Pokazywanie postów oznaczonych etykietą [Przeczytane 2010]. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą [Przeczytane 2010]. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 lutego 2011

„Gone. Zniknęli. Faza trzecia: Kłamstwa” Michael Grant

Przeczytanie kolejnej części cyklu autorstwa Michaela Granta zajęło mi dwa dni. Tak właśnie, weekend spędziłem w Perdido Beach. I powiem jedno, cieszę się że tylko wirtualnie, bo to co autor zafundował swoim bohaterom, to naprawdę mocna rzecz, szkoda tylko, że skomponowana przy pomocy znanego już z poprzednich części schematu, czyli: a) wprowadzamy kolejną anomalię, b) anomalia robi kuku małym mieszkańcom miasteczka, c) dobrzy walczą z konsekwencjami kuku i, czego nie trudno się domyślić przy cyklu, który ma liczyć jeszcze parę tomów, znów im się udaje ogarnąć tę swoistą stajnię Augiasza. Ta szablonowość prowadzenia akcji zabija niestety element zaskoczenia, którego i tak wydaje się być w “Kłamstwach” zbyt mało.
Skłamałbym jednak, gdybym napisał, że nie wciągnęło. Bo choć na pierwszej setce stron akcja ślimaczy się jak, no, ślimak i człowiek ma wrażenie, że autorowi skończyły się naboje z pomysłami, to jednak później jest trochę lepiej. Po raz kolejny, z niezdrową fascynacją, pochłaniałem opisy walk i innych okropności, których dopuszczają się dzieciaki (czy jeszcze nimi są) mieszkające w ETAPie. I tak leciałem przez stroniczki, a kiedy skończyłem, pojawiło się Ono. Ale …
Niestety widać, że autor zaczyna kręcić się w kółko i z tego powodu korzysta z coraz bardziej zakręconych środków podtrzymujących napięcie. No bo, na dobrą sprawę, co jeszcze te dzieciaki mogą nawywijać. W trzech poznanych już tomach, mamy przecież całe spektrum zachowań, z zabójstwami, podpaleniami i kanibalizmem włącznie. I nawet wprowadzenie grupy nowych postaci oraz zagrania rodem z “Mody na sukces”, w której nieboszczka, dr Taylor, ożywa z godnym podziwu uporem i regularnością, to tylko namiastka, surogat początkowej świeżości. Coś jak mentos przed randką. Niby oddech jak nowy, ale my wiemy swoje.
Kolejna łyżka dziegciu to spora garść nonsensów w świecie przedstawionym, jak choćby denerwująca mnie kwestia fal, które raz są, a raz ich nie ma, w zależności od tego co chce osiągnąć autor. Nie bez znaczenia jest też (choć to już nie wina autora), spora liczba literówek i błędów stylistycznych, których liczba rośnie pod koniec książki. Czyżby goniły terminy?
Ech, upisałem się, nie wiadomo po co. Przecież wiem, że wrócę. Boję się tylko, że wiem o czym część czwarta będzie. Z drugiej strony, mam nadzieję, że Grant zagra taką kartą, że w głowie rozbrzmi mi szyderczy głos: “I co, głąbie?!”.

czwartek, 13 stycznia 2011

"Każdy dom potrzebuje balkonu" Rina Frank


Jeszcze przed sylwestrem ubiegłego roku spotkaliśmy się by omówić kolejny klubowy wybór, ale sami wiecie jak z czasem, więc relacja dopiero teraz.
Ponieważ jestem jedynym samcem w dkkowskim stadzie, staramy się wybierać lektury na zasadzie: “wilk syty i owca cała”. “Każdy dom …” wydawał się niezłym kompromisem. Z jednej strony książkę napisała kobieta (owce całe), z drugiej, lubię rodzinne bajędy (wilk syty). Jakie zatem wrażenie wywarła na nas debiutancka powieść Riny Frank, która to pozycja w Izraelu zrobiła furorę, a i na rodzimym poletku blogowym zbierała niezłe noty?
Już otwierając skrzydełko okładki i widząc upozowaną na zdjęciu autorkę wiedziałem, że się nie polubimy. Nieskiepowany papieros w ręce, natchnione spojrzenie skierowane w dal, słowem - wypisz wymaluj, artystka. I rzeczywiście, trudno mi było polubić narratorkę powieści, którą jest właśnie Rina. O ile jeszcze dobrze czytało mi się część dotyczącą dzieciństwa spędzonego w kolorowej, wielokulturowej i wielojęzycznej, choć z reguły biednej Hajfie, gdzie tytułowy balkon zastępował telewizor i pełnił funkcję salonu towarzyskiego, to opisy “tu i teraz” wymęczyły mnie cholernie. Historia Kopciuszka, który dzięki małżeństwu wstępuje na salony i nie może dogadać się z obcymi sobie mentalnie i materialnie ludźmi (teściami, mężem i jego znajomymi), była już w literaturze prezentowana w lepszym wydaniu i bez tej, z pewnością pozwalającej autorce na dystans, ale strasznie mnie denerwującej, trzecioosobowej formy narracji. O dziwo, dziewczyny potwierdziły moją opinię. Przeszłość i rodzinne historyjki - tak, dorosłość wraz z bagażem problemów małżeńskich i chorobą dziecka - nie.
Podsumowując - nie wiem dlaczego ta książka awansowała do rangi bestselleru. Jako ciekawa historia rodzinna, rozgrywająca się w egzotycznej scenerii formującego się państwa żydowskiego, daje radę i czyta się ją z przyjemnością. Ale żeby od razu best …?

poniedziałek, 10 stycznia 2011

"Zasada trzech dni" Josie Lloyd, Emlyn Rees


No i doczekała się! Wygrana eony temu u Lili “Zasada trzech dni” po prostu musiała odleżeć do teraz, bo jak rzecz dzieje się w święta Bożego Narodzenia, to kiedy ją czytać jeśli nie w grudniu. Wczuć się łatwiej, tym bardziej, że wysepkę, na której rozgrywa się akcja powieści, dotyka taka sama zimowa rozpierducha, jaka dotknęła i nas. Ale żeby tylko śnieg i mróz były problemami nękającymi ludzi, którzy z tych czy innych powodów zdecydowali się spędzić święta na malutkiej wysepce Brayner, o nie! Oprócz masy opadów atmosferycznych, będzie również całe multum rodzinnych problemów, miłosna historia, ból rozstań i strat, czyli wszystko to co duże dziewczynki lubią najbardziej. A że ze mnie duży chłopiec jest, pewnie dlatego nie spodobało mi się zbytnio.
Bo w “Zasadzie …” wszystko leci jak po niteczce. Jak facet przywozi kochankę w pobliże rodzinnego gniazda, gdzie odbywa się familijny spęd, to, jak myślicie, jakie jest prawdopodobieństwo, że panna będzie się trzymać li tylko i wyłącznie w tymże pobliżu? Jak już rzeczoną pannę transportuje przystojny, złamany życiem, młodzieniec … I tak dalej i w tym guście. Ot, historyjka o tym, jak to rodzina jest fajna na zdjęciu, a wspólne święta są wszystkim do dziupli potrzebne. I tylko zastanawia mnie, czemu z tymi wybuchami emocji trzeba było czekać jak raz do Wigilii, skoro wszystkie tryskające żółcią wrzody rosły sobie już od dłuższego czasu. No tak, ale wtedy nie byłoby tak dramatycznie.

