niedziela, 11 marca 2012

"Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi" Rafał Kosik

Pani, którą w bibliotece poprosiłem o pierwszy tom przygód Felixa, Neta i Niki, spojrzała na mojego sześciolatka i poinformowała mnie, że chyba jednak za wcześnie na taką lekturę. Świadczy to niewątpliwie o kompetencji pracownic kieleckiej Mediateki. Podziękowałem więc za ostrzeżenie i pośpieszyłem z wyjaśnieniem, że to ja, dziadek borowy, mam taki kaprys, coby się ze współczesną literaturą młodzieżową zapoznać. Pani wręczyła mi spore tomisko i nawet powieka jej nie drgnęła. Widać nie takie objawy kryzysu wieku średniego w życiu widziała. Ale przejdźmy do meritum.
Trójka, wymienionych już z imion, a raczej pseudonimów, bohaterów, rozpoczyna naukę w gimnazjum. Nowa szkoła, nowe przyjaźnie, ale i nowe wyzwania, jak choćby to w postaci drągali wyłudzających za równo: kieszonkowe, drugie śniadania czy niezbyt cenne gadżety. Ale, choć wielce emocjonujący, epizod traktujący o rozprawieniu się z grupą łobuzów, to tylko wierzchołek góry przygód, które, wzbudzająca we mnie z rozdziału na rozdział coraz większą sympatię, trójka młodych gimnazjalistów, przeżyje w tomie o Gangu Niewidzialnych Ludzi. Zapalonemu komputerowcowi (Net), mistrzowi majsterkowania i robotyki (Felix) oraz obdarzonej kobiecą intuicją, czy tam, jak kto woli, szóstym zmysłem Nice, przyjdzie zmierzyć się z duchami, UFO, Yeti, sztuczną inteligencją i transformującymi się robotami.
Nie powiem, na początku cała ta gadżetomania, te roboty, AI o imieniu Manfred, który wspomaga działania drużyny i inne szpeje, które autor dał do łapek młodym ludziom, cholernie mnie drażniły. “Jak to”, myślałem sobie, “to już nie można normalnie?”. No właśnie! Bo normalnie, to dla dziadka borowego, kompas, finka, wyblakły na słońcu plecak, a gadżet, to pływająca, automobilowa samoróbka z silnikiem od Ferrari. Tylko, że to mogło przyciągnąć do lektury, lat dziesiąt temu, mnie, gościa, którego marzeniem w którejś klasy podstawówki był, pokazany przez kumpla, zegarek mówiący syntetycznym głosem bieżącą godzinę. A teraz? Ajpody, panie, dżipiesy i dżipieresy w komórkach wielkości średnio wyrośniętego karalucha, czy cały świat na wyciągnięcie klawiatury. Jak to przebić? Ano, trzeba się mocno starać. I to się chyba panu Kosikowi udało.
Co zatem działo się ze mną po odwieszeniu na kołek sentymentów i starczych oczekiwań? Cóż, dałem się porwać akcji* i z przyjemnością patrzyłem jak ładnie wplótł w nią  autor nauki różnorakie. A to, że wspólnym działaniem można wiele osiągnąć. A to, że trzeba pomagać słabszym. A to, że jak komuś dzieje się krzywda, to nie gwizdamy patrząc w sufit, tylko działamy. I, co ciekawe, nie dostaje czytelnik tym całym dydaktyzmem prosto w łeb, a jakoś wchłania go tak, hmm, przez absorpcję, razem z kolejnymi przygodami. Tym bardziej, że dzieciaki święte nie są i potrafią wywijać niezłe numery zarówno rodzicom jak i wychowawcom.
Rzępolę tu, jak na skrzypkach z gontu, a przecież wystarczyłaby konkluzja, że polecę ją w odpowiednim czasie Bartkowi**. Mam nadzieję, że dowie się z niej, że: “Ciekawe życie mają tylko ci, którzy potrafią tę ciekawość dostrzec. (...) Rzeczy niezwykłe są na wyciągnięcie ręki.” i weźmie to sobie do serca.

* Do tego stopnia, że przestałem zwracać uwagę na drobne potknięcia stylistyczne w rodzaju “(...) wczuwając się w sukces”, poprawione ponoć w późniejszych wydaniach.
** Czytającemu na razie kolejnego “Lassego i Maję” i Holly Webb, i daj bożku czytelniczy, żeby to nie był słomiany zapał.

