środa, 12 sierpnia 2026

44 Scotland Street - Alexander McCall Smith

Rzadko ostatnio chadzam nocami, ale kiedy już mi się zdarzy, bywa tak, że widząc rozświetlone okno czyjegoś mieszkania, rzucam ukradkowe spojrzenie do środka i zaraz tworzą mi się w głowie historie ludzi zamieszkujących to domostwo. Chyba większość czytelników ma w sobie ten gen podglądactwa, który mniej lub bardziej sobie uświadamiamy. Ale on istnieje, bo w końcu po książki sięgamy, żeby wejść w czyjeś (bohaterów) buty, zmagać się z czyimiś problemami i "ładować baterie" czytając o czyichś chwilach szczęścia.
 
Alexander McCall Smith, szkocki pisarz i akademik, znany jest mi głównie z obyczajowo-kryminalnego cyklu o Kobiecej agencji detektywistycznej. To jemu i bohaterce tejże serii książek zawdzięczam niewątpliwie moje uwielbienie dla herbaty rooibos pod każdą postacią. Ostatnio na przykład mieszanki pt. Złoto Tybetu. Ale do brzegu ...
 
Pan Smith postanowił przywrócić do łask powieść w odcinkach, sposób publikacji, którego używano na przestrzeni XIX wieku i który zakładał, że kolejne części pisanej przez autora historii ukazywać się będą w regularnych odstępach czasu (zazwyczaj dyktowanych cyklem wydawniczym), w jakimś poczytnym czasopiśmie. Jak wszystko na świecie, również taki system miał plusy i minusy. Minusem dla twórcy, była konieczność "karmienia" czytelnika ciągłym, nieprzerwanym strumieniem tekstu. Tu nie było przeproś i że muza nie usiadła na kolankach, to poczekamy miesiąc, może wróci. Nie. Deadline za deadlinem. Dlatego zapobiegliwi pisali parę odcinków naprzód, niestety czasem ze stratą na tychże odcinków jakości. I troszkę to widać również w publikowanym na łamach The Scotsman cyklu "44 Scotland Street". Plusy? Rozdziały są krótkie, do połknięcia na raz, więc można sobie lekturę dawkować. Poza tym autor musi poświęcić swoją uwagę kolejnym bohaterom, więc nie jesteśmy narażeni na znudzenie jakąś nielubianą postacią, bo ta znika z naszego czytelniczego horyzontu dość szybko (niestety tylko do następnego razu).
 
Ale, ale ... Przecież siadałem do klawiatury z myślą do namówienia do lektury, a nie wytykania jej słabości. Bo mimo drobnych dłużyzn czy wplecionych w tekst, przemycanych przez autora tu i ówdzie, własnych poglądów na ten czy inny temat, jest przecież "44 Scotland Street" książką pogodną, prezentującą panoramę miasta (Edynburg) i grupę mniej lub bardziej sympatycznych, ale też nader charakterystycznych postaci to miasto zaludniających. I choć sama stolica Szkocji została nakreślona dość grubą kreską, to historie z życia bohaterów kamienicy zlokalizowanej pod tytułowym adresem są bardziej szczegółowe. I wciągają. W końcu jestem przy trzecim tomie.
 
