Pokazywanie postów oznaczonych etykietą [Młodzieżówa]. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą [Młodzieżówa]. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 stycznia 2023

"Żelazny" Stanisław Kowalewski

Chcąc odetchnąć od serwowanych przez autora biografii pani Modrzejewskiej, pełnymi akapitami, pochwalnych pień dziewiętnastowiecznych krytyków na temat przymiotów wielkiej Heleny, postanowiłem zrobić jakiś bezpretensjonalny wtręt w lekturę. Dzięki FB i notce niezawodnego ZwL, wybór padł na młodzieżową powieść Stanisława Kowalewskiego "Żelazny". Wakacje, przygody, Góry Świętokrzyskie i Sandomierz. Na dodatek pozycja całkowicie mi nieznana. Ruszyłem na łów.
 
Powiedzmy sobie szczerze, że ani fabuła, ani tym bardziej styl nie sprawiły, że doczytałem rzecz do końca. Bo też ni tajny związek kilku chłopców, który zawiązuje się w czasie wakacji i oparty jest na wielkiej tajemnicy, ni też jego, związku, późniejsze perypetie, które w nastoletnim Bazylu wzbudziłyby wielką ciekawość, mnie, starego chłopa, jakoś specjalnie nie urzekły. Autor również nie za bardzo pomaga, używając języka, który wydaje mu się młodzieżowy, no, chyba że w latach siedemdziesiątych nastolatki rzeczywiście używały takiego dziwnego slangu, to przepraszam ("Możecie być nagrzani, że ze skarbem coś nie wyszło, i to jest racja. Chcę wam powiedzieć, że i ja jestem nagrzany.").
 
Rację jednak ma ZwL, że siłą tej książki są realia. Dla mnie o tyle istotniejsze, że dotyczące mojego skrawka świata. Odkryłem więc, że w okolicach Stąporkowa rzeczywiście położona jest miejscowość Czarniecka Góra (główne miejsce akcji), w której znajdowało się słynne onegdaj uzdrowisko, jak również będąca znaczącym dla akcji miejscem - kopalnia rudy żelaza, a obecnie znajduje się Świętokrzyskie Centrum Rehabilitacji. Z przyjemnością śledziłem też podróż chłopców do Sandomierza przez miejsca i miejscowości tak dobrze mi znane, szkoda tylko, że przez pana Stanisława potraktowane po macoszemu. Jedynie targ w Bodzentynie doczekał się szerszego niż kilka zdań opisu. No, może jeszcze Sandomierz.

"Żelazny" to podróż sentymentalna i przyczynek do przemyśleń na temat zmieniającego się świata. To pierwsze, bo perypetie grupy wakacyjnych kolegów przywołują wspomnienia naszych własnych przygód (ot, choćby budowanie w pobliskim lasku tajnego bunkra jako miejsca spotkań) czy zawartych wówczas znajomości. To drugie, bo pół lektury zastanawiałem się jak teraz wyglądałaby kilkudniowa, autostopowa, kilkudziesięciokilometrowa wycieczka grupy dwunasto-, trzynastoletnich chłopaków bez dorosłego opiekuna. Bo że ja bym na udział w takiej eskapadzie swojemu dziecku w takim wieku nie pozwolił, to wiem na pewno.

Podsumowując, próchno, z odrobinę drewnianym językiem, ale dla sympatycznych bohaterów (w tym wiecznie nadziabanego "profesora" od usuwania nagniotków - Kapciucha) i "okoliczności przyrody", warto. I to nawet mimo koncertowo spapranego zakończenia, bo tak uciąć książki siekierą, to nawet mistrz dziadowskich finałów, pan King, by nie potrafił.

niedziela, 20 lutego 2022

"Anne z Zielonych Szczytów" Lucy Maud Montgomery

Parafrazując znaną reklamę: wszyscy znają Anne znam i ja. Choć może nie do końca, bo większość zna Anię, a nie Anne, Mateusza miast Matthew itd. itp. Ale, choć nowy przekład był asumptem do lektury pozycji, która normalnie pewnie nie trafiłaby do moich rąk, to jednak chciałbym póki co odłożyć na bok kwestie translatorskie, a skupić się na samej treści. I co ta treść potrafiła zrobić staremu, cynicznemu do szpiku kości, koniowi.

Pierwsze wrażenie było nie najlepsze. Nie przepadam za ludźmi głośno afirmującymi swą ogromną, bezwarunkową miłość do świata. Zachwyty byle kwiatkiem, laudacje wygłaszane na cześć owocowych sadów i kwietnych łąk czy konieczność przytulenia pierwszej z brzegu brzozy, to dla mnie trochę za dużo. Moja fascynacja otoczeniem (o ile uda mi się na tę fascynację znaleźć jeszcze czas) jest cichsza, bardziej do wewnątrz i zderzenie z ekscytacją czy nawet egzaltacją Anne sprawiło, że miałem chęć ofuknąć chudą, rudowłosą dziewczynkę, słowami jej opiekunki: "Stanowczo za dużo gadasz jak na małą dziewczynkę!". Jednak im dalej w las, tym bardziej "(...) ku swemu zdumieniu, słuchał jej z prawdziwą przyjemnością". Bo też to podekscytowanie dwunastoletniego podlotka potrafi być naprawdę zaraźliwe. Człowiek przypomina sobie czasy, kiedy sam poznawał świat i każda nowość wywoływała drżenie serca. I choć może nie byłem tak skory do artykułowania swoich uczuć jak bohaterka Montgomery, to jednak wspomnienia wróciły.

Z coraz większą zatem ciekawością zacząłem zgłębiać świat Avonlea i, co okazało się dla mnie sporym zaskoczeniem, zacząłem się w nim zadomawiać. I to mimo tego, że dziewiętnastowieczni, protestanccy do bólu mieszkańcy okolicznych farm ze swoimi konserwatywnymi poglądami i religijnym zacietrzewieniem mocno działali mi momentami na nerwy ("Nie wiesz, że to straszny grzech nie modlić się co wieczór? Obawiam się, że jesteś bardzo złym dzieckiem."). Montgomery oprócz opowieści o perypetiach wychowywanej przez rodzeństwo Cuthbertów sieroty, a właściwie nie oprócz, ale w niej, zaszywa obraz kanadyjskiej prowincji. Proste życie naznaczone ciężką pracą i nielicznymi, nader skromnymi przyjemnościami w rodzaju niedzielnego ciasta z sąsiadami czy spotkaniami przykościelnego chóru. Udział w charytatywnym koncercie organizowanym w miasteczku jest tu przedstawiony bez mała jako sybarytyzm i rozpasanie (Marilla "(...) nie uważa za właściwe, aby młode panny włóczyły się po hotelach (...)).

Proste życie nie znaczy jednak życie nudne. Oprócz opisów avonleaskiej przyrody oraz przejawów ówczesnej obyczajowości jest bowiem "Anne ..." książką, w której mnóstwo humoru i scen rodem z komedii pomyłek. Kolejne wpadki głównej bohaterki nie powinny jednak odciągnąć naszej uwagi od tego co dzieje się w tle. A przebiega tam szereg ważnych zmian. Anne z trzpiotowatego, rozpoetyzowanego dzieciaka wyrasta na pannę, której co prawda zdarza się jeszcze pobujać w chmurach, ale na której obcowanie i coraz większa bliskość z pragmatyczną Marillą wywierają swoje piętno. Marilla pod wpływem rodzącej się, czasem w bólach, miłości do podopiecznej, zyskuje ludzkie oblicze, miast maski surowego cyborga... Nie dziwię się, że wielbiciele książki mogą o niej mówić bardzo długo.

Na koniec tylko kilka zdań na temat szaleństwa, które rozpętało się w związku z najnowszym przekładem autorstwa Anny Bańkowskiej. Na początku pomyślałem o równoległym czytaniu opisywanej pozycji razem z zasiedziałą na stałe w polskiej świadomości czytelniczej "Anią ..." Bernsztajnowej. Jednak już po kilkunastu stronach wydawnictwa Marginesów stwierdziłem, że chyba szkoda mi czasu na tę, w sumie nikomu niepotrzebną, bo amatorską, pracę. Nie mam do kanonicznej translacji stosunku uczuciowego, a i udomawianie, stosowane przez panią Rozalię nie jest chyba wyborem, który przy tłumaczeniu jest mi bliski (vide "Władca pierścieni"). Natomiast pracę pani Anny uważam za świetną (a jak ciężki to chleb zrozumiałem lepiej po lekturze poleconej przez ZwL lekturze "Trzech tłumaczek" K. Umińskiego), a przekład pozbawiony archaizowania za mogący trafić do współczesnego, nie tylko nastoletniego, czytelnika. Do mnie trafił (Kitek może potwierdzić, bo podawała chusteczki we właściwych momentach) i czekam na więcej.

O Zielonych Szczytach wszystkiego pisał też ZwL

 Zdanie Zwierza Popkulturalnego

Punkt widzenia Małej Ka(f)ki

czwartek, 8 kwietnia 2021

"Wakacje z Sherlockiem Holmesem" Jaroslav Tafel

Nie wiem, może to tylko takie moje złudne wrażenie, ale wydaje mi się, że każdy, przynajmniej raz w życiu, miał do czynienia z mitomanem. Oczywiście nie mówię o mitomanie w sensie klinicznym. Raczej o człowieku, który nie może się oprzeć chęci ubarwiania swojego życia przez dodawanie do opowieści o nim odrobiny, nazwijmy go, kolorytu. Znaliście kogoś takiego? Jeśli nie, nic straconego, bo oto nadchodzi pan Tafel ze swoim głównym bohaterem - Tomkiem Jandą, detektywem i literatem, uczniem klasy VIA. No i wakacyjnym pomocnikiem Sherlocka Holmesa, w zastępstwie nieobecnego z racji wyjazdu do Australii, Watsona.