środa, 29 lutego 2012

"Zbrodnia na eksport" Bożkowski Jeremi (właśc. Ciecierska-Więcko Bożena)

Jak człowiek zamotany, to się dziwi co krok. Ot, weźmy na ten przykład “Zbrodnię na eksport”, czytanie której zacząłem z przeświadczeniem, że to ostatnia część przygód Karbolka i Fidybusa. A tu siurpryza, bo to część pierwsza, w której pan, jeszcze podporucznik, Karbolek, przybywa jako świeżak na komendę i przez zbieg niefortunnych okoliczności dostaje mu się z biegu sprawa o morderstwo. Zaczyna więc pracę śledczego z tak zwanego wysokiego C i być może skończyłby na niskim D, jak “dupa zbita”, gdyby nie cudowne zrządzenie losu, któremu na imię Mikołaj. Nie, nie chodzi o dziadka z białą brodą, a o ogorzałego sierżanta z sumiastym wąsem, który święty bynajmniej nie jest, bo to i wypić potrafi i, nie zważając na ponad cztery krzyżyki na karku i inne anse, dziewiętnastolatce w głowie zawrócić. A przede wszystkim, na wyraźną prośbę zaprzyjaźnionej, dającej “plecy” i, wraz z biegiem akcji, wykazującej coraz mniejszą cierpliwość, zwierzchności, ma pomagać nieopierzonemu oficerkowi w śledztwie. I robi to, notorycznie olewając regulamin i stosując niekonwencjonalne metody w postaci np. włamania do spiżarki i wypicia zawartości omszałej butelczyny pod paczkę macy. Taki typ. 
A tak zwany zrąb fabularny? Całkiem nieźle poprowadzony. Począwszy od trupa babsztyla z piekła rodem, który skąpstwem zawstydziłby całą Szkocję, a ilością schowków z walutą i żółtym kruszcem, Fort Knox, a skończywszy na osobie mordercy, którego autorka sprytnie dekowała, stosując sporą ilość dymnych zasłon. A było z kogo wybierać, bo zarówno rodzinka denatki, jak i jej znajomi, utopiliby niebogę w łyżce zupy, gdyby tylko była okazja. Słowem - motyw miał każdy. 
Donoszono, że tom zauważalnie słabszy, ale tak sobie myślę, że jak człowiek polubi bohaterów, to mu się oko samo na pewne słabostki przymyka. I choć nie ma w “Zbrodni …” tego bigla, który cechuje pozostałe części, a ilość głośnych wybuchów śmiechu znacząco maleje, to jednak początki znajomości Fidybusa i Karbolka są zarówno niezłą historią kryminalną, jak i dobrą rozrywką w sferze stosunków obydwu wyżej wymienionych. A jakby kto chciał wiedzieć, za co lubię wąsacza o niewyparzonej gębie, to proszę, mała próbka: 
“(...) Bo on się, proszę pana, ożenił z... hotelarką! 
- To przecież bardzo dobry zawód. 
- Dobry co?... Panie oficerze, ja sobie wypraszam takie żarty. 
- Jak to? Nie rozumiem... 
- Pan by się wstydził! Pan jest na służbie! 
- Ale … 
- Obywatelka świadek chciała powiedzieć - wtrącił flegmatycznie sierżant - że się ożenił z kurwą, obywatelu poruczniku. Tylko że obywatelka się wytwornie wyraża, to obywatel porucznik nie rozumie.” 
Próbka ta pokazuje również, jak niewinnym jelonkiem jest jedyne dziecko mamy Karbolkowej.  
Dobra, kończę smęcenie, jak kto chce niech czyta. Według mnie zderzenie dwóch różnych życiowych i zawodowych postaw po raz kolejny zdało egzamin.

wtorek, 28 lutego 2012

"Cień wiatru" Carlos Ruiz Zafón

 Z racji toczącej się u ZWL, w komentarzach pod tym wpisem, dyskusji, pozwoliłem sobie odgrzebać poniższego suchara.

