Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania kroniki archeo, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania kroniki archeo, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 grudnia 2017

"Imaginarium" Agnieszka Stelmaszyk

Zacznijmy może od rzeczy przyjemnych. Starszy jest fanem prozy pani Agnieszki i to nie podlega dyskusji. Na każdych Targach w Krakowie jednym z pewników jest wizyta na stoisku Zielonej Sowy, zakup najnowszego tomu którejś z serii oraz odstanie w - z roku na rok coraz dłuższej - kolejce do autorki w celu zdobycia autografu i odbycia niezobowiązującej pogawędki. Tak, pogawędki, bo pani Stelmaszyk wysłuchuje swoich czytelników i poświęca im wiele uwagi, co niektórych rodziców, którzy chcieliby tylko podpisać książkę (bo tak wypada), wyprowadza z równowagi ("No nie! Ona ich jeszcze zagaduje! Bez sensu!!").

Kiedy więc na rynku pojawił się pierwszy tom cyklu, jak wynikało z  opisów, przeznaczonego dla troszkę młodszego czytelnika, ucieszyłem się wielce, bo pomyślałem, że jak historia zażre u Młodszego, to potem problem z podsuwaniem lektur na jakiś czas mamy z głowy. Wystarczy po prostu odsyłać do półki starszego brata, z której będzie czerpał garściami. "Kroniki Archeo" czy "Koalicja szpiegów", proszę bardzo! I wszystko byłoby fajnie, ale ...

"Imaginarium" to historia, której ramy jakbyśmy już skądś znali. Dziecko, które niewiele wie o przeszłości swoich rodziców (jedno z nich nie żyje), które obdarzone jest pewnymi niezwykłymi cechami (tu, niebywałe umiejętności konstruktorskie) i które, koniec końców, trafia do niezwykłej krainy (tytułowego Hogwa..., wróć!, Imaginarium). Znamy? Znamy! Również motyw wysłania dziecka na niechciane wakacje, które nagle okazują się być tymi naj naj, nie jest literaturze obcy. I nie czynię tu bynajmniej zarzutu korzystaniu ze sprawdzonego trzonu fabularnego (a analogii jest więcej niż tu wymienione), bo nie on jest tak naprawdę najistotniejszy, a to co wokół niego upleciono. I to tu właśnie upatruję słabości wstępu do tajemnicy Gildii Wynalazców. Bo nie wystarczy duża dawka autorskiej, nomen omen, imaginacji, której, owszem, w książce nie brakuje, trzeba jeszcze utrzymać ją w ryzach i nie dać się porwać ułudzie najprostszych rozwiązań, a takich jest w tej opowieści co niemiara.

Zanim jednak przejdę do dziegciu, mniód. Podoba mi się pomysł na steampunkową krainę, gdzie MacGywer robiący ze sznurówki, wykałaczki i tubki po paście do zębów helikopter, czułby się totalnie u siebie. I tak też czuje się w niej główna bohaterka, Marianna, dla której przesiadywanie w warsztacie to chleb powszedni. Ba, swoją pasją zaraża towarzyszącego jej w przygodach Miłosza. Zresztą ten nie ma za bardzo wyjścia, bo konstruowanie jest w tytułowym świecie podniesione do rangi sztuki. Fajne to i mądre, szczególnie w obliczu tego, że coraz większa liczba ludzi nie potrafi wytwarzać, a sprawność manualna dziecięcych rąk maleje (z wyjątkiem kciuków i palców wskazujących), w zastraszającym tempie. Duży plus.

