niedziela, 16 grudnia 2018

Słów kilka do wskrzeszenia ...

Przygotowuję się do powrotu, ale pomny doświadczeń z całej historii swego internetowego pisania o książkach, chciałbym zagaić kilkoma słowami wyjaśnienia.

Piszę o książkach po swojemu. Nie recenzje, to na pewno. Nie opinie chyba nawet, choć może po trosze tak, bo w końcu polecam jak coś mi się spodoba. W sumie mówię na to "teksty" i jest to taki konglomerat wrażeń po lekturze, opowiadania o sobie pod płaszczykiem bajędy na temat opisywanego tytułu i najzwyklejszego miejscami lania wody. W sumie - kolejne, niewiele znaczące kilka bajtów dołożonych do bajzla znanego jako Internet. Spokojnie można omijać.

Jeśli jednak tu traficie i dziwnym trafem zechcecie na te pierdółki rzucić okiem, to mam wielką prośbę. Nie zostawiajcie mi komentarzy, że się nie znam, bo ja już od dawna wiem, że się nie znam. Nie piszcie, że do pupy te moje recenzje, bo, jak akapit wyżej. Słowem, nie szukajcie dziury w całym. Chyba że miałoby Was udusić, to śmiało, z tym że z odzewem może być słabo.

Nie współpracuję, nie rozwijam się i nie idę z trendami. Lubiłem jak było po staremu, kiedy blogowaniem nie rządziły zasady rynkowe i namiastkę tych czasów chcę sobie tu u siebie stworzyć. Wracam, bo brakuje mi pisania o książkach i pogaduch o nich, wokół nich i całkiem z nimi nie związanych. Brakuje mi wizyt "starych" znajomych, niespodziewanych wtrąceń od osób zupełnie nowych i tego niecierpliwego wyczekiwania na kolejne powiadomienie o komentarzu. 

Mam nadzieję, że pierwszy tekst już wkrótce.

piątek, 18 maja 2018

"Stara Słaboniowa i Spiekładuchy" Joanna Łańcucka

O swojej słabości do literackich dziarskich staruszków pisałem już tak wiele razy, że oszczędzę Wam w tym wpisie tych wyświechtanych frazesów, ograniczając się do stwierdzenia, że zostałem fanem starej Słaboniowej.

Bo jakże tu wiekowej kobitki nie lubić, skoro sama jedna, w kij jedynie leszczynowy zbrojna i poza nim tylko godnościom osobistom i życiowym doświadczeniem dysponująca, staje przeciw strzygom, wąpierzom, diabłom, kikimorom i całej reszcie okropności rodem ze słowiańskiego bestiariusza? Zważcie, że nie jest muskularnym mutantem, który czarnoksięskimi dekoktami wzmocnion, siecze sobie raz stalą, raz srebrem tałatajstwo jak leci. I jeszcze mu za to płacą. A Słaboniowa bez oglądania się na podziękę, straż nad wsią w której jej żyć przyszło sprawuje i wszystkie te tytułowe Spiekładuchy, które się z ludzkiej niedoli, zawiści, żalu czy zemsty rodzą, a czasem też i ze zwykłego skurwysyństwa, eliminuje, bądź z dala od obejść trzymie.

Joanna Łańcucka stworzyła bohatera, a właściwie bohaterkę, na miarę Wiedźmina. Tak, tak, nie bójmy się śmiałych porównań. Słaboniowa to postać równie mroczna i skomplikowana jak Geralt. Z okropnym dzieciństwem, z grzeszną młodością i tajemnicą sprzed lat jest Teofila osobą wielowymiarową i pełną zagadek, które powoli, wraz z postępem lektury, będziemy rozwiązywać. Nie ustępuje też autorka panu Sapkowskiemu w kreowaniu dynamicznych, krwawych i strasznych scen i choć można niektórym zarzucić wtórność (choćby scena egzorcyzmowania), to nie sposób się od nich oderwać.

