poniedziałek, 23 marca 2026

Dungeon Crawler Carl - Matt Dinniman

Tyle myśli kłębi mi się w głowie po lekturze LitRPG autorstwa Matta Dinnimana, że czuję się trochę tak, jakby jej tytułowy bohater wrzucił mi prosto do łba dzban bum bum swego imienia. Że co? No właśnie, to było pytanie, które towarzyszyło mi właściwie od pierwszej strony.

Zacznijmy może od tego jak "Dungeon ..." w ogóle trafił w moje ręce. Otóż, zmęczony konwencją bestsellerowego "Hamneta", który czytał mi się coraz wolniej i wolniej, poczułem konieczność znalezienia lektury lekkiej, która przywróciłaby mi czytelniczą radość, pozwoliła nabrać książkomolowego szwungu i przypomnieć sobie, jak to było rwać noce dla "jeszcze jednego rozdziału". Zaintrygowany okładką znalezioną w katalogu Legimi i przeczytawszy, że to "jedna z najbardziej porąbanych (...)", wrzuciłem na półkę, żeby sprawdzić prawdziwość opinii z blurba. Ocknąłem się trzy dni i ponad pięćset stron później, zastanawiając się zenkowym klasykiem, jak do tego doszło.

Nigdy nie mogłem zrozumieć jak moi synowie mogą oglądać na YT zapisy rozgrywek gier komputerowych ("A to nie lepiej grać, niż oglądać granie?), aż tu nagle doznałem olśnienia, tylko, jako człowiek starej daty, użyłem innego medium. Bo też "Dungeon ...", to nic innego jak zapis sesji gry RPG (stąd określenie gatunku przywołane na początku - literacki RPG). Intro to atak kosmicznej mocy, która w dość widowiskowy sposób anihiluje ludzkość, a ocalałe resztki wprowadza do tytułowych lochów, żeby móc w międzyukładowych mediach śledzić jak też sobie będą radzić te śmieszne, dwunogie stworki. Śmiałek, który dokona niemożliwego i pokona wszystkie poziomy, ocali planetę, zasłuży na kosmiczny fejm i wieczną chwałę, będzie też mógł zatrzymać zgromadzone podczas wykonywanie questów złoto.

Głównego bohatera apokalipsa zastaje w bokserkach na tyłku i ze sfochaną kotką w rękach. To właśnie Carl i, tak kocia jak tylko można, Królewna Pączuś (należąca do jego ex, zwyciężczyni wielu konkursów piękności), spróbują odnaleźć się w nowych realiach, przeżyć, ogarnąć rosnącą we wszechświecie popularność i dotrzeć do szczęśliwego końca (a ten jawi się dość odległym, bo seria liczy na dziś osiem tomów, a nie jest to chyba ostatnie słowo autora), a to wszystko będąc zmuszonymi zabijać, zabijać, zabijać!!! A! Jeśli myślicie, że Królewna będzie robiącym za tło petem (nie w sensie papierosa, tylko pupila bohatera), to zapomnijcie. W tym teamie, to Pączuś jest właścicielką robiących wrażenie statsów.

Mój stosunek do tej książki jest mocno ambiwalentny. Najlepiej chyba oddaje go komentarz, który gdzieś widziałem w necie, gdzie człowiek chcący stworzyć sobie program do oceniania książek zamiast tradycyjnej skali np. 1-10, chciał dwóch osi: na jednej, wartość literacka książki, na drugiej, przyjemność z lektury. "Dungeon ..." zaliczyłby, odpowiednio, mocne pikowanie i ostrą zwyżkę. Bo też i książka, choć przy okazji ostrej rozpierduchy jaka ma miejsce na jej stronach, próbuje diagnozować rzeczy ważne, to jednak de facto... jest opisem ostrej rozpieruchy. I jako taka ma swój urok, który jednak nie wszyscy docenią.

