czwartek, 1 grudnia 2016

"Więcej niż klub" Paweł Beręsewicz

Panie Pawle kochany! Królu złoty! No jakbym tak na wyciągnięcie ręki miał, to za nóżki bym podjął i do stalówki całowania głowę pochylił. To ja tu w głowę zachodzę, co po klasyce? Dziurę tematyczną łatam jakimiś importowanymi tytułami, a tu bez żadnej zapowiedzi, bez zająknięcia żadnego ze strony Internetu, rzekłbym nawet cichcem promocyjnym zupełnym, spada na mnie z półki taaaaaaaka książka o futbolu! Chociaż nie powiem, żal jednak do autora mam, bo to serca naprawdę trzeba nie mieć, żeby tak dobrą książkę na temat młodocianych adeptów piłki kopanej napisać, żeby Młodszy odłożyć jej nie chciał, a biedny ojciec musiał na głos czytać po 70-100 stron dziennie. Póki chrypa i kaszel nie przekonywały zasłuchanego Szymka, że na dziś, to już naprawdę musi być koniec, a zaklęcie "jeszcze jeden rozdział" traciło moc. Ale nie ma tego złego ... Przekonałem się, że na sportowego komentatora się nie nadaję.

Zatem co między okładkami czeka na entuzjastów ganiania za gałą? Ano, historia Messiego i Ronalda. Zaraz, proszę jeszcze nie odchodzić! To nie jest fabularyzowana historia tego z grzywką na żel i małego z Argentyny, tu chodzi o dwóch swojskich chłopaczków z jeszcze bardziej swojskiej Pięknogóry i ich przygodę z kopaniem balona (jakiego?, dowiecie się w trakcie lektury). A że ksywy takie, a nie inne? Sami się domyślcie.

Paweł Beręsewicz postawił na sprawdzony trzon fabularny, znany już z powieści Bahdaja, z tym, że ubrał go we współczesne dekoracje. Podobnie jak w "Do przerwy ...", motorem napędowym wydarzeń jest w książce piłkarska rywalizacja między szeregiem lokalnych drużyn. Zawodnikami jednej z nich, Fruteksu Pięknogóra, są wspomniani wyżej młodzieńcy. Od lat przyjaciele, mimo że kibice wrogich barw klubowych, muszą zmierzyć się z wieloma przeszkodami, które staną ich klubowi na drodze do upragnionej sławy i zwycięstwa. Nie dość, że w klasie pojawi się nowa koleżanka, której poczynania wprowadzą zamęt nie tylko w sportowe, ale i prywatne życie bohaterów, to jeszcze braknie sponsora, a to zawodników, a to trenera, a to to, a to tamto. I tak aż do końca lektury nie wiemy czy będzie ten szczęśliwy finał, czy nie. Ode mnie się nie dowiecie, sami sobie poogryzajcie paznokcie czytając.

Autor jest świetnym obserwatorem i póki co bezkonkurencyjnie, na blisko trzystu stronach swej powieści, przedstawił światek małomiasteczkowego sportu w wydaniu dla juniorów. Jako ojciec (jednego trenującego zapamiętale, a drugiego trenującego z doskoku), dwóch piłkarzy amatorów mogłem tylko ze zrozumieniem kiwać głową nad opisami zachowań zawodników, rodziców, kibiców czy trenerów. I podziękować panu Pawłowi za wstrzemięźliwość w tychże opisach, bo "Więcej niż klub", to historia bardzo stonowana i niektóre wynaturzenia związane z zamieszaniem zwanym "futbol" są opisane w naprawdę łagodny sposób. Ale, ale! Żeby nie było, że jojczę, powieść to wspaniała historia o miłości do sportu, o lokalnym patriotyzmie, o wyborach, których trzeba w życiu (nie tylko dorosłym) dokonywać, o stosunkach rodzic-dziecko, o realizowaniu swoich niespełnionych marzeń poprzez potomka, ba! i o wielu innych sprawach. Wielopłaszczyznowa.

Dla mojego słuchacza najważniejsze było jednak haratanie w gałę. Dynamiczne opisy starć w kolejnych meczach rozgrywanych w Wojewódzkiej Lidze Przyszłych Gwiazd, które próbowałem maksymalnie ozdobić wokalnymi popisami, to była esencja tej czytelniczej przygody. Wiecie te wszystkie: "rozrzucał piłki po skrzydłach", "popędził prawym skrzydłem" czy "dostał podanie trzydzieści metrów przed bramką". Mniód! Do tego wspomnieć należy, że i humor w książce jest, ba znalazło się nawet miejsce dla będących moją zmorą kart ze sławnymi piłkarzami.