Pora zatem na prezentację, być może wybierzecie kogoś kogo chcielibyście bliżej poznać. Pat - dwudziestolatka, która robi sobie przerwę (kolejny rok), przed podjęciem studiów, a jednocześnie, chcąc podkreślić swą dojrzałość, opuszcza rodzinne gniazdo i trafia na 44 Scotand Street jako współlokatorka Bruce'a. No właśnie, Bruce. Narcyz byłby zawstydzony, ba, zazdrosny nawet o poziom kompetencji i pewnie poprosiłby rzeczonego młodzieńca o warsztaty z bycia bardziej narcystycznym. Domenica, antropolożka i erudytka, niespokojny duch i dusza towarzystwa, że tak użyję nadprzyrodzonych metafor. Rodzina Pollocków: Irene - überambitna matka, która przekonana o geniuszu swojego synka Bertiego, zapisuje go na coraz to bardziej zaawansowane (i trochę jak na sześciolatka absurdalne), zajęcia oraz sesje psychoterapii; Bertie - inteligentny chłopiec, którego największym marzeniem jest być zwykłym sześcioletnim chłopcem i Stuart, wycofany ojciec, który jednak czasem próbuje zawalczyć o odrobinę szczęścia dla swego, osaczonego matczyną miłością* (*czyt. ambicjami), dziecka. Mamy jeszcze Mathew, zagubionego mężczyznę przed trzydziestką, syna milionera, którego ojciec uważa za, może nie nieudacznika, ale niezbyt lotnego w dziedzinie biznesu. Każdego rodzaju biznesu. I dlatego kupuje mu i pozwala prowadzić galerię sztuki, straty z tej działalności wliczając w koszty utrzymania potomka. Mathew podobnie jak kilka innych postaci nie mieszka pod numerem 44, ale autor wiąże bohaterów z innych części miasta siecią powiązań, czy to towarzyskich czy uczuciowych z lokatorami ww. przybytku, wciągając ich w orbitę wydarzeń. Tak się zresztą składa, że moją ulubioną postacią jest Duża Lou, dysponująca innym niż tytułowy adresem kobieta, która za pieniądze otrzymane w spadku kupuje edynburski antykwariat i przerabia go na kawiarnię, same książki zabierając do domu i po kolei czytając, co sprawi, że stanie się filozofem - amatorem i powiernikiem stałych bywalców, z którymi toczyć będzie nader interesujące rozmowy. Sami więc widzicie, że jest z kogo wybierać (a nie wymieniłem wszystkich).
 
Wracając do pierwszego akapitu wpisu, pierwszy tom serii, to właśnie taki spacer nocą po Edynburgu, podczas którego (spaceru, nie Edynburga), stajemy pod oknami kamienicy z numerem 44. Tyle tylko, że nie musimy się zastanawiać jakie są losy jej mieszkańców, bo pan Smith wszystko nam detalicznie objaśni. To ciepła, słodko-gorzka powieść, która może czasem nużyć, ale koniec końców jej syreni śpiew znów nas do niej przyciągnie. Czytam ją wolno, po trzy, cztery rozdziały i nawet myślałem, żeby uciec w inne literackie światy, ale jakoś za każdym razem łapię się na myśli: "Ciekawe co tam u ..." i sięgam po kolejną część Scotland Street (mam na półce sześć wydanych po polsku tomów).
 
PS. Warto nadmienić, że treść swoimi czarno-białymi rysunkami uzupełnił Iain McIntosh. Jeśli ktoś lubi szkocką whisky, to jego rysunek zdobi etykietę 12 letniej Aberfeldy :)
 
PPS. Mam czasem wrażenie, że coś uwiera mnie w tłumaczeniu. To wrażenie wzmogło się w drugim tomie, gdzie kula do kręgli nazywana jest kilkukrotnie "piłką". Niestety nie dysponuję oryginałem, żeby sprawdzić czy to tylko moja wyobraźnia. W każdym razie, ilość tych zgrzytów nie jest jakoś bardzo wybijająca z lektury.

wtorek, 31 marca 2026

Tajemnica domu Uklejów - Aneta Jadowska

 Zacznę może od tego, że cieszę się z wynalazku zwanego w mediach spin-offem, bo też chyba za taki uznać można trylogię (póki co), Gracje z Ustki, której akcja rozgrywa się w anturażu znanym z innego tryptyku, Garstka z Ustki. A cieszę się dlatego, że przy okazji lektury przygód Magdy, bohaterki drugiej, wymienionej tu, serii, zagnieździłem się byłem w nadmorskiej miejscowości i choć zdarzyło się czasem zgrzytnąć zębem na nieracjonalne zachowania samej protagonistki czy jej najbliższego otoczenia, to jednak co się ogrzałem ciepełkiem opisywanej tam wspólnoty, to moje. Dlatego też, gdy odkładałem na wirtualną półkę "Denata wieczorową porą", poczułem ukłucie żalu, bo też chętnie bym, w przypadku gdy własny real life odrobinę zaciąży, w objęcia Garstków wrócił.

