wtorek, 10 stycznia 2023

"Żelazny" Stanisław Kowalewski

Chcąc odetchnąć od serwowanych przez autora biografii pani Modrzejewskiej, pełnymi akapitami, pochwalnych pień dziewiętnastowiecznych krytyków na temat przymiotów wielkiej Heleny, postanowiłem zrobić jakiś bezpretensjonalny wtręt w lekturę. Dzięki FB i notce niezawodnego ZwL, wybór padł na młodzieżową powieść Stanisława Kowalewskiego "Żelazny". Wakacje, przygody, Góry Świętokrzyskie i Sandomierz. Na dodatek pozycja całkowicie mi nieznana. Ruszyłem na łów.
 
Powiedzmy sobie szczerze, że ani fabuła, ani tym bardziej styl nie sprawiły, że doczytałem rzecz do końca. Bo też ni tajny związek kilku chłopców, który zawiązuje się w czasie wakacji i oparty jest na wielkiej tajemnicy, ni też jego, związku, późniejsze perypetie, które w nastoletnim Bazylu wzbudziłyby wielką ciekawość, mnie, starego chłopa, jakoś specjalnie nie urzekły. Autor również nie za bardzo pomaga, używając języka, który wydaje mu się młodzieżowy, no, chyba że w latach siedemdziesiątych nastolatki rzeczywiście używały takiego dziwnego slangu, to przepraszam ("Możecie być nagrzani, że ze skarbem coś nie wyszło, i to jest racja. Chcę wam powiedzieć, że i ja jestem nagrzany.").
 
Rację jednak ma ZwL, że siłą tej książki są realia. Dla mnie o tyle istotniejsze, że dotyczące mojego skrawka świata. Odkryłem więc, że w okolicach Stąporkowa rzeczywiście położona jest miejscowość Czarniecka Góra (główne miejsce akcji), w której znajdowało się słynne onegdaj uzdrowisko, jak również będąca znaczącym dla akcji miejscem - kopalnia rudy żelaza, a obecnie znajduje się Świętokrzyskie Centrum Rehabilitacji. Z przyjemnością śledziłem też podróż chłopców do Sandomierza przez miejsca i miejscowości tak dobrze mi znane, szkoda tylko, że przez pana Stanisława potraktowane po macoszemu. Jedynie targ w Bodzentynie doczekał się szerszego niż kilka zdań opisu. No, może jeszcze Sandomierz.

"Żelazny" to podróż sentymentalna i przyczynek do przemyśleń na temat zmieniającego się świata. To pierwsze, bo perypetie grupy wakacyjnych kolegów przywołują wspomnienia naszych własnych przygód (ot, choćby budowanie w pobliskim lasku tajnego bunkra jako miejsca spotkań) czy zawartych wówczas znajomości. To drugie, bo pół lektury zastanawiałem się jak teraz wyglądałaby kilkudniowa, autostopowa, kilkudziesięciokilometrowa wycieczka grupy dwunasto-, trzynastoletnich chłopaków bez dorosłego opiekuna. Bo że ja bym na udział w takiej eskapadzie swojemu dziecku w takim wieku nie pozwolił, to wiem na pewno.

Podsumowując, próchno, z odrobinę drewnianym językiem, ale dla sympatycznych bohaterów (w tym wiecznie nadziabanego "profesora" od usuwania nagniotków - Kapciucha) i "okoliczności przyrody", warto. I to nawet mimo koncertowo spapranego zakończenia, bo tak uciąć książki siekierą, to nawet mistrz dziadowskich finałów, pan King, by nie potrafił.

niedziela, 6 listopada 2022

"Dwie karty" Agnieszka Hałas

Moja czytelnicza młodość przypadła na ten, w zasadzie niezły czas, kiedy wybuchł u nas kapitalizm, a interesy robiło się praktycznie na wszystkim. Dlaczego niezły? Bo w tym "wszystkim" znalazło się również wydawanie książek. I pal licho, że były to zazwyczaj czytadła, sensacje, horrory i sajens fikcje, które swymi krzykliwymi okładkami opatrzonymi wyzłoconymi tytułami przyciągały wzrok przechodniów, leżąc stosami na ulicznych straganach. Pal licho, bo były! Na wyciągnięcie ręki, a nie spod lady od zaprzyjaźnionego księgarza czy wystane w kilometrowej kolejce.