Niestety są też i minusy. I żeby nie było, na niektóre zwrócił mi uwagę słuchający 9latek. Po pierwsze - nagminnie stosowany deus ex machina. Czyli bohaterowie mają pewien gadżet, który technomagicznie ratuje ich kilkukrotnie z najgorszych opałów. Do tego stopnia zabiło to napięcie, że Młodszy w końcu nie wytrzymał i przy kolejnej takiej akcji rzekł po prostu: "Aha!, ja wiem co teraz będzie. Zrobią to i to i będzie dobrze.". I rzeczywiście tak było. Samo utrzymywanie czytelnika w niepewności i oczekiwaniu na to co dalej, też jest nad wyraz sztuczne. Ktoś coś wie, ale z niewiadomej przyczyny, nie powie, choć zasadniczo mógłby. Albo bohaterowie zdobywają przedmiot i chcą go obejrzeć, ale dorosły opiekun rzecze: "Nie teraz. Przyda ci się w odpowiedniej chwili." i pewnie rzeczywiście, w którejś z "odpowiednich chwil" drugiego tomu, kiedy wydawać się będzie, że młodzi ludzie znajdą się w matni bez wyjścia, tak się stanie. Tylko co, jeśli nauczony doświadczeniami z pierwszego tomu czytelnik, w ogóle się tym nie przejmie, bo przecież jest gadżet i załatwi sprawę. Słaby patent i moim zdaniem zniechęcający do kontynuacji.

Mógłbym się jeszcze czepić momentami długich, a nic nie wnoszących do akcji dialogów i sensowności niektórych scen ("Wreszcie wpadli do niewielkiej komnaty. (...) Z ciemnego kąta wyszli dwaj strażnicy ..." - Tato, a po co ci strażnicy siedzieli w ciemnych kątach niewielkiej komnaty?). Mógłbym popsioczyć na zbyt dużą swobodę jaką cieszą się bohaterowie (na tę samą przypadłość cierpiała w ostatnim tomie swoich przygód Flawia de Luce), ale to już moje, dorosłe smęcenie. Bardziej na niekorzyść książki przemawia fakt, że garnący się początkowo do lektury młodzian, z każdą dziesiątką stron jakby coraz mniej chętniej wracał do Imaginarium. Oczywiście dam szansę kontynuacji, z wiarą, że historia wyjdzie poza schemat pierwszego tomu.

PS. Podczas komentowania wpisu przypomniał mi się niewątpliwy atut omawianej tu pozycji - ilustracje! Szkoda, że jest ich tak mało, bo Anna Oparkowska idealnie wstrzeliła się w klimat opowieści. Nie potrafię pisać o obrazach, ale zajrzyjcie tu, a mam nadzieję zrozumiecie o co  mi chodzi. Spójrzcie tylko na minę Marianny zapamiętale wiercącej. A ta ściana z mnogością narzędzi ... Tak, strona wizualna książki bardzo mi się podoba.

wtorek, 8 października 2013

"Kroniki Archeo. Skarb Atlantów." Agnieszka Stelmaszyk

Pamiętam jak dziś. To był maj, ale miast pachnącej Saskiej Kępy, ja i moi synowie mieliśmy okazję poznać zapach pustyni, na której, wraz z rodzeństwami: Ostrowskich i Gardnerów, krzyżowaliśmy niecne plany enigmatycznego Midasa. Wszystko skończyło się dobrze, klejnot Nefertiti, o który toczyła się rozgrywka, bezpiecznie trafił do muzeum, szwarccharakter rozpłynął się w powietrzu, a my zrobiliśmy sobie przerwę przed kolejnym tomem "Kronik Archeo". Jak się okazało nie tylko my odpoczywaliśmy, bo dzieciaki wraz z rodzicami, też. Ponownie spotkaliśmy się wszyscy na Krecie, gdzie słynni archeolodzy wraz ze swymi pociechami oddawali się błogiemu lenistwu. Do czasu ...

"Skarb Atlantów" to druga część cyklu, w którym wykreowane przez panią Agnieszkę łebskie małolaty przeżywają szereg przygód zwieńczonych odnalezieniem jakiegoś artefaktu. Tym razem pomocnikiem głównych bohaterów jest nie dziarska staruszka, a piękna, nastoletnia Greczynka (co implikuje oczywiście wątek romantyczny), która pomoże piątce poszukiwaczy rozwiązać tajemnicę starożytnej gemmy, przypadkiem znalezionej przez Bartka. W sumie nie ma co się dalej nad fabułą rozwodzić, bo schemat zastosowany przez autorkę jest podobny jak w tomie pierwszym, a podtytuł znakomicie informuje w jakiej scenografii rozegra się akcja i czego będzie dotyczyć.

