piątek, 29 maja 2009

"Gwiezdne Wojny: Wojny Klonów" reż. Dave Filoni


Dawno, dawno temu, bynajmniej nie w odległej galaktyce, ale w nowohuckim, nieistniejącym już zresztą, kinie "Świt", obejrzałem "Powrót Jedi". Tak, tak, swoją przygodę z Sagą rozpocząłem troszeczkę od pupska strony, ale był koniec lat 80-tych, a ja, pochodząc z małej wioski, z dobrodziejstw kina mogłem korzystać jedynie w czasie wakacyjnych eskapad do chrzestnej. Później było lepiej, bo, o ile dobrze pamiętam, "Imperium ..." oglądałem już w pobliskim miasteczku. W końcu przyszło Nowe, a wraz z nim szał magnetowidowy, dzięki któremu wreszcie można było oddać się X Muzie w domowym zaciszu, korzystając z przebogatej, choć nie zawsze pierwszej jakości, kolekcji filmów z kaset VHS, dystrybuowanych przeróżnymi sposobami.
Tak więc, choć nie jestem fanem, który ma w domu ołtarzyk ze zdjęciem Lucasa, potrafię zrozumieć jakie znaczenie dla dzisiejszej kinematografii miało powstanie "Gwiezdnych wojen". Poza tym pierwsze części międzygwiezdnej opowieści, która w międzyczasie rozrosła się do 6 filmów, przywołują, jak widać, wiele wspomnień. Dlatego też postanowiłem zapoznać się z najnowszym przedsięwzięciem osadzonym w realiach GW, czyli animacją, o której mowa w tytule.
"I jak?", zapytacie. Do luftu. Fabuła i zaprezentowana intryga, cieniutkie jak barszczyk wigilijny. Animacja ograniczona praktycznie do scen walk, czyli latających, laserowych, "promyczków" i wymachiwania neonówkami. Poza tym standard: Dooku - wredny, droidy - głupie, Jedi - górą, Jabba - śmierdzi, klony - podobne.
Żeby się nie rozwodzić, podsumuję w dwóch słowach. Odcinanie kuponów. I to na poziomie, który być może zachwyci 6-latka, ale prawdziwego fana, a i zwykłego, starszego widza, wprawi w zakłopotanie i pozostawi z pytaniem: "WTF?".
PS. W międzyczasie dowiedziałem się, że "Star Wars: The Clone Wars", to pilot do serialu TV, którym, w niedzielne ranki, raczy nas TVP. Próbowałem oglądać z Bartim jeden odcinek. Źli napadli dobrych -> dużo strzelania z laserów -> dobrzy wygrywają. Młody powiedział pas, a ja razem z nim :)