No dobrze, ale skąd ten dziwny wstęp, skoro mam pisać o książce, która jest stosunkowo młoda i tamte czasy jej nie dotyczą? Ano stąd, że Krzyczący w Ciemności, protagonista powieści będącej pierwszym tomem cyklu "Teatr węży" autorstwa Agnieszki Hałas, jako żywo przypomina mi Jasona Bourne'a, którym zaczytywałem się przed laty. Ranny, dotknięty amnezją, bezwiednie posługujący się niebagatelnymi zdolnościami, nie dający sobie w kaszę dmuchać i powoli odkrywający swoją przeszłość facet, przypomniał mi jak nie mogłem się oderwać od kolejnych Ludlumów. I, mimo że mamy tutaj do czynienia z zupełnie innymi dekoracjami niż u mistrza powieści sensacyjnej, bo omawiana książka to rasowe fantasy, to jednak poziom wciągnięcia pozostaje ten sam. Dzięki bogom, w międzyczasie trylogia ewoulowała w pentalogię, więc nurkować w stworzony przez autorkę świat możemy bez obawy o syndrom nagłego odstawienia.

Właśnie, świat! A właściwie światy, zaświaty i międzyświaty, bo tam właśnie rozgrywa się akcja. Uniwersum powołane do życia przez panią Agnieszkę, to konglomerat tak wielu komponentów, że długo by tu wymieniać. Urzeka złożonością i rozmachem. Sama mieszanina demonologii z różnych stron znanego nam świata może przyprawić o zawrót głowy. Gnomy, demony, ifryty czy sylfy wpływają na mieszkańców materialnego świata, który przypomina, przynajmniej w moim odczuciu, osiemnasto- albo dziewiętnastowieczną Ziemię. Wiecie, suknie z falbanami, szlachta, rapiery (choć to bardziej XVI-XVII wiek) i takie tam.

"Dwie karty", to naprawdę niezłe otwarcie. Piękna i tajemnicza opowieść o odrzuceniu, manipulacji, popadaniu w nałóg i obłęd, miłości, zdradzie, wyrachowaniu, altruizmie, honorze, inności. O ludzkich i nieludzkich wadach, zaletach i słabościach. Z Krzyczącym jako bohaterem charakterystycznym, zapadającym w pamięć, ale i całą plejadą postaci, które niby robią tło, ale są tak dobrze naszkicowane, że mielibyśmy ochotę bardziej zagłębić się w ich osobiste historie.

W tym miejscu powinienem przestać w nieskładny sposób próbować wyrazić, że książka jest świetna i niewiele w niej znalazłem rzeczy, które mi się nie podobały (drażniący deusik, w tomie drugim nawet bardziej) i odesłać zbłąkane dusze, które tu dotarły, do wstępu pióra Roberta M. Wegnera, który radzi sobie ze słowną materią o dwa nieba lepiej, a wyraża dokładnie to, co ja chciałbym. Tak też czynię, od siebie dodawszy, że zabieram się za powtórkę tomu trzeciego. Wiedzcie, że to bardzo dobra rekomendacja, bo w pewnym wieku człowiek po prostu nie ma czasu na powtarzanie kiepskich książek.

PS. A, jeszcze jedno. Jeśli baliście się, gdy proboszcz groził, że czytanie Harry'ego to prawie satanizm, to błagam, nie sięgajcie po "Teatr ...", bo dawka okultyzmu, demonów i pentagramów jest naprawdę spora :)


poniedziałek, 22 sierpnia 2022

"Metallica - kompletna ilustrowana historia" Martin Popoff

Nie jestem psychofanem Metalliki. Niech świadczy o tym fakt, że w sumie do końca nie wiem, kiedy muzyka zespołu pojawiła się w moim życiu. Czy był to koniec podstawówki i odkryłem ją sam czy też był to już czas liceum i zostałem nią "zarażony" przez nowych kolegów, metalowców. Zresztą, nieważne. Ważniejsze jest to, że od tych zamierzchłych czasów łomot garów Larsa, gitarowe riffy Hetfielda i Hammetta oraz dźwięki tworzone przez kolejnych basistów grupy towarzyszą mi do dziś. I właśnie na fali sentymentu postanowiłem odświeżyć sobie historię ekipy z LA, a jakież inne narzędzie mogłoby lepiej do tego posłużyć jak nie "kompletna ilustrowana historia" pióra Martina Popoffa, krytyka i najbardziej znanego dziennikarza piszącego o metalu. Błąd!

