy Kacper to krakowski podrzutek, odchowany przez zakonnika i dany na wychowanie wdowie prowadzącej karczmę. W chwili poznania dziewiętnastoletni młodzik ma za sobą niezłą szkołę życia. Jednako mimo licznych pokus, na które jest narażony facet w jego wieku, w dodatku żak Akademii, jest Kacper na najlepszej drodze ku świetlanej przyszłości. Jako kawaler ambitny, bystry, ze sporymi aspiracjami i nielichymi znajomościami, postanawia nie licząc się z ekspensami i niebezpieczeństwami, zostać pierwszym w historii prywatnym detektywem alias inwestygatorem. I zamiar swój osiąga, paląc po drodze z bandoletów, robiąc rapierem i kordem albo wręcz walcząc wręcz. Ociera się o śmierć albo piękne niewiasty (przy okazji zastanawiając się nad własną seksualnością), zadziera z możnymi ówczesnego świata i królami ówczesnego półświatka i prze jak tur ku wymarzonemu serwitoratowi, który usankcjonuje jego działania w terenie.

Podoba mi się zamysł autora, by za pomocą powieści łotrzykowsko - przygodowej przybliżyć nastoletniemu czytelnikowi renesansowy Kraków i osobistości tamtych czasów. Ba, wykonanie podoba mi się do tego stopnia, że przymykam oko na niektóre uproszczenia czy naciąganie akcji w sposób, który pozwala wprowadzić do tekstu jeszcze odrobinę wiedzy. Bo kogóż i czegóż na kartach "Kacpra ..." nie ma? Wśród postaci, Janowie: Kochanowski, Zamoyski i Drohojowski, młody Sęp - Sarzyński, biskup Padniewski, bracia Mniszchowie czy mistrz Twardowski. Wśród wydarzeń: tumulty studenckie czy unia lubelska o opisach codzienności w mieście stołecznym nie wspominając. No właśnie, Kraków. Opisywany detalicznie (czasem do przesady, ale jak rzekłem wyżej, przymykam), pod względem architektonicznym, społecznym i każdym innym. W skrócie - drugi po Kacprze bohater książki imć Wollnego. No i jeszcze język. Najeżony łaciną i anachronizmami językowymi, które nawet dorosłego czytelnika potrafią czasem, w pierwszej chwili, wprawić w osłupienie ("- Mój Kacper to radziecka głowa!" czy "Prezerwatywa przed niepożądanymi gośćmi (...)".

Wierzcie lub nie, ale odnalazłem, czytając "Kacpra ...", smak lektur młodości. I mimo, że zagadka kryminalna nie porywa, to jednak klimat powieści, szczypta renesansowych arcana, którym z ciekawością przyglądałem się w czasach studenckich oraz szybka akcja sprawiły, że miło spędziłem czas w towarzystwie pana detektywa i jego przyjaciół. A zresztą, czy można nie polubić książki, w której występuje grabarz o jakże wdzięcznym mianie - Bazyl?

poniedziałek, 5 października 2015

"Terror" Dan Simmons

UWAGA!!! Część wpisu można uznać za spojler, ale nie da się o tej książce pisać nie uchylając, choć minimalnie, rąbka tajemnicy.

Kiedy latem 1845 roku sir John Franklin wyruszał na poszukiwanie Przejścia Północno - Zachodniego Ameryki Północnej z pewnością myślał o czekającej go sławie. Sławie odkrywcy, który skrócił drogę do wschodniej Azji. Sławie nieustraszonego badacza, który nie bacząc na trudy arktycznej żeglugi, podjął wyzwanie i dokonał niemożliwego. Co jednak pomyślałby sobie, gdyby dane mu było przeczytać, osnutą na dziejach swej ostatniej wyprawy, książkę Dana Simmonsa? Czy spodobałby mu się własny portret w niej przedstawiony? Wątpię. Zostawmy jednak czcze rozprawy i skupmy się na onieśmielającej rozmiarami pozycji, na której ponad sześciuset stronach będziemy śledzić zmagania załóg HMS Terror i HMS Erebus z zimnem, głodem, pragnieniem, ludzkimi ułomnościami i Bóg wie czym jeszcze (no właśnie, Panie Boże, z czym?).

Od razu na wstępie muszę wyjaśnić pewną kwestię. Szczerze przyznaję, że do czasu lektury "Terroru" fizyczność książki jakoś nie wpływała mi na chęć lub niechęć jej przeczytania. Jednak w przypadku polskiego wydania opisywanej tu pozycji, które jest wielgaśne, nieporęczne i strasznie ciężkie, były chwile, kiedy wzdragałem się na myśl o wzięciu jej do rąk i dalszym czytaniu. Całe szczęście miałem tak tylko na początku, bo potem akcja i klimat wzięły mnie i wessały, a ja codzienną porcję zmagań z tomiszczem mogłem wrzucić na endo, jako zestaw ćwiczeń siłowych. Niemniej, za brak ebooka, szejm on ju - Vesper!

Wracając do meritum ... Simmons bierze z wyprawy Franklina, to co o niej wiadomo i łączy z tym co mu do niej pasuje. Wiadomo całkiem sporo, bo na poszukiwania ekspedycji sir Johna wyruszyło niemało wypraw ratunkowych i na podstawie szczątków informacji przywiezionych przez każdą z nich, można sporo na temat ostatnich chwil poszukiwaczy nowej drogi przez lodowe pustkowie powiedzieć. Natomiast autorowi do tej, wstrząsającej samej w sobie, historii, pasował jeszcze wątek nadprzyrodzony, wywiedziony z inuickiej mitologii, więc ten wątek w snutą przez siebie opowieść wplótł. Czy słusznie i czy sama na poły faktograficzna rekonstrukcja nie wystarczyłaby, żeby utrzymać podwyższone tętno czytelnika? Być może, ale przyznam szczerze, że mnie te krwawe wstawki odpowiadały, a dodatkowo pozwalały na wprowadzenie pewnych wątków i opisania pewnych ludzkich postaw, których inaczej na próżno by może w książce szukać.