Do poczytania jak to się pewne święta nie udały. Albo i udały, bo przecież happy end, to nieodzowny sposób na kończenie takich historyjek. Ups, zdradziłem? Eee i tak byście się domyślili.

wtorek, 4 stycznia 2011

"Krwawy południk" Cormac McCarthy


Jeśli chcecie zachować dziecięce wyobrażenie Dzikiego Zachodu nie otwierajcie “Krwawego południka” McCarthy’ego! Pozostańcie przy bezpiecznej wizji Old Shatterhanda i Winnetou. Prawych, szlachetnych, słowem takich, co to bizona zanim zabiją, z dziesięć razy przeprosić go muszą, a z alkoholu, to jedynie orszadę piją. Jeśli jednak chcecie poznać prawdziwy Wild West, to zapraszam na wycieczkę z Dzieciakiem, nastolatkiem, który zwiał z domu od ojca pijaka i w wieku nastu lat poznał twarde i przerażające życie na amerykańsko - meksykańskim pograniczu.
Lubię odbrązawianie i demitologizację. Wielkie wrażenie zrobił na mnie, swego czasu, serial “Deadwood”, którego twórcy zdarli trochę pozłotki z opowiastek o dzielnych szeryfach i prawych czerwonoskórych, a przy okazji dostało się też i legendom, np. Calamity Jane. McCarthy idzie dalej. Znacznie dalej. Jego bohaterowie, to zwierzęta w ludzkiej skórze. Banda degeneratów (wzorowana, jak donosi Anna, na autentycznej grupie Johna Joela Glantona), która włóczy się po terytorium Teksasu i morduje, pali, gwałci, pije, rabuje, skalpuje, zarzyna, bezcześci zwłoki, uprawia seks z dziećmi i zmarłymi... Wśród tych prymitywów znajdujemy jednak ewenement, człowieka światowego, tajemniczego Sędzię, który filozofuje i korzystając z tego, że świat Dzikiego Zachodu jest taki, a nie inny, daje upust swym dziwacznym fantazjom. Jestem już dużym chłopcem i zdaję sobie sprawę, że amerykański Zachód nie był podbijany przez dżentelmenów w stetsonach i ze srebrnymi coltami u boków, którzy przy fajeczce pokoju rozprawiali z dumnymi czerwonoskórymi braćmi o sprawach ducha i wielkim Manitou, a jednak muszę przyznać, że wizja przedstawiona przez autora “Krwawego Południka” poraża.
Książka rozszarpała mnie na strzępy. Suche opisy potworności w zestawieniu ze świetnymi szkicami na temat surowej przyrody stanowiły dobrą, czasem zbyt dobrą, pożywkę dla wyobraźni i przyznać muszę, że po tej lekturze, żaden western nie będzie już taki sam jak przed nią.
Mocna rzecz. Momentami, jak dla mnie, zbyt niejasna i bełkotliwa w sferze mistycznej (włączając w to otwarte i cholera wie co znaczące, zakończenie), ale z drugiej strony ukazująca podwaliny powstania jednego ze współczesnych światowych tuzów w zupełnie innej, niż zazwyczaj, optyce. Spróbujcie, jeśli macie odwagę odwiedzić tę diabelską ziemię.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

"Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy." Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Skończyłem pierwszy tom “Cukierni pod Amorem” i żyję. Okazuje się bowiem, że chłop bez ujmy na honorze, a nawet z pewną dozą przyjemności “babińca” ( i nie mruczeć mi tu: “bez szufladkowania”, bo to typowo kobieca lektura jest), przeczytać może, a nawet musi, bo inaczej ciekawość go udusi. Skoro bowiem cała kobieca blogosfera od czasu do czasu wybucha amorkowym entuzjazmem, to trzeba rzecz organoleptycznie sprawdzić. Tak więc w celach niejako badawczych … No i, kurka, niestety do życiowych rozterek, których i tak już sporo, doszła kolejna: czytać sagę dalej, czy nie czytać? A rozterki te skąd? Ano...
Pani Małgorzata ma niewątpliwie talent do snucia rodzinnych opowieści, bo książka, nie boję się tego napisać, wciąga. Rozgrywająca się na kilku planach czasowych historia paru rodzin, dzięki kaprysom Losu splecionych koligacjami, jest jednak strasznie, szczególnie w rozdziałach poświęconych XIX wiekowi, stereotypowa. Ot, jak pojawił się przystojny hrabia, to ja już wiedziałem, że wkrótce zaatakują mnie anse i ansy, czyli zestaw przynależny tego typu literaturze: romansy, mezaliansy i konwenanse. Jak szykowała się noc poślubna z młódką, westchnąłem: “przyjdzie czytać o koszulinie z dziurką” i, imaginujcie sobie, przyszło. Z drugiej strony losy bohaterów wciągają, a sama powieść może być, dla tych którzy z opisami życia XIX wiecznej, szlacheckiej wsi nie mieli do tej pory do czynienia, ciekawym przewodnikiem.
No i teraz nie wiem co zrobić. Czytać “Cieślaków” czy nie? Kusi XX lecie międzywojenne i diabełek na ramieniu, który szepce: “Nie piernicz, żeś nie ciekaw jak się to wszystko skończy! Nie bądź baba i przeczytaj!”. A że czytało się szybko i miło, a historie rodzinne i wywoływanie duchów przeszłości, w połączeniu z wygrzebywaniem trupa z szafy, zawsze mi się podobały, dam drugiemu tomowi zielone światło. Jak stwierdzę, że jest zbyt przewidywalnie i schematycznie, walnę diabełka w łepetynę i oszczędzę nerwy i czas nie czekając na, i nie czytając “Hryciów”.
PS. Czymże jednak jest mój, dość krytyczny, punkt widzenia, skoro Teściowa leci przez pożyczonych “Zajezierskich” jak …, no czymże?