Nie wiem co wydarzyło się podczas procesu przygotowywania polskiego przekładu książki, ale na pewno nie było to nic dobrego. Już pierwsze akapity zadziwiły mnie jakąś taką drewnianą frazą, pomyślałem jednak: "Ok, w końcu to nie literatura piękna, w biografii liczą się w końcu fakty, a nie wartości literackie" (choć oczywiście miło by było, gdyby język był przynajmniej przyzwoity). Niestety z każdą przewracaną stroną było coraz gorzej. To już nie drewniana fraza, tylko zdania, które po prostu nie chciały się czytać, a miejscami nie miały sensu. Żeby jednak nie psioczyć na translatorką i redakcyjną robotę gołosłownie, bo przecież to może oryginał był tak pisany, pokusiłem się o poszukanie w sieci pliku. Znalazłem i parę porównań zjeżyło mi włos na głowie, bo tłumaczenia tłumacza Google, którymi się podpierałem, okazały się bardziej czytelne i bliższe oryginału niż te wykonane przez człowieka, wydawać by się mogło, fachowca.

Nie będę tu smagał biczem wszystkich przeczytanych fragmentów, przytoczę tylko ten, na którym się zawiesiłem i skończyłem lekturę. Najpierw w oryginale: "First, the record received no airplay. None. (...)". A teraz w "tłumaczeniu": "Po pierwsze album był często prezentowany na antenie. W ogóle. (...)". Fakt, że polski odpowiednik nie ma sensu i wyłapuje to niezbyt uważny czytelnik jak ja świadczy prawdopodobnie o tym, że terminy miały pierwszeństwo przed solidną robotą. A to nie jedyna wpadka. Podsumowując, chcąc poznać historię kolosa muzyki i biznesu jakim stała się w końcu Metallica sięgnijcie po jakieś inne wydawnictwo.

Żeby jednak nie było, że nic mi się nie podobało. Kiedy już przestałem zmagać się z topornym tekstem z przyjemnością obejrzałem dość bogatą, ikonograficzną część tego albumowego wydania. Zdjęcia z koncertów, bilety, plakaty, koszulki, naszywki, to wszystko sprawiło, że pamięcią wróciłem do czasów, kiedy najważniejszym punktem dyskusji było czy czarny album, to zdrada thrashu czy też może nowa, odkrywcza droga i najlepszy krążek w historii zespołu. Do dziś się waham co myśleć.



niedziela, 6 marca 2022

"Trzy tłumaczki" Krzysztof Umiński

Z pewnym zażenowaniem przyznać muszę, że jeszcze do niedawna kwestia przekładu była dla mnie, żeby użyć eufemizmu, mało istotna. Przekłady po prostu były. Nad faktem, że dzieła pisarzy z całego świata dostępne są po polsku, przechodziłem do porządku dziennego. Normalka, wchodzisz do księgarni, a tam Faulknery, Camusy i inne Salingery w ojczystym, no bo w jakim? Wiadomo, gdzieś tam obił się człowiekowi o uszy spór nad tłumaczeniem "Władcy pierścieni" i chyba tylko dlatego znałem nazwisko jednej spośród trzech prezentowanych w książce pana Krzysztofa tłumaczek. That's all, żeby zaszpanować marniutką znajomością angielszczyzny.
 
Z czasem jednak zaczęło być dla mnie zastanawiające dlaczego część czytanych przeze mnie przekładów wchodzi mi do głowy gładko, a część sprawia wrażenie tweeta czytanego po naciśnięciu guziczka "Przetłumacz to". I coraz bardziej zacząłem zwracać uwagę na to kto i jak dokonał danego przekładu. Nie, nie mam jeszcze ulubionych tłumaczy, ale rozpoznaję (albo tylko tak mi się wydaje), dobrą translatorską robotę i mam w czułej pamięci kilka nazwisk. 
 
"Trzy tłumaczki", to naprawdę świetny tekst, w którym autor biorąc pod lupę życie i twórczość (tak, twórczość, bo przekład to dzieło) trzech pań parających się tą trudną i jak się okazuje często niewdzięczną profesją, przedstawia dylematy, trudności i radości napotykane na drodze do przekładu idealnego. Który, swoją drogą, nie istnieje, ale cała zabawa polega na tym, żeby ciężką pracą, zaangażowaniem i talentem zbliżyć się do niego ("Uważam, że każdy przekład jest klęską. (...)Właściwie chodzi o różnicę punktów w tej przegranej, żeby była jak najmniejsza."). Lektura w momencie kiedy przez internety przetacza się burza związana z nowym tłumaczeniem historii pewnej rudowłosej dziewczynki bardzo wskazana, bo być może pozwoli wszystkim gardłującym na zasadzie "bo tak", poznać z czym mierzyła się i czym w swoich wyborach kierowała się pani Bańkowska.