No właśnie, postaw. W końcu "Terror", to nie tylko budzące dreszcz grozy jatki, ale przede wszystkim wiwisekcja zachowań kilkunastu z ponad setki uczestników wyprawy w obliczu zarówno groźnej, ale znanej przyrody, jak i morderczego nienazwanego. I choć trudno tu zarzucić autorowi stworzenie niewiarygodnych psychologicznie sylwetek (a mamy tu cały ich wachlarz, od cichego bohatera po kawał sukinkota), to jednak mam pewne zastrzeżenia co do kilku decyzji komandora Croziera, które nie pasują mi do tej postaci, ale pasują jak ulał do dalszej ścieżki fabularnej. Cóż, bywa, że materię trzeba nagiąć do zamysłu.

Rozpisałem się i kto to będzie czytał? A przecież można krótko - warto! Jeśli nie boicie się zejść pod deski pokładu i na czas lektury zamieszkać obok Kajuty Zmarłych, jeśli na własnej skórze chcecie przekonać się do czego zdolny jest postawiony pod ścianą człowiek, jeśli w końcu macie krzepkie ręce by utrzymać w nich tę kobylastą książkę - nie wahajcie się. Nawet bowiem kilka wpadek stylistycznych, chwilowe wskrzeszenie jednej z postaci, nudne posłowie oraz zamieszczenie rycin i obrazów nie w tekście, a na końcu książki, nie są w stanie zmienić mojego zdania, że Simmonsa się po prostu czyta.

Dla porównania teksty: Beznadziejnie Zacofanego w Lekturze, Janka z Tramwaju nr 4, Good Save The Book,  Książek Sardegny, Bibliomiśka oraz Agnes z Dowolnika, której pośrednio zawdzięczacie te oto wypociny. Dzięki!

piątek, 17 lipca 2015

"Jeśli tylko potrafiłyby mówić" James Herriot

Historie z życia angielskiego weterynarza. Tak, tak, wiem jak to brzmi. Przyznam szczerze, że gdyby ktoś tymi lapidarnymi słowami próbował rekomendować mi opisywaną powieść, mocno zastanawiłbym się czy w ogóle brać ją do ręki. No bo, serio?! Angielski? Weterynarz?!

Zatem pierwsze zdanie, do kosza! Nie godzi się bowiem tak po łebkach traktować pierwszej części wielotomowego cyklu, w którym James Herriot opisuje blaski i cienie weterynaryjnej praktyki, prowadzonej gdzieś w odludnym skrawku Yorkshire. Nie można takim zdaniem zniechęcać ludzi do odwiedzenia Darrowby, do którego po ukończeniu studiów trafia młodziutki doktor i gdzie, przyjmując posadę asystenta, przyjdzie mu się zmierzyć nie tylko z narowami leczonych zwierząt, ale i z humorami dość specyficznego pracodawcy. To zdanie uwłacza stronom nasączonym specyficznym, angielskim humorem, który sprawia, że nieraz będziemy chrząkać z ukontentowaniem.

Co zatem powinno się napisać o książce Herriota, żeby zwrócić na nią oczy czytelników? Na pewno nie o opisach przyrody północno-wschodniej Anglii, bo te, mimo że świetne, mogłoby spłoszyć co młodszych, potencjalnych czytelników. Może zatem należałoby wspomnieć o galerii typów ludzkich zaludniających jej stronice? Począwszy od szefa młodziutkiego Jamesa, doktora Sigfrieda Farnona, człowieka, którego cechuje dość luźne podejście do organizacji pracy i finansów prowadzonego przez siebie interesu, dość choleryczne, jak na Brytyjczyka, usposobienie i ogólne roztrzepanie, co z kolei prowadzi do wielu nieporozumień i komicznych zdarzeń. A może to właśnie o tych zdarzeniach warto byłoby się zająknąć? O funkiel nówce marynarce, ubrudzonej strumieniem wystrzelonych z naciętego czepca fekaliów (o twarzy weterynarza pozwolę sobie nie wspominać). Albo, dla tych, którzy wolą humor mniej gastryczny, o specyficznej więzi jaka połączyła autora książki i pewnego zapasionego przez właścicielkę, pekińczyka, dla którego autor został wujem. Można by też ewentualnie wspomnieć o świetnych obserwacjach obyczajowych i wyłaniającym się spomiędzy dykteryjek obrazie angielskiej prowincji lat 40tych. Czasach, kiedy weterynarz wychodzący pod dobrą datą z pubu, wsiada do auta wraz z gromadą farmerów i rozwiózłszy ich do gospodarstw wraca do domu na zasłużony odpoczynek. I nikogo to nie dziwi, ni nie oburza. 