czwartek, 28 maja 2009

"Cesarz" Ryszard Kapuściński


Kiedyś, kiedy człowiek był młody i głupi (czyt. w podstawówce), śmieszyły go dowcipy o słomkach - śpiworach, wysyłanych przez kraje rozwinięte do Etiopii. Kiedy przyszła kolej na młodocianą ciekawość świata, nabywane informacje wymazywały echa tego gówniarskiego śmiechu. Kolejnym krokiem na drodze do zrozumienia nieszczęścia, jakie spotkało, po II wojnie światowej, ten biedny, afrykański kraj, była lektura "Cesarza", autorstwa mistrza reportażu, Ryszarda Kapuścińskiego.
Pan Ryszard przybywa do Etiopii już po sukcesie wojskowego puczu, którego skutkiem była detronizacja cesarza Haile Selassie I. Przy pomocy dawnych znajomych, odnajduje kolejnych, ukrywających się przed nową władzą, członków dworskiej kamaryli i z ich relacji buduje obraz absolutyzmu i absurdów wewnątrzpałacowego życia, skupionego wokół Króla Królów. Z kolejnych opowieści, oczadzonych tytułową postacią, i dla ich bezpieczeństwa ukrytych pod inicjałami, dworaków, wyłania się obraz kraju, w którym z jednej strony ludzie giną śmiercią głodową, z drugiej, członkowie rozbuchanej pałacowej administracji żyją ponad stan. Gdzie korupcja i wyzysk najbiedniejszych, nie są czymś potępianym, a wręcz pochwalanym przez władcę. Gdzie klęska suszy zabija tysiące dzieci i dorosłych, gdy tymczasem jeden z pomniejszych mistrzów ceremoniału, atłasową ściereczką wyciera zgromadzonym na przemówieniu dygnitarzom, osikane przez cesarskiego pieska, buty. Co jednak najstraszniejsze, żaden z przepytywanych nie widzi w swych słowach nic zdrożnego. Ot, przykład: "Nastawała susza i ziemia wysychała, bydło padało, chłopi umierali - zwyczajny, zgodny z prawami natury i odwieczny porządek rzeczy. Z powodu tej odwieczności, normalności, żaden z notabli nie ośmieliłby się zaprzątać uwagi jaśnie wielmożnego pana tym, że w jego prowincji ktoś tam umarł z głodu."
Sam autor pisze o swym dziele: "Mnie chodziło o to, żeby to była książka o mechanizmach władzy dyktatorskiej. I żeby to była książka o tym, jak udział we władzy demoralizuje, deprawuje i wykrzywia. W "Cesarzu" ten cesarz właściwie się nie pojawia. To jest książka o ludziach dworu, o tym jak dwór tworzy dyktaturę" i rzeczywiście tekst ten, w swej niespotykanej formie, z urzekającą, choć czasem także drażniącą, poetyką, tę rolę spełnia.
I długo by tu się jeszcze rozwodzić, ale po co? Wypożyczać, kupować, czytać!

wtorek, 26 maja 2009

"Zabójczy żart" Peter James


"Światowy bestseller. Sprzedano 8 milionów egzemplarzy." Jak wydawca daje takie ostrzeżenie na okładce, to do kogo później czytelnik, w ręce którego trafił jeden z tychże egzemplarzy, ma mieć pretensje, że się nie podobało? Wiadomo. Do siebie. Wszak mądrość ludowa o milionach much, prawdziwą jest.
Zaczęło się od tego, że potrzebowałem lektury rozrywkowej. Na bibliotecznej półce wypatrzyłem książkę z oferty nieznanego mi bliżej wydawnictwa, będącą, jak się później okazało, pierwszą częścią kryminalnego cyklu o nadinspektorze Royu Grace.
Paczka młodych mężczyzn, urządza swojemu nieoficjalnemu liderowi, Michaelowi Harrisonowi, wieczór kawalerski. Schlani w trupa kumple, postanawiają odpłacić znanemu z kawalarstwa, kandydatowi na męża, zakopując go w trumnie z butelką whisky, świerszczykiem (gazetą, nie owadem), latarką i rurką, doprowadzającą powietrze przez otwór w wieku. Świetny wic, gdyby nie fakt, że wracający autem do baru pomysłodawcy, giną w kraksie. Tylko jedna osoba wie, gdzie jest Michael, ale w jej interesie nie leży powiadamianie kogokolwiek o tym fakcie. Po Michaelu rozpaczają: przepiękna narzeczona, najlepszy przyjaciel i matka. Do akcji wkracza, znany ze stosowania w śledztwie niebanalnych metod, wspomniany już glina.
Pomysł niezły, cóż z tego, skoro akcja toczy się w z góry wiadomym i zbyt łatwym do przewidzenia kierunku. Czyta się to szybko, ale brak zaskoczeń, dla których sięgam po tego rodzaju literaturę, powodował, że pytałem sam siebie o chęć kontynuacji. Dobrnąłem do końca i wiem, że choć postać Grace'a wzbudziła we mnie cień sympatii, to po kolejną książkę o prowadzonym przez niego śledztwie, nie sięgnę prędko. Wbrew zachwytom kolejnych milionów.

czwartek, 21 maja 2009

Akt stworzenia... DKK.


Stało się! Mimo permanentnego braku czasu postanowiłem zabawić się w stwórcę. A co stworzyłem? Zrąb, mam nadzieję, już wkrótce prężnie działającego, Dyskusyjnego Klubu Książki.

