czwartek, 4 września 2008

"Załatwiaczka" Milena Wójtowicz


Niestety, nie udało mi się tej książki skończyć.
Ciągłe i wciąż powtarzanie różnych, raz już przyswojonych przez czytelnika, faktów. Ja rozumiem, że to zbiór opowiadań, ale wydany w formie książkowej. Można go było chyba przeredagować tak, żebym na hasło "komando półtrolli", "najlepsze ubezpieczenie", czy "czarodziej i jego ego", pojawiające się co i rusz, nie reagował zgrzytaniem zębów.
Po drugie, ryzyko uczynienia główną bohaterką wszystkomogącej kobietki, zemściło się. Bo cóż z tego, że może początki ciekawe, jak koniec za każdym razem przewidywalny i taki sam. Żadnych przyśpieszających tętno przeszkód, bo z góry wiadomo, że dwie tabletki i trzy telefony i nawet słonia w szkocką kratę można zawiesić na Kościele Mariackim.

Żeby nie było, że tylko psioczę, to mi się w trakcie lektury przypomniał dowcip, o załatwianiu właśnie, niestety częściowo w lengłydżu:
Grupa rosyjskich turystów przyjeżdża do Anglii. Przed wyjazdem na zwiedzanie
miasta przewodnik ich uprzedza:
- Bądźcie ostrożni, nie oddalajcie się od
grupy. Tutaj wszędzie czają się sutenerzy. A jeśli się zgubicie, szukajcie rosyjskiego konsulatu.
Jeden turysta jednak się zgubił. Podchodzi do niego jakiś mężczyzna:

- Do you want a white woman?
- No, no! - krzyczy Rosjanin.
- Do you want a black woman?
- No!
- Do you want a man?!
- NO!!! I WANT RUSSIAN CONSUL!
- Possible, but very expensive...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

"Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników je zamieszczających. Prowadzący bloga nie ponosi odpowiedzialności za treść tych opinii."