"Wakacje ...", to w zasadzie zbiór historyjek opartych na wspólnym schemacie. Sherlock dostaje zlecenie, analizuje dane i pyta Tomka o zdanie. Ten ostatni idzie w swych dedukcyjnych rozważaniach po linii najmniejszego oporu, ale całe szczęście najlepszy na świecie detektyw czuwa, rozwiązuje najdziwniejsze zagadki i wyłuszcza naszemu młodemu adeptowi kryminologii błędy rozumowania. Zazwyczaj na obrzeżu każdej opowieści orbituje też niezbyt rozgarnięty inspektor Lestrade.

Trzeba przyznać, że poprzedni akapit brzmi strasznie sucho i nie zachęca do sięgnięcia po książkę, ale nie dajcie się zwieść. Tomek to świetny gawędziarz i w konkursie na wypracowanie na temat: "Jak spędziłem wakacje", za każdy rozdział dostałby co najmniej piątkę. Sprawy są niecodzienne, rozwiązania zaskakujące i choć czasem z opowiadanej historii wyziera czeska, a nie brytyjska rzeczywistość ... Dość powiedzieć, że dla mnie to właśnie te dygresje na temat nauczycieli, kolegów z klasy (Ladia Proporzec), sympatii (Jana Hops), rodziny i ogólnie życia w szkole i w Czechach, były najlepszymi fragmentami książki. O, proszę:

"(...) w tej właśnie knajpie byliśmy na lemoniadzie z moją dziewczyną, Janą Hops, z którą wymieniamy nalepki zapałczane. Kiedyś napisałem list do Jany, a Kamila - to nasza wychowawczyni, nazywa się Kamila Szczypawka - skonfiskowała go nam i przeczytała w obecności całej klasy. Wszyscy się śmieli, jakby w tym było coś śmiesznego, a mnie Kamila postawiła dwóję w dzienniczku, bo ona uczy u nas czeskiego, a tam były trzy skandaliczne błędy. Teraz już takich błędów nie robię, bo już się porządnie nauczyłem, naumyślnie, na złość Kamili."

Podobał mi się narrator, który z wielką wprawą i praktycznie na jednym oddechu wymyślał, jak to dorośli zgrabnie nazywają, niestworzone historie. A co jedna to lepsza. Absurdalne zarówno same w sobie, jak i na skutek zderzenia czy raczej wymieszania egzotycznych wycieczek i kryminalnych przygód w różnych miejscach na globie (nie mogło zabraknąć ZSRR z pionierami) ze zwykłym życiem (problemami i radościami), czeskiego nastolatka. Tomek ma ostry język i niczego nie owija w bawełnę, lubi oceniać, ale w końcu jest nastolatkiem, a kto z nas jest bez winy itd. No i jak sam o sobie pisze:

"(...) wcale nie jestem kłamczuch, jak powiedziała ciotka Julka, kiedy jej mama powiedziała, co tu napisałem."

I ja Tomkowi wierzę. Podobnie jak wierzę, że to lektura dla wszystkich. Dla młodych hej, hej przygodo, a dla troszkę (khem, khem!) starszych, wyszukiwanie z uciechą kolejnych blag i takich choćby smaczków z epoki:

"(...) W Anglii tak się mówi o pogodzie, jak u nas opowiada się kawały, tylko że opowiadanie kawałów to rzecz bardzo niebezpieczna, a tymczasem o pogodzie można mówić swobodnie."
PS. Może komuś przyda się informacja, że książka jest okraszona garścią ilustracji Karola Ferstera.

sobota, 27 marca 2021

"Jim Starling" E. W. Hildick

Zachęcony przykładem Zacofanego w Lekturze, zgłębiającego zawartość zakurzonych półek z PRL-owskimi młodzieżówkami, postanowiłem i ja sięgnąć i na chybił trafił wybrać jakiś nieczytany za pacholęctwa tytuł. I choć nie od dziś wiadomo, że nie szata zdobi... oraz nie sądzi się książki po okładce, to i tak właśnie ilustracja Stanisława Rozwadowskiego, który nierozerwalnie kojarzy mi się z "Kajtkowymi przygodami" Marii Kownackiej, zdecydowała o wyborze jednej z, jak się później okazało, niezliczonych powieści pióra Edmunda Wallace'a Hildicka. Zatem mili Państwo - Jim Starling.

Ta powstała w 1958 roku przygodówka z zacięciem kryminalnym, to pierwszy z siedmiu tomów serii, jako jedyny przełożony na język polski. W sumie, patrząc na wyniki wyszukiwania w katalogu BN, wydano raptem cztery powieści angielskiego autora, co wydaje się o tyle dziwne, że przeczytanemu przeze mnie "Jimowi Starlingowi" zasadniczo niczego nie brakuje. Owszem, może rzeczywiście przekład trochę trąci myszką, a niektóre zachowania i zwyczaje mogą dziś razić, ale w końcu polskie wydanie datuje się na 1964 rok, a więc nie mogły to być powody braku kolejnych publikacji. Widać urywanie cyklów w losowo wybranych miejscach ma dość długą tradycję. Ale mniejsza i do brzegu.

Książka opowiada historię grupy uczniów (powiedzmy, że gimnazjalistów, bo Hildick przez pewien czas nauczał w secondary school i pewnie z tych doświadczeń czerpał pisząc powieść), którzy na skutek zbiegu okoliczności zostaną wplątani w złodziejską aferę. Otóż w okolicy zamieszkanego przez nich miasteczka jakaś szajka kradnie ołów, a w szatni ich szkoły ktoś brzytwą tnie ubrania. Te dwie z pozoru nie mające nic wspólnego ze sobą sprawy znajdą jednak wspólny mianownik, a chłopcy koniec końców, dzięki swym działaniom doprowadzą sprawy do szczęśliwego końca.

Jest w "Jimie Starlingu" coś z Bahdaja, aczkolwiek wolę historie pana Adama, bo są bardziej zakręcone i osadzone w bliższej mi, niż Wielka Brytania lat 50tych, rzeczywistości. U Hildicka intryga nie jest jakoś szczególnie skomplikowana, ale stanowi niezłe tło do opowieści o zażyłości grupy chłopców i ich życiu w Smogbury, małym brytyjskim miasteczku. Od razu należy zaznaczyć, że to książka typowo chłopacka. W końcu mamy połowę XX wieku i nikt sobie jeszcze specjalnie parytetami wszelkiej maści głowy nie zawracał. Zatem oprócz tytułowego bohatera pierwszoplanowymi postaciami są wyłącznie chłopcy, a kobiety pojawiają się epizodycznie i są to zazwyczaj opiekunki wyżej wymienionych.

Jeśli już jesteśmy przy różnicach społecznych, to zadziwiająca jest w tej książce ilość odwołań do kar cielesnych. Nauczyciel wymierzający karę pantoflem gimnastycznym, niezliczona ilość "szczutków", które odczytywałem jako jakiś rodzaj kuksańców czy uderzeń w różne części ciała czy wreszcie reakcje rodziców na wieść, że pociecha coś zbroiła ("Tylko przedtem dałbym mu spróbować tego! Podciągnął poplamioną kamizelkę, żeby pokazać sprzączkę grubego, skórzanego pasa."), wydają się być normą w opisywanych czasach. Być może młody czytelnik zwróci na to uwagę i wtedy ta kwestia będzie wymagała wyjaśnień.

Zakładając jednak, że nastolatek chętny na tę lekturę nie prowadzi badań socjologicznych i biorąc pod uwagę dość szybkie tempo akcji i sporą ilość dialogów, taka ewentualność może nie zaistnieć. Mnie zaś wypada żałować, że nie mogę kontynuować znajomości z Jimem i jego przyjaciółmi w tym z chłopakiem o ulubionej przeze mnie ksywie, czyli  Kucem Challonsem.

środa, 29 lipca 2020

"Renomowany katalog Walker & Dawn" Davide Morosinotto

Skoro mógł Niemiec snuć opowieści o Apaczach, których na oczy nie widział, to czemu niby Włoch nie miałby napisać całkiem zmyślnej przygodówki o perypetiach czwórki dzieci, duchem odwołującej się do książek Marka Twaina. No więc wziął i napisał.

Na początek Morosinotto zabiera czytelnika na bagna Luizjany, gdzie żyją bohaterowie. Żyją raz lepiej, raz gorzej. Lepiej, kiedy mogą zniknąć z oczu dorosłym i zażywać przygody w pobliżu kryjówki zlokalizowanej pośrodku, może nie ukochanego, bo aligatory, ale doskonale sobie znanego, bayou. Gorzej, kiedy muszą wrócić do nielubianych obowiązków albo niezbyt przyjaznego domu. I to właśnie podczas jednej z tych beztroskich eskapad na bagniska wydarzy się coś, co wypchnie całą czwórkę z jednostajnych torów ich dzieciństwa i zawiedzie aż do wielkiego i odległego Chicago, gdzie przypieczętuje się ich nowy los. Po drodze zaś nie obędzie się bez dramatycznych zwrotów akcji (pada trup), licznych przygód (na wesoło i na cholernie poważnie) oraz licznych obserwacji i opisów ludzi i otoczenia. A podróż to nie lada, bo z Nowego Orleanu do Chicago jest ponad 900 mil, a czasy w jakich rozgrywa się akcja, to dopiero początki automobilizmu, o szybkiej kolei nie wspominając.