I tu z pomocą przychodzą właśnie Gracje. Magda, która w wyniku splotu okoliczności zostaje właścicielką tytułowego domu, położonego w podusteckiej wiosce, o wielce mówiącej nazwie, Zapadłe. I jej dwie przyjaciółki od serca, pisarki, Agata i Zuza. No i truposz, bo nawet cosy kryminał bez truposza, to jak żołnierz bez ...

Miło było się wsunąć w znany i lubiany świat, w którym jak oka w rosole wypływają na wierzch postacie znane z poprzedniego cyklu. Miło było też czytać o tym, co w poprzednich książkach autorki ujęło mnie najbardziej. Przyjaźni. Takiej bezwarunkowej i dosłownie na śmierć i życie, bo wg cytatu z kolejnej części (tak, już za mną): "(...) to takie babki, które na nocnego SMS-a o treści: "Potrzebna pomoc przy mokrej robocie" zjawiają się z łopatami, workami i wybielaczem". Fajnie mieć zaplecze w postaci tak oddanego i doskonale kompatybilnego stada i mówię to z ukłuciem zazdrości, bo samemu nie udało mi się takiego (na takim poziomie zażyłości), w drodze przez życie, wypracować. 

Ale przyjaźń i galeria bohaterów to tylko para składników tego smacznego literackiego dania. Mamy więc też wątki: kryminalny i romantyczny, dużo podanych nienachalnie szczegółów z życia pisarki we współczesnym literackim bagienku (wydawcom w typie Krzysia Zdzisia mówimy nasze stanowcze, nie!) oraz ładne okoliczności przyrody.

Nie znam za dobrze fantastycznej części twórczości pani Anety, ale obyczajowa wchodzi mi nader. Może dlatego, że mam wysoki poziom kompatybilności z bohaterami i choć na początku trochę sarkałem na to, że wszyscy się tak w pół słowa dogadują ze wszystkimi, łapiąc popkulturalne odniesienia i czytając między wierszami (nawet sierżant sztabowy krok przed emeryturą nawija z młodzieżą jak swój), to przecież nie po to czytam kolejny tom, żeby znaleźć tam opisy chamskich pyskówek przedstawicieli dwóch polityką sterowanych plemion. Ba, w Gracjach nawet pyskówki są takie jak lubię, czyli podszyte ironią i podtekstami.

Zasadniczo mógłbym dalej nawijać makaron na uszy, ale chyba jasno widać, że książka sprawiła mi sporo frajdy i, mimo zbrodni i niełatwych tematów (tak, tak, to nie tylko takie pisanie do śmichu), które czasem przewijają się w tle lub wskakują całe na bia..., czarno(?) na pierwszy plan, jest pozycją, przy której naprawdę odpocząłem. Podsumowaniem zaś i dodatkową rekomendacją, niech będzie fakt, że na wirtualnej półce spoczywa odłożona na czarną godzinę "Zagadka martwego wydawcy". Że tak powiem: he, he, he, chyba wiem co się kroi!

Agnes z Dowolnika o "Tajemnicy ..."

poniedziałek, 23 marca 2026

Dungeon Crawler Carl - Matt Dinniman

Tyle myśli kłębi mi się w głowie po lekturze LitRPG autorstwa Matta Dinnimana, że czuję się trochę tak, jakby jej tytułowy bohater wrzucił mi prosto do łba dzban bum bum swego imienia. Że co? No właśnie, to było pytanie, które towarzyszyło mi właściwie od pierwszej strony.

Zacznijmy może od tego jak "Dungeon ..." w ogóle trafił w moje ręce. Otóż, zmęczony konwencją bestsellerowego "Hamneta", który czytał mi się coraz wolniej i wolniej, poczułem konieczność znalezienia lektury lekkiej, która przywróciłaby mi czytelniczą radość, pozwoliła nabrać książkomolowego szwungu i przypomnieć sobie, jak to było rwać noce dla "jeszcze jednego rozdziału". Zaintrygowany okładką znalezioną w katalogu Legimi i przeczytawszy, że to "jedna z najbardziej porąbanych (...)", wrzuciłem na półkę, żeby sprawdzić prawdziwość opinii z blurba. Ocknąłem się trzy dni i ponad pięćset stron później, zastanawiając się zenkowym klasykiem, jak do tego doszło.