Krzysztof Umiński przedstawia nam życie i dokonania Joanny Guze (m. in. Camus, Baudelaire), Marii Skibniewskiej (m. in. Tolkien, Greene, Salinger), oraz Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej (m. in. Dickens, Faulkner, Austen). Przedstawia na ile to możliwe, bo panie będąc "tylko" tłumaczkami są postaciami dość widmowymi i gdyby nie listy, garść wspomnień czy w końcu dociekliwość badacza pamięć o nich pewnie wkrótce wyblakłaby do zera. Dzięki zaangażowaniu pana Krzysztofa możemy zatem prześledzić losy trzech kobiet, które w ciężkich czasach powojennych, dzięki tytanicznej pracy (przypominam, to czasy bez internetowych słowników i grup wsparcia), uporowi (cenzura i inne problemy wydawnicze) oraz żelaznym cechom charakteru dały polskiemu czytelnikowi możność obcowania z dziełami światowej klasyki. A my dzięki lekturze możemy spróbować sobie odpowiedzieć na parę pytań.

Jedno z nich to: za co odpowiada tłumacz? "Czy tylko za jakość swej pracy? Czy również za idee, które niesie tłumaczona przezeń książka?". Tylko "jak?" czy także "co?", co wcale takim łatwym wyborem nie jest. Sam autor z rozbrajającą szczerością przyznaje, że w sporze o to chciałby być maksymalistą, który widziałby siebie tylko jako tłumacza rzeczy ważnych, ale życie przecież się toczy i "(...) z czegoś żyć trzeba". I chyba w tym kontekście należy widzieć niektóre z tłumaczeń dokonane przez bohaterki książki. Swoją drogą czasy niby się zmieniły, ale obyczaje nie i tak wówczas jak i teraz przekładający musieli się nieraz upominać o należne im pieniądze.

Ale "Trzy tłumaczki", to także wgląd w warsztat, w obyczaje, w problemy w końcu. Jak przetłumaczyć afroamerykański dialekt? Czy wypada tłumaczyć cytat, który już ktoś kiedyś przetłumaczył? Czy ważniejsza jest wierność słowu czy obrazowi? Na te wszystkie pytania przy okazji omawiania przekładów pań i czerpiąc z własnych doświadczeń próbuje odpowiedzieć autor. I pokazać czytelnikowi, że sztuka przekładu, to coś więcej niż naciśnięcie guzika w Google translatorze.

Mógłbym tu jeszcze długo cytować co ciekawsze passusy, których sporą liczbę zgromadziłem w zakładkach czytanego ebooka, ale myślę, że lepszym pomysłem jest byście sami zagłębili się w świat tłumaczek i tłumaczeń. A po lekturze być może pozwolicie sobie na większą tolerancję dla Anne i jej Zielonych Szczytów.
 
PS. Pan Krzysztof wspomina, że to tłumacze ubogacają literaturę, a zatem i nasz język związkami frazeologicznymi, które wnikają do codziennego języka, a nad autorstwem których nawet się nie zastanawiamy (przywołując casus ryczącego z bólu rannego łosia, pana Paszkowskiego). Zatem z tego miejsca chciałbym autorowi podziękować za jego tłumaczenia komiksów Benjamina Rennera w ogólności, a za tekst: "Księżna pani coś dzisiaj nierada ...", w szczególności.

niedziela, 20 lutego 2022

"Anne z Zielonych Szczytów" Lucy Maud Montgomery

Parafrazując znaną reklamę: wszyscy znają Anne znam i ja. Choć może nie do końca, bo większość zna Anię, a nie Anne, Mateusza miast Matthew itd. itp. Ale, choć nowy przekład był asumptem do lektury pozycji, która normalnie pewnie nie trafiłaby do moich rąk, to jednak chciałbym póki co odłożyć na bok kwestie translatorskie, a skupić się na samej treści. I co ta treść potrafiła zrobić staremu, cynicznemu do szpiku kości, koniowi.