Są książki, które czyta się dla szeroko pojętej fabuły: akcji, zagadki kryminalnej etc. Są takie, które bierze się do ręki dla opisów, bo wbrew pozorom i pokutującym (szczególnie, przynajmniej w moich czasach licealnych, w szkołach średnich) opiniom, opisy, jeśli dobre, się czyta. "Cień wiatru" zaś zaliczyłbym do kategorii książek, które czyta się dla postaci. Żeby nie było pomyłki - jednej postaci. I wcale nie chodzi tu o głównego bohatera, a o drugoplanowego Fermina Romero de Torres. Ale po kolei...
Rzecz dzieje się w powojennej Barcelonie. Mieszkający w niej, razem z synem, antykwariusz pewnego dnia prowadzi chłopca do miejsca zwanego Cmentarzem Zapomnianych Książek, które to miejsce, jak sama nazwa wskazuje, jest specyficznym składem literatury zapomnianej. Daniel Sempere, bo tak zwie się ów młodzieniec, ma wybrać jedną z tysięcy pozycji, żeby, stając się jej właścicielem, przywrócić ją niejako do życia. Pech, bądź szczęście, sprawia, że wybrana książka to tytułowy "Cień wiatru" autorstwa nieznanego bliżej nikomu i bardzo tajemniczego Juliana Caraxa. Zauroczony powieścią bohater rzuca się na poszukiwanie wszelkich śladów wielkiego, jak mu się wydaje, pisarza. W ten oto sposób wplątuje się w intrygę, której korzenie sięgają czasów przedwojennych, której bohaterami są członkowie kilku barcelońskich rodów i która wkrótce zwiąże się z jego życiem w sposób niekoniecznie muszący mu się podobać. Jego życie jest w niebezpieczeństwie...
To tyle, jeśli chodzi o pomysł fabularny. Książka, z jednej strony będąca próbą uchwycenia obrazu frankistowskiej Hiszpanii, z drugiej zaś - iberyjskim melodramatem, napisana jest bardzo poprawnie. Bogaty język, spora doza ironicznego humoru, zabarwione "latynoskim biglem" dialogi i zwrócenie uwagi czytelnika na książkę jako źródło przygody sprawiają, że jest warta przeczytania. Przyznać jednak muszę, że gdyby nie wspomniana na początku postać uznałbym ją li tylko za nietypowe romansidło z odrobinką dreszczyku. Natomiast elokwentny, mądry mądrością człowieka, który w życiu sięgnął szczytu i spadł na samo dno, wiecznie pełen dobrego humoru i dobrego serca, Fermin spowodował, że połykałem "Cień..." jak świeżą bułeczkę z masełkiem. Dla niego warto tę książkę przeczytać i szkoda tylko, że postać ta usuwa się w cień przed końcem lektury.

wtorek, 21 lutego 2012

"Słońce w słonecznikach" Dominika Stec

Raz na jakiś czas postanawiam zaufać opinii blogerów i wrzucić na ząb coś co polecają. Dzięki entuzjazmowi Młodej pisarki i Agnes, miałem okazję zapoznać się z książką, być może niezbyt odkrywczą, ale za to świetnie napisaną. Historia pewnego miasta i jego mieszkańców, tajemnica z przeszłości i uczucia. Dużo uczuć. Panowie powinni już ziewać, a panie przebierać nóżkami? Nic bardziej mylnego. Mimo że słowa-klucze nie wyglądają dla samców zachęcająco, Dominika Stec napisała powieść, którą z przyjemnością przeczytał również facet.
Ano właśnie, Dominika. Chcąc się upewnić, że opisywane w książce miasto, to Konin, dowiedziałem się przy okazji, że pani Stec w rzeczywistości jest panem Wojnarowskim. Zbigniewem. I to, muszę to wyraźnie powiedzieć, był dla mnie szok. Facet potrafiący myśleć jak siedemdziesięcioletnia kobieta? Taka, która po śmierci męża, zamyka się w sobie i już tylko trwa, aż do czasu wyrwania z marazmu przez tajemniczego nieznajomego i pewien pamiętnik, który otwiera wiele furtek w jej, już nieco szwankującej, pamięci. Facet, który w piękny i troszkę poetycki sposób potrafi pisać o uczuciach i to z tak odmiennych punktów widzenia i w odniesieniu do tak różnych konstelacji. Nastolatka i pierwsza miłość (oraz zawód), facet w kwiecie wieku i takaż wdowa, czy w końcu tenże dojrzały mężczyzna i platoniczne uczucie do dziewczyny z początku zdania. Wow!
Ale, żeby już panów nie straszyć, oprócz ogromu emocji jaki zawarto w książce jest też tło. Budowa komunistycznego raju, jakim mam być nowa, przemysłowa dzielnica miasta. Układy i układziki, esbecja, czerwony sekretarz i jego synek - bonzo o nadprzyrodzonych zdolnościach (niestety!) czy w końcu nawrócenie zaczadzonego marksizmem młodzieńca. Jest też taniec z układem połączony z próbą pozostania przyzwoitym człowiekiem. I wiele, wiele więcej.
“Słońce …”, to jedna z tych książek, o których ciężko opowiadać komuś, kto jej nie czytał. Zatem, żeby nie psuć przyjemności tym, którzy się skuszą, ogólniki. Świetny język pozbawiony, tak modnych ostatnio, wygibasów i naprawdę ciekawa historia osadzona w odwilżowej, ale jak się okazuje, nie do końca, końcówce lat 50tych. Mógłbym zarzucić, że suspens średniej jakości, a zwroty akcji przewidywalne, ale w zasadzie, po co? Są za to dobrze skrojeni bohaterowie i dużo emocji, łącznie z bezsilnym zaciskaniem pięści przy co bardziej dramatycznych opisach. Podsumowując - warto było przełamać początkowy sceptycyzm i przeżyć wraz z główną bohaterką tę niezwykłą podróż w czasie, by, również wraz z nią, doświadczyć na jej końcu katharsis. Tak więc, przymknijcie oko na powyższy stos komunałów i spróbujcie sami.