Bardzo dobrze bawiłem się przy tej lekturze, choć czasem historie które mnie śmieszyły, dla ich bohaterów zabawne nie były. Okazuje się bowiem, że życie weta, jak zgodnie z obecną, skracającą wszystko nomenklaturą nazywa się lekarza zwierząt, wcale usłane różami nie jest. Szczególnie jeśli pędzi się je w wiejskiej okolicy, pełnej stad hodowlanych. Nocne pobudki, ciężkie przypadki, masowe wykoty, no i widzowie, którzy wszystko wiedzą lepiej i z nostalgią wspominają mitycznych wręcz poprzedników, którzy bez mała wskrzeszali zwierzęta, to razem, do kupy, ciężki kawałek chleba i gorzka piguła do przełknięcia. Z drugiej jednak strony, ciepły obiad przy gospodarskim stole czy butelka piwa, a przede wszystkim wdzięczność wyleczonego stworzenia, to niezła rekompensata za trud włożony w pracę. Przynajmniej dla doktora Herriota, który z optymizmem patrzy w przyszłość, czerpie radość i satysfakcję ze swojego zajęcia, a pierwszy rok praktyki podsumowuje tymi słowy:
"Byli tam ludzie, którzy uważali mnie za niezłego weterynarza; inni, mający mnie za miłego idiotę; nieliczni przekonani, że jestem geniuszem, oraz jeden czy dwaj, którzy poszczuliby mnie psami, gdybym tylko postawił nogę na ich ziemi.
I to wszystko w ciągu roku. Jak będzie za trzydzieści lat? No cóż, jak pokazał czas, właściwie tak samo"
Fajnie, że oprócz wydawania "bestsellerów" Wydawnictwo Literackie wznowiło kawał naprawdę porządnej literatury popularnej. 

wtorek, 7 lipca 2015

"Lądowanie w Garwolinie" Joanna Chmielewska

Ja wiem, że czasy PRLu to szarzyzna, wieczny brak podstawowych produktów, kartki i kombinowanie jak z pół kila mięsa wyżywić rodzinę przez miesiąc, ale z drugiej strony ten brak dobrobytu wyjątkowo uskrzydlał wyobraźnię. Dzieci, bo nie było teleranka. Gospodyń domowych, bo nie było co do gara. Mężczyzn, bo nie było co do baku. Dodatkowo, jak pokazuje autorka, dziennikarzy, bo nie było co na szpaltę i socjologów, bo nie było co badać.

Trzeba przyznać, że członkowie redakcji jednej ze stołecznych gazet pomysł mieli naprawdę z górnej półki. Bo przecież można było skromniej, bardziej ogórkowo, a nie od razu, bach!, wizyta kosmitów. Z drugiej strony, ja im się w ogóle nie dziwię. Podczas upałów, kiedy wszyscy chodzą jak śnięci, nie takie idiotyzmy, jak zainscenizowanie lądowania Obcych na garwolińskim rynku, przychodzą ludziom do głowy.

Od razu na wstępie wyznam, że jestem pełen szacunku dla imaginacji realizatorów tego szczwanego planu. Bo, żeby przy takim ubóstwie środków, przy pomocy starych dętek, drutów do robótek, kasków motocyklowych, trzepaczek do jajek, dmuchawy do liści, kulturysty, brokatu i odrobiny blachy przygotować spektakl godny Hollywood ..., szapo ba! I niech kto powie, że nie ma ziarna prawdy w tym dowcipie, w którym skąpy facet chciał wyprostować kawałek blachy ściągniętej przez wiatr z dachu stodoły. Kiedy z braku odpowiedniejszego fachowca zaniósł go do samochodowego blacharza, ten po godzinie oddzwonił i rzekł: - Panie, nie mam pojęcia co pan z tym samochodem zrobił, ale za tydzień będzie do odebrania. Polak potrafi.

Warto przeczytać w czas kanikuły, bo lektura lekka, dość zabawna, a i każda płeć znajdzie coś dla siebie. Panowie instrukcję jak z helikoptera zrobić, metodą a la Adam Słodowy, NOLa. Panie wątek romansowy, w którym pewna pani zagina parol na pewnego pana. Poza tym sporo scenek sytuacyjnych i bystrych obserwacji społeczeństwa w latach gospodarki uspołecznionej. Można się na przykład dowiedzieć jak panowie reagowali na porno z eksportu, bądź jakie wyzwania stawały przed śmiałkiem, który chciał zakupić kilkaset sztuk wspomnianych już wyżej drutów. Nie jest to może typowa JCh, ale na leniwe popołudnie na leżaczku, będzie jak znalazł.

czwartek, 25 czerwca 2015

"Ostatnie życzenie", "Miecz przeznaczenia" Andrzej Sapkowski

Nie oszukujmy się, moje pierwsze czytanie wiedźmińskich opowiadań pióra pana Andrzeja nie wyszło poza chłonięcie z otwartą japą kolejnych opisów fint, cięć, zwodów, czyli ogólnie całej otoczki, jaką autor stworzył wokół geraltowych poczynań zawodowych. Ach, jakże te pojedynki z wszelakiej maści gadziną były plastycznie opisane! Ta akcja z bruxą czy scena, w której Biały Wilk broni Ciri przed skolopendromorfem!!! Dziękować bogom, że dopiero mając to wszystko w głowie przyszło mi do niej, głowy znaczy, rzucić okiem na ekranizację. Bardzo też możliwe, że w wieku lat nastu syciłem również oko "scenami", które choć niedosadne, to jednak, dla wspomaganej hormonalną burzą wyobraźni, były pewnikiem wystarczające. I tyle. Żadnych tam drugich den czy zastanawiania się nad światem przedstawionym. Tylko utożsamianie się z wymiataczem, który się kikimorom nie kłaniał i na którego leciały wszystkie panny z kart książki. A dziś? 