wtorek, 21 grudnia 2010

"Cuba libre" Yoani Sánchez


Patrzysz sobie za okno i myślisz: “Barbados! Albo nie. Kuba! Tak, to jest to! Wyspa jak wulkan, słoneczko, aromatyczne cygarko zwijane na udzie latynoskiej piękności (choć to akurat bujda), no i rumik z colą, i soczkiem z limonki, czyli nieśmiertelne cuba libre”. Ale czy na pewno libre? I czy na pewno Kuba pod rządami najpierw jednego, a potem drugiego z braci Castro, to rzeczywiście taki tropikalny raj, jak roi sobie w swym zmarzniętym móżdżku mieszkaniec strefy umiarkowanej, czyli ja? Po lekturze, zebranych w książce noszącej miano słynnego drinka, zapisków niepokornej, kubańskiej blogerki Yoani Sánchez, wiem że odpowiedź na postawione wyżej pytania brzmi: nie! Przynajmniej dla jej mieszkańców.
Blogowe notki Yoani pogrupowano tematycznie, często burząc chronologię wpisów i jest to jedna z rzeczy, które mnie podczas czytania wkurzały. Drugą jest ciągłe wracanie do pewnych spraw, na które chce zwrócić uwagę czytelników autorka. Bo mimo, że ubiera poruszany już problem w nowe szaty i opisuje go zupełnie inaczej niż 20 stron wcześniej, to mnie się w takich razach zapalała lampeczka z napisem: “O tym już było!”.
No to czepialski aperitif mam za sobą, przejdźmy do głównego dania. A nie jest ono smaczne, o nie! W krótkich, niezwykle celnych i cholernie zjadliwych opisach scen z życia zwykłej Kubanki, pokazuje autorka wszystkie absurdy, ograniczenia wolności i trudy codziennej egzystencji w cieniu jedynego, słusznego systemu. Wyobrażacie sobie sytuację, że nie możecie w swoim własnym kraju zameldować się w hotelu? Tych “że” do wyobrażania jest znacznie więcej: że jajko kosztuje jedną trzecią przeciętnej dniówki, że mleko przysługuje tylko niemowlętom i emerytom, że mieszkacie na 14-tym piętrze, a bratniej, radzieckiej produkcji winda jest od kilku lat zepsuta, że pensję odbieracie w jednej walucie, a za wszystkie wartościowe produkty trzeba płacić inną, że …
Dajcie sobie szansę poznać reżim Castro od środka i posłuchajcie głosu kubańskiej blogerki w średnim wieku, która by dać świadectwo i ruszyć machinę zmian wróciła do swej przetrąconej ojczyzny z, mlekiem i czekoladą płynącej, Szwajcarii. A dodatkową rekomendacją niech będzie fakt, że Fidel ma ją na swojej prywatnej liście osobistych wrogów.

"Rzeka szaleństwa" Marek P. Wiśniewski


Oto wreszcie nadszedł czas, kiedy facet - czytelnik może ze spokojem powiedzieć: “Tak, czytam Wiśniewskiego.” Naraża się co prawda w ten sposób, na konieczność doprecyzowywania, że chodzi o Marka P., a nie Janusza L., ale niech tam, wreszcie może, bo “Rzeka szaleństwa”, to proza na wskroś męska, mocnym słowem niegardząca i twardymi zawodnikami zasiedlona.
Rzecz zaczyna się dość niewinnie. Oto, zmęczony życiem i, jak czasem każdy z nas, potrzebujący natychmiastowego zastrzyku gotówki trzydziestolatek, zgadza się popłynąć przez pół Polski barką, jako nadzorca tajemniczego ładunku. Ni cholery nie zna się na żegludze śródlądowej, towarzysze podróży wydają mu się co najmniej dziwni, a warunki życia na rozlatującej się krypie bardziej niż spartańskie, ale parę “koła” na koncie sprawia, że postanawia mieć to wszystko, jak to wilki rzeczne ładnie ujmują, w dupie. Wypływa więc, a rejs ten będzie najdziwniejszą rzeczą w jego życiu. Utraty przytomności, zjawy z przeszłości, dziwne postacie i inne atrakcje, to jednak dopiero przygrywka do tego co stanie się później, kiedy Michał dociera do tajemniczego ośrodka szkoleniowego prowadzonego przez enigmatyczną Eli. Kto jest kim, co jest czym i o co w tym wszystkim chodzi? Tego powoli będziecie się dowiadywać w trakcie lektury.
“Rzeka …” to dobra książka, aczkolwiek daleki jestem od entuzjazmu towarzyszącego temu debiutowi. Owszem, autor zręcznie operuje słowem i ładnie sączy nastrój grozy i niepewności, ale dobrze zapowiadająca się powieść drogi zmienia się w pewnym momencie w traktat o zagrożeniach współczesnym okultyzmem, NLP, zabawami psychiką i fuj, fuj, jakim jest wyścig szczurów, a to już, mnie przynajmniej, niekoniecznie. Część druga jest mniej dynamiczna, popuszcza liny napięcia wypracowane przez autora na początku, a kolejne omdlenia i zwidy głównego bohatera już nie potęgują w czytelniku grozy. Słowem, wolałbym żeby Michał z niesamowitą załogą barki popłynęli sobie dalej, miast czytać o jego miotaniu się we wspomnianym ośrodku dla wypalonych korporacyjnych zombie, których programuje wampiryczna właścicielka instytucji.
Nie będę grzeszył pisząc, że mi się nie podobało, bo powieść ma w sobie ducha XIX wiecznych powieści grozy, a ja je bardzo lubię. Niemniej jednak były momenty, które mnie nużyły (podobnie jak u Grabińskiego, który mi się jakoś cały czas podczas lektury kojarzył) i to też należy odnotować. Jak będzie u Was przekonacie się podczas czytania.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

"Zrób sobie raj" Mariusz Szczygieł


Zacznijmy od tego, że nie jestem czechofilem. Ba, do czasu przeczytania “Gottlandu”, Czechy były dla mnie terrą jak najbardziej incognitą. Liźnięta co nieco z racji kierunku studiów historia i to raczej ta mocno zaprzeszła, niż cezurowo oscylująca w okolicach Aksamitnej Rewolucji oraz parę luźnych skojarzeń typu piwo i knedliczki, to był maks mojej wiedzy o południowych sąsiadach. Aha, jak się kiedyś zapaliłem do fotografii, to sobie Saudka pooglądałem. I tyle. Całe szczęście z pomocą przyszedł pan Mariusz i zaczął o Czechach pisać, i od razu dodam, mam nadzieję że pisać nieprędko przestanie, bo “Zrób sobie raj”, choć dość tematycznie od “Gottlandu” odległy, jest równie jak on dobry.
Już od dowcipnego eseju na wstępie wiedziałem, że będzie się podobać i tak rzeczywiście było. Najpierw współczesna czeska kultura. Zawędrowałem wraz z autorem poza drzwi Jana Saudka, którego śmiałe akty przyprawiłyby o migotanie przedsionków połowę moich rodaków, a historia jego życia zjeżyłaby włos na głowach drugiej połowy. Poznałem Davida Černego i jego prace, z których sami “Sikający”, gdyby powstali w wersji polskiej, wywołaliby u nas społeczno - polityczne trzęsienie ziemi, połączone z tsunami i Katriną, słowem - masakrę. O "Synu Bożym - modelu do składania", żeby nie powodować omdleń i masowych protestów - nie wspomnę. A jak reagują Czesi? Nie powiem. Przeczytajcie.
Po drugie, temat przewodni tego zbioru, czyli czeska religijność i wiara, a raczej jej brak, którego to braku genezę wywodzi pan Mariusz w bardzo ładny sposób. I znów szok poznawczy dla przedstawiciela nacji, w której gros osób to ludzie zdeklarowani jako praktykujący katolicy. No, bo jakże to, pustki na ulicach, a przecież papież z wizytą? Jakże to, gospoda w kościele? Co ten biskup opowiada, że 5 chrztów na ROK, w dużej, wielkomiejskiej parafii, to rewelacyjny wynik! I gdyby statystyczny Polak przeczytał (tylko, że statystyczny niestety nie czyta), to wszystko, to by pewnie za głowę się złapał i po katolicku spytał: “Jakżeż tak, kurwa, można żyć?!”. A tu jak się okazuje można, bo Czesi stworzyli sobie według autora tytułowy raj i choć jest w nim trochę niedociągnięć, to trzeba mu jednak wybaczyć, bo to w końcu raj na Ziemi i od tego, w który ateiści Czesi nie wierzą, ma prawo się różnić.
Każda kolejna książka mojego imiennika sprawia, że Czechy jawią mi się jako kraina równie dla mnie egzotyczna jak np. Bangladesz. Z drugiej strony, dzięki jego pracy, ten Bangladesz jest mi coraz bliższy i coraz bardziej go lubię. Czekam więc na kolejne pozycje i wybaczam niedociągnięcia I wydania “Raju …”, które miałem tu zjechać, ale jak zauważyłem autor sam wyłapał* i się pokajał, więc …