Kim więc są śmiałkowie, którzy właściwie w ciągu jednej chwili porzucają swoje dotychczasowe życie i z kilkunastoma niezbyt legalnie pozyskanymi dolarami w ręku, jadą przez pół kontynentu, żeby odebrać nagrodę, która ma im przynieść bogactwo, a co za tym idzie kolosalne zmiany w życiu? Te Trois, to cwaniak, który zawsze wie co powiedzieć, napędzany żądzą przygód, dzielnym sercem i niechęcią do domowych zajęć. Eddie, chłopiec z dobrego domu, oczytany i z manierami, który musi wybierać między mieszczańskim żywotem, a wariatami z paczki. Julie i Tit, nierozłączny tandem bratersko siostrzany, w którym ona pełni funkcję opiekunki swego młodszego brata z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, jednocześnie będąc spoiwem całej gromadki i obiektem nieświadomych westchnień obydwu wcześniej wymienionych młodzieńców. Różne temperamenty, różne charaktery, które dodatkowo autor postanowił przybliżyć oddając w kolejnych częściach książki głos wszystkim uczestnikom tej dzikiej eskapady. I tu mój zarzut. Rozdziały chłopców umieszczone po sobie sprawiają, że mąciła mi się narracja. Świadczy to też, moim zdaniem, o tym, że autorowi słabo wyszło zindywidualizowanie tych dwóch postaci. A może to ja byłem mało uważnym czytelnikiem?


Na uwagę, oprócz oczywiście treści, zasługuje także oprawa. Dwie Siostry wydały książkę atrakcyjną wizualnie o czym niech świadczą zamieszczone przykłady. Wyimki z tytułowego Magazynu, stronice imitujące wycinki z XIX-wiecznej prasy i inne bajery, które, gdybym był targetem opisywanej pozycji, bez wątpienia by mnie do niej przyciągnęły. No dobrze, przyciągnęły mnie tak czy siak. To książka, którą nie tylko z przyjemnością się czyta, ale i ogląda.

Żeby nie przedłużać... Warto. Mimo prostej do odgadnięcia zagadki, stanowiącej trzon wydarzeń i moich delikatnych zastrzeżeń co do wiarygodności dziecięcych postaci, to wciąż dobra, młodzieżowa lektura, która nie tylko bawi, ale między zdaniami, a czasem zupełnie wprost, przemyca wiedzę o wcale niełatwym życiu dzieci na biednej prowincji USA.

O książce pisali również:

wtorek, 5 maja 2020

"Dachołazy" Katherine Rundell

Znacie to uczucie, kiedy budzicie się o piątej rano z myślą, że skomentowaliście na znajomym blogu wpis o książce autorki, którą znacie (autorkę, nie książkę, choć książkę w zasadzie też), tylko ze słyszenia i może warto byłoby choć jedną pozycję jej pióra przeczytać? A potem sięgacie po tablet, odwiedzacie wirtualną bibliotekę, ściągacie najbardziej ochachany tytuł i postanawiacie wziąć na ząb rozdzialik? I czytacie, aż cholerny zegarek informuje, że może by tak wziąć zadek w troki i ruszyć do łazienki, a w szerszej perspektywie - do roboty? I siedzicie w "fabryce", nóżka chodzi pod biureczkiem, no bo przecież tam oni ..., i jak im się to ..., a może ..., kurczę, ile jeszcze do wyjścia??!! I wychodzicie, a po ekspresowym obiedzie zaszywacie się w kącie i burczycie za każdym razem, kiedy coś do zrobienia odrywa was od lektury i już wiecie, że dziś nie skończycie, bo oto, wnet, jest dwudziesta trzecia i oczy się same zamykają, ale nic to, bo jutro sobota? A potem ranek i czytanie, czytanie i czytanie, póki śpią domownicy i można bezkarnie sunąć przez kolejne strony? Aż w końcu przewracacie cali uryczani i usmarkani ostatnią stronę i zastanawiacie się jak to możliwe, że powieść może jeszcze takiemu staremu czytelniczemu kocurowi zrobić aż tak? Znacie?! No więc ja do niedawna też nie znałem, ale dzięki "Dachołazom" Katherine Rundell, udało się! Magia czytania wróciła!

Najlepsze jednak w tym wszystkim jest to, że nie jestem w stanie wskazać czym tak naprawdę ta książka mnie uwiodła i usidliła. Czy trochę dickensowskim klimatem, bo to początek w Londynie, sierota wychowywana przez opiekuna, problemy ze skostniałym systemem opieki społecznej i banda ulicznych, a raczej nadulicznych, gawroszów? Czy językiem, czasem wielce poetyckim, czego w zasadzie nie lubię, ale tu było bardzo na miejscu? Czy postaciami, których nie da się, no po prostu nie da, nie lubić? Kurczę, nie wiem.

Albo wiem. Porwał mnie opis wspaniałej wspólnoty stworzonej między opiekunem i wychowanką. Wspólnoty opartej na wielkim kredycie zaufania, olbrzymiej dozie miłości i pełnym zrozumieniu uczuć i potrzeb drugiego człowieka. Ja wiem, że zwolennicy, z braku lepszego słowa, tradycyjnego modelu wychowania będą sarkać, że sodomaigomora, rozpuszczenie i "to dziecko nie wyjdzie na ludzi", ale ... No właśnie, chciałbym móc powiedzieć, że taka więź jak opisana w powieści jest mi dana i w życiu, niestety, ze smutkiem stwierdzam, nie mogę.

Kurczę, zawiesiłem się i brakuje mi kolejnych słów, żeby opisać jak bardzo mi się "Dachołazy" podobały. "Dorośli są nauczeni nie wierzyć w niezwykłe rzeczy" i rzeczywiście sceptycznie podchodziłem do tej nieprawdopodobnej misji poszukiwawczej, jaką podjęła główna bohaterka. Z każdą jednak kartką wierzyłem coraz bardziej w jej powodzenie, kibicowałem zdeterminowanej Sophie i podziwiałem Charlesa, który potrafił schować w kieszeń swoją niewiarę i stać się filarem, a nie zawalidrogą. Imponował mi zresztą przez całą książkę.

Noż do diaska, czytajcie! Na koniec próbka wspomnianej poetyckości oraz zaproszenie do znajomych, którzy lepiej władają wirtualnym piórem (w tym niepodzielającego moich zachwytów Charliego :) ).

"Matki to coś potrzebnego jak powietrze i woda, pomyślała. Nawet papierowe, wyimaginowane matki są lepsze niż nic. Matka to miejsce, gdzie można odłożyć serce. Przystanek, na którym można odzyskać oddech." 



 
 

piątek, 17 kwietnia 2020

"Żeby konfitury nie latały za muchą" Krystyna Boglar

UWAGA! MOŻLIWY SPOILER!!! 

Pamiętam jak jakiś czas temu, gdy miała miejsce wielka czytelnicza faza na Pamuka, na blogach święciła triumfy książka "Pchli pałac"*. Wszyscy zachwycali się faktem, że turecka kamienica stała się swoistą szalką Petriego, na której można było sobie obserwować w zbliżeniu życie tamtejszego społeczeństwa. Nie wiem czy tak było, nie czytałem. Wiem natomiast, że historia z życia mieszkańców warszawskiej czynszówki pozwoliła mi na chwilę zagłębić się w lata 70te, przypomnieć niegdysiejsze problemy dużych i małych, parę razy wzruszyć, parę razy pokiwać głową ze zrozumieniem i ze dwa razy zacmokać z irytacji.

Może zacznę od słów kluczy, ogólników, które niewiele wyjaśniają, ale co nieco oddają istotę tego o czym książka jest. Zatem "Żeby konfitury ...", to książka o zderzeniu starego z nowym, lepszego (ale czy na pewno?) z gorszym, zacofania (i znów, ale czy ...) z postępem. Tyle szerokiej perspektywy.

Tak naprawdę jednak książka ta, to świetny opis mikroświata jakim jest przedwojenny dom wraz ze swoimi mieszkańcami. Jeśli któryś z czytelników zna fenomen serialu "Dom" w reżyserii pana Łomnickiego, to właściwie nie mam o czym dalej pisać. Wszyscy dobrze bowiem wiemy, że podglądać co prawda nieładnie, ale jak już się zajrzy za "firanki", to trudno się od czyjegoś życia oderwać. A tu i radości i dramaty, i miłość, i historie wojenne wciąż żywe w pamięci, nic tylko z zapartym tchem obserwować.  Więc obserwowałem. 

Krystynie Boglar świetnie udało się w tej książce zobrazować hasło: "Tam dom mój, gdzie serce moje". Trzon bowiem opowieści stanowi proces "umierania" starego budynku, którego obecność przeszkadza w rozwoju stolicy i stoi na drodze do jej nowoczesności. Hiobowa wieść o wyburzeniu uderza we wszystkich mieszkańców, ale jednym łamie serce mniej, a innym (dozorczyni) bardziej. Bez względu jednak na to, jak kto sytuację przeżywa, rodzą się małe dramaty. Dzieci muszą pogodzić się z myślą o rozłące z kolegami ze szkoły i podwórka, dorośli - o przeflancowaniu na nowe świetnie prosperujących zakładów (cukiernia i pralnia), a dozorczyni o porzuceniu miejsca, które zajmuje szczególne miejsce w jej sercu właśnie. A jest jeszcze sprawa skonfliktowania mieszkańców starej, pokrytej liszajem odpadających tynków budowli i nowego "mrówkowca" usytuowanego naprzeciwko. Niby nic się nie dzieje, a jednak tygiel emocji.