Starszy przytargał "Miecz przeznaczenia" ze szkolnej biblioteki i spytał czy ma moje błogosławieństwo. Odparłem, że i owszem, bo jakoś nie potrafię zabronić czytania, ale zwróciłem uwagę, że chyba najpierw jest "Ostatnie życzenie", więc wypożyczyliśmy z GBP. Dziecko wsiąkło na jakiś tydzień, a ja w międzyczasie, realizując przysłowiową misję musztardy po obiedzie, zagłębiłem się w świat zmutowanego łowcy potworów, żeby zobaczyć czy czasem nie nazbyt pochopnie pozwoliłem na lekturę małoletniemu potomstwu. I choć mam co do powyższego wątpliwości, to jednak przyznać muszę, że dla mnie ponowna lektura tych dwóch tomów opowiadań, była świetną rozrywką, a i zadumać się było nad czym. Słowem, mały chłopiec we mnie wciąż z zapartym tchem śledził smugi zostawiane przez lśniącą srebrem klingę wiedźmińskiego miecza, a czterdziestolatek zastanawiał się, czemu, do cholery, ten fantastyczny świat w tak nędznej jest kondycji i czemu, u kaduka, jest dzięki temu tak podobny do naszego. I nie pomaga tu mydlenie oczu sztafażem fantasy.

Bo przecież ludzi zamieszkujących krainy, które, czy to pieszo czy na grzbiecie Płotki, eksploruje Geralt, dotyka tak wielka ilość znanych nam problemów, że w zasadzie czujemy się w tym uniwersum jak w domu. Począwszy od bolączek i sercowych dylematów kociookiego i pewnej czarodziejki, aż po przewijającą się wciąż w tekstach kwestię lęku przed innością czy ludzkiej zachłanności i ekspansywności za wszelką cenę. Przy lekturze tekstu o Brokilonie i jego mieszkańcach, jako żywo staje mi przed oczami scena z "Avatara", w której "dzielni" koloniści rozwalają w drobny mak święte drzewo miejscowych, innych. Albo, żeby nie odwoływać się do dzieł fikcyjnych, rezerwaty północnoamerykańskich Indian i olbrzymie stada wystrzelanych dla zabawy bizonów. Ba, ta pisana w latach 90tych proza jednym z wątków zbliżyła się do bardzo niedawnej sprawy wałkowanej na tysiąc sposobów. Aż dziw, że nie powstał mem z Yennefer. Wiecie: "Poznałam najgroźniejsze zaklęcia. Zachowałam młodość i urodę. Rozkochałam w sobie wiedźmina. Nie zdążyłam ...", a to tylko czubek góry lodowej, bo mamy jeszcze in vitro.

Zapędziłem się, ale chciałem wyraźnie pokazać, że Andrzej Sapkowski nie napisał prostej jak budowa cepa historii o umięśnionym siepaczu, który tylko dziewki po gospodach obmacuje, za kuflem maca, a jego jedynym problemem jest skąd wziąć na te rozrywki kasę. To naprawdę godna proza, która między wierszami przemyca pytania o kondycję ludzkości. Fakt, czasem te światopoglądowe wymiany zdań trwają może zbyt długo i zakłócają wartkość akcji, ale przecież nie samym polowaniem na bazyliszki człowiek żyje.

Warto było wrócić. Jeśli już nawet nie dla wyłapania tych poważnych kawałków i pozastanawiania się nad nimi, to choćby dla mięsistego języka i świetnych dialogów ze szczególnym uwzględnieniem grepsów Jaskra i Geralta. Tylko skąd teraz wziąć czas na sagę??

piątek, 29 maja 2015

"Zamojszczyzna 1918 - 1959" Zygmunt Klukowski


Zygmunt Klukowski, ps. „Podwiński”, polski lekarz, bibliofil, kolekcjoner ekslibrisów, historyk regionalista, żołnierz AK, od 1919 roku dyrektor szpitala w znanym ogółowi z wiersza Brzechwy, Szczebrzeszynie, jest autorem obejmujących lata 1918 - 1959 pamiętników, w których opisuje codzienne życie tego prowincjonalnego miasteczka. Dzięki Ośrodkowi Karta, który postanowił wydać całość zapisków pana Zygmunta w postaci e-booka (wersja papierowa podzielona jest na 2 tomy), mogłem zanurzyć się w małomiasteczkowej atmosferze okresu przedwojnia, okupacji i pierwszych lat "wolnej" Polski.

Klukowski imponuje mi rozmachem swych przedwojennych działań. Jest spiritus movens wielu kulturalnych działań na terenie swojej małej ojczyzny. Prezentuje własne zbiory książek (ok. 10 tys. woluminów) młodzieży i krzewi wśród niej czytelnictwo, działa na rzecz utworzenia muzeum regionalnego w Zamościu, zbiera materiały na temat lokalnej historii i na ich podstawie publikuje, jako historyk - amator, broszury i książki. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że pan Zygmunt był niewolnikiem swych hobby i smutnym panem zagrzebanym w zakurzonych dokumentach. Co to, to nie! W chwilach wolnych od nielekkiej w końcu pracy zawodowej i naukowej, jak wynika z zapisków, nie stroni od dobrej zabawy na rautach czy potańcówkach.

"[...] Bez wytchnienia pracowałem cały tydzień, aż przychodziła sobota. Jakoś w tym dniu gorzej mi się pisało, myśl rozpraszała się i czułem potrzebę rozrywki. Karnawał w tym roku był dość ożywiony, w soboty po kilka zabaw bywało do wyboru w Zamościu, Zwierzyńcu lub w cukrowni. A ponieważ bardzo lubiłem tańczyć i nęciły mnie te zabawy, więc pod wieczór wkładałem smoking lub stary, przedwojenny, przyciasny już nieco frak i jechałem na bal.
Bawiłem się zawsze do samego rana. Wracałem do domu przed ósmą i, przebrawszy się, szedłem od razu do roboty w szpitalu. W uszach brzmiały mi najnowsze przeboje taneczne i czasem łapałem się na tym, że opukiwałem plecy chorego w rytmie tanga lub fokstrota."