Ale nie samą Słaboniową i akcjami z jej udziałem książka żyje. Mamy też niewielką galeryjkę lokalnych person, z którymi styka się, chcąc nie chcąc (zazwyczaj nie chcąc) nasza wiekowa fajterka. Tu też troszkę trąci sztampą (plotkara, dewotka, lubiący podjeść ksiądz, wioskowe pijaczki), ale kto mieszka na wsi, niech pierwszy rzuci kamień, jeśli nie udało się uchwycić autorce postaci charakterystycznych dla większości rodzimych siół. Co więcej, część z nich scharakteryzowano w sposób, który sprawia, że nie wiadomo kto gorszy, człowiek czy tytułowy Spiekładuch. Słaboniowa wiele mogłaby o złych ludzkich językach i prędkich do oceniania łbach powiedzieć. No i, jak już przy językach jesteśmy, jest jeszcze język, na poły gwarowy, na poły niedbała polszczyzna z jej "harbatą", czy tak bliskimi mojemu sercu "kombojami".

Ładne jest to bajanie pani Joanny, oj ładne! Wróciłem na kartach jej powieści do domu Dziadków, w którym spędzałem wakacje czasów podstawówki. Jednoizbowej chaty, która przez ścianę graniczyła z małą obórką. Z pokoikiem, w którym tak jak i u Słaboniowej ze ścian pochylały się nad dwoma łóżkami święte obrazy, a ciepłem raczyła kuchnia opalana drewnem. Wspomniałem czasy bez elektroniki, ale za to z mlekiem prosto od krowy (tak, tak, były takie czasy) i czereśniami prosto z drzewa sąsiadów (przy czym nie zalecam łączenia). To się już co prawda nie wróci, ale jak dobrze jest o tym świecie poczytać. Akcję, horror, trochę seksu i napierdzielanki rodem z "Obcego" dostając w gratisie. Zdecydowanie polecam!

Z tego miejsca pragnę podziękować Charliemu, który na trop książki mnie naprowadził pisząc o niej >>>TAK<<<.


wtorek, 19 grudnia 2017

"Imaginarium" Agnieszka Stelmaszyk

Zacznijmy może od rzeczy przyjemnych. Starszy jest fanem prozy pani Agnieszki i to nie podlega dyskusji. Na każdych Targach w Krakowie jednym z pewników jest wizyta na stoisku Zielonej Sowy, zakup najnowszego tomu którejś z serii oraz odstanie w - z roku na rok coraz dłuższej - kolejce do autorki w celu zdobycia autografu i odbycia niezobowiązującej pogawędki. Tak, pogawędki, bo pani Stelmaszyk wysłuchuje swoich czytelników i poświęca im wiele uwagi, co niektórych rodziców, którzy chcieliby tylko podpisać książkę (bo tak wypada), wyprowadza z równowagi ("No nie! Ona ich jeszcze zagaduje! Bez sensu!!").

Kiedy więc na rynku pojawił się pierwszy tom cyklu, jak wynikało z  opisów, przeznaczonego dla troszkę młodszego czytelnika, ucieszyłem się wielce, bo pomyślałem, że jak historia zażre u Młodszego, to potem problem z podsuwaniem lektur na jakiś czas mamy z głowy. Wystarczy po prostu odsyłać do półki starszego brata, z której będzie czerpał garściami. "Kroniki Archeo" czy "Koalicja szpiegów", proszę bardzo! I wszystko byłoby fajnie, ale ...

"Imaginarium" to historia, której ramy jakbyśmy już skądś znali. Dziecko, które niewiele wie o przeszłości swoich rodziców (jedno z nich nie żyje), które obdarzone jest pewnymi niezwykłymi cechami (tu, niebywałe umiejętności konstruktorskie) i które, koniec końców, trafia do niezwykłej krainy (tytułowego Hogwa..., wróć!, Imaginarium). Znamy? Znamy! Również motyw wysłania dziecka na niechciane wakacje, które nagle okazują się być tymi naj naj, nie jest literaturze obcy. I nie czynię tu bynajmniej zarzutu korzystaniu ze sprawdzonego trzonu fabularnego (a analogii jest więcej niż tu wymienione), bo nie on jest tak naprawdę najistotniejszy, a to co wokół niego upleciono. I to tu właśnie upatruję słabości wstępu do tajemnicy Gildii Wynalazców. Bo nie wystarczy duża dawka autorskiej, nomen omen, imaginacji, której, owszem, w książce nie brakuje, trzeba jeszcze utrzymać ją w ryzach i nie dać się porwać ułudzie najprostszych rozwiązań, a takich jest w tej opowieści co niemiara.