Zacząłem od telefonu do wojewódzkiego koordynatora, żeby dowiedzieć się co i jak. Pani Małgorzata wyjaśniła mi wszystko nader szczegółowo, a że ciągle się wahałem i odkładałem termin "poczęcia", na bliżej nieokreśloną przyszłość, dała kopa argumentowaniem, że to jednak dobry pomysł. Dostałem więc błogosławieństwo od pani kierownik lokalnej biblioteki (dzięki Ewciu), która została opiekunem "mojego" DKK (taki wymóg), wysłałem zgłoszenie, a w zamian dostałem pakę książek, zwój różowiastych plakatów i stertkę zakładek w tymże kolorze.

Paru chętnych miałem koło siebie, ale pomyślałem, że hermetyzacja to zły pomysł. Dałem więc plakatowy cynk, informując o spotkaniu organizacyjnym. Na spotkaniu byliśmy ja i mój starszy syn :( Ot, tyle w temacie czytelnictwa w mojej okolicy. Chyba, że sami nieśmiali czytelnicy wokół i tylko czytać lubią, a rozmawiać już niekoniecznie.

Nieważne. Ważne jest to, że 13 czerwca spotykamy się, żeby obgadać książkę Moniki Rakusy "39,9". Mam nadzieję, że będzie miło, a ja do tego czasu stworzę jakieś proste WWW, żeby zamieszczać relacje ze spotkań. Jeżeli zwycięży lenistwo, Śmieciuszek powiększy się o jeszcze jedną etykietę :D

Cóż mogę dodać. To mój kroczek w stronę wyjścia z wirtualnego światka książkowych dyskusji i przeniesienia go na grunt, z dawien dawna znanych, tradycji plotkowania twarzą w twarz. Trzymajcie kciuki. A dla tych, którzy też by chcieli, linka: Instytut Książki o DKK.

wtorek, 19 maja 2009

"Postrzyżyny" Bohumil Hrabal


„Postrzyżyny” stanowią pierwsza część znakomitego tryptyku nymburskiego, autorstwa Bohumila Hrabala, którego część drugą pt. "Jaka piękna żałoba", jakiś czas temu opisywałem.
I znów zawitać nam wypadnie do czeskiego browaru, gdzie bryluje Maria (narratorka), piękna pani kierownikowa, która i kiszkę wątrobiankę, do społu z mistrzem masarskim, wymiesi i duży kufel piwa bez krępacji wypije i na komin browarniany, w celu pogwarki, wejdzie. A to tylko nieliczne, z popełnianych przez długowłosą boginkę, faux pas, które doprowadzają jej męża do białej gorączki. Powiecie: "Nieciekawe". "A gówno!" jakby krzyknął stryj Pepin, jedna z najbardziej kolorowych postaci hrabalowskiej prozy i bezdenna studnia, iście szwejkowskich, anegdot i facecji. To bardzo ciekawe.
Na niewiele ponad stu stronach "Postrzyżyn" jest bowiem samo życie, podkolorowane, owszem, ale czy takie nie smakuje w opowieściach najlepiej? Szczególnie jeśli autor ma dar gawędziarza, pięknie włada słowem, a kolorów, używa z umiarem. Zresztą, nie popróbujecie, nie zasmakujecie. A warto!

