
Nie pamiętam już kiedy odbyło się moje pierwsze spotkanie z Jakubem Wędrowyczem. Do dziś byłem przekonany, że gdzieś w czasach licealnych, ale Wiki twierdzi, że debiut autora przygód egzorcysty - amatora miał miejsce w roku 1996, a więc już po moich gościnnych występach w miejscowym ogólniaku. Zresztą..., nieważne. Ważne jest natomiast, że do dziś pamiętam, jak zauroczony bohaterem, przeczytanego w jakimś "Feniksie" czy innym "Science Fiction", opowiadania, rzuciłem się do mojego ówczesnego kompa i przy pomocy analogowego modemu 56k, z trwogą śledząc licznik czasu połączenia, zacząłem gmerać w sieci. I wygmerałem kilka innych, wówczas jeszcze ogólnie dostępnych, tekstów pana Andrzeja, wydrukowałem u kolegi i przeczytałem, śmiejąc się w głos. A później zaraziłem kumpla, którego sprzęt przeniósł jajcarskie, wojsławickie teksty na papier.
Dziś sam jestem dzia..., ups, nie ta bajka. Dziś, dzięki zbiorkowi "Czarownik Iwanow", znów mogłem spotkać starych znajomych spod Chełma. Przeczytałem i przyznam szczerze, uczucia mam mocno mieszane. O ile bowiem Wędrowycz przemawia do mnie w krótkich, kilku- kilkunastostronicowych opowiadaniach z charakterystyczną, dowcipną puentą, o tyle tytułowa minipowieść, mimo całego kolorytu okolic i postaci, z deczka mnie wynudziła. Nie będę się jednak zrażał i dam szansę kolejnej odsłonie przygód krzepkiego staruszka ze Starego Majdanu (choć która to część będzie, nie mam pojęcia), bo to jednak miło przeczytać, że główny bohater powieści lubi sobie, podobnie jak ja, strzelić "Perłę" z lubelskiego browaru. A poza tym uwielbiam jakubowy nonkonformizm.