Nigdy nie mogłem zrozumieć jak moi synowie mogą oglądać na YT zapisy rozgrywek gier komputerowych ("A to nie lepiej grać, niż oglądać granie?), aż tu nagle doznałem olśnienia, tylko, jako człowiek starej daty, użyłem innego medium. Bo też "Dungeon ...", to nic innego jak zapis sesji gry RPG (stąd określenie gatunku przywołane na początku - literacki RPG). Intro to atak kosmicznej mocy, która w dość widowiskowy sposób anihiluje ludzkość, a ocalałe resztki wprowadza do tytułowych lochów, żeby móc w międzyukładowych mediach śledzić jak też sobie będą radzić te śmieszne, dwunogie stworki. Śmiałek, który dokona niemożliwego i pokona wszystkie poziomy, ocali planetę, zasłuży na kosmiczny fejm i wieczną chwałę, będzie też mógł zatrzymać zgromadzone podczas wykonywanie questów złoto.

Głównego bohatera apokalipsa zastaje w bokserkach na tyłku i ze sfochaną kotką w rękach. To właśnie Carl i, tak kocia jak tylko można, Królewna Pączuś (należąca do jego ex, zwyciężczyni wielu konkursów piękności), spróbują odnaleźć się w nowych realiach, przeżyć, ogarnąć rosnącą we wszechświecie popularność i dotrzeć do szczęśliwego końca (a ten jawi się dość odległym, bo seria liczy na dziś osiem tomów, a nie jest to chyba ostatnie słowo autora), a to wszystko będąc zmuszonymi zabijać, zabijać, zabijać!!! A! Jeśli myślicie, że Królewna będzie robiącym za tło petem (nie w sensie papierosa, tylko pupila bohatera), to zapomnijcie. W tym teamie, to Pączuś jest właścicielką robiących wrażenie statsów.

Mój stosunek do tej książki jest mocno ambiwalentny. Najlepiej chyba oddaje go komentarz, który gdzieś widziałem w necie, gdzie człowiek chcący stworzyć sobie program do oceniania książek zamiast tradycyjnej skali np. 1-10, chciał dwóch osi: na jednej, wartość literacka książki, na drugiej, przyjemność z lektury. "Dungeon ..." zaliczyłby, odpowiednio, mocne pikowanie i ostrą zwyżkę. Bo też i książka, choć przy okazji ostrej rozpierduchy jaka ma miejsce na jej stronach, próbuje diagnozować rzeczy ważne, to jednak de facto... jest opisem ostrej rozpieruchy. I jako taka ma swój urok, który jednak nie wszyscy docenią.

Dla kogo zatem jest przeznaczona ta pozycja? W stylistyce odnajdą się niewątpliwie ci, którzy przy pomocy Młota Prawdy Objawionej Przez Uderzenie w Czoło zaciukali niejednego Chrumkającego Prosiaka z Piekielnych Czeluści Rozpaczy czy coś w tym guście. Weterani MUDów, sesji D&D czy wielogodzinni naparzacze w Planescape: Torment, Baldur's Gate czy Elder Scrolls. Nie bójmy się tego słowa: nerdy. Oni będą wiedzieć czemu bohaterowie farmią ekspeki czy zapychają inventory (bo gra pozwala dźwigać dosłownie wszystko), najgorszym badziewiem. To rzecz dla ludzi, którzy nie mogli strawić patosu w "Igrzyskach śmierci", za to ciekawiło ich działanie czaru Inferno w zamkniętym, pełnym orków, pomieszczeniu, w Diablo. Czyli raczej ściśle wyspecyfikowany target.

Na koniec odrobina dziegciu w tym puchatkowym garncu miodu. Kiksy językowe w tekście. Już nie dociekam kto stworzył (tłumacz), a kto puścił (redaktor), ale są momenty, które naprawdę zgrzytają. Dwa przykłady, bo te mam wynotowane, a nie chce mi się szukać reszty, która wpadła mi w oko. "Ruszyłem naprzód, kopiąc go (karalucha, przyp. mój), gdy się cofał. Pączuś zeszła z sykiem z mojego ramienia, gdy podskoczyłem wysoko, by na nim wylądować". Murarz, tynkarz, akrobata normalnie. "Yolanda czuwała na tyłach z łukiem gotowym do wystrzału". Łukiem? Do wystrzału?!