czwartek, 14 maja 2009

"Kocie oko" Margaret Atwood


Proza Margaret Atwood, była dla mnie dotychczas terrą incognitą. Ponieważ jednak ze stosiku łypało na mnie tęsknie "Kocie oko", postanowiłem jej skosztować. Uczta czytelnicza się odbyła, ale mam po niej dwojakie odczucia.
Elaine Risley, malarka, wraca po latach do Toronto, by wziąć udział w przygotowywanej wystawie retrospektywnej swoich prac. Miasto, w którym spędziła dzieciństwo w połączeniu z wystawianymi obrazami, wywołują wspomnienia, które partiami wypływają na wierzch pamięci. A nie są to wspomnienia dobre, o nie. Jeśli sądziliście, że dzieciństwo, dorastanie i dorosłość, to kaszka z mleczkiem i sama radość, a nawet jeśli nawet tak nie jest, to przecież pamięta się tylko dobre chwile, Atwood prędko Was z błędu wyprowadzi. W jej wydaniu stawanie się, to żmudny proces, ciężka orka, ba, walka nawet i echa tej walki, co jakiś czas się w człowieku odzywają. Jak pisze: "Na czas nie spogląda się wstecz, lecz w dół, tak jak w wodę. Raz na powierzchnię wynurza się to, raz tamto, raz nic. Nic nie ginie".
W przypadku Elaine te echa to m. in.: okres wojennej tułaczki po Kanadzie, trudne, ze względu na rówieśniczki (ech, jakie dzieci potrafią być straszne) dzieciństwo w Toronto, studia i sztampowy romans z wykładowcą rysunku, ożenek i rozwód, śmierć rodziców i brata. Składają się one na obraz kobiety dokonującej opisanego w książce rozrachunku. Podstarzałej artystki, która wie już swoje i z wysokości przeżytych lat spogląda na swoje życie. Która z pobłażaniem przyjmuje hołdy i daje się szufladkować, pozwalając innym widzieć w swych pracach to, co chcą w nich widzieć. Bo jest już w wieku, kiedy swoje się wie i opinia innych przestaje być dla nas istotna.
Książka dobra, pełna celnych uwag i sformułowań nadających się do wynotowania jako samoistne aforyzmy. Na poły poetycki styl, który płynnie się czyta. Na co zatem kręcę nosem. Otóż na "kobiecość" "Kociego oka". Dziewczęce zabawy, dziewczęce problemy, kobiece zabawy, kobiece problemy. Najlepsza przyjaciółka, matki koleżanek, współpracownice, wszystkie opisane z detalem. A faceci? Są, ale jakoś tak... mimochodem. I choć nie robię z powyższego zarzutu, to jednak odnoszę wrażenie, że głębiej ta książka trafi właśnie czytelnika - kobietę. Bo ja jako facet, no cóż, nie jestem w stanie się wczuć, a niektórych rzeczy, zrozumieć.

wtorek, 12 maja 2009

"Jabłonka Eli" Catarina Kruusval


Drzewo i dziecko to odwieczny tandem. Nie wiem czy na konary wpycha nas atawistyczny impuls, chęć udowodnienia sobie czegoś, wspinaczkowa frajda, czy też smaczne owoce. Oczywiście to ostatnie w przypadku drzew owocowych. Takich jak jabłonka. Na przykład jabłonka Eli, którą w napisanej i zilustrowanej przez siebie książeczce, przedstawia młodemu czytelnikowi Catarina Kruusval.
Łaziliście po drzewach? Pamiętacie swoje ulubione? Ja tak. Przede wszystkim czereśnie, bo uwielbiam. "Dzikuska" za stodołą dziadków, wysoka ponad dach, którą wujo ku mojemu ubolewaniu obdzierał z całych gałęzi ("bo przecież odrosną"), a która dawała owoce słodkie jak miód. Druga, w sadzie chrzestnego, po której mogłem łazić z zamkniętymi oczami. Przepyszne "dębówki" u dziadkowych sąsiadów, chronione przez właścicielkę i udzielane tylko wtedy, kiedy na wakacje zjeżdżał wnuczek i zapraszał kumpli na ucztę. Myślicie, że korzystaliśmy z nich tylko wtedy :D A jabłonki? Jabłonki też były. "Śmietanka", która stała się dostępna dla nas, dzieciaków, po tym jak wiatr wywrócił ją na bok, a ona dalej owocowała, rodząc wspaniałe, musujące owoce. Wujkowa "ananasówka", rozłożysta jak baobab, po której śmigaliśmy pod koniec lata, zrywając pachnące owoce dla kuzynek z Krakowa. Ech...
"Jabłonka Eli", to jednak nie tylko historia o roli drzewa w życiu mieszkającej, w domu z ogródkiem, rodziny. Owszem, jest tu mowa o ulubionych gałęziach do siedzenia, o huśtawce zawieszonej na konarze, o pysznych jabłkach, które zrywa się jesienią. Kiedy jednak drzewo zostaje złamane przez wichurę, wkraczamy w opowieść o przyrodzie, która co roku zatacza koło, o stałości pewnych, takich jak pory roku, rzeczy i o tym, że strata może w rezultacie przerodzić się w coś nowego, dobrego. Jak nowa jabłoń zasadzona na miejsce starej.

piątek, 8 maja 2009

Zakręcony, zakręcony.