Zanim jednak przejdę do dziegciu, mniód. Podoba mi się pomysł na steampunkową krainę, gdzie MacGywer robiący ze sznurówki, wykałaczki i tubki po paście do zębów helikopter, czułby się totalnie u siebie. I tak też czuje się w niej główna bohaterka, Marianna, dla której przesiadywanie w warsztacie to chleb powszedni. Ba, swoją pasją zaraża towarzyszącego jej w przygodach Miłosza. Zresztą ten nie ma za bardzo wyjścia, bo konstruowanie jest w tytułowym świecie podniesione do rangi sztuki. Fajne to i mądre, szczególnie w obliczu tego, że coraz większa liczba ludzi nie potrafi wytwarzać, a sprawność manualna dziecięcych rąk maleje (z wyjątkiem kciuków i palców wskazujących), w zastraszającym tempie. Duży plus.

Niestety są też i minusy. I żeby nie było, na niektóre zwrócił mi uwagę słuchający 9latek. Po pierwsze - nagminnie stosowany deus ex machina. Czyli bohaterowie mają pewien gadżet, który technomagicznie ratuje ich kilkukrotnie z najgorszych opałów. Do tego stopnia zabiło to napięcie, że Młodszy w końcu nie wytrzymał i przy kolejnej takiej akcji rzekł po prostu: "Aha!, ja wiem co teraz będzie. Zrobią to i to i będzie dobrze.". I rzeczywiście tak było. Samo utrzymywanie czytelnika w niepewności i oczekiwaniu na to co dalej, też jest nad wyraz sztuczne. Ktoś coś wie, ale z niewiadomej przyczyny, nie powie, choć zasadniczo mógłby. Albo bohaterowie zdobywają przedmiot i chcą go obejrzeć, ale dorosły opiekun rzecze: "Nie teraz. Przyda ci się w odpowiedniej chwili." i pewnie rzeczywiście, w którejś z "odpowiednich chwil" drugiego tomu, kiedy wydawać się będzie, że młodzi ludzie znajdą się w matni bez wyjścia, tak się stanie. Tylko co, jeśli nauczony doświadczeniami z pierwszego tomu czytelnik, w ogóle się tym nie przejmie, bo przecież jest gadżet i załatwi sprawę. Słaby patent i moim zdaniem zniechęcający do kontynuacji.

Mógłbym się jeszcze czepić momentami długich, a nic nie wnoszących do akcji dialogów i sensowności niektórych scen ("Wreszcie wpadli do niewielkiej komnaty. (...) Z ciemnego kąta wyszli dwaj strażnicy ..." - Tato, a po co ci strażnicy siedzieli w ciemnych kątach niewielkiej komnaty?). Mógłbym popsioczyć na zbyt dużą swobodę jaką cieszą się bohaterowie (na tę samą przypadłość cierpiała w ostatnim tomie swoich przygód Flawia de Luce), ale to już moje, dorosłe smęcenie. Bardziej na niekorzyść książki przemawia fakt, że garnący się początkowo do lektury młodzian, z każdą dziesiątką stron jakby coraz mniej chętniej wracał do Imaginarium. Oczywiście dam szansę kontynuacji, z wiarą, że historia wyjdzie poza schemat pierwszego tomu.

PS. Podczas komentowania wpisu przypomniał mi się niewątpliwy atut omawianej tu pozycji - ilustracje! Szkoda, że jest ich tak mało, bo Anna Oparkowska idealnie wstrzeliła się w klimat opowieści. Nie potrafię pisać o obrazach, ale zajrzyjcie tu, a mam nadzieję zrozumiecie o co  mi chodzi. Spójrzcie tylko na minę Marianny zapamiętale wiercącej. A ta ściana z mnogością narzędzi ... Tak, strona wizualna książki bardzo mi się podoba.

poniedziałek, 6 listopada 2017

"Jak kominiarzy śmierć w proch zmieni" Alan Bradley

>> Uwaga! Nie ręczę, że gdzieś poniżej nie wypsnął się żaden spoiler <<

Stałym bywalcom mojej internetowej chudoby wyjaśniać i przypominać nie muszę, ale zbłąkane duszyczki poinformować gwoli kronikarskiego obowiązku warto, żem fanem, choć nie bezkrytycznym, co się za chwilę pokaże, przygód dwunastoletniej Flawii, od pierwszego tomu jej przygód. Dlatego też miejcie ludkowie baczenie, że mimo iż część ta najsłabszą mi się jawi, to jednak moje upodobanie do bradlejowskiej frazy bielmem mój zwyczajowy krytycyzm zasnuwa i jedynie niewinnie pogrozić autorowi paluszkiem pozwala, miast sprzedać kopa w ... Ale wróćmy do Flawii.