Dla kogo zatem jest przeznaczona ta pozycja? W stylistyce odnajdą się niewątpliwie ci, którzy przy pomocy Młota Prawdy Objawionej Przez Uderzenie w Czoło zaciukali niejednego Chrumkającego Prosiaka z Piekielnych Czeluści Rozpaczy czy coś w tym guście. Weterani MUDów, sesji D&D czy wielogodzinni naparzacze w Planescape: Torment, Baldur's Gate czy Elder Scrolls. Nie bójmy się tego słowa: nerdy. Oni będą wiedzieć czemu bohaterowie farmią ekspeki czy zapychają inventory (bo gra pozwala dźwigać dosłownie wszystko), najgorszym badziewiem. To rzecz dla ludzi, którzy nie mogli strawić patosu w "Igrzyskach śmierci", za to ciekawiło ich działanie czaru Inferno w zamkniętym, pełnym orków, pomieszczeniu, w Diablo. Czyli raczej ściśle wyspecyfikowany target.

Na koniec odrobina dziegciu w tym puchatkowym garncu miodu. Kiksy językowe w tekście. Już nie dociekam kto stworzył (tłumacz), a kto puścił (redaktor), ale są momenty, które naprawdę zgrzytają. Dwa przykłady, bo te mam wynotowane, a nie chce mi się szukać reszty, która wpadła mi w oko. "Ruszyłem naprzód, kopiąc go (karalucha, przyp. mój), gdy się cofał. Pączuś zeszła z sykiem z mojego ramienia, gdy podskoczyłem wysoko, by na nim wylądować". Murarz, tynkarz, akrobata normalnie. "Yolanda czuwała na tyłach z łukiem gotowym do wystrzału". Łukiem? Do wystrzału?!

Podsumowując. Jeśli choć drobna część tego co powyżej nagryzmoliłem ma dla ciebie jakiś sens, ruszaj śmiało w objęcia dinnimanowego postapo. Jeśli nie, to GDZIEŚ TY SIĘ UCHOWAŁ CZŁOWIEKU!? :P Polecam z ostrzeżeniem, że raczej parental advisory.

piątek, 11 kwietnia 2025

Crimen - Józef Hen

Aleś to nam Cyrylku ładną, dzięki swej memoria, historyję opowiedzieć raczył. Nawet sobie nie imaginowałem, jak mnie rzecz o perturbacjach imć Tomasza Błudnickiego bawić i zadziwiać będzie. I jakem lekturą dni temu parę głowę zajął, tak rychło żegnać się z owym chwatem przyszło, takie to bowiem było narratio pyszne.

Kurczę, ostatni raz kiedy mnie tak na staropolszczyznę wzięło, to chyba przy powtórce Sienkiewicza, ładnych parę lat temu. A tu pan Hen tak pięknie nią włada, że jeszcze we mnie ten język siedzi i na usta czy, jak tu, palce, niewprawnie bo niewprawnie, się ciśnie. Nietypowo zatem zacząć wypadnie, bo od chwalby nad językowym materiałem z jakiego autor utkał tę kryminalną, a tak naprawdę obyczajową, opowieść mocno osadzoną w XVII-wiecznej, szlacheckiej Polsce. A wszystko zaczęło się, kiedy pewien młody szlachcic, powróciwszy z wojennej poniewierki w rodzinne strony, zastał był swojego rodziciela martwym.

Tomasz Błudnicki nie z papieru został stworzony i to się po prostu czuje. Wojak, co to wbrew sobie, a z woli ojca, za sprawę Maryny Mniszchówny walczył i w walce tej aż pod Moskwę pociągnął, a tam z kolei PTSD się nabawił. Prawy, choć w sądach prędki. Jak trzeba, rębajło zawołany, choć przemoc mu jest obmierzłą. Może trochę za bardzo w czepku urodzony, bo ze zbyt wielu opresji psim swędem się ratujący. Żeby jednak nie było, że taki kryształ, to i pod paznokciem trochę brudu się znajdzie, jak to u herbowego. Reszta też pełnokrwista: wyemancypowana jak na swój czas panna chorążanka; wyzbyty sumienia herszt szlacheckiej bandy o skłonnościach pedofilskich; pełen zblazowania i melancholii kawaler, infamis, światowiec i poeta czy w końcu pewna królowa mitomanii (a może nie), to tylko parę przykładów z barwnego kalejdoskopu postaci, które przewijają się na kartach powieści.

