środa, 13 czerwca 2012

"Większy kawałek świata" Joanna Chmielewska

“Stało się, stało się, to co miało się stać (...)” śpiewał onegdaj Kazik Staszewski i to właśnie te słowa najlepiej pasują mi do “Większego kawałka świata”, drugiej części przygód Tereski i Okrętki, czyli dwóch zwariowanych panien, o których perturbacjach ze światem przestępczym i władzą ludową, niedawno z wielkim zachwytem opowiadałem. Co zatem konkretnie się stało? Ano to, co zazwyczaj dotyka drugie tomy cyklów. Syndrom wysokiej poprzeczki, że tak, ad hoc, pozwolę sobie powołać do życia nową jednostkę chorobową dla książek. Poprzeczki, którą pierwszym tomem, autor zawiesza na tyle wysoko, że kontynuacja może jej skoczyć najwyżej na kancik, a i to rzadko. Choć oczywiście są wyjątki. Niestety, “Większy …” do nich nie należy.
Po tak miażdżącym wstępie należałoby oczekiwać książki co najmniej złej, jeśli nie szmiry nawet. Już widzę te komentarze: “Nie dla mnie!”, “Dobrze, że ostrzegłeś!” etc. A tu lipa. Wakacyjne przygody dziewcząt nie wywołują może salw obłąkańczego śmiechu, ale są na tyle zabawne, że prychanie i stłumiony chichot macie jak w banku. Opierając się bowiem na, znanym z części pierwszej, schemacie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, każe autorka biednym niebogom udać się na Mazury i przy pomocy przytarganego z nieludzkim wysiłkiem składaka Neptun, pływać tu i tam, niejako przy okazji wplątując się w aferę złodziejsko - przemytniczą. A poza tym: łowić węgorze, wysadzać kamienne kurhany, łazić nocą po lesie, wiosłować do upadłego i robić tysiąc różnych rzeczy, o których w dzisiejszych czasach, dzięki portfelom rodziców i ofercie all inclusive biur podróży, młodzi ludzie nie muszą i chyba nie chcą już, myśleć.
Można zarzucać “Większemu …”, że usypia pluskiem nieustannie zanurzanych w wodzie piór, że spotkania z czarnymi charakterami nie mają tak komicznej, a jednocześnie dramatycznej, siły, jak w “Zwyczajnym życiu”, że dziewczyny nie dają czadu tak jak nas do tego przyzwyczaiły podczas swych warszawskich pieriepałów. Jak napisała Viv w komentarzu pod wpisem dotyczącym części pierwszej: “"Większy kawałek świata" doczytałam do połowy i odpadłam. Oni tam tylko płyną, rozbijają obóz, znowu płyną, znowu obóz, znowu płyną...” i w zasadzie jest to prawda. Niemniej jednak polubiłem bohaterki, ich dialogi i life styl na tyle, by wierzyć, że mazurski epizod, to tylko zbierane sił przed młynem jaki urządzą w “Ślepym szczęściu”. Bo chyba jasnym pozostaje, że będę czytał dalej?

28 komentarzy:

  1. Rety, ale zaszczyt mnie spotkał - sam Bazyl zacytował mnie w swojej recenzji! Dziękuję bardzo, a stanowisko moje w sprawie "Większego kawałka świata" podtrzymuję, zachęcając jednocześnie do tomu trzeciego, który jest o wiele lepszy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez przesady. Czubek korka Błaszczykowskiego pocałować, to teraz zaszczyt, a nie takie tam. :) A stanowisko po części podzielam, bo "Większy ..." czytałem znacznie dłużej niż "Zwyczajne ..." i nie szukałem nerwowo okazji, by doń szybko wracać. Warto jednak było sięgnąć, choćby po to, by przypomnieć sobie swoje pod namiotem bywanie :)

      Usuń
    2. I - tylko nie recenzji. To są dyletanckie wariacje na temat książek przeczytanych. Nie obrażajmy recenzentów :P

      Usuń
    3. Eee tam, korek. Śmieciuszek życiowy - to jest to! teraz się przez chwilę mogę pławić w nimbie chwały - proszę mi tego nie odbierać :)

      Co do namiotów, to ja właśnie nigdy nie bywałam nawet w pobliżu, stąd też może nie wczułam się w powieść tak jak należało. A może nawet spróbuję raz jeszcze przeczytać "Większy kawałek" coby sprawdzić, czy mi się gusta nie zmieniły.

      Usuń
    4. Nigdy nie byłaś pod namiotem?! Rodzice nie rozumieli potrzeby i bali się o, czy też Ty nie widziałaś potrzeby?
      Ja pamiętam jeden wypad do Zagnańska, podczas którego żywiliśmy się pączkami, ekstramocnymi i prostymi winami. Wiem, wiem, to nie to samo co łowienie węgorza, ale pamiętam do dziś. Kilka historii nadaje się do opowiadania tylko i wyłącznie po kilku głębszych :)

      Usuń
    5. Jakoś idea spania na ziemi, z perspektywą niezidentyfikowanego obiektu pełzającego i, najgorsze, PAJĄKA skutecznie mnie zniechęciło wobec tej formy rekreacji. Czas miał jednak pokazać, że w pensjonacie nie zawsze jest lepiej... ale mądry Polak po ptakach...