Każdy może mieć gorszy dzień. Być zmęczonym lub zamyślonym. Trzylatek też. Szczególnie zaaferowany zbliżającą się kąpielą.

- Mamo, a koszulkę wyrzucić do kosza na brudną bieliznę?
- Tak. I pamiętaj, żeby się wysikać.
Po chwili, przygotowujący kąpiel tata, widzi swe starsze dziecię, które jak gdyby nigdy nic, wchodzi do łazienki, podnosi deskę sedesową i wrzuca do klopa koszulkę i majciachy. A później stoi z otwartą buzią i zastanawia się, co się właściwie stało.

czwartek, 7 maja 2009

"Niesforny alfabet" Grzegorz Kasdepke


Podczas poszukiwań mądrych książek, dla mojego starszego syna, częstokroć spotykałem się z dobrymi opiniami na temat twórczości Grzegorza Kasdepke. Zaciekawiony, kimże ów wychwalany pisarz jest, grzebnąłem w sieci i dowiedziałem się, że niewiele ode mnie starszy pan Grzegorz, jest redaktorem naczelnym "Świerszczyka", które to pisemko sam z nostalgią wspominam, a prócz tego, autorem licznych, cenionych przez rodziców i dzieci książek. Zresztą nie tylko przez nich, bo kilka z nich zostało uhonorowanych nagrodami i wyróżnieniami przez odpowiednie instytucje (choćby IBBY). Chapeau bas, bo jak na tak młodego człowieka, zacny to dorobek.
Ponieważ Barti posiada "literkowy", dziecięcy laptop i magnetyczną tablicę z literkami, a obcowanie z tymi przedmiotami poskutkowało rozróżnianiem kilkunastu liter, pomyślałem czy nie pójść za ciosem. Ta myśl oraz ciekawość dzieł wyżej wymienionego, zaowocowały tym, że w naszym mieszkaniu pojawił się "Niesforny alfabet", książeczka zawierająca 27 króciutkich historyjek o literkach. Wraz z nią zaś, pojawiła się przyjemność wspólnej lektury. Tak, tak, wspólnej, bo książka oprócz tradycyjnego tekstu, zawiera małe ilustracje niektórych, występujących w nim wyrazów. No właśnie, małe. Za małe! Mimo, że sam problemów ze wzrokiem nie mam, to jednak niektóre z miniobrazków i mnie sprawiały niejaką trudność. Ot, choćby jajka w opowiadaniu o J, w których mój trzylatek rozpoznał gruszki, a ja przychyliłbym się do jego zdania. Wiem, wiem, starsze dziecko skojarzy po literce z opowiadania, jednak moim zdaniem pomógłby książce większy format.
Mimo to "Niesforny ...", to kupa dobrej zabawy i mimowolnej edukacji. Proste i zabawne opowiastki. Niesamowita frajda dziecka z czynnego uczestnictwa w procesie czytania. Nauka literek przez zabawę. I mnóstwo śmiechu, bo jak się nie śmiać z Farbującego się na Fioletowo Fakira Franciszka, pięknie zilustrowanego, jak i cała książeczka, przez lubiącą rumieńce i piegi Iwonę Całą.