Porozwodzić chciałbym się za to nad tym, co mnie, dorosłego czytelnika, w czytanej dzieciom książce irytowało. Bo plusy są niezaprzeczalne. Duża dawka wiedzy na temat kultury minojskiej, czy rozbudzenie żądzy przygód (niedzielna wizyta na pobliskim zamku odbywała się pod hasłem: "Co by było gdybyśmy ..., jak w Kronikach Archeo?") to tylko dwa z nich. A co z minusami?

Po pierwsze nie podobało mi się samo zawiązanie akcji. Dla młodego czytelnika jest, być może, dobrym, utwierdzanie go w przekonaniu, że Przygoda jest tuż obok nas, ale z drugiej strony piękny klejnot leżący obok drogi ... Sama zresztą przygoda, to właśnie takie pasmo zbiegów okoliczności w połączeniu z niesamowitym fartem, jakim cieszą się książkowi następcy doktora Jonesa, a który pozwala im (fart, nie Indiana) wywinąć się (oczywiście w ostatniej chwili) z rąk złoczyńców. Po drugie, zbytnia infantylizacja treści, która w szczytowej formie objawia się tym, że wykorzystana przez Midasa pani naukowiec w momencie, gdy dociera do niej prawda o zwierzchniku, kwili: "Co ja powiem mamusi?". Nie wiem, nie bywam w środowiskach akademickich, ale średnio mi to pasuje do kobiety z tytułem. Średnio mi też pasuje takie ciumcianie w treści, tylko dlatego, że odbiorca jest małoletni. Po trzecie ... No dobra, dość powiedzieć, że w kwestii oprawy graficznej nic się nie zmieniło.

To wszystko jednak furda i napisane w ramach próby uzmysłowienia ewentualnym rodzicom - lektorom, że to co nie podoba się im, niekoniecznie musi być minusem dla słuchacza. Bo prawda jest taka, że po przewróceniu ostatniej strony "Skarbu Atlantów" z miejsca zostałem zapytany o dostępność kolejnej części. Znakiem tego, ociec narzekają, a dziecko rwie się do czytania. Ale niech już sobie czyta samo, bo obawiam się, że lista moich smęceń przy każdym z tomów będzie taka sama.

PS. Książkę czytałem jako ebooka i nie wiem, jakość to digitalizacji czy specyfika mojego tabletu, ale rezultat był fatalny. Poprzecinane na pół zdania na końcu strony czy nie oblane tekstem ilustracje okropnie przeszkadzały w lekturze.