Pierwsze wrażenie było nie najlepsze. Nie przepadam za ludźmi głośno afirmującymi swą ogromną, bezwarunkową miłość do świata. Zachwyty byle kwiatkiem, laudacje wygłaszane na cześć owocowych sadów i kwietnych łąk czy konieczność przytulenia pierwszej z brzegu brzozy, to dla mnie trochę za dużo. Moja fascynacja otoczeniem (o ile uda mi się na tę fascynację znaleźć jeszcze czas) jest cichsza, bardziej do wewnątrz i zderzenie z ekscytacją czy nawet egzaltacją Anne sprawiło, że miałem chęć ofuknąć chudą, rudowłosą dziewczynkę, słowami jej opiekunki: "Stanowczo za dużo gadasz jak na małą dziewczynkę!". Jednak im dalej w las, tym bardziej "(...) ku swemu zdumieniu, słuchał jej z prawdziwą przyjemnością". Bo też to podekscytowanie dwunastoletniego podlotka potrafi być naprawdę zaraźliwe. Człowiek przypomina sobie czasy, kiedy sam poznawał świat i każda nowość wywoływała drżenie serca. I choć może nie byłem tak skory do artykułowania swoich uczuć jak bohaterka Montgomery, to jednak wspomnienia wróciły.

Z coraz większą zatem ciekawością zacząłem zgłębiać świat Avonlea i, co okazało się dla mnie sporym zaskoczeniem, zacząłem się w nim zadomawiać. I to mimo tego, że dziewiętnastowieczni, protestanccy do bólu mieszkańcy okolicznych farm ze swoimi konserwatywnymi poglądami i religijnym zacietrzewieniem mocno działali mi momentami na nerwy ("Nie wiesz, że to straszny grzech nie modlić się co wieczór? Obawiam się, że jesteś bardzo złym dzieckiem."). Montgomery oprócz opowieści o perypetiach wychowywanej przez rodzeństwo Cuthbertów sieroty, a właściwie nie oprócz, ale w niej, zaszywa obraz kanadyjskiej prowincji. Proste życie naznaczone ciężką pracą i nielicznymi, nader skromnymi przyjemnościami w rodzaju niedzielnego ciasta z sąsiadami czy spotkaniami przykościelnego chóru. Udział w charytatywnym koncercie organizowanym w miasteczku jest tu przedstawiony bez mała jako sybarytyzm i rozpasanie (Marilla "(...) nie uważa za właściwe, aby młode panny włóczyły się po hotelach (...)).

Proste życie nie znaczy jednak życie nudne. Oprócz opisów avonleaskiej przyrody oraz przejawów ówczesnej obyczajowości jest bowiem "Anne ..." książką, w której mnóstwo humoru i scen rodem z komedii pomyłek. Kolejne wpadki głównej bohaterki nie powinny jednak odciągnąć naszej uwagi od tego co dzieje się w tle. A przebiega tam szereg ważnych zmian. Anne z trzpiotowatego, rozpoetyzowanego dzieciaka wyrasta na pannę, której co prawda zdarza się jeszcze pobujać w chmurach, ale na której obcowanie i coraz większa bliskość z pragmatyczną Marillą wywierają swoje piętno. Marilla pod wpływem rodzącej się, czasem w bólach, miłości do podopiecznej, zyskuje ludzkie oblicze, miast maski surowego cyborga... Nie dziwię się, że wielbiciele książki mogą o niej mówić bardzo długo.

Na koniec tylko kilka zdań na temat szaleństwa, które rozpętało się w związku z najnowszym przekładem autorstwa Anny Bańkowskiej. Na początku pomyślałem o równoległym czytaniu opisywanej pozycji razem z zasiedziałą na stałe w polskiej świadomości czytelniczej "Anią ..." Bernsztajnowej. Jednak już po kilkunastu stronach wydawnictwa Marginesów stwierdziłem, że chyba szkoda mi czasu na tę, w sumie nikomu niepotrzebną, bo amatorską, pracę. Nie mam do kanonicznej translacji stosunku uczuciowego, a i udomawianie, stosowane przez panią Rozalię nie jest chyba wyborem, który przy tłumaczeniu jest mi bliski (vide "Władca pierścieni"). Natomiast pracę pani Anny uważam za świetną (a jak ciężki to chleb zrozumiałem lepiej po lekturze poleconej przez ZwL lekturze "Trzech tłumaczek" K. Umińskiego), a przekład pozbawiony archaizowania za mogący trafić do współczesnego, nie tylko nastoletniego, czytelnika. Do mnie trafił (Kitek może potwierdzić, bo podawała chusteczki we właściwych momentach) i czekam na więcej.

O Zielonych Szczytach wszystkiego pisał też ZwL

 Zdanie Zwierza Popkulturalnego

Punkt widzenia Małej Ka(f)ki