środa, 6 maja 2009

"Pokój umarłych" Franck Thilliez


Wzorem Smerfa Marudy mógłbym zakrzyknąć: "Jak ja nie cierpię... porównań!". Mógłbym, ale nie zakrzyknę, bo przecież swój rozum mam i jak na tylnej okładce pisze: "nazywany francuskim Stephenem Kingiem", to przecież nie znaczy, że Franck Thilliez, autor "Pokoju umarłych", tymże jest. Utwierdziłem się zaś w przekonaniu, że jednak nie, po przewróceniu ostatniej kartki w rzeczonej książce. Ale po kolei.
"Pokój umarłych", to krwawy thriller osadzony we współczesnej Dunkierce. Dotkniętym plagą bezrobocia, pełnym baraków, bunkrów, hałd węgla, porzuconych fabryk, postindustrialnym molochu, który sam w sobie budzi dreszcz grozy. To właśnie tam splatają się losy Bestii, która zaczyna porywać osoby, by urzeczywistniać swoje chore fantazje, ściśle, dodajmy, związane z taksydermią, czyli sztuką preparowania skór i wypychania oraz dwóch pozostających bez pracy informatyków, którzy znalazłszy się w niewłaściwym czasie i miejscu, przechwytują przeznaczone dla niej pieniądze, przy okazji zabijając człowieka. Naprzeciw nim staje samotna matka bliźniaczek, brygadier Lucie, zafascynowana mrocznymi stronami ludzkiej duszy policjantka. Jaki będzie wynik starcia? Hmm...
"Pokój ..." to poprawnie napisany przedstawiciel swego gatunku. Z tym, że mnie osobiście nie podobały się w nim co najmniej dwie rzeczy. Zamiłowanie autora do, czasem dość ryzykownych, porównań i pozerskich opisów ("Ani jednego dźwięku. Audytywna monochromia.") oraz wykorzystanie jako ofiar, chorych dzieci, dla podbicia bębenka grozy i wyciśnięcia dodatkowych emocji z czytelnika. Poza tym, niezła proza wagonowa.

P.S. "Zielona Sowa" była dla mnie do tej pory wydawnictwem kojarzącym się przede wszystkim z wydawaniem lektur i książek dziecięco - młodzieżowych. Tymczasem serią "Dobry kryminał", zdaje się rozszerzać swój asortyment. Szkoda tylko, że w tak beznadziejny sposób, bo kryminał niby dobry, ale redakcja, a i mam wrażenie (bo nie znam oryginału) tłumaczenie ... Oto przykłady:
1. "Ten gość to niezła szycha. (...) Z kolei jego żona (...) Tych dwóch musi zarabiać (...)"
2. "(...) jak gdyby magnez jego przeznaczenia przyciągał (...)"
3. "Jego tętnica szyjna zwiększyła trzykrotnie swoją objętość, dotleniając mózg i zdwajając czujność."
Nie wspominam o licznych literówkach oraz fakcie, że na jednej ze stron dwa miliony euro stają się dwoma milionami dolarów(??).
Ech!

poniedziałek, 4 maja 2009

"Nic" Maria Marjańska - Czernik


Co wiesz o Niczym? Nic? I pewnie nic a nic Ci to nie przeszkadza? A przecież Nic jest tuż koło Ciebie. Może właśnie siedzi na Twojej głowie? Nic to, bo Nic, nic nie waży i nic złego Ci nie zrobi. Bo Nic jest przyjazne i ciekawskie i za nic mając fakt, że dla nikogo nic nie znaczy, lubi sobie podróżować. Nic tak bowiem nie podnosi na duchu jak lot samolotem, czy jazda metrem. Nic Cię to nie obchodzi? Ale może Twoje dziecko polubiłoby Nic. Teraz to już nic trudnego, bo powstała o nim książeczka autorstwa Marii Marjańskiej - Czernik.
Przyznam szczerze, że sięgałem po nią z mieszanymi uczuciami. Po pierwsze, nie przemówiły do mnie ilustracje Krystyny Lipki - Sztarbałło i zastanawiałem się jak spodobają się synowi, po drugie, bałem się, że temat będzie nudny dla trzylatka zakochanego w dinozaurach. O jedno i drugie martwiłem się niepotrzebnie. Historia, której głównym bohaterem jest Nic, tak przypadła Bartiemu do gustu, że po pierwszym czytaniu od razu odbyło się następne. Zabawa słowem "nic", podobna do tej, jaką nieudolnie naśladowałem w pierwszym akapicie, śmieszyła go niesłychanie, a tekst "Czytać ci "Nic", czy nic ci nie czytać", dawał impuls do kolejnego nura między kartki. Śmiała idea zilustrowania i opisania Niczego, udała się, wspomnianym wyżej Paniom, znakomicie.

