Rzadko ostatnio chadzam nocami, ale kiedy już mi się zdarzy, bywa tak, że widząc rozświetlone okno czyjegoś mieszkania, rzucam ukradkowe spojrzenie do środka i zaraz tworzą mi się w głowie historie ludzi zamieszkujących to domostwo. Chyba większość czytelników ma w sobie ten gen podglądactwa, który mniej lub bardziej sobie uświadamiamy. Ale on istnieje, bo w końcu po książki sięgamy, żeby wejść w czyjeś (bohaterów) buty, zmagać się z czyimiś problemami i "ładować baterie" czytając o czyichś chwilach szczęścia.
Alexander McCall Smith, szkocki pisarz i akademik, znany jest mi głównie z obyczajowo-kryminalnego cyklu o Kobiecej agencji detektywistycznej. To jemu i bohaterce tejże serii książek zawdzięczam niewątpliwie moje uwielbienie dla herbaty rooibos pod każdą postacią. Ostatnio na przykład mieszanki pt. Złoto Tybetu. Ale do brzegu ...
Pan Smith postanowił przywrócić do łask powieść w odcinkach, sposób publikacji, którego używano na przestrzeni XIX wieku i który zakładał, że kolejne części pisanej przez autora historii ukazywać się będą w regularnych odstępach czasu (zazwyczaj dyktowanych cyklem wydawniczym), w jakimś poczytnym czasopiśmie. Jak wszystko na świecie, również taki system miał plusy i minusy. Minusem dla twórcy, była konieczność "karmienia" czytelnika ciągłym, nieprzerwanym strumieniem tekstu. Tu nie było przeproś i że muza nie usiadła na kolankach, to poczekamy miesiąc, może wróci. Nie. Deadline za deadlinem. Dlatego zapobiegliwi pisali parę odcinków naprzód, niestety czasem ze stratą na tychże odcinków jakości. I troszkę to widać również w publikowanym na łamach The Scotsman cyklu "44 Scotland Street". Plusy? Rozdziały są krótkie, do połknięcia na raz, więc można sobie lekturę dawkować. Poza tym autor musi poświęcić swoją uwagę kolejnym bohaterom, więc nie jesteśmy narażeni na znudzenie jakąś nielubianą postacią, bo ta znika z naszego czytelniczego horyzontu dość szybko (niestety tylko do następnego razu).
Ale, ale ... Przecież siadałem do klawiatury z myślą do namówienia do lektury, a nie wytykania jej słabości. Bo mimo drobnych dłużyzn czy wplecionych w tekst, przemycanych przez autora tu i ówdzie, własnych poglądów na ten czy inny temat, jest przecież "44 Scotland Street" książką pogodną, prezentującą panoramę miasta (Edynburg) i grupę mniej lub bardziej sympatycznych, ale też nader charakterystycznych postaci to miasto zaludniających. I choć sama stolica Szkocji została nakreślona dość grubą kreską, to historie z życia bohaterów kamienicy zlokalizowanej pod tytułowym adresem są bardziej szczegółowe. I wciągają. W końcu jestem przy trzecim tomie.
Pora zatem na prezentację, być może wybierzecie kogoś kogo chcielibyście bliżej poznać. Pat - dwudziestolatka, która robi sobie przerwę (kolejny rok), przed podjęciem studiów, a jednocześnie, chcąc podkreślić swą dojrzałość, opuszcza rodzinne gniazdo i trafia na 44 Scotand Street jako współlokatorka Bruce'a. No właśnie, Bruce. Narcyz byłby zawstydzony, ba, zazdrosny nawet o poziom kompetencji i pewnie poprosiłby rzeczonego młodzieńca o warsztaty z bycia bardziej narcystycznym. Domenica, antropolożka i erudytka, niespokojny duch i dusza towarzystwa, że tak użyję nadprzyrodzonych metafor. Rodzina Pollocków: Irene - überambitna matka, która przekonana o geniuszu swojego synka Bertiego, zapisuje go na coraz to bardziej zaawansowane (i trochę jak na sześciolatka absurdalne), zajęcia oraz sesje psychoterapii; Bertie - inteligentny chłopiec, którego największym marzeniem jest być zwykłym sześcioletnim chłopcem i Stuart, wycofany ojciec, który jednak czasem próbuje zawalczyć o odrobinę szczęścia dla swego, osaczonego matczyną miłością* (*czyt. ambicjami), dziecka. Mamy jeszcze Mathew, zagubionego mężczyznę przed trzydziestką, syna milionera, którego ojciec uważa za, może nie nieudacznika, ale niezbyt lotnego w dziedzinie biznesu. Każdego rodzaju biznesu. I dlatego kupuje mu i pozwala prowadzić galerię sztuki, straty z tej działalności wliczając w koszty utrzymania potomka. Mathew podobnie jak kilka innych postaci nie mieszka pod numerem 44, ale autor wiąże bohaterów z innych części miasta siecią powiązań, czy to towarzyskich czy uczuciowych z lokatorami ww. przybytku, wciągając ich w orbitę wydarzeń. Tak się zresztą składa, że moją ulubioną postacią jest Duża Lou, dysponująca innym niż tytułowy adresem kobieta, która za pieniądze otrzymane w spadku kupuje edynburski antykwariat i przerabia go na kawiarnię, same książki zabierając do domu i po kolei czytając, co sprawi, że stanie się filozofem - amatorem i powiernikiem stałych bywalców, z którymi toczyć będzie nader interesujące rozmowy. Sami więc widzicie, że jest z kogo wybierać (a nie wymieniłem wszystkich).
