środa, 5 grudnia 2012

"Gol! Pierwszy mecz" Luigi Garlando

Kilkukrotnie pisałem już o tym, jaką męką dla czytającego na głos rodzica jest niekompatybilność z zainteresowaniami dziecka. Popatrzmy. Starszy jest maniakalnym fanem piłki kopanej, do której jego ojciec, czyli moja skromna osoba, ma stosunek neutralny, chwilami* przechodzący w dość oziębły. Tarcia na gruncie czytelniczym zaczęły się w momencie, w którym fascynat wygrzebał sobie na bazarku “Techniki ofensywne w piłce nożnej” z roku 1973** i zawinszował sobie, żeby nadworny lektor przybliżał mu je co wieczór. I na nic cierpiętniczy głos rodziciela, na nic perswazje, że futbolu nie da się nauczyć z książek, na nic mruczando pod nosem rzucanych, niewybrednych komentarzy. Czytać i już! Po którymś z kolei: “... uderzamy zewnętrzną stroną wewnętrznego podbicia prawej stopy z siłą ok. 10 niutonów pod kątem …”, zacząłem przemyśliwać o odmianie losu swego. Oczywiście nie mówię tu o rozwiązaniu radykalnym (tajemnicze zaginięcie podręcznika w najbliżej położonym piecu c.o.), a takim w stylu “wilk syty i owca cała”. Postanowiłem znaleźć piłkarską beletrystykę dla miłośników “nogi” od lat siedmiu wzwyż. Zadanie wcale niełatwe, bo prócz bahdajowego “Do przerwy 0:1”, posucha, ale, jak się okazało, nie niemożliwe. W sukurs przyszła mi bowiem pierwsza część cyklu autorstwa Luigiego Garlando, pod wielce wymownym tytułem “Gol!”.
“Pierwszy mecz” opowiada historię formowania się pewnej niezwykłej drużyny piłkarskiej. Niezwykłej, albowiem stworzonej przez … kucharza, pana Gastona Champignon. Jej niezwykłość jest tym większa, że po żmudnym procesie rekrutacji (kto by chciał grać u kucharza, nawet jeśli ma on za sobą piłkarską przeszłość), którego opis zajmuje część książki, w skład teamu wejdą dwie dziewczyny. Mało tego - baletnice. Wraz z mistrzem ataku - Tommim, bramkarzem - Szpilą i resztą składu, pokażą chojrakom z prowadzonej przez chorobliwie ambitnego trenera przeciwnej drużyny, że nie liczy się liczba goli i zwycięstwo, ale piękno sportowej rywalizacji i radość płynąca z uprawiania ukochanej dyscypliny sportu.
Wiem, wiem. To ostatnie zdanie zapaliło czerwoną lampkę w głowach tych rodziców, którzy dostają wysypki na myśl o tym, że książka może być przesycona “natrętnym dydaktyzmem”. I choć sam czasem wkurzam się na zbytnią łopatologię w prostowaniu kręgosłupa moralnego młodemu pokoleniu, to jednak Garlando udało się moim zdaniem zachować równowagę między wartką akcją, a opowieścią o Przyjaźni, Ciężkiej Pracy (treningi), Tolerancji (baletnice w korkach) i Innych Wartościach. Ba, są nawet fragmenty, w których ci dobrzy stosują dwuznaczne moralnie zagrania.
Jak zatem się czytało? Wreszcie z obopólną przyjemnością. Co więcej, w pewnym momencie atmosfera rywalizacji udzieliła mi się do tego stopnia, że nie mogłem doczekać się wieczoru, żeby zobaczyć co dalej u Cebulek***. A opisy meczu zdynamizowane komiksowymi wstawkami, to już w ogóle. Gdybym nie był statecznym mastodontem, to po każdym golu zrywałbym się i wrzeszczał jak jakiś włoski komentator.
Jak zatem widać, “Pierwszy mecz” doskonale sprawdził się jako koń trojański, a ja czekam na wizytę w WBP, żeby pozyskać tom drugi serii. I mam nadzieję, że wydawca nie poprzestanie na dwóch dotychczas wydanych, bo autor pociągnął temat.

* “Tato, idziemy na orlika?!”, w najlepszym momencie czytanej książki :P
** Tytuł i rocznik zastępcze, bo dane oryginału wyparłem po pierwszym czytaniu.
*** Beznadziejna nazwa, jak stwierdził fachowiec.

14 komentarzy:

  1. To współczuję, bo piłki bym nie zniósł, a wróżki i króliczki jakoś łykałem. Na szczęście Starsza się usamodzielniła czytelniczo i głowy nie zawraca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty się uodporniłeś na jedno, ja na drugie. A króliczki bym zniósł. Ale nie wiem czy Hefner coś napisał :P

      Usuń
    2. Musisz poszukać w dziale dla dorosłych:P Widziałem kiedyś jakąś antologię opowiadań Playboya, może nawet ilustrowaną:P

      Usuń
    3. Nic nie przebije czytanych w pacholęctwie, pozbawionych cienia wszelkiego obrazu, ale za to jakże rozpalających młodzieńczą wyobraźnię, "Pamiętników Fanny Hill" :D

      Usuń
    4. Wszyscyśmy to czytali - to się nazywa jedność pokoleniowa:P

      Usuń
    5. A może by tak, na fali powrotów ...? Choć boję się, że powtórna lektura mogłaby być srogim zawodem :)

      Usuń
    6. E nie, nie, szkoda wspomnień:P

      Usuń
  2. Polecam Twojej uwadze jutrzejszy Płaszcz i zaznaczam, że to czysty zbieg okoliczności, została zaplanowana parę miesięcy temu. :) To się ponoć nazywa bibliotelepatia. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tzn. notka została zaplanowana. :)

      Usuń
    2. Jako stary wyjadacz łapię skróty myślowe :P

      Usuń
  3. U nas fala uderzeniowa przeszła wraz z Euro i już od dawna nie czytałam nic o piłce nożnej. U nas lektury nie tyczyły jednak techniki, a składów drużyn. "W 1974 roku w reprezentacji Urugwaju czołowym napastnikiem był..." Brr! Teraz więc nie wiem - zaryzykować, bo zachęciłeś, czy lepiej ominąć szerokim łukiem, w obawie że wraz z tą pozycją powrócą pozostałe? "System rozgrywek w lidze włoskiej przedstawia się następująco..."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie namawiam, aczkolwiek zaznaczam po raz wtóry, że mnie się całkiem. Natomiast czytania na głos biografii Messiego odmówiłem kategorycznie (tak, tak, wbrew pozorom potrafię być stanowczy) i Starszy powoli i samotnie brnie przez kobyłkę :E

      Usuń
  4. Naprawdę taka posucha na tym polu, przedpolu piłkarskim?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Posucha może i nie, ale są to rzeczy mocno usypiające, nawet zapalonego kibica :)

      Usuń

"Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników je zamieszczających. Prowadzący bloga nie ponosi odpowiedzialności za treść tych opinii."