"Dogonić tęczę" Fannie Flagg


Każdy kto ma dość krwawych historii, filozoficznych rozpraw i płomiennych romansów powinien sięgnąć po "Dogonić tęczę" Fannie Flagg. Rzadko bowiem zdarza się, by ktoś z taką pasją i talentem opisywał zwykłe życie, zwykłych ludzi, w zwykłym, małym, amerykańskim miasteczku, gdzie sprawy toczą się z wolna, a ich tempo nie osiągnęło jeszcze drugiej prędkości kosmicznej, jak ma to miejsce w wielkich aglomeracjach. Choć już chyba nie tylko tam.
Oto Elmwood Springs, Missouri, czyli parę ulic, drugstore, kino, szkoła, kościół. Oto jego mieszkańcy i ich problemy. Sąsiadka Dorothy prowadząca lokalną audycję radiową i mająca problemy z Bobbym, synem - rozrabiaką. Tot i jej zakład fryzjerski, prowadzony, mimo braku talentu właścicielki, by wspomóc, rujnowany przez męża alkoholika, domowy budżet. Norma, ciągle zamartwiająca się o wszystko gospodyni domowa i wiele, wiele innych. Zaczynając opowieść w latach czterdziestych, a kończąc w dziewięćdziesiątych, ubiegłego stulecia, wiedzie nas autorka przez historię rodziny Smithów oraz wszystkich tych, którzy znaleźli się w jej orbicie.
"Dogonić tęczę" to świetny obraz amerykańskiej prowincji, wszystkich plusów i minusów życia na niej oraz zmian jakie tam zachodzą na przestrzeni lat. To słodko-gorzka opowieść, o prostym życiu, o prostych radościach, o pielęgnowaniu podstawowych wartości. O czasach kiedy: "Nie kłamało się, nie oszukiwało ani nie kradło, rodziców otaczało się szacunkiem, słowo było czymś zobowiązującym. Nie wyłudzało się rzeczy. Chłopak żenił się z dziewczyną. Płacił rachunki. Wychowywał dzieci. Nie przeklinał w obecności dziewcząt. Nie podnosił ręki na kobietę." I choć wyśmiewać można "rednecków", to jednak nie sposób nie podziwiać organizacji życia sąsiedzkiego, tych wszystkich stowarzyszeń, klubów, spotkań, wieczorków, tego wszystkiego, czego, wydaje mi się, brakuje dzisiejszej polskiej wsi. Bo prawda jest taka, że, choć podobnie jak w Elmwood, na polskiej prowincji wszyscy znają wszystkich, to jednak odgrodzeni cyfrową telewizją i wysokimi płotami, są dla siebie obcy. "Dogonić tęczę", to książka która pokazuje, że nie musi tak być. To marzenie o spokojnej przystani, gdzie wszystko ma swoje miejsce.
Żeby nie było, że same zachwyty, jest w tej bece miodu łyżka dziegciu. W pewnym momencie Fannie Flagg opuszcza Elmwood Springs, żeby skupić się na opisywaniu kariery politycznej jednego z bohaterów. Uważam, że zbytnie rozbudowanie tego wątku, opisującego cienie i blaski american dream, zaszkodziło książce, choć niewątpliwie zyskała przez to na objętości. Solidne "ciach" w tym względzie, byłoby wskazane.
Niemniej jednak, miłośnikom nieśpiesznych bajęd, ciągle polecam, bo to pełna ciepła, muzyki gospel i zapachu ciast, pieczonych według przepisów Sąsiadki Dorothy, historia. I choć wiadomo, że upływ lat musi w końcu zakończyć się czyjąś śmiercią, to i tak na żadną nie byłem przygotowany. Cóż, jak w życiu...