Dość rubaszna i świetnie pokazująca jak bystrym i dowcipnym obserwatorem życia jest autor "Zamojszczyzny" część przedwojenna, we wrześniu 1939 roku zmienia się w pełen smutku, żalu i bezsilnej (mimo działania w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego) złości, zapis trwania pod okupacją. Najpierw niemiecką, potem bolszewicką. Zapis szczery, prosty w sposobie wyrazu i przez to, mimo że po pewnym czasie może się wydać nużący, to jednak przez ten rodzaj jednostajności zapisu, świetnie pokazujący beznadzieję wojennych lat. Dość powiedzieć, że w pewnym momencie lektury doświadczyłem myśli: "Niechże się to już do cholery skończy! To nie do wytrzymania!", a tkwiłem w zapiskach z roku 1942(!). Sam doktor też zresztą, mimo całego swego optymizmu, ulegał niejednokrotnie zwątpieniu.

"Dzisiaj mijają trzy lata od początku wojny. Ostatni rok był znacznie cięższy od poprzednich. Terror wzmaga się coraz bardziej i mimo woli człowiek zastanawia się, czy wytrzyma do końca wojny. Prawie każdy dzień przynosi teraz coś nowego. I dziś miasto jest niezwykle poruszone, bo zarządzono przeprowadzenie w szybkim tempie spisu ludności i ruchomego inwentarza gospodarczego. Magistrat wyznaczył po dwóch ludzi na każdą ulicę i ci zaczęli spisywanie. Właśnie dopiero co byli u mnie, w szpitalu. Ja z żoną i synkiem figurujemy na pierwszym miejscu. Właściwie oficjalnie nie wiemy, w jakim celu to się robi, ale panuje powszechne przekonanie, że jest to praca przygotowawcza do przesiedlenia.
Łatwo sobie wyobrazić, jak tego rodzaju wiadomość wpływa na wszystkich deprymująco, ludziom opadają ręce, nie mogą i nawet nie chcą pracować normalnie. Każdy myśli tylko o tym, jaki los czeka jego i jego najbliższych."

Nie bez kozery piszę powyżej o szczerości cechującej dzienniki doktora Klukowskiego. Jako osoba bezkompromisowa nie tworzy on bowiem legendy (choć jako człowiek będący dość głęboko w strukturach AK, mógłby), a notuje wszelkie informacje, które uznaje za istotne, bez ubarwiania (no, może czasem do głosu dochodzi delikatny egocentryzm) i bez względu na to jakie świadectwo wystawiają one, czy to mieszkańcom szczebrzeszyńskich okolic i samego miasta, czy też partyzantom, ba, nawet jemu samemu. I zgadzam się w zupełności z Marlowem, który w swojej notce pisze, że: "Zamojszczyzna" jest tym bardziej ciekawa, niepokojąca i uwierająca nasze narodowe ego, że pisana jest przez człowieka nietuzinkowego, patriotę, człowieka wykształconego i o szerokich horyzontach (...)", tym bardziej, że rzeczywiście autor tych gorzkich pigułek nam nie szczędzi.

"Nad wyraz przykre jest dla mnie niegodne zachowanie się kilku pań, które nie wstydzą się utrzymywać stosunków z Niemcami, jeździć z nimi na spacery samochodami... Widziałem to sam, na własne oczy.
Wskutek donosów żandarmi wciąż zabierają u różnych ludzi ukryte przedmioty, przy czym wcale ich nie szukają, lecz przychodzą od razu do niektórych domów i mówią, że w tym a tym miejscu ma się znajdować to i to. Tym sposobem znaleźli u Biziorka w Szczebrzeszynie motorower, a dzisiaj w fabryce „Alwa” żandarmi zażądali wydania schowanego w karpinie samochodu ciężarowego, wskazując dokładnie miejsce, gdzie powinien on się znajdować."

"Dowiedziałem się dzisiaj, że wczorajszą wizytę gestapowców w szpitalu zawdzięczam niejakiemu Wójtowiczowi, który podszedł do granatowego policjanta towarzyszącego gestapowcom i powiedział, że ja w szpitalu ukrywam Żydów, wymienił nawet parę nazwisk. W ogóle zachowanie się pewnej części ludności polskiej pozostawiało wiele do życzenia. Śmiano się, żartowano, wielu łazików poszło na tzw. Zatyły, czyli do dzielnicy żydowskiej, wypatrując, czy nie da się czegoś zrabować w opuszczonych domach."

"Wciąż słyszy się o różnych napadach. Niepodobna jednak wszystkich notować. Niektóre napady organizują oddziały partyzanckie, lecz niestety – bardzo wiele przeprowadzają na własną rękę i dla własnej korzyści poszczególni żołnierze naszych oddziałów. Dowództwo walczy z plagą jak może, ale nie jest w stanie całkowicie opanować tego zjawiska."

Nie brakuje u Klukowskiego również opisów postaw bohaterskich. Sam zresztą płaci za swój patriotyzm najwyższą cenę, tracąc w powojennej, ubeckiej maszynie śmierci zarówno własne zdrowie (podczas kilkukrotnych kar więzienia), jak i ukochanego syna Tadeusza.