* Ale przyznam, że cholernie zaskoczyły mnie te grzyby. Aż sprawdzałem u źródła :D

sobota, 4 grudnia 2010

"Boy - Żeleński. Błazen - wielki mąż" Józef Hen


Gdy podczas lektury Samozwaniec poczułem się delikatnie zafiksowany na punkcie międzywojnia, wiedziałem że prędzej czy później wezmę do rąk, zakupioną kiedyś okazyjnie “na później”, biografię Tadeusza “Boya” Żeleńskiego pióra Józefa Hena. Po lekturze stwierdzam, że choć cięższego kalibru niż “Magda …”, jest warta wysiłku włożonego w jej przeczytanie. Przybliża nam bowiem, dziś już nieco zapomnianą, a przecież wartą zauważenia i zapoznania się z nią, postać wybitnego tłumacza, recenzenta, eseisty, satyryka, słowem, człowieka - orkiestry.
Przyznaję, do tych, jak by nie było komplementów, było mi początkowo daleko. Biograf postanowił bowiem pozwolić mówić Boyowi o nim samym i swój tekst bogato (zbyt bogato!), krasi licznymi cytatami z dzieł tegoż. Dodatkowo spora część publikacji poświęcona jest recenzenckim wyczynom doktora Żeleńskiego. I choć z pewnością opis ich (i kolejne liczne cytaty) spowoduje żywsze bicie serduszek zapalonych teatrologów, to ja, hmm, przedzierałem się przez nie jak ten dzielny rycerz przez ciernie okalające zamek Śpiącej Królewny.
Kurczę, znów wylazł ze mnie narzekacz, a przecież chciałem zachęcić. Więc zachęcam, bo kiedy już człowiek przyzwyczai się do tej masy cudzysłowów, to będzie miał okazję zobaczyć jak młody człowiek, który przez przypadek został lekarzem, przepoczwarza się w niezmordowanego ogrodnika, który na polską ziemię przeflancowuje perły francuskiej prozy. I niesłychanie inteligentnego eseistę i krytyka teatralnego, który bez względu na wszystko (m.in. przyjaźń z twórcami opisywanych sztuk) pisze to co myśli. I choć czasem Boy także plunie jadem, a z jego zdaniem częstokroć się nie zgadzamy, choć możemy mieć do niego zastrzeżenia jako człowieka (skłonność do hazardu i skoków w bok), to jednak nie sposób nie doceniać tego tytanicznego wysiłku intelektu, który pozwolił się przedwojennym czytelnikom cieszyć Proustem czy Gidem.
Hen, choć czasem znać jego sympatię do opisywanej postaci, stara się być obiektywny. Biograf pokazuje słabości Żeleńskiego, kolejne kroki jego kariery, a w końcu ostrą nagonkę jakiej Boy doświadczył tuż przed wojną, i to wszystko starając się nie stawać po żadnej ze stron. Dzięki temu “Błazen - wielki mąż” nie stał się czołobitną laurką, a portretem człowieka z krwi i kości. Portretem, który niewątpliwie warto poznać.

poniedziałek, 29 listopada 2010

"Czefurzy raus!" Goran Vojnović


Od dłuższego czasu zastanawiałem się nad tym, co napisać o książce Gorana Vojnovića. Łażę jak przysłowiowy kot z pęcherzem i myślę, jak tu przelać to co siedzi w środku i jednocześnie nie wyjść przy tym na hipokrytę. Bo książka o czefurach, czyli o imigrantach z byłej Jugosławii zaludniających lubliańskie Fužiny, to w sporej części książka o mnie samym. Tyle tylko, że tym sprzed nastu lat. Tym, któremu pisanie słoweńskiego pisarza strasznie by się podobało. Licealiście, który do oceny “Czefurów …” użyłby słów: w cipę, zajebisty, rozpierdolił mnie, itd., bo to był i, czy chcemy tego czy nie, jest, język współczesnej młodzieży, jak Europa długa i szeroka. I takim właśnie językiem, ustami narratora Marko Đordića, Goran przedstawia nam, z jednej strony beznadzieję, z drugiej jasne strony (zdecydowanie mniej), życia poza nawiasem.

I teraz zgryz. Podobało się temu zbuntowanemu nastolatkowi, którym byłem. Który nie widział dla siebie żadnej przyszłości, a weekendy spędzał na popijaniu “Nadwiślańskiego” i bredzeniu o dupie Maryni z takimi samymi nihilistami jak on sam. Podobało, bo ten siedemnastoletni Bazyl czai o czym opowiada Marko. Ale jest też ten drugi Bazyl, na półmetku (daj Boże!) życia, który ma już swoją małą stabilizację, i którego czefurstwo, nieważne krajowe, czy importowane, po prostu mierzi. I choć rozumie błyskotliwość i ironię obserwacji zawartych w książce, to jednak ma już dość czytania o beznadziei egzystencji. I wysłuchiwania tłumaczeń: to dlatego, że jestem Bośniakiem w Słowenii i ci dupni Słoweńcy dają mi najgorszą robotę, to dlatego, że jestem blokersem i jedyne co potrafię, to dopieprzyć na dysce kolesiowi z sąsiedniej dzielni i tak dalej, i w ten deseń.
I co? Dalej nie wiecie czy warto? No właśnie, ja też nie wiem. Zagubiony życiowo nastolatek, pozostawiony sam sobie przez rodziców, nie czujący się nigdzie u siebie, opowiada nam historię, która mogłaby się dziać na warszawskim czy białostockim osiedlu. To już było, choćby u Masłowskiej, a u Vojnovića nabiera tylko posmaku bałkańskiej egzotyki czy też specyfiki. No i, mimo nawału wulgaryzmów, jest bardziej strawne językowo. Zatem, sami spróbujcie.
PS. A tu profeska, czyli recenzja Jarka. Może dzięki niej będzie Wam łatwiej podjąć decyzję :)

piątek, 26 listopada 2010

"Urodziłem się pewnego błękitnego dnia. Pamiętniki nadzwyczajnego umysłu z zespołem Aspergera." Daniel Tammet