Podsumowując. Jeśli choć drobna część tego co powyżej nagryzmoliłem ma dla ciebie jakiś sens, ruszaj śmiało w objęcia dinnimanowego postapo. Jeśli nie, to GDZIEŚ TY SIĘ UCHOWAŁ CZŁOWIEKU!? :P Polecam z ostrzeżeniem, że raczej parental advisory.

piątek, 11 kwietnia 2025

Crimen - Józef Hen

Aleś to nam Cyrylku ładną, dzięki swej memoria, historyję opowiedzieć raczył. Nawet sobie nie imaginowałem, jak mnie rzecz o perturbacjach imć Tomasza Błudnickiego bawić i zadziwiać będzie. I jakem lekturą dni temu parę głowę zajął, tak rychło żegnać się z owym chwatem przyszło, takie to bowiem było narratio pyszne.

Kurczę, ostatni raz kiedy mnie tak na staropolszczyznę wzięło, to chyba przy powtórce Sienkiewicza, ładnych parę lat temu. A tu pan Hen tak pięknie nią włada, że jeszcze we mnie ten język siedzi i na usta czy, jak tu, palce, niewprawnie bo niewprawnie, się ciśnie. Nietypowo zatem zacząć wypadnie, bo od chwalby nad językowym materiałem z jakiego autor utkał tę kryminalną, a tak naprawdę obyczajową, opowieść mocno osadzoną w XVII-wiecznej, szlacheckiej Polsce. A wszystko zaczęło się, kiedy pewien młody szlachcic, powróciwszy z wojennej poniewierki w rodzinne strony, zastał był swojego rodziciela martwym.

Tomasz Błudnicki nie z papieru został stworzony i to się po prostu czuje. Wojak, co to wbrew sobie, a z woli ojca, za sprawę Maryny Mniszchówny walczył i w walce tej aż pod Moskwę pociągnął, a tam z kolei PTSD się nabawił. Prawy, choć w sądach prędki. Jak trzeba, rębajło zawołany, choć przemoc mu jest obmierzłą. Może trochę za bardzo w czepku urodzony, bo ze zbyt wielu opresji psim swędem się ratujący. Żeby jednak nie było, że taki kryształ, to i pod paznokciem trochę brudu się znajdzie, jak to u herbowego. Reszta też pełnokrwista: wyemancypowana jak na swój czas panna chorążanka; wyzbyty sumienia herszt szlacheckiej bandy o skłonnościach pedofilskich; pełen zblazowania i melancholii kawaler, infamis, światowiec i poeta czy w końcu pewna królowa mitomanii (a może nie), to tylko parę przykładów z barwnego kalejdoskopu postaci, które przewijają się na kartach powieści.

Sami bohaterowie to jednak za mało, jeśli historia kuleje. Na szczęście narracji również trudno cokolwiek zarzucić. Udało się autorowi porwać mnie na dzisiejsze pogranicze Polski i Ukrainy, gdzieś pod Sanok, gdzie leżał majątek naszego bohatera i uwieść opowieścią o burzliwych wydarzeniach jakie miały tam miejsce. Bo przecież początek XVII wieku, to w Polsce, a szczególnie na jej wschodniej granicy, czas niespokojny. Wojny, rokosze, szlacheckie bezhołowie, bandyterka, że już o napięciach społecznych ("Póki im, chłopom naszym, samym na rozum nie przyjdzie, że są ludzie jako i my, możem w zamkach naszych mieszkać, do roboty pędzić, kijami ćwiczyć. Ale niech przejrzą, Chryste Panie, co to będzie! Żyjemy na beczce z prochem (...)"), narodowościowych czy religijnych nie wspomnę. A tu jeszcze na tle tej szerokiej panoramy i historii przez duże H, kreśli autor mniejsze historyjki. O starym kniaziu, co zmęczony małżeństwem z młódką, szuka radości w prostym życiu i porzuciwszy zamki i piernaty, snuje się po drogach jako zwykły dziad proszalny. O zborze ariańskim, który jest obiektem napaści ze strony kompanii łotrów z herbowymi pierścieniami na palcach i o podziale w łonie zgromadzenia, które z tego powodu wynikło. O zakazanej miłości chłopki i wysoko urodzonego, która to miłość nie była ówczas niczym niezwykłym, ale ponieważ szlacheckich miłośników było kilku, przeradza się w tragedię. O dziewczynie, którą na małżeńskim rynku kupczono jak klaczą, a wybranek której cofnąć się musiał przed "starszeństwem" konkurenta do ręki. Czy wreszcie historię dochodzenia przez Tomasza prawdy, jak to też z tym jego ojcem i honorem jego było.