środa, 29 maja 2013

"Kroniki Archeo. Tajemnica klejnotu Nefertiti." Agnieszka Stelmaszyk

Przygodówki? O tak! To było coś, co nastoletnie Bazyle lubiły bardzo. Pany Samochodziki, Tomki, Dzikie Mrówki. Wszystkie te serie robiły klimat, a człowiek przepadał był dla świata na długie godziny i nurzał się, i w zieloność tropikalnych lasów, i w swojskiej kwiatów powodzi, w zależności od tego czy śledził afrykańskie przygody dwóch nastolatków, czy wyprawy młodego Wilmowskiego, czy w końcu, mające miejsce na rodzimej niwie, zajmujące historie z panem Tomaszem w roli głównej. I choć czar sentymentu nie pozwala nam spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że przynajmniej część naszych hitów z dzieciństwa zestarzała się i trąci myszką, to jednak nasze dzieci, które nie zostały skażone szwungiem do starożytnych młodzieżówek, mogą nam ze stoickim spokojem wygarnąć, że taki np. wehikuł, to żadna atrakcja, bo BMW serii fęfnaście, ojca ich kolegi z klasy, ciągnie dwieście na dwójce. Możemy oponować, że bimer nie pływa, ale jesteśmy na z góry przegranej pozycji, bo starocie są “słabe”. Co zatem może być mocne?
Agnieszka Stelmaszyk postanowiła wypełnić niszę współczesnej młodzieżowej powieści przygodowej. Niszę, która z jednej strony jest hołubiona przez twórców zagranicznych (choćby seria “Ulysses Moore”), z drugiej, jakby zapomniana przez polskich literatów. Choć zatem jako stary piernik przyczepię się w końcówce tego tekstu do kilku rzeczy, to jednak pierwszą część serii “Kronik Archeo”, uważam za naprawdę niezłą pozycję gatunku i dobry początek wkręcania młodego czytelnika w świat przygody. Ba, mało tego, przy okazji tego wkręcania można również uzyskać walor edukacyjny, co dla niejednego ambitnego rodzica, będzie być może powodem (oby nie jedynym), do wysupłania kasy na książkę.
Fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Oto dwie zaprzyjaźnione rodziny archeologów egiptologów zostają wysłane do Egiptu, by zbadać nowoodkryty grobowiec, który być może krył w sobie doczesne szczątki Nefertiti, żony faraona Echnatona. Być może, ponieważ grobowiec został złupiony, a kartusze z imieniem nieboszczyka zostały skrzętnie skute. Wraz z rodzicami do krainy piramid przylatuje piątka rezolutnych pociech płci obojga i z wielkim zapałem rzuca się pomagać staruszkom w rozwiązaniu zagadki tajemniczego grobowca X, a w perspektywie w odnalezieniu tajemniczego klejnotu, mapą dotarcia (a właściwie jej kawałkiem), do którego, dysponuje równie tajemnicza starsza dama. Jako że zdobyciem królewskiej biżuterii są też zainteresowani handlarze starożytnościami, konflikt interesów obydwu grup jest nieunikniony. Jak skończy się pojedynek piątki małolatów z doświadczonymi czarnymi charakterami …? Wiadomo, że jest kontynuacja, więc pewnie dobrze, ale to samo myśleli ci, którzy czytali Martina. Słowem, nie przeczytacie, pewności czy wszyscy przeżyli mieć nie będziecie.
Nie spodziewajcie się po tej książce zwrotów akcji rodem z bestsellerowych thrillerów. Zawieście też na kołku Wasze dorosłe poczucie prawdopodobieństwa, bo inaczej kilka akcji będziecie z pewnością musieli skwitować prychaniem pod nosem lub dosadnym komentarzem. Pamiętajcie, że to książka dla dzieci i tzw. młodszej młodzieży, więc parę rzeczy jest uproszczonych i doprawionych takim sosikiem, żeby kartki same się odwracały, a nerwowy szept: “Co dalej?!” niósł się po pokoju. U mnie się niósł dosłownie, bo książkę, ze względu na nieczytatego pięcio- oraz leniwego siedmiolatka, czytałem na głos. I zważywszy, że wczoraj przeczytałem blisko 150 stron, a wypuszczany byłem tylko na krótkie wizyty w kuchni, celem przepłukania gardła minerałką, to śmiało mogę powiedzieć - przygoda chwyciła chłopów w objęcia.
No tak, ale miałem też popsioczyć. Trochę szwankują korekta z redakcją. Ta pierwsza przepuszczając spore stadko literówek, które były dość upierdliwe przy lektorzeniu potomstwu. Ta druga, nie poprawiając takich niezręczności językowych jak: “(...) z jego ramion spływał długi czerwony płaszcz z białym orłem w koronie na prawym ramieniu” albo “(...) uśmiechała się szeroko, świecąc równiutkimi i śnieżnobiałymi ząbkami, dumą niejednego dentysty”. Pozostaje jeszcze kwestia strony ilustratorskiej, autorstwa Jacka Pasternaka, co do której mam wybitnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony mamy bowiem coś na kształt, nie cierpianej przeze mnie, techniki “martynkowej”, tylko w wersji troszkę mniej słit, z drugiej, całkiem sympatyczne szkice, które ładnie uzupełniają wiedzę podaną w tekście (szkoda jednak, że nie ma fotografii). Jak dla mnie remis.
Podsumowanie? Chłopaki chcą czytania kolejnej części, więc to chyba najlepsza rekomendacja. A mnie pozostaje mieć nadzieję, że przy kolejnych tomach nie będę już musiał zamieszczać akapitu z gderaniem. Spróbujcie!