Czy książkę można rekomendować współczesnemu czytelnikowi? Młodocianemu, sam nie wiem. Z jednej strony, to rzecz o sprawach fundamentalnych i wydawałoby się ponadczasowych: honorze, przyjaźni na dobre i na złe i takich tam. Z drugiej, scenografia i wydarzenia mogą nie imponować, bo jakim nastolatkom jest w stanie zaimponować rozwalająca się szopa, w której można pozyskiwać kwas masłowy? Starszym natomiast będzie miło poczytać o czasach, kiedy wielorodzinny dom był nie tylko przechowalnią i sypialnią, ale tętnił wewnętrznym, sąsiedzkim życiem i emanował zwykłą ludzką życzliwością.

* Agnes słusznie zwróciła mi uwagę, że "Pchli pałac", to jednak Şafak, a nie Pamuk. Niemniej sporo się o tej książce słyszało :)

piątek, 13 marca 2020

"Przekręt na van Gogha" Deron R. Hicks

UWAGA! MOŻLIWY SPOILER!!!

Pamiętam jak w latach 90tych Polskę zalała fala zachodniej literatury popularnej. Na ulicach miast pojawiły się stragany z sensacją spod znaku Forsytha i Ludluma, horrorami Mastertona czy fantastyką z półnagimi amazonkami na okładkach. To wtedy poznaliśmy zakazany smak poplitu, jakże różny od klasyki i poważnych dzieł, do których przymuszano nas w końcówce podstawówki czy w LO. Z rozszerzonymi źrenicami, skryci pod kołdrą, z latarką w zębach poznawaliśmy tożsamość Bourne'a. To były czasy!

Pan Hicks postawił na sprawdzony pomysł i zafundował naszym dziatkom Bourne'a w wersji lite. Do amnezji głównego bohatera dodał sensację, zagadkę, smrodek dydaktyczny (niezbyt zresztą nachalny) oraz prawdziwą odrobinę tła obyczajowego i upichcił całkiem sprawny kryminał dla dzieci. Fajnym gadżetem są kody QR, które po zeskanowaniu przenoszą nas na stronę WWW z opisywanym w książce dziełem malarstwa i jego krótkim opisem. Aha, bo zapomniałem dodać, że autor jest specem od malarstwa i cała intryga jest zbudowana wokół tegoż, a akcja przez większość czasu rozgrywa się w Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie. No, ale tytuł mówi w końcu sam za siebie.

Nie jest może książka przykładem wirtuozerii intrygi, ale przyznam szczerze, że wciągnąłem się w odkrywanie kolejnych tajemnic i doganiałem Młodszego do wspólnej lektury, chcąc dowiedzieć się (czy też potwierdzić domysły), co dalej. Postaci też mamy raczej z kartonu, równo podzielone na złoli i szlachetne dusze, a wątki sensacyjne spod znaku zabili go i uciekł, ale skoro przy hockach klockach jakie odczyniał Jason nie zżymałem się zbytnio, to i tu nie będę. No i multimedia. Niby to tylko proste strony HTML z reprodukcjami, ale zauważyłem, że obydwaj czekamy na pojawienie się na kartach książki tego specyficznego znaczka, który po użyciu tabletu odsłaniał naszym oczom kolejne dzieła impresjonistów.

Tyle dobrego. Bo są też i minusy. Niezbyt udana redakcja i korekta zaowocowały sporą liczbą literówek czy zjedzonych słów, a także powstaniem niezamierzonych efektów humorystycznych w rodzaju: "(...) Masz teraz dowód na to, że obraz jest fałszywy. Musimy tylko znaleźć twojego ojca i powstrzymać muzeum przed jego zakupem.", po którym to zdaniu Młodszy o mało nie dostał czkawki ze śmiechu. Kolejnym problemem, nie wiem czy zależnym od egzemplarza, czy dotykającym całe wydanie, są wyblakłe plamy w druku. Niewielkie i pozwalające w większości przypadków domyślić się o jakie słowo chodzi, ale mało estetyczne i czasami upierdliwe.

Podsumowując, dostaliśmy do rąk młodzieżową przygodówkę z wątkiem kryminalnym, która zapewni trochę emocji oraz dozę wiedzy na temat malarstwa, ale zmaga się z pewnymi niedoskonałościami wydania, co niestety jest coraz częstszą bolączką rynku wydawniczego.

wtorek, 26 marca 2019

"Pasztety, do boju!" Clémentine Beauvais

Dorosłym, w większości przypadków, własna młodość kojarzy się z okresem beztroski i zazwyczaj, wyparłszy wszystkie problemy jakie ich w tym czasie dotykały, kładą oni ten zapamiętany, sielski obraz przed oczy młodszych stażem życiowym. Wiecie: "A co ty masz teraz za problemy?! Jedzenie pod nos, o rachunkach myśleć nie musisz, a z obowiązków tylko nauka!". Słowem, zapomniał wół ...

Wielbłąd! Wielgus! Żyrafa! Wysoki jak brzoza ... Jak się jest wyższym o głowę od reszty klasy, to poznaje się wszystkie głupie wierszyki o wysokich, jest się porównywanym do wszelkich wysokich obiektów i to bynajmniej nie w miłym kontekście. A jak się na dodatek jest wychowywanym tylko przez Mamę. O!, dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa! Jak jest się grubszym ... Jak ma się większy nos ... Jak ma się więcej piegów ... To działa tak samo zawsze i wszędzie. I zostawia w pamięci ślad, który przez całe dorosłe życie próbujemy usunąć, bo przecież "młodość była tak cudna". Mnie przed sporą część życia towarzyszyły skulone ramiona i pochył sylwetki, byle odjąć parę centymetrów. A zauważcie, że za mojego pacholęctwa nie było FB, który niesamowicie wręcz potęguje złośliwe zachowania szkolnej "elity" wobec tych, którzy choć trochę odstają od narzuconego młodzieży przez gwiazdki i celebrytów obrazu osoby cool. Dziś jak nic wygrałbym zorganizowany przez kogoś internetowy konkurs na Szkolnego Gibona Roku.

Z perspektywy czasu łatwo mi się śmiać, ale jak się ma naście lat, to każdy taki przytyk boli o niebo bardziej. Wędruje prosto do młodej głowy, która jeszcze nie wyrobiła sobie mechanizmów obronnych przeciw ludzkim: głupocie i złośliwości. Całe szczęście Mireille, która już trzeci rok z rzędu staje na podium fejsbukowego konkursu o tytuł Paszteta szkoły, który to konkurs organizuje jej niegdyś najlepszy przyjaciel (co pewnie boli podwójnie), uzbrojona jest w żądło ironii, tarczę inteligencji i zbroję dystansu do samej siebie. I choć czasem, gdzieś przez spoiny tego całego defensywnego wsparcia, przeciśnie się ostrze chamstwa, a hejterskie komentarze zranią dość głęboko, to właśnie ona stanie się motorem napędowym wydarzeń, które poruszą całą Francję (łącznie z Pałacem Prezydenckim) i zmienią życie Astrid i Hakimy, czyli dwóch pozostałych Pasztetów.

"Pasztety ...", to dość przyjemna książka o wcale nieprzyjemnych sprawach. Internetowy hejt stał się plagą zbierającą okrutne żniwo, a statystyki samobójstw wśród ofiar tej formy poniżania zatrważają. Jak poradziłyby sobie bohaterki tej historii, gdyby nie postanowiły wystawić głów ponad falę internetowego gówna (paszczaki, maciory, grube foki, wieloryby), która próbowała je zalać z kretesem? Czy Astrid "tylko" głębiej uciekłaby w muzykę ulubionego zespołu i gry komputerowe? Czy Hakima ze swoim maksymalnie posuniętym introwertyzmem osunęłaby się w odmęty choroby psychicznej? Tego się na całe szczęście nie dowiemy, bo dziewczyny postanowiły powalczyć o godność, wsiadły na rowery i pojechały do Paryża, zadziwiając cały kraj, wywołując szeroko zakrojoną dyskusję i, miejmy nadzieję, dając paru osobom do myślenia.

Clémentine Beauvais nie ograniczyła się jednak tylko do problemów związanych z samoakceptacją. Mamy w książce dużo większy garnitur kłopotów dręczących zarówno młodych jak i dorosłych. Niepełnosprawność, służba ojczyźnie, imigranci, problemy rodzinne i wiele innych. I choć wydawać by się mogło, że to trochę za dużo grzybów w barszcz, to jednak udaje się autorce stworzyć rzecz lekką, nie przeładowaną tak piętnowanym w przypadku literatury dla nastolatków, dydaktyzmem. 

Czy mi się podobała? Oczywiście. Jak mogłaby nie trafić do mnie historia epickiej, szalonej i niepozbawionej przygód wyprawy rowerowej. A że przy okazji traktuje o rzeczach ważkich? Tym lepiej dla niej. Czytajcie i dawajcie czytać swoim młodym. Może ta lektura sprawi, że zanim palce trafią w klawisze, najpierw włączą się: myślenie i empatia. Polecam!

A tu znajome blogi, którym chciało się poświęcić książce więcej niż kilka lakonicznych akapitów:

wtorek, 19 grudnia 2017

"Imaginarium" Agnieszka Stelmaszyk

Zacznijmy może od rzeczy przyjemnych. Starszy jest fanem prozy pani Agnieszki i to nie podlega dyskusji. Na każdych Targach w Krakowie jednym z pewników jest wizyta na stoisku Zielonej Sowy, zakup najnowszego tomu którejś z serii oraz odstanie w - z roku na rok coraz dłuższej - kolejce do autorki w celu zdobycia autografu i odbycia niezobowiązującej pogawędki. Tak, pogawędki, bo pani Stelmaszyk wysłuchuje swoich czytelników i poświęca im wiele uwagi, co niektórych rodziców, którzy chcieliby tylko podpisać książkę (bo tak wypada), wyprowadza z równowagi ("No nie! Ona ich jeszcze zagaduje! Bez sensu!!").