      Usuń
    6. Komary? Tak. Osy? Tak. Żaby? Tak. Mrówki? Tak. Ale pająki? Nie opłaca im się wprowadzać do namiotu, który zaraz zostanie zwinięty:) A w pensjonatach pająków do woli, a czasem nawet myszy, o salmonelli nie wspomnę:P

      Usuń
    7. Żywizna rzeczywiście jest upierdliwa, ale są gorsze rzeczy. Na przykład zaśnięcie w deszczową noc (deszczowa zrobiła się już po zaśnięciu), z nogami obutymi w tzw. wojaki i wystającymi z namiotu, jak raz, pod spad tropika. A potem pobudka w słoneczku, które ściągnęło skórę o co najmniej dwa numery :)

      Usuń
    8. szokujące jest, że nieświadomie w czasie snu połykamy dziesiątki pająków, przez całe życie.

      Usuń
    9. W obliczu tego co producenci żywności wpychają do różnych, popartych "babunieniem" i "dziaduleniem", wytworów "spożywczych", nawet setki połkniętych pająków nie wydają mi się szczególnie straszne :P

      Usuń
  2. Heh, a ja z trzech tomów o przygodach Tereski i Okrętki tę lubię najbardziej. Może dlatego, że "Zwyczajne życie" czytałam już po lekturze autobiografii Chmielewskiej i miałam wrażenie wtórności - jakbym czytała o młodej Irenie i jej przyjaciółce Jance (niektóre sytuacje żywcem zapożyczone, choć nie te kryminalne). A może dlatego, że wakacje kajaku zawsze wydawały mi się nadzwyczaj pociągające. A może dlatego, że na polu namiotowym po raz pierwszy pojawiają się Janeczka i Pawełek, moi ukochani bohaterowie. A może... No dobra, nie będę ciągnąć tematu ;) Ale i tak jako najnajlepszą książkę Chmielewskiej polecam 4 pierwsze tomy autobiografii. Salwy śmiechu gwarantowane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś kolejną namawiającą do lektury "Autobiografii". Ja z jakiegoś, dziś już zapomnianego, powodu, nigdy nie wyszedłem poza tom II tejże. Ale obiecuję się poprawić :)

      Usuń
  3. Ja nie chcę straszyć, ale Ślepe szczęście to już jest trzeci kisiel po Okrętce i Teresce, nie to, żeby całkiem słaby, ale jeszcze zatęsknisz za pluskiem wioseł i szorowaniem menażek piaskiem:PP

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie strasz, nie strasz, bo ... :P Niezbadane są wyroki podobałomisiów, więc muszę rzecz zgłębić organoleptycznie. Naocznie, rzekłbym nawet :)

      Usuń
    2. Zgłębiaj, zgłębiaj, czy ja Ci bronię?:)

      Usuń
    3. Ty nie, ale dodatki do Euro, tak. Tym bardziej, że nie wiem jak u Was, ale u mnie pogoda pasuje tylko do tychże dodatków ;)

      Usuń
    4. A zresztą, jak nie spodoba mi się "Ślepy ...", to rzucę się między pięć tomów o Pawełku i Janeczce :) Może na urlopie (choć akurat wypadną mi urodziny i nawet pogoda nie będzie grała roli)?

      Usuń
  4. A mnie sie podobało:) Często wracam, bo jakos w Okrętce kiedyś widziałam siebie. Jedyne co mi zgrzytnęło w zębach to imię pięknego wybawcy, ale i to przełknęłam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czy ja mówię, że się nie podobało? A że mniej niż pierwsza część. I ciesz się, że to wczesne lata 70te, bo mógł być np. Leôncio :P

      Usuń
  5. Mam do "Większego sentyment" tym większy, że znam doskonale miejsca, które dziewczyny odwiedziły:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja na jeziora wyprawiam się dopiero w tym roku. Co prawda bez składaka i w wersji dla XXIwiecznej dulszczyzny, czyli z popasami w knajpach, pełną lodówką w domku i takimi tam, ale może choć cień atmosfery uda mi się złapać. I nie mam tu na myśli połowu zwierzyny pływającej na rosówkę :)

      Usuń
    2. Będę stacjonował gdzieś w okolicy Augustowa i przemieszczał się po okolicy na dwóch kółkach. Jak zobaczysz łysego drągala na wielkim wiełasipedzie, to jest duże prawdopodobieństwo, że będę to ja :)

      Usuń
  6. Mi tam "Ślepe szczęście" się bardzo podobało, natomiast "Większy kawałek..." czytałam tylko raz i dużo nie pamiętam. Przyniosłam go sobie za to z którejś wymiany książek i mam zamiar wkrótce otworzyć, tak żeby się w klimat wakacyjny wbić. Ale i tak Janeczka i Pawełek rządzą;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Uwielbiam. Wiosłowanie patelnią (z wysiłkiem) w mózg mi się wryło na wieki wieków amen.

    Janeczkę i Pawełka bierz koniecznie, jak jeszcze nie znasz. Nie znasz?

    OdpowiedzUsuń

"Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników je zamieszczających. Prowadzący bloga nie ponosi odpowiedzialności za treść tych opinii."