I choć literacko "Zamojszczyzna" może nie porywać, to jako dokument strasznych czasów II wojny światowej i pierwszych lat powojennych, pod knutem nowej władzy, jest rzeczą bezcenną i wartą nagłośnienia i przypomnienia. Nawet jeśli dziegieć w ustach będziemy czuć jeszcze długo po przewróceniu ostatniej strony.

poniedziałek, 11 maja 2015

"Brühl" Józef Ignacy Kraszewski

Moja wiedza historyczna dewaluuje się w zastraszającym tempie. Tym szybszym, im bardziej dotyczy okresów historii ojczystej, które niespecjalnie mnie interesowały już w czasach nauki. Rządy saskie to właśnie jeden z nich i przyznać ze wstydem należy, że wyjście poza: "Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa!", byłoby dla mnie sporym wyzwaniem. Całe szczęście czytane przeze mnie wydanie "Brühla" obfitowało w wielość przypisów, a pomocny Internet raczył wprowadzić mnie w ogólną sytuację rządów Augusta II zwanego "Mocnym" oraz jego następcy Augusta III, bo to właśnie za ich panowania rozgrywa się akcja powieści J. I. Kraszewskiego i pewna, nawet niewielka doza wiedzy na ten temat pomoże w lepszym zrozumieniu treści. Choć właściwie i bez niej (dozy wiedzy, nie treści), też w sumie można się obyć i cieszyć lekturą, bo JIK napisał dość uniwersalną powieść o żądzy władzy i bezpardonowych zagrywkach służących do jej zdobycia. Niektórzy mogą się w niej nawet dopatrzeć znaków naszych czasów. Bo czyż nie dziwnie znajomo pobrzmiewa na przykład taki dialog:

"(...) – Dlatego w sprawie tej akcyzy i podatków, Hennicke, tyś mi potrzebny, nieodzownie, koniecznie. Król potrzebuje pieniędzy, a kraj jest wyczerpany: stękają, jęczą, skarżą się. 
– Kto by ich tam słuchał – odparł zimno Hennicke. – Oni nigdy nie będą kontenci, oni wiecznie piszczeć muszą; dusić ich trzeba jak cytrynę, żeby sok wydali. 
– Ale czym i jak? 
– E, e! Znajdziemy środki... 
– Skarżyć się będą. 
– Komu? – rozśmiał się Hennicke (...)".

Przyznaję, że początek historii Henryka Brühla, późniejszego premier - ministra na dworze Augusta III, nie porwał mnie szczególnie. Paź z wiecznie przylepionym do ust przymilnym uśmieszkiem działał mi na nerwy, a o jego działaniach zmierzających do pozyskania coraz to i nowych synekur, czytałem z niesmakiem. W pewnym jednak momencie złapałem się na tym, że to dworskie lawirowanie, te tajemnice, konszachty, układy i układziki, zaczynają mnie wciągać, ba, fascynować i od pewnego momentu z zapałem pochłaniałem kolejne strony, by dowiedzieć się, jak też to wszystko się skończy.

Widać, że Kraszewski, który podczas przymusowego pobytu w Dreźnie przekopał się był przez tamtejsze archiwa, pisze o rzeczach, o których ma dużą wiedzę. Konflikt dwóch dworskich kamaryli przedstawiony jest nad wyraz "soczyście", a perfidia zagrań Brühla opisana tak, że ząbki aż zgrzytają. Do tego nad wyraz celna charakterystyka monarchy i jego otoczenia powodują, że człowiek ze smutkiem kiwa głową nad marionetkowym królem, którego strzelanie do zwierza i palenie fajeczki bardziej pochłaniały niż kwestie rządzenia. Władca absolutnie nie mający ni jaj, ni kręgosłupa. I znów wracamy do współczesności.

Na zakończenie parę cytatów, które każdy może sobie dopasować jak mu wygodnie. Bo w końcu czasy saskie mamy już za sobą, ale Augustów, zdaje się na pęczki.

"Karmiono Augusta wszystkim, co tylko mu smakować mogło, ale go wzięto w opiekę najściślejszą. Było mu z tym zupełnie dobrze, bo oprócz dogodzenia nałogom swym nie potrzebował nic."

"Pewnego poranku Brühl wszedł z papierami do króla. Nic przykrzejszego królowi być nie mogło nad widok papierów i perspektywa rozmawiania o intrygach. Najmniejsze słowo sprowadzało chmury i ziewanie.
Brühl skracał też przykrą pracę, dając gotowe rzeczy do podpisu. Zasiadał August do stolika i nie rzuciwszy nawet okiem na akta, kładł na nich jakby odbity z pomocą jakiej machiny podpis, zawsze jednakowy, czysty, wyraźny, majestatyczny i spokojny." 

"(...) – Znalazły się w papierach rzeczy, korespondencje, ogromnie obwiniające niewdzięcznego sługę Waszej Królewskiej Mości; nadużycia, deficyt w kasie.
Król chrząknął mocno. 
– Ale ja mam pieniądze jeszcze, Brühlu? – zapytał żywo." 