Sami bohaterowie to jednak za mało, jeśli historia kuleje. Na szczęście narracji również trudno cokolwiek zarzucić. Udało się autorowi porwać mnie na dzisiejsze pogranicze Polski i Ukrainy, gdzieś pod Sanok, gdzie leżał majątek naszego bohatera i uwieść opowieścią o burzliwych wydarzeniach jakie miały tam miejsce. Bo przecież początek XVII wieku, to w Polsce, a szczególnie na jej wschodniej granicy, czas niespokojny. Wojny, rokosze, szlacheckie bezhołowie, bandyterka, że już o napięciach społecznych ("Póki im, chłopom naszym, samym na rozum nie przyjdzie, że są ludzie jako i my, możem w zamkach naszych mieszkać, do roboty pędzić, kijami ćwiczyć. Ale niech przejrzą, Chryste Panie, co to będzie! Żyjemy na beczce z prochem (...)"), narodowościowych czy religijnych nie wspomnę. A tu jeszcze na tle tej szerokiej panoramy i historii przez duże H, kreśli autor mniejsze historyjki. O starym kniaziu, co zmęczony małżeństwem z młódką, szuka radości w prostym życiu i porzuciwszy zamki i piernaty, snuje się po drogach jako zwykły dziad proszalny. O zborze ariańskim, który jest obiektem napaści ze strony kompanii łotrów z herbowymi pierścieniami na palcach i o podziale w łonie zgromadzenia, które z tego powodu wynikło. O zakazanej miłości chłopki i wysoko urodzonego, która to miłość nie była ówczas niczym niezwykłym, ale ponieważ szlacheckich miłośników było kilku, przeradza się w tragedię. O dziewczynie, którą na małżeńskim rynku kupczono jak klaczą, a wybranek której cofnąć się musiał przed "starszeństwem" konkurenta do ręki. Czy wreszcie historię dochodzenia przez Tomasza prawdy, jak to też z tym jego ojcem i honorem jego było.

Hen świetnie gra na emocjach, opisując niesprawiedliwości stanowego społeczeństwa. Zwraca uwagę czytelnika na małe i wielkie tragedie ludzkie związane z życiem w tak, a nie inaczej zorganizowanej społeczności. Pokazuje, że Rzeczpospolita szlachecka to nie tylko pobielane wapnem dworki, stojące we wsi spokojnej, wsi wesołej. Życie w tamtych czasach nie różniło się bowiem wiele od wpółczesnego: "(...) wielki świat to boisko, gdzie się nieustannie cepem młóci, niekończący się turniej rycerski, na którym wciąż jeden drugiego z siodła wysadza – zmagania, fortele, intrygi, zabiegi, małe zwycięstwa, klęski sromotne – do góry pniesz się powoli, w dół raz-dwa zlatujesz, nocą ci sen odchodzi, wciąż o swoje się troskasz i uśmiechać się musisz fałszywie, i czapkować, językiem krzywić, z sercem kryć się.".

Porywająca i niczego nie ukrywająca (w przeciwieństwie do krzepiącego serca Sienkiewicza) powieść, podczas lektury której sięgałem sobie do internetów oraz na półkę z dawno zapomnianymi podręcznikami ze studenckich czasów i odświeżałem: dymitriady, zajęcie Moskwy, rokosz Zebrzydowskiego czy historię braci polskich (tu tym bardziej, że do Rakowa mam rzut beretem, a i pan Hen poświęca im sporo uwagi), a równocześnie kibicowałem Tomaszowi, żeby mu się udało pokonać zło i sprawić, że w tych dzikich czasach zatriumfowały, choć przez krótką chwilę, honor i sprawiedliwość. Zacna lektura. Teraz ostrzę ząbki na serial.