Hen świetnie gra na emocjach, opisując niesprawiedliwości stanowego społeczeństwa. Zwraca uwagę czytelnika na małe i wielkie tragedie ludzkie związane z życiem w tak, a nie inaczej zorganizowanej społeczności. Pokazuje, że Rzeczpospolita szlachecka to nie tylko pobielane wapnem dworki, stojące we wsi spokojnej, wsi wesołej. Życie w tamtych czasach nie różniło się bowiem wiele od wpółczesnego: "(...) wielki świat to boisko, gdzie się nieustannie cepem młóci, niekończący się turniej rycerski, na którym wciąż jeden drugiego z siodła wysadza – zmagania, fortele, intrygi, zabiegi, małe zwycięstwa, klęski sromotne – do góry pniesz się powoli, w dół raz-dwa zlatujesz, nocą ci sen odchodzi, wciąż o swoje się troskasz i uśmiechać się musisz fałszywie, i czapkować, językiem krzywić, z sercem kryć się.".

Porywająca i niczego nie ukrywająca (w przeciwieństwie do krzepiącego serca Sienkiewicza) powieść, podczas lektury której sięgałem sobie do internetów oraz na półkę z dawno zapomnianymi podręcznikami ze studenckich czasów i odświeżałem: dymitriady, zajęcie Moskwy, rokosz Zebrzydowskiego czy historię braci polskich (tu tym bardziej, że do Rakowa mam rzut beretem, a i pan Hen poświęca im sporo uwagi), a równocześnie kibicowałem Tomaszowi, żeby mu się udało pokonać zło i sprawić, że w tych dzikich czasach zatriumfowały, choć przez krótką chwilę, honor i sprawiedliwość. Zacna lektura. Teraz ostrzę ząbki na serial.

Bez chaosu, w ładnych słowach:

Hen nie krzepi (Józef Hen, „Crimen”) u Zacofanego w Lekturze 

Ania i Za starym regałem o Crimen

środa, 2 kwietnia 2025

Rok, w którym narodził się diabeł - Santiago Roncagliolo

Po sukcesie, jakim była lektura "W cieniu orła" Péreza-Reverte, postanowiłem bliżej przyjrzeć się pozostałym książkom, które Art Rage proponuje czytelnikom w swojej serii Przeszły/Ciągły. Zaintrygowany zarówno tytułem jak i blurbem (wiem, nie czytać, ale cóż ...), sięgnąłem po "Rok, w którym ..." i wyruszyłem w niesamowitą podróż po XVII-wiecznej Limie. I żeby od razu rozwiać wątpliwości, sprawiła mi ta pełna niespodzianek eskapada mnóstwo poznawczej i czytelniczej frajdy.

Na wstępie zaznaczyć wypada, że Santiago Roncagliolo w notce bibliograficznej stopuje zapędy tych z czytelników, którzy widząc na kartach powieści historyczne postaci, zechcieliby potraktować ją jako podręcznik historii wicekrólestwa Peru i wyjaśnia: "Jest to opowieść fikcyjna. Główne jej postacie zostały zmyślone, ale nawet te prawdziwe, tak jak pewne fakty i daty, zostały przetworzone zgodnie z prawami wyobraźni.". Tej ostatniej natomiast, trzeba przyznać, autorowi nie brakuje.