Kiedy więc na rynku pojawił się pierwszy tom cyklu, jak wynikało z  opisów, przeznaczonego dla troszkę młodszego czytelnika, ucieszyłem się wielce, bo pomyślałem, że jak historia zażre u Młodszego, to potem problem z podsuwaniem lektur na jakiś czas mamy z głowy. Wystarczy po prostu odsyłać do półki starszego brata, z której będzie czerpał garściami. "Kroniki Archeo" czy "Koalicja szpiegów", proszę bardzo! I wszystko byłoby fajnie, ale ...

"Imaginarium" to historia, której ramy jakbyśmy już skądś znali. Dziecko, które niewiele wie o przeszłości swoich rodziców (jedno z nich nie żyje), które obdarzone jest pewnymi niezwykłymi cechami (tu, niebywałe umiejętności konstruktorskie) i które, koniec końców, trafia do niezwykłej krainy (tytułowego Hogwa..., wróć!, Imaginarium). Znamy? Znamy! Również motyw wysłania dziecka na niechciane wakacje, które nagle okazują się być tymi naj naj, nie jest literaturze obcy. I nie czynię tu bynajmniej zarzutu korzystaniu ze sprawdzonego trzonu fabularnego (a analogii jest więcej niż tu wymienione), bo nie on jest tak naprawdę najistotniejszy, a to co wokół niego upleciono. I to tu właśnie upatruję słabości wstępu do tajemnicy Gildii Wynalazców. Bo nie wystarczy duża dawka autorskiej, nomen omen, imaginacji, której, owszem, w książce nie brakuje, trzeba jeszcze utrzymać ją w ryzach i nie dać się porwać ułudzie najprostszych rozwiązań, a takich jest w tej opowieści co niemiara.

Zanim jednak przejdę do dziegciu, mniód. Podoba mi się pomysł na steampunkową krainę, gdzie MacGywer robiący ze sznurówki, wykałaczki i tubki po paście do zębów helikopter, czułby się totalnie u siebie. I tak też czuje się w niej główna bohaterka, Marianna, dla której przesiadywanie w warsztacie to chleb powszedni. Ba, swoją pasją zaraża towarzyszącego jej w przygodach Miłosza. Zresztą ten nie ma za bardzo wyjścia, bo konstruowanie jest w tytułowym świecie podniesione do rangi sztuki. Fajne to i mądre, szczególnie w obliczu tego, że coraz większa liczba ludzi nie potrafi wytwarzać, a sprawność manualna dziecięcych rąk maleje (z wyjątkiem kciuków i palców wskazujących), w zastraszającym tempie. Duży plus.

Niestety są też i minusy. I żeby nie było, na niektóre zwrócił mi uwagę słuchający 9latek. Po pierwsze - nagminnie stosowany deus ex machina. Czyli bohaterowie mają pewien gadżet, który technomagicznie ratuje ich kilkukrotnie z najgorszych opałów. Do tego stopnia zabiło to napięcie, że Młodszy w końcu nie wytrzymał i przy kolejnej takiej akcji rzekł po prostu: "Aha!, ja wiem co teraz będzie. Zrobią to i to i będzie dobrze.". I rzeczywiście tak było. Samo utrzymywanie czytelnika w niepewności i oczekiwaniu na to co dalej, też jest nad wyraz sztuczne. Ktoś coś wie, ale z niewiadomej przyczyny, nie powie, choć zasadniczo mógłby. Albo bohaterowie zdobywają przedmiot i chcą go obejrzeć, ale dorosły opiekun rzecze: "Nie teraz. Przyda ci się w odpowiedniej chwili." i pewnie rzeczywiście, w którejś z "odpowiednich chwil" drugiego tomu, kiedy wydawać się będzie, że młodzi ludzie znajdą się w matni bez wyjścia, tak się stanie. Tylko co, jeśli nauczony doświadczeniami z pierwszego tomu czytelnik, w ogóle się tym nie przejmie, bo przecież jest gadżet i załatwi sprawę. Słaby patent i moim zdaniem zniechęcający do kontynuacji.

Mógłbym się jeszcze czepić momentami długich, a nic nie wnoszących do akcji dialogów i sensowności niektórych scen ("Wreszcie wpadli do niewielkiej komnaty. (...) Z ciemnego kąta wyszli dwaj strażnicy ..." - Tato, a po co ci strażnicy siedzieli w ciemnych kątach niewielkiej komnaty?). Mógłbym popsioczyć na zbyt dużą swobodę jaką cieszą się bohaterowie (na tę samą przypadłość cierpiała w ostatnim tomie swoich przygód Flawia de Luce), ale to już moje, dorosłe smęcenie. Bardziej na niekorzyść książki przemawia fakt, że garnący się początkowo do lektury młodzian, z każdą dziesiątką stron jakby coraz mniej chętniej wracał do Imaginarium. Oczywiście dam szansę kontynuacji, z wiarą, że historia wyjdzie poza schemat pierwszego tomu.

PS. Podczas komentowania wpisu przypomniał mi się niewątpliwy atut omawianej tu pozycji - ilustracje! Szkoda, że jest ich tak mało, bo Anna Oparkowska idealnie wstrzeliła się w klimat opowieści. Nie potrafię pisać o obrazach, ale zajrzyjcie tu, a mam nadzieję zrozumiecie o co  mi chodzi. Spójrzcie tylko na minę Marianny zapamiętale wiercącej. A ta ściana z mnogością narzędzi ... Tak, strona wizualna książki bardzo mi się podoba.

poniedziałek, 6 listopada 2017

"Jak kominiarzy śmierć w proch zmieni" Alan Bradley

>> Uwaga! Nie ręczę, że gdzieś poniżej nie wypsnął się żaden spoiler <<

Stałym bywalcom mojej internetowej chudoby wyjaśniać i przypominać nie muszę, ale zbłąkane duszyczki poinformować gwoli kronikarskiego obowiązku warto, żem fanem, choć nie bezkrytycznym, co się za chwilę pokaże, przygód dwunastoletniej Flawii, od pierwszego tomu jej przygód. Dlatego też miejcie ludkowie baczenie, że mimo iż część ta najsłabszą mi się jawi, to jednak moje upodobanie do bradlejowskiej frazy bielmem mój zwyczajowy krytycyzm zasnuwa i jedynie niewinnie pogrozić autorowi paluszkiem pozwala, miast sprzedać kopa w ... Ale wróćmy do Flawii.

Już po przeczytaniu tekstu Zacofanego w Lekturze, któren to wycwaniwszy się w czytaniu w obcych narzeczach, był książkę przed jej polską premierą przeczytał, wiedziałem że moja miłość do serii zostanie wystawiona na ciężką próbę. I rzeczywiście. Mimo że już na początku pada (a raczej wypada z kominka) trup, mimo że Flawia bawi swoimi wypowiedziami, naszpikowanymi literackimi i nie tylko odnośnikami jak dobry keks bakaliami, mimo że wbrew wszystkiemu, o czym za chwilę, czyta się gładko, to jednak zupełnie nie jest to. Broni się może pierwsza setka stron, każda następna, to już krok w kierunku katastrofy.

Pierwszym poważnym błędem było wyrwanie Flawii z jej naturalnego środowiska. Nie dość, że czytelnik przyzwyczajony do Buckshaw i flawiowego matecznika w postaci laboratorium wuja Tara, musi zostać wprowadzony w nowe dekoracje, co zajmuje autorowi sporo czasu, to dodatkowo tracimy z oczu doskonale wykreowane postacie Doggera i pani Mullet. Na ich miejsce próbuje Bradley powołać jakichś godnych następców, ale jeśli mam być szczery, bezowocnie. Jedynym plusem tej sytuacji jest obserwowanie Flawii w jej atakach tęsknoty za domem, kiedy zrzuca maskę kutego na cztery nogi franta i staje się na krótkie chwile tym kim naprawdę jest - dwunastoletnią dziewczynką, która chce by ktoś ją pokochał, pochwalił i zaaprobował.

Za drugi błąd uważam sposób prowadzenia akcji. Autor nagina rzeczywistość do swoich potrzeb tak strasznie, że teraz już wiem, że to nie blok kartek papieru tak trzeszczał mi w rękach podczas lektury, lecz ona właśnie, ta nagięta rzeczywistość. I choć nie jestem fachowcem w kwestiach prowadzenia żeńskiej pensji, to co zaproponował w tym temacie w "Jak kominiarzy ..." kanadyjski pisarz, woła o pomstę do nieba. Nie pomagają też szczęśliwe zbiegi okoliczności, którymi powieść jest wręcz naszpikowana. Ba, w pewnej chwili główna bohaterka sama dziwi się jak to wszystko się ładnie składa i zastanawia się czy to nie jest czasem dla niej zaaranżowane. I przyznam szczerze, że podczas większej części lektury myślałem, że tak właśnie jest. Niestety, nie było.

No i trzeci błąd. Zakończenie. Brzydko mówiąc: sru, sru i po sprawie. Kilkadziesiąt, dołączonych do rozbudowanego na kilkaset stron wprowadzenia, zdań. Szast i prast czy też, cytując Flawię, żegnaj Gienia. Tak jakby w pewnym momencie autor zorientował się, że natrzaskał te circa 350 stron i przeraził się, że idąc dalej tym tropem wypadnie mu stworzyć kolejne trzysta. Amatorka.