Bez chaosu, w ładnych słowach:

Hen nie krzepi (Józef Hen, „Crimen”) u Zacofanego w Lekturze 

Ania i Za starym regałem o Crimen

środa, 2 kwietnia 2025

Rok, w którym narodził się diabeł - Santiago Roncagliolo

Po sukcesie, jakim była lektura "W cieniu orła" Péreza-Reverte, postanowiłem bliżej przyjrzeć się pozostałym książkom, które Art Rage proponuje czytelnikom w swojej serii Przeszły/Ciągły. Zaintrygowany zarówno tytułem jak i blurbem (wiem, nie czytać, ale cóż ...), sięgnąłem po "Rok, w którym ..." i wyruszyłem w niesamowitą podróż po XVII-wiecznej Limie. I żeby od razu rozwiać wątpliwości, sprawiła mi ta pełna niespodzianek eskapada mnóstwo poznawczej i czytelniczej frajdy.

Na wstępie zaznaczyć wypada, że Santiago Roncagliolo w notce bibliograficznej stopuje zapędy tych z czytelników, którzy widząc na kartach powieści historyczne postaci, zechcieliby potraktować ją jako podręcznik historii wicekrólestwa Peru i wyjaśnia: "Jest to opowieść fikcyjna. Główne jej postacie zostały zmyślone, ale nawet te prawdziwe, tak jak pewne fakty i daty, zostały przetworzone zgodnie z prawami wyobraźni.". Tej ostatniej natomiast, trzeba przyznać, autorowi nie brakuje.

Zgodnie z hitchcockowską zasadą, a nawet idąc krok dalej, autor zaczyna swą historię nie od trzęsienia ziemi, ale od tytułowych narodzin diabła. To właśnie podczas służbowej wizyty, z jaką do klasztoru klarysek (gdzie, jak doniesiono, zakonnica powiła Szatana), udaje się młodziutki konstabl Świętego Oficjum, poznajemy Alonso Moralesa, głównego sprawcę zamieszania, które wkrótce ogarnie stolicę ówczesnej kolonii hiszpańskiej. I to właśnie Alonso będzie naszym przewodnikiem po mieście, w którym miesza się świętość i magia, w którym płoną stosy, na każdej ulicy stoi kościół, a w każdym zaułku działa lupanar, w którym bogactwo i przepych styka się z biedą, niewolnictwem, chorobami i ogólnym syfem. Nie tylko jednak w podróży po Limie będziemy towarzyszyć wyżej wymienionemu pacholęciu, ale i w jego duchowej przemianie, bo też i kolejne przygody sprawiać będą, że z oczu opadną mu łuski i ujrzy otaczający go świat takim jaki jest, a nie takim jakim chcieliby żeby go widział otaczający go ludzie na czele z wychowującą samotnie matką.

Roncagliolo wspaniale poprowadził główną postać. Poznajemy Alonso jako zahukanego maminsynka, podporządkowanego cechującemu się religijnym fanatyzmem inkwizytorowi. Chłopak za dobre przyjmuje sądy zakonnika i pomaga (choć nie lubi) prowadzić, wzbogacone wymyślnymi torturami, przesłuchania w imieniu Świętego Oficjum. Z czasem zaczyna składać puzzle faktów, kontestować rzeczywistość, sprzeciwiać się autorytetom i koniec końców staje się autonomiczną jednostką idącą przez życie pod żaglem własnych wyborów. Po drodze zaś dostaje się ostro po dupsku już przywołanemu tutaj fanatyzmowi i związanej z nim hipokryzji, a także rasizmowi, seksizmowi i paru innym - izmom. Dość powiedzieć, że facet, który uważa Indian i czarnoskórych niewolników za bez mała zwierzęta, kobiety za istoty gorszego sortu, a chodzenie do burdelu za grzech lekki (bo przecież: "Na swą obronę powiedzieć mogę, że pokładanie się z kobietami za pieniądze grzechem jest nader lekkim, ladacznice bowiem wielkiej szkody uczynić nie mogą. Ponadto opłata za taką usługę zmywa jej grzeszność"), pod koniec książki jest już zupełnie innym człowiekiem. Czy lepszym? Każdy oceni podług własnego światopoglądu.

Drugim bohaterem "Roku ..." jest Lima. Kulturowy, religijny, rasowy, językowy i obyczajowy tygiel, w którym ścierają się różne żywioły (czasem nawet dosłownie). Miasto intryg, w którym o władzę i wpływy walczą świeccy i kościelni notable. Miasto tajemnic, w którym mniszka może zniknąć we wnętrzu czarnej karety i odnaleźć się, wypatroszona, za murami stolicy. Miasto stojące okrakiem nad przepaścią, będące areną walk obyczajowych konserwatystów i libertyńskiego wicekróla z jego dworem.