czwartek, 16 lutego 2012

"Rumcajs" Václav Čtvrtek

Nie zna życia, kto nie służył w marynarce i nie zna się na zbójowaniu, kto nie przeczytał “Rumcajsa”. Ten klasyk gatunku, omawiający całość zagadnienia, począwszy od genezy procesu przekształcania się w rozbójnika, a na konsekwencjach takiego, a nie innego, stylu życia, skończywszy, to istna kopalna wiedzy dla tych, którzy chcieliby założyć na głowę kapelusz z bukowej kory, zamieszkać w leśnej jaskini i toczyć nieustające walki z niecnymi włodarzami pobliskiego miasteczka. A jeżeli widzicie niejakie problemy w zapuszczeniu brody, która ukryje rój pszczół czy też nie macie kurdybanowej skóry na rozbójnicki kaftan albo żołędzi do nabicia takiegoż pistoletu, no, to już trudno, będziecie musieli usiąść z pociechami i oddać się lekturze w domowym zaciszu. A naprawdę warto, bo Rumcajs w literaturze zbójeckiej  to, moim zdaniem, odpowiednik Rabarbara w literaturze pirackiej. Jeśli lubicie jednego, polubicie drugiego.
Postać stworzoną przez Václava Čtvrtka znałem do tej pory, chyba jak większość moich rówieśników (75 to był dobry rocznik), głównie z czechosłowackiego serialu animowanego dla dzieci w reżyserii Ladislava Čapka. Dzięki wpisowi u Jarmili dowiedziałem się o wersji książkowej i, po szybkim zakupie, postanowiłem skonfrontować swoje miłe, ale już dość mętne, wspomnienia, z książką. A że przy okazji Bartek z niemałą przyjemnością słuchał o perypetiach mieszkańca Rzacholeckiego Lasu …, cóż, wartość dodana do mojej uciechy.
Przygody dawnego jičínskiego szewca, w trochę ludyczny, ale szalenie zapadający w pamięć sposób (ech, wieczorynki), zilustrowane przez Radka Pilařa, przez 4 dni umilały nam wieczory. Niesamowite potyczki rozbójnika o gołębim sercu, który przez 24 rozdziały toczy je ze starostami, wójtami, księciem panem i jego małżonką, a w końcu samym austro-węgierskim cesarzem, są przezabawne i pełne niesamowitości. Ja wiem, że dziś brak u supebohatera laserów, szmerów i innych bajerów, dyskwalifikuje go na starcie i nawet starszak może powiedzieć, że: “Bentenowi może Rumcajs skoczyć!”, a jednak Bartek z błyskiem w oku słuchał o strzelaniu żołędziami, o szpuntowaniu stawu dębowym korkiem, o siedmiokrotnej polewce, którą nie tylko szło się najeść, ale i broń wyczyścić. Czyli jest w tekstach o Rumcajsie jakiś ponadczasowy czar, który mimo braku nowoczesnych gadżetów potrafi zauroczyć współczesnego przedszkolaka.
A ja? Dowiedziałem się, jak Rumcajs poznał Hankę (jakże inną od rabarbarowej Barbary, choć było blisko). Przypomniałem sobie rozbójnicki sposób krzesania ognia (lub płoszenia konia) i siłę zbójnickiego tytoniu (porównywalna z suszonymi grochowinami). Poza tym miałem mnóstwo uciechy z porównywania pirata i zbója, i do chwili gdy piszę te słowa, nie wiem, którego lubię bardziej.
Staroć? Ale z klasą! Polecamy i zaczynamy polowanie na “Hankę” i “Cypiska”.