Jednak jak na prawdziwego fana przystało będę siódmego tomu przygód Flawii mimo wszystko bronił. Jest w nim bowiem sporo tej frazy, którą tak lubię. I nawet gdyby to był podręcznik szewstwa dla początkujących, ale nią właśnie napisany, to i tak czytałbym go z uśmiechem na paszczy. Poza tym, to przecież nie wina Flawii, że musiała działać w takich, a nie innych okolicznościach przyrody. Nie obrażajmy więc się na nią i jeśli powstanie ciąg dalszy jej losów (a nie wyobrażam sobie, żeby się tak nie stało), to dajmy jej szansę. Tym bardziej, że wraca w pielesze.

poniedziałek, 23 października 2017

"Długi deszczowy tydzień" Jerzy Broszkiewicz

Pół wieku, z małym ogonkiem, dzieli nas od pierwszego wydania "Długiego deszczowego tygodnia". I od razu myślimy, że, łomatko!, jaki to musi być paździerz, jak się to zestarzeć musiało, luka pokoleniowa, piekło i szatani, czytać się tego dziś nie da. Błąd! Wielbłąd, nawet!! Nie dość, że się da, to jeszcze, mało tego, z jakąż przyjemnością. I choć moje tu zachwyty mogą być spaczone sentymentem, tym wchodzącym już jakoś w nawyk: "drzewiej to, panie kochanku, bywało!", to jednak śmiem twierdzić, że nie tylko tetryk będzie się przy tej świetnie skrojonej, młodzieżowej przygodówce bawił dobrze. Kalendarza wszakże nie oszukasz, więc wrażenia polekturowe będą okiem rodzica i tetryka właśnie.

Już od dawna rzecz to, jak świat długi i szeroki, wiadoma, ale dzięki Starszym Panom nikt już nie ma wątpliwości. W czasie deszczu dzieci się nudzą. Pal jeszcze licho jesień, ba!, wiosnę nawet, ale deszcz w wakacje, to już jest wiocha, siara i co tam jeszcze. I żeby jeden dzień! A tu meteorolodzy głoszą co najmniej tydzień paskudztwa. Tylko siadać i płakać, albo ... Tak, tak, rozdać komórki, tablety, odpalić TV i idzie przeżyć? Nic z tego. Miejsce i czas akcji nie pozwalają na pójście na łatwiznę. Komórek i tabletów nie ma, a TV mało atrakcyjna i chyba nawet letnisko nie oferuje. Mało tego, dorośli opiekunowie nie mają czasu na niańczenie czwórki nastolatków i dziewięcioletniego Pacułki i organizowanie im rozrywek, bo sami mają pilne sprawy do załatwienia. Nie bez kozery piszący na piętrze rozprawę doktorską ojciec pojawia się tylko podczas wspólnych posiłków. Czyżby zatem czekało nas około dwustu stron opisów wyrzekania na pogodę, snucia się z kąta w kąt i labidzenia na los okrutny wobec nieszczęsnych dziatek? Skąd. Dzieciaki są inteligentne, rzutkie, zorganizowane i konsekwentne w działaniach podejmowanych przeciw nudzie. Postanawiają zabawić się w detektywów i zastawić pułapkę na bliżej niezidentyfikowanych złodziei ludowych dzieł sztuki. A warunki po temu są idealne, bo w pobliżu domu wynajętego przez letników znajduje się stara kaplica ...

To nie jednak wątek, nazwijmy go trochę na wyrost, kryminalny, spowodował, że zarwałem dla "Długiego ..." dwie nocki. Zatem co?

Po pierwsze, autorska umiejętność opisywania deszczowej pogody z wykorzystaniem całego bogactwa rodzimego języka. A arsenał mamy w tym względzie spory, choć może nie tak obfity jak ten, którego Eskimosi używają na określenie śniegu. U Broszkiewicza kapie, pada, mży, pokrapuje, siąpi, leje, dżdży i co tam jeszcze. I te opady są dodatkowo plastycznie udekorowane mgłami, oparami, ścianą lasu i innymi ozdobnikami, tak że miejsce akcji jawi nam się przed oczyma jak malowane. Naprawdę, nie sądziłem, że tak spodobają mi się opisy przyrody.

Po drugie, zachwyciłem się relacjami dzieci - dorośli. Towarzystwo wydaje się nie mieć nad sobą żadnego nadzoru, a opiekunowie gromadki, jawią się jako nieodpowiedzialni i pozwalający na wszystko, a jednak z zaskoczeniem odkrywamy, że wcale tak nie jest. Dzieciom daje się znaczną swobodę i obdarza zaufaniem, ale w kluczowym momencie uświadamia, że się jest i czuwa ("(...) a już jeśli one są, to uważać strasznie"), i jakby co, to wiecie gdzie się zgłosić. Dzieci za pakiet swobód odwdzięczają się dyżurami w kuchni (gotowanie obiadów, rozumiecie!) i załatwianiem sprawunków w pobliskim miasteczku, a także organizowaniem sobie czasu wolnego we własnym zakresie. Układ idealny.

Mógłbym tak jeszcze potrzeciować i poćwiartować (poczwarcić?), że rodzące się młodzieńcze uczucia, że całkiem niezłe plątanie tropów, że galeria różnorodnych postaci, ale w zasadzie po co? Sami odkryjcie jaki potencjał tkwi w tej starożytnej księdze. I poznajcie Pacułkę. Bo Pacułka mimo, że człowiek cichy, to jednak wielki. I robi całą robotę.

środa, 1 marca 2017

"Czarownica piętro niżej" Marcin Szczygielski

Przyznam szczerze, że miałem trochę obaw przed czytaniem Młodszemu "Czarownicy ...", bo jednak dwie poprzednie książki młodzieżowe, które wyszły spod pióra pana Marcina pozostawiły we mnie, starym koniu, pewien niepokój. To przez dość niekonwencjonalne rozwiązania fabularne czy ocierającą się wręcz o klimaty gore scenografię dotychczas nie podrzuciłem Starszemu "Omegi". Również "Czarny młyn", z tego co pamiętam, nie szczędził nerwów czytelnika i miejscami potrafił zdrowo wystraszyć, w związku z czym wyleciał póki co z listy do wieczornego czytania. Przyznaję jednak, że trochę mnie to prewencyjne wrzucanie Szczygielskiego na mój prywatny indeks ksiąg zakazanych uwierało, bo przecież, do diaska!, lektura wzmiankowanych powieści potwierdziła, że prozę autora czyta się świetnie. A że troszkę (no, czasami bardziej niż troszkę), mroczna? Cholibka nie takie horrorszoły dzieciarnia codziennie łupie po jutubach. Postanowiłem zaryzykować z "Czarownicą ...". Cwanie, bo jakby zażarło miałem w odwodzie dwa kolejne tomy.

Przygody małoletniej Mai, która na skutek rodzinnych problemów ląduje u cioci-babci, dla ułatwienia zwanej Ciabcią (chociaż nie wiem czy dla ułatwienia, bo spróbujcie to wymówić z wyraźnym "b", a nie jako Ciapcię), wpisują się w literacki nurt, z którym mieliśmy już z chłopakami do czynienia przy okazji lektury książki "Kot kameleon" Joanny Wachowiak. Nurt, którego głównymi cechami jest oderwanie dziecięcego bohatera od netu, telewizji, komórek i reszty tej całej sterty pierdół, które kradną nam czas i nie pozwalają rozejrzeć się wokół. Takie lekturowe wzmocnienie hasła "Wyloguj się do życia!". Bo wiecie, kiedy ma się na stanie jedynie stary radioodbiornik i lampowy telewizor w wersji b&w, który rozgrzewa się mniej więcej tak długo jak trwa odcinek ulubionego serialu, to nie ma rady, trzeba wziąć tyłek w troki, głowę na kark i poszukać innych rozrywek, a może nawet przeżyć kilka przygód.

Gadający kot, Zdradliwe Lilie, duch, tajne przejścia, wiewiórka, której wydaje się, że jest lisem ..., mam wymieniać dalej? Myślę, że te parę haseł wyraźnie obrazuje, że czego jak czego, ale niespodziewanych zwrotów akcji książka jest pełna. Ale też i nie samą akcją "Czarownica ..." stoi. To przepiękny hołd złożony przyjaźni dorosłego i dziecka. Przyjaźni trudnej, rodzącej się w bólach, bo też i łączącej pokolenia mentalnie od siebie odległe o lata świetlne. Maja, miłośniczka telenowel, cytująca z pamięci programy TV, musi zaufać dziwnej staruszce, która za nic ma zdobycze techniki, a przyjemność znajduje w zwykłych, codziennych czynnościach. Na to zaufanie Ciabcia zapracowuje nienachalną opieką, zrozumieniem i szacunkiem dla uczuć Mai. Ten wspaniały proces został świetnie przez autora uchwycony w drobnych scenach, jak ta z pierwszym piciem kawy zbożowej miast kakałka i może służyć rodzicom za instruktaż.

"Czarownica ...", to także, z innego powodu niż wyżej wymieniony, gratka dla rodzica, bo jej lektura na nowo zabiera go do czasów, których już nie ma. Bezinternetowych, bezfejsbukowych, beztelewizyjnych. Gdy posiłkowaliśmy się wyobraźnią i siedząc w spróchniałym truchle wierzby, która robiła za Rudego, przeżywaliśmy najlepsze chwile dzieciństwa. I Maja też doświadcza tej fascynacji możliwościami własnej imaginacji, bo skoro powstało dwa tomy kontynuacji, to pewnie zechciała w przyjazne progi ciabcinego mieszkania wrócić.