Wracając do pierwszego akapitu wpisu, pierwszy tom serii, to właśnie taki spacer nocą po Edynburgu, podczas którego (spaceru, nie Edynburga), stajemy pod oknami kamienicy z numerem 44. Tyle tylko, że nie musimy się zastanawiać jakie są losy jej mieszkańców, bo pan Smith wszystko nam detalicznie objaśni. To ciepła, słodko-gorzka powieść, która może czasem nużyć, ale koniec końców jej syreni śpiew znów nas do niej przyciągnie. Czytam ją wolno, po trzy, cztery rozdziały i nawet myślałem, żeby uciec w inne literackie światy, ale jakoś za każdym razem łapię się na myśli: "Ciekawe co tam u ..." i sięgam po kolejną część Scotland Street (mam na półce sześć wydanych po polsku tomów).
PS. Warto nadmienić, że treść swoimi czarno-białymi rysunkami uzupełnił Iain McIntosh. Jeśli ktoś lubi szkocką whisky, to jego rysunek zdobi etykietę 12 letniej Aberfeldy :)
PPS. Mam czasem wrażenie, że coś uwiera mnie w tłumaczeniu. To wrażenie wzmogło się w drugim tomie, gdzie kula do kręgli nazywana jest kilkukrotnie "piłką". Niestety nie dysponuję oryginałem, żeby sprawdzić czy to tylko moja wyobraźnia. W każdym razie, ilość tych zgrzytów nie jest jakoś bardzo wybijająca z lektury.

Och, jak bardzo mi to przypomina książki irlandzkiej pisarki Maeve Binchy, niby o każdym z osobna, ale tak naprawdę razem. I to się czytało.
OdpowiedzUsuńSmitha znam słabo, ale zainteresowałeś mnie tą książką. I mówisz, że dużo tomów?
O to, to! Z tym, że pani Binchy, jak widzę, nie tworzyła cykli, zamykając całą historię w pojedynczych książkach. McCall Smith poszedł tymczasem na całość i do 2019 roku ukazało się, wg LC, 12 tomów historii z życia mieszkańców 44 Scotland Street (miałem skrótem, ale źle się kojarzy), z tym że tylko 6 ukazało się po polsku :( Plus jest taki, że jak polubisz bohaterów serii (nie wszystkich, rzecz jasna, bo niektórzy po prostu nie dają się lubić), to sobie wracasz i wracasz. Z drugiej strony, jak nie zażre, to ile oszczędzasz czasu na inne lektury :D
UsuńJa w tej chwili stoję na rozdrożu, bo kończę trzeci tom i zastanawiam się czy w tym związku powinno już paść zdanie: Musimy od siebie trochę odpocząć.
Jako zagorzały fan mme Ramotswe mam zamiar najpierw doczytać do końca cykl o niej, zważywszy że teraz to już tylko w lengłydżu, to chwilę potrwa, zanim dotrę do Szkocji, która zresztą czeka cierpliwie od lat.
OdpowiedzUsuńOd kiedy stwierdziłem, że nie będę się śpieszył z czytaniem i jak będę miał ochotę całe popołudnie (jeśli będzie do mojej dyspozycji), scrollować bunia, to tak zrobię i to bez wyrzutów sumienia, że przecież książka leży, to, paradoksalnie, czytam więcej. Więc bez nerw, przyjdzie czas to przyjdzie, tak jak u mnie na Mmę. Kiedyś :D
UsuńJa sobie chyba wezmę jakąś mme na przełamanie, bo tkwię od dwóch miesięcy w Mężczyźnie imieniem Ove i nie to, żeby mi się nie podobało, ale jakoś nie możemy złapać flow z tą ksiązką.
