Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania flagg, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania flagg, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 września 2010

"Nie mogę się doczekać... kiedy wreszcie pójdę do nieba" Fannie Flagg


Koniec sierpnia nie rozpieszczał nas pogodą serwując raczej tzw. "butelkówę" i choć pokusa była silna, a sklep ze spirytualiami tuż, to jednak my postanowiliśmy pogadać przy herbatce (bez prądu) o książce Fannie Flagg.
Proza Fannie jest specyficzna i można ją albo polubić, albo nabawić się nań alergii. Nasza, jak zwykle zgodna, gromadka, jednogłośnie stwierdziła, że mimo tradycyjnej w książkach Flagg, wielkiej ilości lukru i sielankowego obrazu amerykańskiej prowincji, jesteśmy na tak. Bo to jednak miło trafić do miejsca, gdzie ludzie są dla siebie mili i łączy ich silna dobrosąsiedzka więź.
"Nie mogę się doczekać ...", to kolejna wariacja na temat, znanego z innych powieści autorki, Elmwood Springs. Znów spotkamy Sąsiadkę Dorothy, Ruby, Tot oraz innych znajomych z miasteczka, ale tym razem główną bohaterką uczyniła Flagg, Elner, ciotkę hipochondrycznej Normy. Staruszka ma naprawdę niezłe entrée, bo historia rozpoczyna się od jej upadku z drabiny dostawionej do dość wysokiego drzewa figowego. Mało tego, dziarska babcia, zostaje równocześnie pogryziona przez rój szerszeni i wskutek połączonych sił tych dwóch nieszczęśliwych wypadków opuszcza ten padół łez, trafiając do nieba. Ale to nie koniec niespodzianek jakie Elner ma w zanadrzu dla czytelnika i swych najbliższych.
Oczywiście można się zżymać, że u Flagg wszystko szczęśliwie zmierza do wielkiego happy endu. Można twierdzić, że Elmwood Springs, to mrzonka, ułuda i pobożne życzenie, bo tak naprawdę takich miasteczek i takich ludzi jak jego mieszkańcy, po prostu nie ma. Można fukać na to, jak autorka odmalowała tytułowe Niebo. Można ... Niemniej jednak nasza grupka jest zdania, że człowiekowi potrzeba nadziei na to, że gdzieś jeszcze mieszka zwykła, ludzka życzliwość. Że istnieją staruszkowie, którzy mimo ósmego krzyżyka na karku, zachowują sprawność fizyczną, jasność umysłu i cięty dowcip, bo sami chcielibyśmy kiedyś tacy być. A Niebo? Książka Fannie także tu służy nadzieją, że będzie ono dla każdego takie jakie sobie wymarzył.
Bardzo optymistyczna, pełna sympatycznych scen, które wywołują na twarzy uśmiech, historia o tym, że śmierć, to tak naprawdę nic strasznego. Oby autorka się nie myliła.

poniedziałek, 8 września 2008

"Smażone, zielone pomidory" Fannie Flagg


Książka Fannie Flagg, w wycinkach prasowych umieszczonych na okładce, jest określana jako "niezwykle zabawna", "pełna humoru", co sugerowałoby, iż jest to powieść przy której będziemy zarykiwać się wręcz ze śmiechu. Prawda jest jednak taka, że "Smażone ..." to utwór czerpiący pełnymi garściami z życia i podobnie jak w życiu jest w nim miejsce na śmiech, ale również (i to częściej) na płacz.
Książka ta ma dość ciekawą kompozycję. Z jednej strony jest to rodzaj wspomnień snutych przez mieszkankę domu spokojnej starości, Cleowę Threadgood, uzupełnionych przez retrospekcje z czasów jej młodości oraz wyjątki z prasy tamtego okresu. Z drugiej zaś opis życia przechodzącej menopauzę kobiety, która jest wierną słuchaczką staruszki. Przeszłość miesza się z teraźniejszością, a oba plany pięknie się zazębiają, tworząc synchroniczną całość.
Flagg jakby mimochodem, przy okazji snucia swojej gawędy, porusza ważkie
(może niekoniecznie dla polskiego czytelnika) problemy: rasizmu i segregacji rasowej, homoseksualizmu, ubóstwa, przemocy w rodzinie itd.
Nie wiem jak będzie z wami, ale ja utonąłem w świecie kawiarni Whistle Stop
i okolicach. Razem ze świetnie skreślonymi postaciami zaludniającymi karty powieści śmiałem się i ... no... pociły mi się oczy. Flagg nie umieściła cukierkowatych ludzików w cukierkowatym świecie. Jest krew, jest śmiech, jest zbrodnia, jest miłość, jest nienawiść, bohaterowie mają swe wady i zalety, jest... super.
Polecam szczerze. Teraz czekam, aż znajdę trochę czasu na obejrzenie filmu.