Bo przecież od wieków chodzi o to, że kasa musi się zgadzać. A Kraszewskiego czytać warto. Dla w miarę możliwości wiernie odwzorowanej epoki, dla postaci, z których te drugo-, a nawet trzecioplanowe zapadają w pamięć (Sułkowski, Frania, nawet Fröhlich). I niech nie zrażą Was archaizmy, łacińskie i włoskie wtręty czy odrobinę dziwna składnia. Polecam. Nawet tym, których polityka nie interesuje.



wtorek, 14 kwietnia 2015

"W pajęczej sieci" Joy Fielding

Oj, nie mamy ostatnio szczęścia do książkowych wyborów w DKK, nie mamy. Nawet pójście na kompromis obiecujący, że i wilk będzie syty i owca cała, na nic się zdało. Zarówno bowiem wilk, w mojej skromnej osobie, nie został usatysfakcjonowany wątkiem kryminalnym, który wabił z zajawki, jak i owieczki, w postaci koleżanek klubowiczek, nie zostały czytelniczo zaspokojone wątkiem obyczajowym, który miał stanowić tło dla mroczniejszych historii.

Bo zasadniczo, to miało być tak. Pewna dziennikarka, pisząca bardzo poczytne felietony na różne kontrowersyjne tematy (blaski i cienie wosku brazylijskiego, na ten przykład), dostaje niespodziewanie propozycję napisania książki na podstawie zeznań skazanej na śmierć dzieciobójczyni. Z propozycją taką zwraca się do naszej bohaterki sama osadzona, motywując swój wybór uwielbieniem twórczości wyżej wymienionej i wskazując, jako źródło kontaktu i wyjaśnień swojego papugie, znaczy się, adwokata. Adwokat, wielce pociągający, bo jakżeby inaczej, inicjuje spotkanie i ... Teoretycznie napięcie od tego momentu powinno rosnąć, serce i włosy stawać, co mniej odporni psychicznie czytelnicy płci obojga, mdleć, kwiaty z przestrachu więdnąć, a okoliczne psy wyć, ale niestety, próżne nadzieje.

Autorka tka swój bestseller z samych bestsellerowych klisz. Okropna morderczyni, z och!, ach! jakimże strasznym dzieciństwem, którego zakamarki ujawniane są w kolejnych odsłonach. Główna bohaterka z rodzinnymi problemami rodem z "Mody na sukces" (w sensie, dowalmy apodyktycznego ojca, ucieczkę matki lesbijki z flamą, alkoholizm brata i sukcesy sióstr - suk, ale to przecież siostry ..., nie wiem czy rozumiecie?). No i dwa "ciastka", spomiędzy których koniecznie trzeba wybrać. Do tego troszkę dreszczowca, cóż z tego, że do bólu przewidywalnego (wskazałem drania po lekturze niecałej połowy książki) oraz garściami rzucanych wtrętów o oczach wypełniających się łzami, by czytelnik wiedział kiedy sięgnąć po paczkę jednorazówek. Nic tylko czytać. Tylko w zasadzie po co, skoro jedyne pozytywy jakie nasza czwórka zdołała na jej temat wyartykułować, zmieściły się w jednym zdaniu: "Szybko się czytało". Niestety, drugie też nie brzmiało lepiej: "Kurczę, nie bardzo mogę sobie przypomnieć o czym to było". I to w sytuacji, gdy od lektury minęło maksymalnie 4 tygodnie. 

Podsumowując. Czytadło z aspiracjami do czegoś więcej, któremu zaszkodziło wrzucenie zbyt wielu grzybów w jeden gar barszczu. Brak rekomendacji zawrę w wycinku dialogu ze spotkania: "- Brać coś jeszcze Fielding? - Nie!".



czwartek, 2 kwietnia 2015

"Starość aksolotla" Jacek Dukaj

"Co po nas zostanie: rdza i miliard głuchych smartfonów."

Ponieważ spora część internetu jara się pudełkiem, a nie zawartością, kwestie technicznej strony "Starości aksolotla" Jacka Dukaja pozwolę odłożyć sobie na koniec notki, a początek zapełnić ględzeniem o treści.

Sam pomysł na fabułę nie jest może jakoś szczególnie błyskotliwy, bo ileż to już razy pisarze i scenarzyści doświadczali biedną Matkę Ziemię, nie dziesięcioma, a tysiącem plag egipskich? Kosmici, zarazy, promieniowania wszelkich proweniencji, mutacje i inne bloby zabójcy. Dukaj w "Starości ..." wypala Ziemię promieniem śmierci, który niszczy wszelkie życie organiczne, zostawiając w spokoju infrastrukturę. Promień jest tak łaskawy (wiem, wiem, ruch planety etc.), że kosi białko za koleją, dając części geeków z nienaświetlanej akurat półkuli, czas na próbę ratowania siebie czy bliskich, przy pomocy trochę zapomnianych już urządzeń neuro, do których modyfikowany soft pisały przed wielkim BUM! grupy zapaleńców. Tak, tak, taki Matrix tylko cokolwiek bardziej ostateczny. Permanentny, żeby użyć ładnego i mądrego słowa. 

Z opcji zapisania siebie w sieci korzysta Grześ i przy pomocy koleżanki z pracy i urządzenia o enigmatycznej nazwie IS3 transferuje siebie (?) w krzem. To właśnie tu zaczyna się historia PostApo. To właśnie wtedy zaczynamy, na skutek sugestywnej narracji pana Jacka, rozmyślać nad istotą człowieczeństwa. I kwestiami, które zaprzątały umysły ojców Kościoła, filozofów czy dra Duncana McDougalla. Dusza? Świadomość? Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna maszyna? "Ghost in the Shell", "Blade Runner", "Her". Czy Grześ ajesowany do hardware, to jeszcze Grześ, czy już tylko superinteligentny bot, który z palcem w ..., no właśnie, w czym?, zaliczyłby test Turinga? Czy, jeśli nie wieczne, to bardzo długie życie, choćby w metalowej skorupie, ale bez przytulania, cielesnej bliskości i przede wszystkim tych, których chcielibyśmy przytulać, ma sens? Kiedy szczenięcy zachwyt z "zamieszkania" w ciele mecha, zamieniłby się w melancholię, a w końcu w depresję i chęć zdeletowania?