Wypadałoby jeszcze dodać choć wzmiankę o ilustracjach Magdy Wosik. Choć nie mam przekonania do ołówkowych kreacji, a strona graficzna "Omegi", autorstwa Bartka Arobala, zupełnie do mnie nie trafiła, to ze zdumieniem muszę przyznać, że wizja artystki mi odpowiada. I Maja z grzywką spod miski. I Ciabcia w dużych, drucianych okularach. Może tylko za bardzo wprost, 1:1, ilustracyjnie, ale za to z chęcią oglądane przez współczytacza, który każdy rozdział rozpoczynał od wnikliwej analizy dwustronicowego rysunku.

Na koniec pomny bojów, które przetaczały się swego czasu przez Internet (i nie tylko), a i dziś odbijają się jeszcze echem, przy okazji dyskusji o jadzie sączonym przez HP w młode główki, muszę dodać pewną informację. Ciabcia nie jest "kościółkowa" (w końcu jest czarownicą!), a jeden z rozdziałów rzeczywiście jest poświęcony wywoływaniu duchów. Każdy oczywiście zinterpretuje to po swojemu, ale ponieważ kogoś może to odstręczać od lektury, voilà!, jest czarno na białym. Śpieszę od razu donieść, że poziom grozy nie jest zbyt wielki, bo Młodszy, który stanowczo nakazał przerwanie lektury "Wyspy Obłąkanych" Widmarka, nie przejawiał objawów paniki.

Jako podsumowanie, a zarazem polecanka niech posłuży fakt, że jesteśmy w 3/4 "Tuczarni motyli" i mamy przedni ubaw z czytania na głos: "Von Hildenburgenhausenów" i moich prób ożywienia kwestii członków rodów Kropotkinów wschodnim zaśpiewem.

czwartek, 1 grudnia 2016

"Więcej niż klub" Paweł Beręsewicz

Panie Pawle kochany! Królu złoty! No jakbym tak na wyciągnięcie ręki miał, to za nóżki bym podjął i do stalówki całowania głowę pochylił. To ja tu w głowę zachodzę, co po klasyce? Dziurę tematyczną łatam jakimiś importowanymi tytułami, a tu bez żadnej zapowiedzi, bez zająknięcia żadnego ze strony Internetu, rzekłbym nawet cichcem promocyjnym zupełnym, spada na mnie z półki taaaaaaaka książka o futbolu! Chociaż nie powiem, żal jednak do autora mam, bo to serca naprawdę trzeba nie mieć, żeby tak dobrą książkę na temat młodocianych adeptów piłki kopanej napisać, żeby Młodszy odłożyć jej nie chciał, a biedny ojciec musiał na głos czytać po 70-100 stron dziennie. Póki chrypa i kaszel nie przekonywały zasłuchanego Szymka, że na dziś, to już naprawdę musi być koniec, a zaklęcie "jeszcze jeden rozdział" traciło moc. Ale nie ma tego złego ... Przekonałem się, że na sportowego komentatora się nie nadaję.

Zatem co między okładkami czeka na entuzjastów ganiania za gałą? Ano, historia Messiego i Ronalda. Zaraz, proszę jeszcze nie odchodzić! To nie jest fabularyzowana historia tego z grzywką na żel i małego z Argentyny, tu chodzi o dwóch swojskich chłopaczków z jeszcze bardziej swojskiej Pięknogóry i ich przygodę z kopaniem balona (jakiego?, dowiecie się w trakcie lektury). A że ksywy takie, a nie inne? Sami się domyślcie.

Paweł Beręsewicz postawił na sprawdzony trzon fabularny, znany już z powieści Bahdaja, z tym, że ubrał go we współczesne dekoracje. Podobnie jak w "Do przerwy ...", motorem napędowym wydarzeń jest w książce piłkarska rywalizacja między szeregiem lokalnych drużyn. Zawodnikami jednej z nich, Fruteksu Pięknogóra, są wspomniani wyżej młodzieńcy. Od lat przyjaciele, mimo że kibice wrogich barw klubowych, muszą zmierzyć się z wieloma przeszkodami, które staną ich klubowi na drodze do upragnionej sławy i zwycięstwa. Nie dość, że w klasie pojawi się nowa koleżanka, której poczynania wprowadzą zamęt nie tylko w sportowe, ale i prywatne życie bohaterów, to jeszcze braknie sponsora, a to zawodników, a to trenera, a to to, a to tamto. I tak aż do końca lektury nie wiemy czy będzie ten szczęśliwy finał, czy nie. Ode mnie się nie dowiecie, sami sobie poogryzajcie paznokcie czytając.

Autor jest świetnym obserwatorem i póki co bezkonkurencyjnie, na blisko trzystu stronach swej powieści, przedstawił światek małomiasteczkowego sportu w wydaniu dla juniorów. Jako ojciec (jednego trenującego zapamiętale, a drugiego trenującego z doskoku), dwóch piłkarzy amatorów mogłem tylko ze zrozumieniem kiwać głową nad opisami zachowań zawodników, rodziców, kibiców czy trenerów. I podziękować panu Pawłowi za wstrzemięźliwość w tychże opisach, bo "Więcej niż klub", to historia bardzo stonowana i niektóre wynaturzenia związane z zamieszaniem zwanym "futbol" są opisane w naprawdę łagodny sposób. Ale, ale! Żeby nie było, że jojczę, powieść to wspaniała historia o miłości do sportu, o lokalnym patriotyzmie, o wyborach, których trzeba w życiu (nie tylko dorosłym) dokonywać, o stosunkach rodzic-dziecko, o realizowaniu swoich niespełnionych marzeń poprzez potomka, ba! i o wielu innych sprawach. Wielopłaszczyznowa.

Dla mojego słuchacza najważniejsze było jednak haratanie w gałę. Dynamiczne opisy starć w kolejnych meczach rozgrywanych w Wojewódzkiej Lidze Przyszłych Gwiazd, które próbowałem maksymalnie ozdobić wokalnymi popisami, to była esencja tej czytelniczej przygody. Wiecie te wszystkie: "rozrzucał piłki po skrzydłach", "popędził prawym skrzydłem" czy "dostał podanie trzydzieści metrów przed bramką". Mniód! Do tego wspomnieć należy, że i humor w książce jest, ba znalazło się nawet miejsce dla będących moją zmorą kart ze sławnymi piłkarzami.

Podsumowując, mądra i zabawna książka dla wszystkich, którzy wiedzą co to blaugrana, kim jest Luis Enrique i o co chodzi z wolejem i spalonym. Oraz dla ich rodziców, którzy chcąc nie chcąc musieli się tego wszystkiego nauczyć. Podsuńcie swoim graczom, a jeśli będziecie, tak jak ja, chcieli poczytać im na głos, to przetrenujcie prawidłowe czytanie co trudniejszych nazwisk, bo mnie ze dwa razy wytknięto złą wymowę. Szczerze polecam!

czwartek, 27 października 2016

"Magisterium I: Próba żelaza" Cassandra Clare, Holly Black

Mój starszy syn, po okresie nieprzytomnego pochłaniania słowa pisanego, popadł w czytelniczą stagnację, z której od czasu do czasu, niepocieszony tym faktem ojciec, próbuje go wyrwać. Podrzucam mu więc na nocną szafkę rzeczy, które w moim mniemaniu mogą go, kiedy już zostanie odcięty od multimediów, zainteresować. Ponieważ nie znam nowych serii młodzieżowej fantasy, na ich czytanie absolutnie nie mam czasu, a to one sprawdzają się w tym wyrywaniu najlepiej, robię to trochę na czuja. Niekiedy jednak znajduję kawalątko wolnej chwili i samopas przekonuję się, czy aby nie ukrzywdzam młodego czytelnika jakąś wyjątkową chałą. Tym razem padło na pierwszy tom autorstwa kobiecego tandemu pisarskiego. Ale do rzeczy.

Jest sobie zatem nastoletni chłopczyna, który miał, prawda, rodziców czarodziejów. No i teraz, psze szanownego Państwa, ma iść do takiej szkoły dla dzieciaków potrafiących władać magią. Przed przyjęciem do niej zgromadzona młodzież przechodzi testy i trafia do rywalizujących ze sobą grup. Jest też Ten Którego ..., tfu, znaczy, bardzo zły czarodziej, którego dobrze byłoby wspólnymi siłami pokonać ... Znacie? Znacie. Mógłbym jeszcze poszperać w pamięci i listę cech wspólnych z fabułą cyklu o najpopularniejszym młodocianym czarodzieju wydłużyć, ale w zasadzie po co? W końcu liczy się nie to co podobne, a to co pierwszy tom "Magisterium" od HP odróżnia. A jest to jeden zasadniczy element fabuły, który daje nadzieję na wyjście poza harrypotterową kliszę. Jaki? O tym wiadomo, sza! Mogę jedynie powiedzieć, że niestety, kinematografia (a pewnie i literatura też, ale akurat film mi pierwszy przyszedł do głowy, bo sławny bardzo), zdążyła już ten motyw wykorzystać.

Przyznaję, nie jest "Próba żelaza" jakoś specjalnie odkrywcza i nie zachwyca świeżymi pomysłami. Dodatkowo nastolatki zaludniające jej karty są tak na wskroś amerykańskie, że w jakimś tam stopniu moje odczucia podczas lektury pokrywały się z oglądaniem którejkolwiek z licznych school comedy. Gdybym był nastolatkiem, pewnie mogłoby mnie to ruszyć, ale walka wycofanego i zbuntowanego głównego bohatera z odpowiednikiem filmowego przywódcy drużyny futbolowej jest motywem tak ogranym, że ... sami wiecie. No i te szczegóły, niby inne, ale przecież takie same. Żeby daleko nie szukać, dzikie ostępy, które otaczają szkołę i są zaludnione przedziwnymi stworzeniami. Że też tam z krzaków nie wypadł Rubeus, to się do tej pory nadziwić nie mogę.