Już po przeczytaniu tekstu Zacofanego w Lekturze, któren to wycwaniwszy się w czytaniu w obcych narzeczach, był książkę przed jej polską premierą przeczytał, wiedziałem że moja miłość do serii zostanie wystawiona na ciężką próbę. I rzeczywiście. Mimo że już na początku pada (a raczej wypada z kominka) trup, mimo że Flawia bawi swoimi wypowiedziami, naszpikowanymi literackimi i nie tylko odnośnikami jak dobry keks bakaliami, mimo że wbrew wszystkiemu, o czym za chwilę, czyta się gładko, to jednak zupełnie nie jest to. Broni się może pierwsza setka stron, każda następna, to już krok w kierunku katastrofy.

Pierwszym poważnym błędem było wyrwanie Flawii z jej naturalnego środowiska. Nie dość, że czytelnik przyzwyczajony do Buckshaw i flawiowego matecznika w postaci laboratorium wuja Tara, musi zostać wprowadzony w nowe dekoracje, co zajmuje autorowi sporo czasu, to dodatkowo tracimy z oczu doskonale wykreowane postacie Doggera i pani Mullet. Na ich miejsce próbuje Bradley powołać jakichś godnych następców, ale jeśli mam być szczery, bezowocnie. Jedynym plusem tej sytuacji jest obserwowanie Flawii w jej atakach tęsknoty za domem, kiedy zrzuca maskę kutego na cztery nogi franta i staje się na krótkie chwile tym kim naprawdę jest - dwunastoletnią dziewczynką, która chce by ktoś ją pokochał, pochwalił i zaaprobował.

Za drugi błąd uważam sposób prowadzenia akcji. Autor nagina rzeczywistość do swoich potrzeb tak strasznie, że teraz już wiem, że to nie blok kartek papieru tak trzeszczał mi w rękach podczas lektury, lecz ona właśnie, ta nagięta rzeczywistość. I choć nie jestem fachowcem w kwestiach prowadzenia żeńskiej pensji, to co zaproponował w tym temacie w "Jak kominiarzy ..." kanadyjski pisarz, woła o pomstę do nieba. Nie pomagają też szczęśliwe zbiegi okoliczności, którymi powieść jest wręcz naszpikowana. Ba, w pewnej chwili główna bohaterka sama dziwi się jak to wszystko się ładnie składa i zastanawia się czy to nie jest czasem dla niej zaaranżowane. I przyznam szczerze, że podczas większej części lektury myślałem, że tak właśnie jest. Niestety, nie było.

No i trzeci błąd. Zakończenie. Brzydko mówiąc: sru, sru i po sprawie. Kilkadziesiąt, dołączonych do rozbudowanego na kilkaset stron wprowadzenia, zdań. Szast i prast czy też, cytując Flawię, żegnaj Gienia. Tak jakby w pewnym momencie autor zorientował się, że natrzaskał te circa 350 stron i przeraził się, że idąc dalej tym tropem wypadnie mu stworzyć kolejne trzysta. Amatorka.

Jednak jak na prawdziwego fana przystało będę siódmego tomu przygód Flawii mimo wszystko bronił. Jest w nim bowiem sporo tej frazy, którą tak lubię. I nawet gdyby to był podręcznik szewstwa dla początkujących, ale nią właśnie napisany, to i tak czytałbym go z uśmiechem na paszczy. Poza tym, to przecież nie wina Flawii, że musiała działać w takich, a nie innych okolicznościach przyrody. Nie obrażajmy więc się na nią i jeśli powstanie ciąg dalszy jej losów (a nie wyobrażam sobie, żeby się tak nie stało), to dajmy jej szansę. Tym bardziej, że wraca w pielesze.