poniedziałek, 4 maja 2009

"Dogonić tęczę" Fannie Flagg


Każdy kto ma dość krwawych historii, filozoficznych rozpraw i płomiennych romansów powinien sięgnąć po "Dogonić tęczę" Fannie Flagg. Rzadko bowiem zdarza się, by ktoś z taką pasją i talentem opisywał zwykłe życie, zwykłych ludzi, w zwykłym, małym, amerykańskim miasteczku, gdzie sprawy toczą się z wolna, a ich tempo nie osiągnęło jeszcze drugiej prędkości kosmicznej, jak ma to miejsce w wielkich aglomeracjach. Choć już chyba nie tylko tam.
Oto Elmwood Springs, Missouri, czyli parę ulic, drugstore, kino, szkoła, kościół. Oto jego mieszkańcy i ich problemy. Sąsiadka Dorothy prowadząca lokalną audycję radiową i mająca problemy z Bobbym, synem - rozrabiaką. Tot i jej zakład fryzjerski, prowadzony, mimo braku talentu właścicielki, by wspomóc, rujnowany przez męża alkoholika, domowy budżet. Norma, ciągle zamartwiająca się o wszystko gospodyni domowa i wiele, wiele innych. Zaczynając opowieść w latach czterdziestych, a kończąc w dziewięćdziesiątych, ubiegłego stulecia, wiedzie nas autorka przez historię rodziny Smithów oraz wszystkich tych, którzy znaleźli się w jej orbicie.
"Dogonić tęczę" to świetny obraz amerykańskiej prowincji, wszystkich plusów i minusów życia na niej oraz zmian jakie tam zachodzą na przestrzeni lat. To słodko-gorzka opowieść, o prostym życiu, o prostych radościach, o pielęgnowaniu podstawowych wartości. O czasach kiedy: "Nie kłamało się, nie oszukiwało ani nie kradło, rodziców otaczało się szacunkiem, słowo było czymś zobowiązującym. Nie wyłudzało się rzeczy. Chłopak żenił się z dziewczyną. Płacił rachunki. Wychowywał dzieci. Nie przeklinał w obecności dziewcząt. Nie podnosił ręki na kobietę." I choć wyśmiewać można "rednecków", to jednak nie sposób nie podziwiać organizacji życia sąsiedzkiego, tych wszystkich stowarzyszeń, klubów, spotkań, wieczorków, tego wszystkiego, czego, wydaje mi się, brakuje dzisiejszej polskiej wsi. Bo prawda jest taka, że, choć podobnie jak w Elmwood, na polskiej prowincji wszyscy znają wszystkich, to jednak odgrodzeni cyfrową telewizją i wysokimi płotami, są dla siebie obcy. "Dogonić tęczę", to książka która pokazuje, że nie musi tak być. To marzenie o spokojnej przystani, gdzie wszystko ma swoje miejsce.
Żeby nie było, że same zachwyty, jest w tej bece miodu łyżka dziegciu. W pewnym momencie Fannie Flagg opuszcza Elmwood Springs, żeby skupić się na opisywaniu kariery politycznej jednego z bohaterów. Uważam, że zbytnie rozbudowanie tego wątku, opisującego cienie i blaski american dream, zaszkodziło książce, choć niewątpliwie zyskała przez to na objętości. Solidne "ciach" w tym względzie, byłoby wskazane.
Niemniej jednak, miłośnikom nieśpiesznych bajęd, ciągle polecam, bo to pełna ciepła, muzyki gospel i zapachu ciast, pieczonych według przepisów Sąsiadki Dorothy, historia. I choć wiadomo, że upływ lat musi w końcu zakończyć się czyjąś śmiercią, to i tak na żadną nie byłem przygotowany. Cóż, jak w życiu...

środa, 8 października 2008

"Daisy Fay i cudotwórca" Fannie Flagg


"Daisy Fay ..." to druga po "Smażonych ..." przeczytana przez mnie powieść Fannie Flagg. Potwierdza ona moją opinię o tym, że słodko - gorzkie historie snute przez autorkę wymykają się szufladce z napisem "literatura kobieca". "Daisy ..." bardzo mi się podobała i pochłonąłem ją w dwa dni ;)
Książka to pamiętnik amerykańskiej nastolatki, tytułowej Daisy Fay, pisany na przestrzeni kilku lat (1952 - 59) i opisujący wszystko co "Stokrotkę" otacza. 11-letnia na początku powieści Daisy jest: osóbką, którą cechuje "życiowa" inteligencja, o nieprzeciętnym poczuciu humoru, bystrą obserwatorką, która bierze życie takim jakie jest. Poznajemy typowe dla jej wieku i pokolenia troski i radości, poznajemy galerię nieprzeciętnych osobowości, z którymi styka się na przestrzeni tych opisanych 7 lat, śmiejemy się, kiedy wpada w kolejną kabałę i współczujemy kiedy dotyka ją jakieś nieszczęście. Gdzieś w tle jawi się nam amerykańskie Południe lat 50-tych. Pełne strachu przed Czerwonymi i kolorowymi, ksenofobów spod znaku KKK i zwykłego kołtuństwa.
Bardzo miło spędziłem czas z tą książeczką. Zaliczyłbym ją do tych optymistycznych. Nie śmiesznych, bo mimo, że śmiałem się przy niej wielokrotnie, to jednak, tak jak w życiu śmiech często przekształcał się w "oczupocenie". Polecam.
ps. No bo jak tu się nie uśmiechnąć? "Babcia Pettibone zgarnęła pulę w bingo i miała atak serca. Zabrali ją do Szpitala Baptystów i powiedzieli, żeby nie paliła, bo w pokoju są butle z tlenem, ale babcia schowała we włosach jednego camela i jak wszyscy wyszli, zapaliła. Wysadziła w powietrze wszystkie okna w prawym skrzydle szpitala. (...)".