Oglądaliście “Rain Mana”? Pamiętacie autystycznego Raymonda Babbitta zagranego z wielką maestrią przez Dustina Hoffmana? Ja pamiętam. Pamiętam też, jak bardzo zazdrościłem facetowi jego niezwykłych matematycznych umiejętności. Bo filmowy Babbitt jest sawantem, czyli osobą, którą przed epoką poprawności politycznej nazywano po prostu genialnym głupcem.
Czemu służy to zagajenie? O istnieniu tychże i samym filmie przypomniałem sobie bowiem właśnie przy okazji lektury pamiętników Daniela Tammeta. Sawanta, doświadczonego w dzieciństwie przez ataki epileptyczne, cierpiącego na zespół Aspergera, synestetyka i geja. Słowem, człowieka - zagadkę.
“Urodziłem się …”, to z jednej strony dość monotonna w stylu i sposobie narracji historia pewnego życia, z drugiej zaś fascynująca wycieczka w głąb genialnego, ale i ograniczonego chorobą, umysłu. Jeżeli nie będziecie zwracać uwagi na to pierwsze, a skupicie się na drugim, otrzymacie okazję poznania niezwykłego faceta, który co prawda potrafi nauczyć się obcego języka w siedem dni, a liczby do 10.000 wizualizuje sobie jako kształty i dzięki temu jest w stanie przeprowadzać skomplikowane obliczenia matematyczne w pamięci, ale równocześnie zwykła interakcja z otoczeniem sprawia mu wielki kłopot.
Lektura, oprócz niewątpliwej przyjemności wirtualnego poznania Daniela, zmusiła mnie do zastanowienia się nad tym, jaką umiejętność ja sam gotów byłbym poświęcić na rzecz niewyobrażalnego rozwoju innej. Czy chciałbym mieć, dajmy na to, fotograficzną, prawie nieograniczoną pamięć, ale nie mógłbym płakać albo śmiać się? Ciężki byłby to wybór, a przecież sawanci zostali go pozbawieni. Oni po prostu mają, tak jak mają. Zmarły w ubiegłym roku Kim Peek, będący pierwowzorem postaci granej przez Hoffmana, znał na pamięć 12.000 książek, ale nie był zdolny do samotnej egzystencji. Coś za coś? Ale dlaczego?
Warto sięgnąć po “Urodziłem się …”, żeby przekonać się, że inność nie oznacza bycia gorszym. Nie jest to może książka porywająca (trzeba pamiętać, że napisał ją, co prawda wysokofunkcjonujący, ale jednak autystyk), ale ma swój urok. Noż kurka, jakże ciężko pisze się o rzeczach, które się podobają. Polecam. Przeczytajcie.

poniedziałek, 22 listopada 2010

"Zjeść Kraków. Przewodnik subiektywny." Robert Makłowicz, Stanisław Mancewicz


Jeśli ktokolwiek wątpił w istnienie Najwspanialszego w Świecie Przypadku Podpowiadającego Czytelnikowi (roboczy skrót NwŚPPCz), to niech uwierzy jako i ja uwierzyłem. Bo jak tu nie, kiedy człowiek nie wie co, a... Jadę ja sobie dnia pewnego, panie dziejku, i nagle jak mi nagle z radyja popowej łupanki NwŚPPCz nie zabierze! Cisza nastała, toteż chcąc nie chcąc pocisnąłem na ślepo guziki i usłyszałem pana Makłowicza czytającego swą najnowszą książkę. Ooo, jak mi się milusio słuchało. Następnego dnia zagościliśmy z Kitkiem na herbatce u znajomych i przed wyjściem, tradycyjnie, wlazłem nosem w regały. I oczywiście przy pomocy NwŚPPCz wyszperałem ... nie, nie "Café Museum", bo przecież NwŚPPCz wie, że apetycik trzeba zaostrzać zgrabną przystaweczką, więc wyszperałem, proszę ja Was, “Zjeść Kraków. Przewodnik subiektywny” napisany przez pana Roberta wespół ze Stanisławem Mancewiczem. I nie ociągając się, po przybyciu do domu, rozpocząłem. A dalej? Dalej to wsiąknąłem, chłonąłem i burczałem brzuchem, o czym za moment.
Do Krakowa mam wielki sentyment, mimo że samego miasta jeno “liznąłem” podczas rocznej przygody z jedną z tamtejszych alma mater. Co prawda mieszkałem kątem u chrzestnej w Nowej Hucie, który to pryszcz na zdrowej tkance miasta wzbudza obrzydzenie u autorów przytaczanego tu przewodnika, ale w końcu od czego byli koledzy w akademikach? Witajcie zatem knajpki, knajpeczki i nocne vie a la Cracovie z dużą ilością eau-de-vie.
Po tym przydługim i mocno osobistym wstępie, konkrety. Świetny Kraków w pigułce, który autorzy podają w formie niezobowiązującej rozmowy prowadzonej z, nasiąkniętym wiedzą o swym rodzimym mieście, personelem jednej z krakowskich restauracji, wart jest mszy. A przynajmniej pięćdziesiątki jarzębiaku na winiaku. Bo w książce jest wszytko: historia miasta, mini pitawal, słownik typowych krakowskich zwrotów (ty bucu!), opis kulinariów galicyjskich i miejsc, gdzie one kulinaria (i nie tylko) zjeść można oraz wiele innego dobra intelektualnego na temat byłej stolicy.
Polecam z jednym zastrzeżeniem. Części o jedzonku nie czytajcie głodni, przebywając w miejscach publicznych. Ja robiłem to czekając na żonę u fryzjera i miałem wrażenie, że moje kiszki albo chcą przyćmić geniusz Mendelssohna - Bartholdiego, albo zagłuszyć zmasowany szum suszarek. Mimo tych efektów ubocznych - warto!

wtorek, 16 listopada 2010

"Ostatni szczegół" Harlan Coben


Świat zwariował! Żeby cztery osoby nie mogły znaleźć chwilki czasu, by wspólnie pogawędzić przy herbatce o przeczytanej książce? A jednak! Schodziło nam, schodziło, zacierał się ten Coben w pamięci, zacierał, aż w końcu 12.11 i to tylko w trójkę, sprężyliśmy się i nawtykaliśmy twórcy bestsellerów.
Kto książki Mr. Harlana zna, ten wie, że czyta się je niezwykle gładko. Ot, tak gładko, żeby użyć wielce obrazoburczego porównania, jak robi się kupę po kolacji złożonej ze śliwek i zsiadłego mleka. I równie szybko jak rzeczony stolec znika w gąszczu rur kanalizacyjnych, znika pamięć o przeczytanej powieści z szuflad naszej pamięci. Potwierdzone doświadczalnie, bo nasza dyskusja, która odbyła się około miesiąca od zakończenia lektury, rozpoczęła się od marszczenia czółek i wysiłku umysłowego, który można opisać tak: “Zaraz, zaraz … O czym to było?”.
Nie wnikając za bardzo w szczątkowe wspomnienia o fabule, bo to przecież wiadomo, że Myron sypie klawymi tekstami jak z rękawa, Win jest w każdej kolejnej części równie socjopatyczny jak w poprzednich odsłonach, a zagadka i tak się widowiskowo rozwiąże, skupiliśmy się na fenomenie literackiej papki. Bo, nie oszukujmy się, “Ostatni szczegół” to, podobnie jak poprzednie części cyklu i książki mu podobne, taki literacki odpowiednik xenny. Czyści zwoje z tych wszystkich moralnych dwuznaczności, psychologicznych akrobacji, problemów i patologii z jakimi mamy do czynienia w prozie cięższego autoramentu. Słowem od czasu do czasu potrzebne, ale żeby było o czym pogadać …? Co to, to nie. Ot, czysta rozrywka.