"Starość aksolotla" nie jest może książką grubą, ale z pewnością pobudza do myślenia nad kondycją człowieka we współczesnym świecie, czy nawet po przeczytaniu kilku akapitów ze środka, wszechświecie. Czy nie zaprzepaszczamy szansy, którą daje nam życie w obecnej postaci? W końcu, może tak nie do końca, ale jednak w pewien dość nieudolny sposób ajesujemy się codziennie, kawałek po kawałku. FB, blogi, czaty, fora. Są już tacy, którzy zupełnie serio twierdzą, że nie ma życia poza siecią. Czy daliby radę wytrwać, uwięzieni w obwodach. Gdzie byłby kres psychicznej (?) wytrzymałości takich ..., kogo? 1K, 10K czy może 100K PostApo? 

"Starość ..." zrobiła na mnie wrażenie i jest książką, która wciąż do mnie wraca w zadawanych sobie pytaniach. Problemem dla części czytelników może być język najeżony sieciowo informatycznym technożargonem, ale gęste (dla mnie w sporej mierze, zbędne), przypisy, powinny załatwić sprawę. Co prawda są chwile, kiedy autor łączy filozofowanie z onirycznymi odlotami głównego bohatera i wtedy obraz trochę mi się zacierał, a w głowie pojawiało się WTF, ale jest ich niezbyt wiele i dałem radę przez nie się przebić bez szkody dla odbioru całości. To zresztą cecha charakterystyczna dla pisarstwa Jacka Dukaja w kontekście jego przeze mnie odbioru.

No to jeszcze szybko o tym pudełku. "Starość ..." wydano wyłącznie jako ebooka w różnych formatach i szumnie zapowiedziano jako Książkę 2.0. Przekonać o przełomie ma nas miniatura filmowa ze studia Platige Image promująca tytuł, ilustracje z tej samej stajni oraz możliwość wydruku 3D transformerów w nim opisywanych. Ładny marketing i zabiegi jego, ale rzeczywistość skrzypi. Aplikacja do odczytu sygnowana przez Allegro jest (przynajmniej w wersji na Androida) mocno niedopracowana, a i sama rewolucja w podaniu treści, żadna. Dobrze, że nie sądzę książek po opakowaniu.

środa, 18 marca 2015

"Żółte cytrynki" Kajsa Ingemarsson

Tak, tak. Jestem czasem dkkowskim pantoflarzem i jako jedyny w naszym skromnym stadku samiec, bynajmniej nie alfa, wybieram książkę, która może się spodobać paniom, a mnie niekoniecznie. Tym sposobem (a nie dzięki wielce dwuznacznej i wiele męskiemu czytelnikowi obiecującej okładce), do naszych rąk trafiły "Żółte cytrynki" Kajsy Ingemarsson. Czynnikiem decydującym było hasło - klucz, umieszczone na froncie książki i zachęcające, by udać się w rajską dziedzinę ułudy, kędy piękne dziewoje zakochują się w cud chłopcach, a fabuła tak iskrzy inteligentnym humorem, że ze śmiechu oblatują nas gacie. "Komedia romantyczna", to były te dwa słowa, które tak ładnie wywiodły nas w pole. Co więcej nie sprawdziły się też zapewnienia z blurba, bo jak wynikło z naszej rozmowy, żadne z nas nie musiało odłączać telefonu, a odrywanie się od lektury nie sprawiało nam żadnej trudności. Co więcej odrywaliśmy się z prawdziwą ulgą, nie zaznawszy, wbrew słowom prosto z łamów Boras Tidning, ani przyjemności, ani ukojenia, a raczej skutków podwyższonego ciśnienia, bo taki efekt wywierały, jak się okazało, na wszystkich, działania głównej bohaterki.

No dobrze, spyta ktoś, ale o co cho? Chodzi zatem o to, że historia młodej kobiety, która tak kurczowo czepia się wymarzonej pracy, że nie jest w stanie strzelić w łeb butlą wykwintnego wina, swojego, bez mała gwałcącego ją w chwili kiedy ją poznajemy, szefa, jest okropnie dołująca i na próżno próbowałem się w niej dokopać zapowiadanej komedii. Do tego mamy działania Agnes, a szczególnie wątek "romantyczny", w którym zaślepiona uczuciem bohaterka raz po raz robi z siebie idiotkę i miota się między łóżkiem niewiernego mena, a własnym, w którym poleguje depresyjnie, co u mnie i koleżanek wywoływało efekt zwany roboczo "ciśnienie tysiąc". Słowem dostajemy do ręki opowieść typu: "zwalić bohaterce niebo na łeb i niech się wygrzebuje, aż do szczęśliwego zakończenia". I nawet nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby ta bajęda nie była tak straszliwa nudna, a bohaterka tak strasznie bezwolna. Sama myśl, że mam wrócić do książkowego świata Agnes powodował mentalny jęk niechęci.

Pozytywy? Jakieś są. Trochę tła społecznego, ciekawie opisana strata bliskiej osoby, ale to jednak za mało żeby książkę polecać. Zasiadłszy przy stole zgodnie stwierdziliśmy, że flaki z olejem, irytująca "heroina" i taka jakaś nie wiadomo po co, ta książka. Po czym dyskusja nam zdechła i skierowała się na inne tory. Może zatem polecę ekranizację? Nie wiem czy lepsza, ale na pewno zajmie mniej czasu niż czytanie.