Zgodnie z hitchcockowską zasadą, a nawet idąc krok dalej, autor zaczyna swą historię nie od trzęsienia ziemi, ale od tytułowych narodzin diabła. To właśnie podczas służbowej wizyty, z jaką do klasztoru klarysek (gdzie, jak doniesiono, zakonnica powiła Szatana), udaje się młodziutki konstabl Świętego Oficjum, poznajemy Alonso Moralesa, głównego sprawcę zamieszania, które wkrótce ogarnie stolicę ówczesnej kolonii hiszpańskiej. I to właśnie Alonso będzie naszym przewodnikiem po mieście, w którym miesza się świętość i magia, w którym płoną stosy, na każdej ulicy stoi kościół, a w każdym zaułku działa lupanar, w którym bogactwo i przepych styka się z biedą, niewolnictwem, chorobami i ogólnym syfem. Nie tylko jednak w podróży po Limie będziemy towarzyszyć wyżej wymienionemu pacholęciu, ale i w jego duchowej przemianie, bo też i kolejne przygody sprawiać będą, że z oczu opadną mu łuski i ujrzy otaczający go świat takim jaki jest, a nie takim jakim chcieliby żeby go widział otaczający go ludzie na czele z wychowującą samotnie matką.

Roncagliolo wspaniale poprowadził główną postać. Poznajemy Alonso jako zahukanego maminsynka, podporządkowanego cechującemu się religijnym fanatyzmem inkwizytorowi. Chłopak za dobre przyjmuje sądy zakonnika i pomaga (choć nie lubi) prowadzić, wzbogacone wymyślnymi torturami, przesłuchania w imieniu Świętego Oficjum. Z czasem zaczyna składać puzzle faktów, kontestować rzeczywistość, sprzeciwiać się autorytetom i koniec końców staje się autonomiczną jednostką idącą przez życie pod żaglem własnych wyborów. Po drodze zaś dostaje się ostro po dupsku już przywołanemu tutaj fanatyzmowi i związanej z nim hipokryzji, a także rasizmowi, seksizmowi i paru innym - izmom. Dość powiedzieć, że facet, który uważa Indian i czarnoskórych niewolników za bez mała zwierzęta, kobiety za istoty gorszego sortu, a chodzenie do burdelu za grzech lekki (bo przecież: "Na swą obronę powiedzieć mogę, że pokładanie się z kobietami za pieniądze grzechem jest nader lekkim, ladacznice bowiem wielkiej szkody uczynić nie mogą. Ponadto opłata za taką usługę zmywa jej grzeszność"), pod koniec książki jest już zupełnie innym człowiekiem. Czy lepszym? Każdy oceni podług własnego światopoglądu.

Drugim bohaterem "Roku ..." jest Lima. Kulturowy, religijny, rasowy, językowy i obyczajowy tygiel, w którym ścierają się różne żywioły (czasem nawet dosłownie). Miasto intryg, w którym o władzę i wpływy walczą świeccy i kościelni notable. Miasto tajemnic, w którym mniszka może zniknąć we wnętrzu czarnej karety i odnaleźć się, wypatroszona, za murami stolicy. Miasto stojące okrakiem nad przepaścią, będące areną walk obyczajowych konserwatystów i libertyńskiego wicekróla z jego dworem.

Ta książka wspaniale pokazuje, że instytucja modelowania życia społeczeństwa podług reguł, których od tegoż społeczeństwa rządzący wymagają, ale których sami przestrzegać nie chcą, ma długą historię (mam wynotowanych sporo cytatów, ale w ostatnim wpisie przesadziłem). Pełna jest też obyczajowych smaczków na temat hierarchicznej struktury ówczesnego społeczeństwa Limy. Ale przede wszystkim jest to fantastyczna przygodówka, w której sytuacja dynamizuje się z kartki na kartkę, a przed naszymi oczyma przewija się korowód: intryg, zdrad, uniesień serca, pojedynków i cudownych ocaleń. I dla tej czytelniczej frajdy, warto. A że przy okazji jest o czym pomyśleć ...

PS. Nie brak też w powieści czarnego humoru - "(...) Na stole leżał plik dokumentów: księga z prowadzonym przez nadzorcę rejestrem racji żywnościowych wydawanych osadzonym, za które po wyjściu musieli uiścić opłatę, chyba że zostaną skazani na stos – w takich wypadkach nie pobierano należności, jako że dostatecznie wielka przykrość i tak ich spotykała.".