poniedziałek, 15 listopada 2010

"Zatrute ciasteczko" Alan Bradley


Młodociany detektyw nie jest już dla mnie novum. Mam za sobą spotkanie z Emmą, z powieści Marthy Grimes, znam Lassego i Maię, bohaterów książek Martina Widmarka, słowem, nie mam może obcykane, ale jestem w temacie. Teraz do tej skromnej gromadki małych szperaczo - grzebaczy dołączyła Flawia de Luce. Ale tam, dołączyła! Ona usunęła ich wszystkich w cień i stała się bazylową pupilką! Bo Flawia jest przeuroczą młodą damą, która łączy w sobie to co u kobiet lubię: bystry jak brzytwa Kuby Rozpruwacza umysł oraz cięty, jak, nie przymierzając, spocony koński zad przez stado gzów, dowcip. No i to ekstraordynaryjne hobby - chemia ze szczególnym uwzględnieniem trucizn maści wszelakiej.
Ależ mi się podobało! Klasyczny kryminał, osadzony w scenerii brytyjskiej prowincji z jednym trupem i tajemnicą sprzed lat, a w tym wszystkim ona - Flawia, kombinująca jak koń pod górę, jak tu popchnąć swe prywatne śledztwo do przodu, uratować tyłek ojca, który jest głównym podejrzanym (oprócz tego jest apodyktycznym, emerytowanym pułkownikiem i wdowcem, ale to już nie robi takiego wrażenia) oraz nie dać się dwóm siostrzyczkom z piekła rodem. No i pcha, pakując swój jedenastoletni nosek w kabałę, która omal ... Tia, żebym Wam czasem nie powiedział.
Powie ktoś po przeczytaniu, że mało zaskakująca i “ja tam odgadłem znacznie wcześniej”. Gratuluję, właśnie pokonałeś w dziedzinie dedukcji jedenastolatkę. Powie ktoś, żem hipokryta, bo przecież Emma u Grimes mnie wkurzała, a tu też w sumie małolata i takie pienia pochlebne. Próbowałem tłumaczyć to już żonie i tak się zakałapućkałem, że w końcu burknąłem, że tak, bo tak i przecież mi wolno, więc i Wam tłumaczył nie będę. Wiem jedno, chciałbym mieć tę małą za kumpelę, żeby móc na żywo słuchać jej rewelacyjnych tekstów i błyskotliwych porównań, którymi raczy nas na kartach powieści. Bo czyż można nie polubić osóbki, która zastawszy zamkniętą bibliotekę konstatuje, że w niebie to biblioteki otwarte są 24h przez siedem dni w tygodniu. Ba, osiem dni! Albo opisującą pewną postać jako Georga Bernarda Shaw, który skurczył się w praniu.
Jeśli nie przyciągnie Was świetna okładka, to ja polecam. Żałuję jedynie, że Vesper wydał jak na razie tylko dwie z sześciu książek tworzących serię. I tak odwlekam lekturę “Badyla ...”, ale paluszki i oczka świerzbią ... Kurczę, chyba się złamię.

poniedziałek, 8 listopada 2010

"Maria i Magdalena" Magdalena Samozwaniec


Podczas jednej z wizyt u mojej ukochanej Rodzicielki z tęsknotą przeleciałem wzrokiem przez dwa regaliki, na których zgromadzone są moje młodzieńcze, literackie nabytki. Tak, tak, dwa regaliki, bo jak już kiedyś wspominałem, dłuższy czas mieszkałem nad biblioteką i książkowe zakupy były mi obce. Nie całkiem, ale jednak. Ale ja nie o tym ... W oczy wpadło mi bowiem dwukolorowe, stare wydanie “Marii i Magdaleny” pióra pani Samozwaniec. Nie pamiętałem skąd, nie pamiętałem po co, więc ściągnąłem, otworzyłem i przeczytawszy, z pożółkłych mocno kart, parę zdań, porwałem do swojej gawry, by oddać się zachłannej lekturze. Zachłannej, bo jak słusznie Boy zauważył: “Zdolne bestie te Kossaki” i Madzia, bo tak po lekturze pozwolę sobie o autorce mówić, nie była tu wyjątkiem.
“Maria i Magdalena” to przede wszystkim rodzinne wspomnienia. Dzieciństwo w Kossakówce pod okiem dziadka Juliusza, taty Wojciecha i ukochanego Mamidła oraz w towarzystwie humorzastej, acz piekielnie zdolnej siostry, późniejszej Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej. To młodość chmurna i durna, a i wesoła też niesamowicie. To dorosłość, choć jeśli o Madzię chodzi, czy można być tej dorosłości pewnym?
Jest też książka obrazem pewnej epoki, która odeszła i pewnie już nie wróci. Epoki, w której młodzieniec, wybaczcie dosadność, pierdnąwszy przy pannie, popełnia samobójstwo. Epoki, w której posługiwanie się kilkoma językami, a co najmniej, francuskim, jest tak naturalne, jak oddychanie. W której “Piszcie do mnie na Savoy”, rozumiało się samo przez się, no bo przecież ... Ja wiem, wiem, że rzecz dotyczy tylko uprzywilejowanej części społeczeństwa, ale jak to miło o takim życiu czytać.
No i te nazwiska wylewające się wprost z kart. Styka, Asnyk, Malczewski, Żeleński, Chełmoński, Matejko, Sienkiewicz, Słonimski, Tuwim i długo by tak jeszcze. Po prostu parada osobistości prosto z podręcznika do historii sztuki, ale przedstawiona nieraz wręcz "od kuchni".
Cóż, wciągnęło mnie tak, że ani się obejrzałem, jak roniłem łezkę przy końcowej scenie rozstania obu sióstr. I nic to, że drażniło mnie bezkrytyczne podejście autorki do swej Familii i sposobu życia. Do zdrad ojca, do egocentryzmu i złośliwości siostry, do faktu oszukiwania kupców, życia w zasadzie na kredyt, aranżowanych małżeństw i jeszcze tuzina innych rzeczy. Nic to, że wkurzało mnie pisanie o sobie w trzeciej osobie. Bo, proszę szanownego Państwa, historia przedstawiona w ni to powieści, ni to diariuszu jest tak cholernie kolorowa i wciągająca, że nic tylko siadać i czytać. I nawet jeśli Madzia tu i ówdzie wspomnienia podkolorowała, to furda tam, dodaje to tylko smaczku!
Warto, tym bardziej, że z tego co się orientuję Świat Książki wznowił wydanie i chyba uzupełnił o zdjęcia, choć tego już pewien nie jestem. I nie, nie dostałem egzemplarza do recenzji, zachwalam sam z siebie :D