Ta książka wspaniale pokazuje, że instytucja modelowania życia społeczeństwa podług reguł, których od tegoż społeczeństwa rządzący wymagają, ale których sami przestrzegać nie chcą, ma długą historię (mam wynotowanych sporo cytatów, ale w ostatnim wpisie przesadziłem). Pełna jest też obyczajowych smaczków na temat hierarchicznej struktury ówczesnego społeczeństwa Limy. Ale przede wszystkim jest to fantastyczna przygodówka, w której sytuacja dynamizuje się z kartki na kartkę, a przed naszymi oczyma przewija się korowód: intryg, zdrad, uniesień serca, pojedynków i cudownych ocaleń. I dla tej czytelniczej frajdy, warto. A że przy okazji jest o czym pomyśleć ...

PS. Nie brak też w powieści czarnego humoru - "(...) Na stole leżał plik dokumentów: księga z prowadzonym przez nadzorcę rejestrem racji żywnościowych wydawanych osadzonym, za które po wyjściu musieli uiścić opłatę, chyba że zostaną skazani na stos – w takich wypadkach nie pobierano należności, jako że dostatecznie wielka przykrość i tak ich spotykała.".

poniedziałek, 17 marca 2025

Osiedle Sielskiej Przyszłości - Gu Byeong-Mo

Korea Południowa to dla mnie totalna egzotyka. Nic w tym dziwnego, w końcu dla człowieka, dla którego wyjazd poza powiat, to przygoda, wszystko jest egzotyką. Kraj "znam" zasadniczo na zasadzie szybkich, stereotypowych skojarzeń: elektronika, auta, kimchi i k-pop. Oj, mogłyby Dwie Siostry wydać w serii "Świat dla dociekliwych" Koreę Południową właśnie. Tymczasem, dzięki powieści 구병모, miałem okazję, zamiast ciekawostek o tym azjatyckim państwie, poznać od podszewki życie jego mieszkańców. A właściwie kilku rodzin, które reprezentują mieszkańców Korei.

I co? I okazuje się, że gdy odrzucimy pewne oczywiste różnice kulturowe, problemy Koreańczyków są tak naprawdę naszymi problemami. Życie na kredycie, problemy finansowe i praca na śmieciówkach, problemy wychowawcze, ba!, jest nawet poruszona sprawa madek i ich podejścia do internetowych transakcji. Poza tym, czy to Kraków czy Seul, cena za metr kwadratowy kąta do życia powoduje przyśpieszone bicie serca, przedwczesne siwienie i ewentualne omdlenia. Z tego też powodu nasi bohaterowie decydują się na wzięcie udziału w pewnym społecznym eksperymencie i podpisują lojalkę, która w zamian za prokreacyjną skuteczność, daje im możliwość zamieszkania na tytułowym osiedlu. W miarę tanio i rzut beretem od metropolii. Cóż, widać każde państwo ma swój sposób na problemy z demografią.

Ponieważ wyżej tylko zasugerowałem podobieństwa do życia w kraju nad Wisłą, pomyślałem że może niegłupim pomysłem byłoby to troszkę uszczegółowić. Zatem garść cytatów, po których sami sobie możecie odpowiedzieć czy powiedzenie, że "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma" nie jest na maksa trafne.

"Poza tym sam projekt stanowił pierwsze takie przedsięwzięcie w nie do końca godnym zaufania kraju, więc zasady miały być testowane metodą prób i błędów. Istniało też prawdopodobieństwo, że koncepcja okaże się fiaskiem, jeśli rezultat nie będzie zadowalający albo zmieni się obóz rządzący.". Jeśli komuś wydawało się, że metoda "jakoś to będzie", to nasz rodzimy wynalazek, voilà!