UsuńO, widzisz! Mnie Ove się podobał. Natomiast przypomniałem sobie właśnie (dzięki), że mieliśmy z Kitkiem obejrzeć ekranizację. Zaczęliśmy się zastanawiać, którą i chyba jakoś nie doszliśmy do konsensusu czy wygrywa Hollywood czy Szwedzi, a potem się rozmyło. Dziś wrócę do tematu :D
UsuńMnie też się podoba, ale jakoś więcej niż jeden rozdział naraz nie jestem w stanie.
UsuńCzasem to najwłaściwsza dawka :) Ja mam system mieszany: serial, książka, komiks. Niestety czasem bindżowanie bierze górę i dlatego muszę chyba na jakiś czas pokończyć subskrypcje VOD :P Tym bardziej, że czasem wciągam się w straszny paździerz :(
UsuńAle wiesz, ja wracam do domu autobusem, zatopiłbym się w lekturze, a tu nie ma szans :P
UsuńA, to przepraszam :)
UsuńAleż wodzu!
UsuńOkazuje się, że przez przypadek mam dwa tomy tej serii, 5 i 6.
OdpowiedzUsuńMożna czytać bez tych poprzednich?
Pewnie można, ale rekomendowałbym jednak czytanie po kolei, bo moim zdaniem sporo stracimy na braku chronologii i nieznajomości wcześniejszych wydarzeń, do których zresztą autor czasem nawiązuje w kolejnych tomach :) Z drugiej strony twórca powieści w odcinkach powinien mieć świadomość, że czytelnik może wejść w historię w dowolnym momencie (bo na przykład kupił gazetę na dworcu), więc powinien prowadzić ją tak, żeby nieznajomość wcześniejszych rozdziałów za bardzo nie przeszkadzała. Ja bym poszukał reszty w biblio. Tylko nie w kieleckiej WBP, bo tam na razie nie ma :P
UsuńZ 44 Scotland Street jestem w bliskiej przyjaźni od lat. Kiedy już przeczytałam wszystkie części wydane przez Muzę (czemu zaprzestali?), przeszłam na wersję oryginalną. Co jakiś czas dokupuję sobie nowy tom, żeby niespiesznie go sączyć, a i tak McCall Smith pisze szybciej niż ja nadążam czytać. W związku z tym kilka części nadal przede mną. Z bohaterów uwielbiam Bertiego (jak to jest, że mimo upływu lat on zawsze jest sześciolatkiem) i jego matkę Irene (zachodzę w głowę, jakie zaburzenia osobowości ma to kobieta, bo to, że ma jest pewne :D).
OdpowiedzUsuńJa póki co wyemigrowałem (na czas lektury 2 książek spoza serii) ze Scotland Street, ale mam zamiar wrócić. Szkoda, że wydawcy porzucają cykle przed ich ukończeniem, bo dla mnie, lewusa językowego, oznacza to pożegnanie z postaciami, które polubiłem. Wiem, wiem, można zaprząc AI do tłumaczenia, ale jakoś mi się ta droga nie widzi :) A matki Bertiego są wśród nas :D
UsuńNie daj Boże tłumaczenie AI. To już wolę na wieki pozostać w niewiedzy. ;) A co do McCalla Smitha, kompletnie został w Polsce niedoceniony. Szkoda, bo jest pisarzem nieprzeciętnym i moim zdaniem oryginalnym.
UsuńZ drugiej strony, najnowsze modele językowe poradzą sobie z tym zadaniem o niebo lepiej niż ja :P Mógłbym też wsadzić kij w mrowisko i napisać, że i od niektórych osób zabierających się za tłumaczenia literatury. Proza Smitha jest spokojna i ten spokój aktualnie bardzo mi pasuje. Czy kompletnie niedoceniony? Polemizowałbym, bo jednak kilkanaście jego książek przełożono. Brak kontynuacji, to pewnie efekt słabej sprzedaży, bo jak nie wiadomo o co ... :(
UsuńNie wiem czy zawarłabym znajomość z którymkolwiek z bohaterów. Pewnie byłby mi trudno ale podglądać i podsłuchiwać ich historie bardzo chętnie :)
OdpowiedzUsuńZ tym podglądaniem i podsłuchiwaniem, to zawsze mam dylemacik moralny, gdy czytam listy czy inne osobiste zapiski prawdziwych ludzi (żyjących lub nie), ale u Smitha to postacie fikcyjne, więc ... Jeśli jesteś psiarą, to może przypadłby Ci do gustu Cyril, pies ze złotym zębem, wielbiciel podgryzania kostek i miłośnik piwa :D
UsuńTen niektóre przekładu mnie kłują, niefajnie przetłumaczony test sprawia, że czytanie danej lektury przestaje być przyjemnością.
OdpowiedzUsuńPrzekład czy niechlujna korekta rzeczywiście potrafi popsuć lekturę dobrego skądinąd tekstu. Całe szczęście są tez przekłady kongenialne i ich się trzymajmy :D
Usuń