"Klub Matek Swatek" Ewa Stec


Przyznaję bez bicia, gdybym książki nie wylosował, pewnie bym jej nie przeczytał, bo i okładka by mnie z półki nie “zawołała” i tytuł siakiś taki, pardąsik, babski. A tak, dzięki pewnej osóbce, której incognito uszanuję i na wszelki wypadek linkował jej bloga nie będę, zapoznałem się z wcale rozrywkową pozycją autorstwa pani Stec. Co by bowiem nie pisać, mimo pewnych zgrzytów, o których za chwilę, proza pani Ewy zapewnia dobrą zabawę, całkiem udanie wpisując się w gatunek kryminału z rechotem w tle. Bo, podobnie jak u pani Chmielewskiej, choć trup ściele się gęsto, to jednak akcje bohaterów wywołują zdrowe skurcze przepony, niwelując w pewnym stopniu grozę kolejnych zabójstw. I przyczyniając się do powstawania zmarszczek, ale to już czytelniczki muszą same zdecydować ...
Cała historia kręci się wokół Ani w wieku chrystusowym, singielki, a przez fakt ów, źródła ciągłych palpitacji matki swej, z zawodu kury domowej. Ania dodatkowo dolewa oliwy do ognia, wyprowadzając się do okazyjnie zakupionego mieszkania, co w oczach matki zmniejsza i tak już niewielkie szanse na znalezienie partnera. A tu jeszcze młodszy brat się żeni ... Parcie na całej linii. Całe “szczęście” do akcji wkracza KMS, który w swej nieokiełznanej potrzebie znalezienia księcia dla głównej bohaterki, namota jak mało.
Prawdziwą empatią obdarzą Anię ci, którym przyszło (bądź przychodzi) wysłuchiwać tekstów o staropanieństwie / starokawalerstwie, bądź, jak w moim przypadku, mrożącej krew w żyłach historii o “bykowym”, podatku, który w PRL-u, aż do, bodajże, lat 70-tych, płacił każdy samotny pan po trzydziestce. Mnie się udało i stan cywilny, rzutem na taśmę, zmieniłem w wieku lat 29. Piszę “udało”, bo jak sobie pomyślę, że moja Mama tworzy komando skład w celu wyswatania mnie ... Panie, miej w opiece!
No dobra, ale przejdźmy do za i przeciw. Za: duża dawka humoru, ze szczególnym uwzględnieniem scenek szkolnych, w której małolatkowie z nauczania początkowego dokładają do pieca aż miło. Przeciw: pensjonarskie zachowanie pań i to bez względu na wiek. Po prostu miałem wrażenie, że bohaterki za pół zgrabnego męskiego półdupka oddałyby, jeśli już nie życie, to z pewnością jego dorobek. Nie podoba mi się taki obraz kobiet i ciekaw jestem jak to widzą Panie czytelniczki.
Ale my tu gadu, gadu, a podsumować trzeba. Spodobało się na tyle, że w najnowszym bibliotecznym zakupie znalazły się dwie poprzednie książki autorki. Zobaczymy, opiszemy.

środa, 27 października 2010

"Witajcie w Murderlandzie" Frédérique Molay


“Nie oglądaj telewizji, bo będziesz miała w głowie glizdy (...)”, mówił kiedyś z estrady klasyk kabaretu, Bohdan Smoleń. I w sumie od tamtych czasów nic się nie zmieniło, tylko zamiast dwóch programów, jednego dla wojskowych, drugiego dla rolników, mamy obydwa dla tych, co to kochają polskie seriale. Ale ja nie o telewizji ... Ciekawe, co też pan Bohdan rzekłby o Internecie, który w dzisiejszym świecie stał się medium dla TV konkurencyjnym, ale w przypadku niewłaściwego korzystania, równie ogłupiającym. Ba! Jak pokazuje “Witajcie w Murderlandzie”, również niebezpiecznym. Bo jak nas strzeże społeczna reklama, nie każdy Wojtek, choćby się w wirtualne piersi bił, rzeczywiście ma 12 lat, no i “Nigdy nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie”.
Gry i net jako źródło wszelakiej sodomygomory wśród młodzieży są wymieniane przez psychologów jednym tchem wraz z TV i muzyką death metalową. I książka żadnych nowinek nam tu nie przyniesie. Autorka rzuca między wierszami prawdami znanymi i dość oklepanymi. Życie online zastępuje nam prawdziwe, postać w grze multiplayer nie zawsze ma tę samą płeć co w rzeczywistości, a pan Władek spod “trójki” być może obmyśla makiaweliczny plan pozbawienia nas życia. Ot, tego typu konstatacje.
A jednak zarówno ja, jak i Kitek, pochłonęliśmy “Witajcie ...” właściwie na bezdechu. Bo mimo, że w kwestii wpływu Sieci na człowieka autorka prochu nie odkryła, to jednak sama intryga jest tak wciągająca, akcja wartka, a i tematyka dość bliska (w końcu trochę czasu TU spędzamy), że jedzie człowiek przez kolejne strony jak, nie przymierzając, Winnetou na Błyskawicy i ani się obejrzy, a tu koniec. Dość zaskakujący, choć my już takie chwyty znamy i nie z nami taki numery Brune..., erm, Molay.
Kurczę, ale nawet nie chrząknąłem o czym to jest. Ano pewien gość grał sobie w gierkę społecznościową i nagle wydarzenia z tejże gierki przelazły mu do reala. Dałby jeszcze Zeus, żeby to chodziło o seks ze szwedzkimi bliźniaczkami, ale nie. Facet rozjeżdża zerojedynkowym samochodem kobitkę, a tu się okazuje ... Eee, sami sobie doczytajcie, bo warto.

poniedziałek, 25 października 2010

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stieg Larsson


Larsson swego czasu był na ustach wszystkich. Raz - facet napisał nieprzeciętnych rozmiarów trylogię kryminalną, dwa - zabrał się z tego łez padołu przed jej wydaniem. Słowem, nie miał ostatecznego wpływu na kształt wydanego rok po jego śmierci pierwszego tomu (jak i, ma się rozumieć, kolejnych) i to się niestety miejscami mści. Bo, jak twierdzą złośliwi, “Mężczyźni ...” nie bez powodu są tak gargantuicznych rozmiarów. A ja, choć wkrótce planuję część drugą, wiem, że sposobem w przypadku Millenium jest metoda wczesnolicealna, czyli “opisy omijamy, omijamy!”.