"Nawet Eun-o, który nie był nigdzie zatrudniony, zdawał sobie sprawę, że jeśli w grę nie wchodzi klęska żywiołowa ani pogrzeb kogoś bliskiego, trudno sobie pozwolić z marszu na dzień wolny (...)". Koreańczycy też niewątpliwie mają kodeks pracy. Na papierze.

"Gdziekolwiek pójść, zawsze znalazł się ktoś, kto na przekór nie stosował się do zakazów.". Polak, Koreańczyk, dwa bratanki? Cytat ten akurat odnosi się do sceny, w której osoby opiekujące się dziećmi w bawialni, mimo wyraźnego zakazu, spożywają artykuły (napoje, posiłki), które nie pochodzą z firmowego sklepiku. Znacie?

"Można było odnieść wrażenie, że wszyscy wydawcy publikujący zbiory książek z ilustracjami zawarli jakiś pakt – stawki nie podlegały negocjacji, a gdy nadchodziła pora na zapłatę wynagrodzenia, milczeli, a przelewy wykonywali dopiero po szóstym albo i siódmym ponagleniu.". Szczególnie moim znajomym, którzy wykonują wolne zawody, ten fragment może się wydać podejrzanie znajomym.

Mógłbym wyszukać pewnie jeszcze sporo takich analogii, ale pora wspomnieć o zasadniczym temacie napędzającym powieść, czyli swojskim "co ludzie powiedzą?". Autorka wchodząc do głowy kolejnym mieszkankom Osiedla, próbuje pokazać jak bardzo w koreańskim społeczeństwie ważne jest postrzeganie przez otoczenie. Jej bohaterki naprawdę mnóstwo czasu poświęcają na myślenie nad swoim zachowaniem i jego zaplanowanie w sposób, który nikogo nie urazi, bądź nie spowoduje naruszenia ustalonych norm ("Nie była szoferką ani taksówkarką, więc dla Shin Jae-ganga siadanie z tyłu, na miejscu szefa lub klienta, mogło być krępujące, choć zajmowanie fotela tuż obok czyjejś żony wcale nie wypadało pod tym względem lepiej."). Każde odstępstwo jest bowiem przyczynkiem do ploteczek, obgadywania za plecami i wytykania palcami. Oraz udzielania niechcianych rad przez tych, którzy wiedzą lepiej. Jakie to swojskie.

Warto przeczytać "Osiedle ...", choćby po to, żeby uświadomić sobie (bo okazuje się, że to nie jest wcale takie oczywiste), że ludzie wszędzie są tacy sami. Dbający o pozory, przejmujący się opiniami na swój temat i wydający szybkie sądy na temat innych. I nie ma znaczenia, że głos w książce został oddany kobietom, bo panowie spokojnie znajdą też coś dla siebie albo nawet przejrzą się w niektórych fragmentach jak w lustrze.

W pełnej profesce i bez chodzenia na skróty (napychanie tekstu cytatami), tutaj:

終わりない夢 ~Owarinai Yume~ o Osiedlu Sielskiej Przyszłości

środa, 12 marca 2025

Miasto mgieł - Michał Śmielak

Na nazwisko Śmielak natrafiłem po raz pierwszy na FB, gdzie obserwuję fanpage Dworu na Wichrowym Wzgórzu. Właściciel tego przybytku, Jarosław Paczkowski, w jednym z zeszłorocznych, wakacyjnych wpisów, wspomniał autora, a ton tekstu wskazywał, że warto się z dorobkiem pana Michała zapoznać (pisarz zresztą zrewanżował się wspominając Dwór i jego gospodarza w książce). Następną rekomendację usłyszałem od PŻony, więc w końcu postanowiłem zawitać do polskiego miasta zbrodni vel Sandomierza, która to miejscowość, dzięki popularnemu serialowi, jawi się reszcie kraju jako miejsce, gdzie ludzie mrą jak muchy. Bo przecież nawet ojciec Mateusz, wspierany boską pomocą i siłą swych krzepkich nóg, które napędzają jego słynny rower, nie zawsze zdąży na czas, by morderstwu zapobiec. Autor do tej sterty zmarłych dorzuca zresztą parę sztuk, potęgując to wrażenie.