Czy sięgnę po drugi tom?  A i owszem. Strasznie bowiem korci mnie, żeby się dowiedzieć jak też Callum poradzi sobie ze świeżo odkrytą tajemnicą. Oby tylko autorki nie poszły na łatwiznę i znów nie posłużyły się ogranymi chwytami fabularnymi. A może po prostu ja mam za duże wymagania i rzeczywiście w temacie nastoletnich machaczy różdżkami nie ma już nic nowego do napisania?

środa, 11 listopada 2015

"Kacper Ryx" Mariusz Wollny

E-book młodzieżowej powieści Mariusza Wollnego pokutował na moim czytniku od czasu, kiedy siłą jakiejś promocji był na nim zagościł. Czyli lat parę. Omiatany od czasu do czasu wzrokiem, ulegał przed innymi chciejstwami i kurzył się biedulek, aż do czasu, gdy wiedziony bliżej niesprecyzowaną potrzebą postanowiłem się z nim zapoznać. Hura!, niech żyją bliżej niesprecyzowane potrzeby, bo dzięki jednej z nich udało mi się na czas jakiś oderwać od jesiennej szarugi i zamieszkać w renesansowym Krakowie, gdzie śledziłem poczynania tytułowego bohatera, inwestygatora króla jegomości, Kacpra Ryksa. Faktem jest, że zamienił stryjek ..., boć klimat piastowskiej stolicy roku pańskiego 1569 wcale weselszym od listopadowej aury za oknem nie był, ale nie zmienia to faktu, że wcale łacno i z wielką uciechą mi się książkę przeczytało.

Tytułowy Kacper to krakowski podrzutek, odchowany przez zakonnika i dany na wychowanie wdowie prowadzącej karczmę. W chwili poznania dziewiętnastoletni młodzik ma za sobą niezłą szkołę życia. Jednako mimo licznych pokus, na które jest narażony facet w jego wieku, w dodatku żak Akademii, jest Kacper na najlepszej drodze ku świetlanej przyszłości. Jako kawaler ambitny, bystry, ze sporymi aspiracjami i nielichymi znajomościami, postanawia nie licząc się z ekspensami i niebezpieczeństwami, zostać pierwszym w historii prywatnym detektywem alias inwestygatorem. I zamiar swój osiąga, paląc po drodze z bandoletów, robiąc rapierem i kordem albo wręcz walcząc wręcz. Ociera się o śmierć albo piękne niewiasty (przy okazji zastanawiając się nad własną seksualnością), zadziera z możnymi ówczesnego świata i królami ówczesnego półświatka i prze jak tur ku wymarzonemu serwitoratowi, który usankcjonuje jego działania w terenie.

Podoba mi się zamysł autora, by za pomocą powieści łotrzykowsko - przygodowej przybliżyć nastoletniemu czytelnikowi renesansowy Kraków i osobistości tamtych czasów. Ba, wykonanie podoba mi się do tego stopnia, że przymykam oko na niektóre uproszczenia czy naciąganie akcji w sposób, który pozwala wprowadzić do tekstu jeszcze odrobinę wiedzy. Bo kogóż i czegóż na kartach "Kacpra ..." nie ma? Wśród postaci, Janowie: Kochanowski, Zamoyski i Drohojowski, młody Sęp - Sarzyński, biskup Padniewski, bracia Mniszchowie czy mistrz Twardowski. Wśród wydarzeń: tumulty studenckie czy unia lubelska o opisach codzienności w mieście stołecznym nie wspominając. No właśnie, Kraków. Opisywany detalicznie (czasem do przesady, ale jak rzekłem wyżej, przymykam), pod względem architektonicznym, społecznym i każdym innym. W skrócie - drugi po Kacprze bohater książki imć Wollnego. No i jeszcze język. Najeżony łaciną i anachronizmami językowymi, które nawet dorosłego czytelnika potrafią czasem, w pierwszej chwili, wprawić w osłupienie ("- Mój Kacper to radziecka głowa!" czy "Prezerwatywa przed niepożądanymi gośćmi (...)".

Wierzcie lub nie, ale odnalazłem, czytając "Kacpra ...", smak lektur młodości. I mimo, że zagadka kryminalna nie porywa, to jednak klimat powieści, szczypta renesansowych arcana, którym z ciekawością przyglądałem się w czasach studenckich oraz szybka akcja sprawiły, że miło spędziłem czas w towarzystwie pana detektywa i jego przyjaciół. A zresztą, czy można nie polubić książki, w której występuje grabarz o jakże wdzięcznym mianie - Bazyl?

wtorek, 18 marca 2014

"Czarny młyn" Marcin Szczygielski

Gdybym chciał się jakoś wpisać w, trwającą już jakiś czas, dyskusję na temat fachowości blogerów książkowych, zacząłbym od osadzenia "Czarnego młyna" w szerszym kontekście. Bo osadzanie w szerszym kontekście, brzmi samo w sobie bardzo profi i daje +10 do wiarygodności. Bo jak kto osadza, znakiem tego się zna. 

Więc (tak wiem, -10 za rozpoczynanie zdania od "więc"), napomknąłbym ogólnie o młynach w literaturze dla dzieci i młodzieży, przywołując dajmy na to: "Krabata" Otfrieda Preusslera, "Czarodziejski młyn" Afanasjewów czy, świetnie przeniesione na deski (sic!) Teatru TV, "Igraszki z diabłem" Drdy. Potem dołożyłbym, ze względu na rodzaj opisywanych zdarzeń, Halem 9000 z "2001: Odysei kosmicznej" Arthura C. Clarke'a czy kingowską "Christine". I co? I poszłoby w świat, że Marcin Szczygielski wziął i skomponował swoją nagrodzoną w 2010 w II. Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren powieść z literackich klisz i popkulturalnych motywów. A to by było i dla książki i dla autora krzywdzące, choć jeśliby się bliżej przyjrzeć, nie do końca też nieprawdziwe. Bo sądząc po czytanej wcześniej "Omedze", autor znane sobie rzeczy lubi w utwory wmontowywać. Robi to jednak w sposób, który sprawia, że czytelnik nie ma wrażenia wtórności, ba, to co znane również jemu, sprawia, że w tekście czuje się bardziej swojsko. Przynajmniej ja tak to odbieram.

No dobrze, ale ja tu osadzam, a o czym to, ciągle nie wiadomo. Więc tera po amatorsku, jak z ludową muzyką, czyli "od ucha". Wioska Młyny, to jedna z wielu rozrzuconych po całym kraju popegeerowskich miejscowości - widm. Upadek przędsiębiorstw produkcyjnych (tu kombinatu przetwórczego), wokół których toczyło się życie takich osad i które poprzez zatrudnienie okolicznej ludności na życie dawały, powoduje że chleba trzeba szukać gdzie indziej. Za granicą, na nocnej zmianie w knajpie oddalonej od domu o 80 kilometrów. No, chyba że ma się trochę odłożonego grosza, to lepszego jutra można szukać w bardziej rokujących miejscowościach, porzucając zapomnianą przez Boga i ludzi, odgrodzoną od świata autostradą, liniami wysokiego napięcia i toksycznymi bagniskami dziurę, która z roku na rok wyludnia się coraz bardziej. Rodzice Iwa nie mają, a szukając najlepszego rozwiązania swych problemów, gubią się. Jedno na obczyźnie, a drugie próbując utrzymać się na powierzchni życia i harując ponad siły. Kiedy wydaje się, że już gorzej być nie może, ożywa spalony młyn, który jest częścią kombinatu. I wtedy dopiero wszystko staje na głowie.

Przyznać muszę autorowi, że co jak co, ale nastraszyć potrafi porządnie, bo nawet mnie, starego wyjadacza, co to i o zmutowanych krabach i o indiańskich demonach wywracających ludzi na nice, czytał, przyprawił był o ciarki. Ale sprowadzenie "Czarnego młyna" do roli rozrywkowego straszaka byłoby z mojej strony ciosem poniżej pasa. Jest w tej książce bowiem dużo, dużo więcej. To historia przyjaźni, ale nie takiej od wielkiego dzwonu, ale sprawdzonej w ciężkich warunkach. Takiej co to można ją wypróbować w każdej przysłowiowej biedzie. To opowieść o tolerancji dla inności, którą reprezentuje niepełnosprawna (a może po prostu sprawna w inny sposób), siostra głównego bohatera. To w końcu rzecz o sile dziecięcej miłości, której nie straszne żadne zło, nawet w postaci tak kolosalnej jak przedstawiona w opisywanej książce. Być może nadinterpretuję, ale była to też dla mnie opowieść o tym, jak bardzo technologia nas odczłowieczyła.

W sumie to nie podobały mi się dwie rzeczy. Po pierwsze, zakończenie, ale jak twierdzi Mała czcionka, to pięta achillesowa pana Marcina. Po drugie fakt, że pan Wilkoń zilustrował jedynie okładkę i którąś ze stron tytułowych, bo jak nie przepadam za jego twórczością, to akurat tu pasowałaby mi ona idealnie.

I jeszcze jedno. Jak tylko Starszy troszkę podrośnie, to postaram się żeby "Czarny młyn" wpadł mu "przypadkiem" w ręce.

PS. Jeśli chcecie poznać genezę powstania "Czarnego młyna" zapraszam do Pani Zorro na wywiad z autorem.