Dla tych, którzy wrócili ostatnio z wyprawy międzyplanetarnej zagaję, że książka traktuje o pewnym dziennikarskim śledztwie, którego podejmuje się Mikael Blomkvist, żurnalista celujący w publicystyce finansowej. Śledztwo zleca mu pewien wiekowy milioner, pragnący poznać tajemnicę zaginięcia swej młodej bratanicy. Smaczku dodają następujące fakty: Blomkvist przegrał sprawę o pomówienie i zawodowo jest w du..., znaczy, dużej niedyspozycji, a zniknięcie Harriet miało miejsce przed czterdziestu laty. Zresztą o treści poczytajcie w necie, bo ja przechodzę do moich lekturowych bólów i radości.
Wkurzał mnie Blomkvist. Możecie mówić, że to zazdrość przeze mnie przemawia. W końcu facet sypia z połową bohaterek, biega kilka mil bez zadyszki, a w przeszłości służył w komandosach. Po prostu - gość. Ale uwierzcie, to nie samcza zawiść, a jakieś podskórne uczucie, że facet w spotkaniu twarzą w twarz mocno by mnie wkurzał. Miałem tak i już. Całe szczęście postać pana redaktora równoważy, a nawet przewyższa osoba jego współpracownicy - Salander. To dla Lisbeth, tajemniczej, skomplikowanej, pokręconej i wytatuowanej (o, tak!), dziewczyny, nie porzuciłem lektury. To ona i jej błyskotliwe, nietuzinkowe, a na pewno balansujące na granicy tego, co większość z nas uważa za etyczne, działania, ożywiały ślimaczącą się momentami akcję. Wspominałem już, że lubię literackich frików? No to Lis jest teraz na szczycie listy i powiem, że chyba tylko dla niej będę kontynuował trylogię.
Podsumowania nadszedł czas. “Mężczyźni ...” to książka dobra. Intryga kryminalna na poziomie, duża doza społecznego tła w postaci obrazów Szwecji wczoraj i dziś. Szkoda tylko, że do tak dynamicznej książki ktoś (autor, spadkobiercy na prośbę wydawcy) wrzucił te cholerne spisy inwentarzowe każdej z odwiedzanych lokacji. Czytając je miałem ochotę krzyknąć: “Kurde balans, co ty chłopie, komornik jesteś, czy co!? To zacznij pieczętować, a nie będziesz mi tu wyjeżdżał z dokładną listą mebelków i innej fauny nieożywionej!”, Ale to drobny zgrzyt, a sposób nań macie na początku wpisu. Słowem - mnie się podobało.

poniedziałek, 18 października 2010

"Niewidzialny" Mari Jungstedt


Darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy, ale w darowaną książkę, to już jak najbardziej. Zajrzałem zatem między okładki, wygranego u Mary, “Niewidzialnego” i stwierdzić muszę, że to książka straszna. Ale nie w stylu: “Ożesz ty, orzeszku!”, tylko: “Bożesz Ty mój, co za chała!”. I na nic podpieranie się na skrzydełku nazwiskami Mankella i Larssona, wśród której to braci została umieszczona Mari Jungstedt, bo gdzie jej tam do nich. Ale cóż przecież szkodzi wydać kolejny szwedzki kryminał. Przecież popyt, a nawet moda, jest, to trzeba w ludzi towar pchać. Szkoda tylko, że nie zawsze ilość przechodzi w jakość, a zwłaszcza w jakość wydania. Ale o tym za chwilę.
Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, książka to opowieść o serii morderstw, które wstrząsają senną Gotlandią, turystycznym, szwedzkim Eldorado. Naprzeciwko złoczyńcy staje Kuta..., ech, Knutas (i tak miałem cały czas), wbrew nazwisku, detektyw. Standardowo, jak to w szwedzkich kryminałach, powolutku, robiąc błędy i będąc cholernie “ludzkim” w swym postępowaniu, próbuje dojść prawdy.
Nuuuuuudy, panie! Gdyby nie ten bidny morderca, który od czasu do czasu pomachał był siekierką i zaciukał jakąś kobiecinę, to pizgnąłbym Kuta..., Knutasa w kąt. Bo ja rozumiem, że dochodzenie to nie tylko walki ninja, ratowanie świata i szalone pościgi samochodowe, ale, kurka, bez przesady. Ciągłe zebrania i konferencje prasowe, na których Kuta..., cholera!, detektyw, mówi, że nic nie może powiedzieć. I ten wątek medialno - romansowy. Po kiego grzyba doklejony? Ja rozumiem, że pani dziennikarka chciała popisać o czymś na czym się zna, ale ta linia fabularna jest tak byle jaka, że... no po prostu fuj! A jest tego tak ze 40% całości. I choć akurat taki procent zazwyczaj mi podchodzi, to w “Niewidzialnym” ni chu chu.
Do tego wszystkiego dodać należy pośpiech wydawcy, który oprócz wydania kolejnej pozycji kryminalnej prozy szwedzkiej (in plus), zaowocował fatalnym tłumaczeniem i licznymi błędami stylistycznymi, a nawet rzeczowymi (in minus). Przykłady? Proszę bardzo. W scenie bójki pomylono nazwiska bohaterów. “Śledzie w słodko - ostrym smaku (...)”. Albo o smaku, albo, dajmy na to, w sosie. “Wyglądała na około dwudziestu pięciu lat.” Litości! A jest tego sporo więcej.
Postacie są tak papierowe i kiepsko zarysowane, że nie mam ochoty ich bliżej, czyli w kolejnych planowanych odsłonach serii o..., sami wiecie kim, poznawać. Intryga też mocno taka sobie. Ja na “Niewidzialnym” poprzestanę, bo dla mnie książka była po prostu kiepska.

piątek, 8 października 2010

"Makabryczna gra" Sebastian Fitzek


Kto jak kto, ale Sebastian Fitzek cholernie przejął się słowami Hitchcocka o trzęsieniu ziemi. Nie są to może wstrząsy, które skłoniłyby Charlesa Richtera (gdyby jeszcze żył), do poszerzenia jego słynnej skali, ale pierdyknięcie jest. No bo jak inaczej nazwać wstęp, w którym znany psycholog rozmawia ze swoją dziewczyną przez komórkę i w tym samym czasie, od gliny któremu otworzył drzwi swego apartamentu dowiaduje się, że dosłownie przed godzinką zginęła ona w strasznym wypadku samochodowym. W tym czasie połączenie urywa się ... Słabo? No dobra, trochę to cobenowskie (“Nie mów nikomu”), ale i tak mocne. OK, kończę o fabule, bo zapadnę Wam w pamięć jako ten co opowiada, że taksówkarz był mordercą.
“Makabryczna gra”, to sprawnie napisany i trzymający w napięciu thriller. W odróżnieniu do przywołanego wcześniej Cobena, Fitzek nie boi się używać opisów dłuższych niż czterozdaniowe i dzięki nim ładnie budować napięcia. Sam pomysł na fabułę interesujący i choć znów mam wrażenie, że końcówka trochę słabsza, a trop w pewnym momencie zbyt wyraźny, to jednak całość się podobała.
Kawał dobrej, kryminalnej rozrywki, nie składającej się tylko z list dialogowych jak u konkurencji (vide Coben), której się jeszcze ode mnie dostanie, jak tylko mój klubik się zbierze, by omówić “Ostatni szczegół”. Ale to już w innej notce. Fitzka polecam!