Sandomierz, który prawa miejskie otrzymał już w XIII w., kryje w sobie wiele tajemnic, a jako miasto z burzliwą przeszłością, ma tę właściwość, że gdzie nie wbijesz łopaty tam natykasz się na kości tych, którzy przez wieki owej burzliwości na sobie doświadczali. Ofiary tatarskich napaści, czy zarazy, która nawiedziła (i niemal wyludniła) miasto w XVII wieku (a nie była jedyną), spoczywają częstokroć pod stopami zwiedzających. Nic zatem dziwnego, że kiedy przy jednej z ulic nawałnica powoduje osunięcie gruntu (rzecz nader częsta w położonym na lessach grodzie nad Wisłą), a w osuwisku ujawniono szczątku ludzkie, nie była to jakaś niezwykła rzecz. Do czasu, gdy okazało się, że część szkieletów jakoś bardzo wiekowa nie jest.

Niewątpliwym atutem powieści są jej bohaterowie: podkomisarz Bruno Kowalski i Sandomierz. Pierwszy, bo to równy chłop, z którym i wódeczki bym się napił (bo choć pan władza po alko sięga rzadko, to jednak nieobce jest mu wspomnienie osławionego onegdaj w moich stronach Jabłuszka Sandomierskiego, a więc młodość durna była, a więc z jednegośmy pnia wyrośli) i o starych samolotach pogadał. Choć jest też zgrzyt, bo protagonista nie czyta książek! Drugi, bo choć może niezbyt okazały ("To nie pierdolony Nowy Jork, ale Sandomierz! Kurwa, przesikać można to miasto, jak się ma zdrową prostatę (...)"), to jednak posiadający niezaprzeczalny urok i bogatą historię, o których to przymiotach nie omieszka nas autor, na stronach "Miasta ...", informować.

I otóż właśnie. Ta miłość do małej ojczyzny trochę w "Mieście ..." pana Michała poniosła i, moim skromnym, odrobinę książce zaszkodziła. Ja, jak ja, wariat jestem i z chęcią czytałem fabularyzowane wstawki odwołujące się do sandomierskich mitów, legend czy historii miasta, ale ktoś kto sięga po kryminalnego akcyjniaka i nagle natyka się na kilka czy kilkanaście stron (np. historia Haliny Krępianki), które tę akcję spowalniają, może się wkurzyć. Albo te, pasujące bardziej do jakiegoś tematycznego zbioru miniatur, opowieści pominąć.

Co poza tym? Trup ściele się gęsto, mrok i mgła skrywają seryjnego, a piwnice starego domu - tajemnice przeszłości. Do tego dochodzi sprawa pochówków wampirycznych (tak, tak!), który to temat podjęty i powiązany ze śledztwem przez nieodpowiedzialne "media" sprawia, że na mieszkańców pada blady strach. Wszystko napisane sprawnie, poprawnym  językiem (czasem nawet zbyt, mnie drażnił użyty kilkakroć biurokratyzm "odnośnie do"), w którym nie brak też "grubszego" słowa i logicznie spięte klamrą na koniec. Słowem, kawałek dobrej, rozrywkowej prozy w anturażu miasteczka, które na skutek serialowego hitu zyskało zainteresowanie turystów, a które autor świetnie potrafi zareklamować (czasem dosłownie: "Siedzieli w Bistro Podwale, lokalu z jedną z najlepszych kuchni w Sandomierzu."). Jeśli, jak gdzieś przeczytałem, "Miasto ..." nie jest najlepszą powieścią pana Michała, to chętnie spróbuję tych bardziej udanych.

PS. Ponieważ do miejsca akcji nie mam daleko postanowiłem zrobić sobie wycieczkę biegową śladami zbrodni opisanych w książce. Dziwne wrażenie, gdy docierasz do kolejnych punktów, w których giną ofiary i dobrze, że był piękny, słoneczny dzień, bo w nocy, przy jakimś głośniejszym dźwięku pompa mogłaby nie podać. Ale pomysł mi się spodobał i w miarę możliwości będę się starał powtórzyć przy innych lekturach. Parę zdjęć nieartystycznym okiem:

W parku Piszczele

Salve Regina

Kozie Schodki