Podsumowując, mądra i zabawna książka dla wszystkich, którzy wiedzą co to blaugrana, kim jest Luis Enrique i o co chodzi z wolejem i spalonym. Oraz dla ich rodziców, którzy chcąc nie chcąc musieli się tego wszystkiego nauczyć. Podsuńcie swoim graczom, a jeśli będziecie, tak jak ja, chcieli poczytać im na głos, to przetrenujcie prawidłowe czytanie co trudniejszych nazwisk, bo mnie ze dwa razy wytknięto złą wymowę. Szczerze polecam!

poniedziałek, 7 listopada 2016

"Siła niższa" Marta Kisiel

Czy tęskniłem za Lichotką i za zamieszkującą jej kąty menażerią? Czy zadawanie samemu sobie pytań retorycznych, to objaw jakiejś choroby? Czy opłaciło się przez sześć lat opłakiwać ... Wychodząc jednak z zaklętego kręgu pytań wszelakich, pragnę zapewnić, że tak, tak i tak. Oto bowiem do rąk czytelników trafiła wyczekiwana kontynuacja "Dożywocia", która, moim skromnym zdaniem, podbije serca fanów, wywoła szereg sarknięć i prychnięć u tych, którzy twierdzą, że takie książki powstają niewiadomopoco (mówione na wydechu) oraz, daj Odynie Ałtorce, przywabi nowych fanów panimartowego pisania.

Przyznaję bez bicia, że początek był ciężki, bo też i trzeba było trochę czasu, żeby sobie przypomnieć nie zawsze łatwą sztukę rozkminiania barokowo piętrowych zdań. Nawet Kitek z niepokojem popatrując w mym kierunku dopytywał nieśmiało: "Nie śmiejesz się?". Ja sam zdziwiony, że rzeczywiście nie, szedłem na przełamanie i w końcu nadejszła ..., scena na strychu. Prosty! A potem w supermarkecie. Podbródkowy! I choć miałem z pośpiechu napisać, że "wreszcie poczułem się jak w domu", to po chwili zastanowienia uznałem, że pisząc to skłamałbym wierutnie. Bo tak naprawdę "jak w domu", to poczułem się przewracając ostatnią kartkę "Siły niższej". Do tej chwili czułom się zaś jak Licho i jego słowami mogłobym przemówić:

"Płakało długo i szczerze, z tęsknoty - za kojącym szumem lasu za oknem, za plumkaniem deszczu o taflę stawu, za rechotem żab i utopców, za stołem w kwiatki, za wszędobylskimi mackami Krakersa, za paniczem i jego atakami poezji, za depilowaniem skrzydeł na werandzie, za swoją przytulną gotycką wieżyczką. Krótko mówiąc, płakało za starą, dobrą Lichotką (...)".

Przyznać należy, że ryzykownym był ałtorski zamysł, żeby ten melancholijny sznyt, którym Terry Pratchett tak na serio zaczął przyprawiać dopiero ostatnie tomy świata Dysku, tu pierdyknąć już w drugiej odsłonie kilkunastotomowej serii. Bo choć można bawić się różnymi wcieleniami Brząszczyka, mieć zdrową bekę z zasadniczości Tsadkiela czy zamotania Romańczuka, że o wszelkich pociesznościach generowanych przez dożywotników nie wspomnę, to jednak ta powieść w swej podskórnej warstwie jest historią o życiu. Powtarzam, życiu, nie - Życiu. Takim zwykłym, a nie podręcznikowym, rodzicielstwie, odpowiedzialności za siebie i innych, małych szczęśliwościach i megawkurwach, o rachunkach do zapłacenia i tegesach do wypicia i innych takich, co to mamy ich pełno na co dzień. I tak jak w życiu, tak i podczas lektury "Siły niższej" nie będzie czasu na całodobowe szczerzenie ząbków, więc się na nie nie nastawiajcie (ja się nastawiłem, ale w trakcie czytania mi przeszło). Będzie i płacz (tak, Ałtorko, musiałem się tłumaczyć potomstwu z glutów i ócz wampirzych) i zgrzytanie zębów, a nawet trudna do pokonania chęć dania postaci literackiej w ryja. To spektrum wywoływanych uczuć świadczy o sile "Siły ...".

Zatem na chwałę Rudolfa Valentino, nurzać się kochanieńcy w karkołomnych figurach retorycznych, kichać w kluczowych momentach i tegesem, to kichanie, zgodnie z wielowiekową, narodową tradycją, leczyć. A w tzw. międzyczasie można: wikińskie grzechotki strugać, anime z Ghibli obejrzeć, poekspić w WoWie, w skata pociupać czy poezją romantyczną się napawać.

A kto tego zaproszenia nie zrozumie, to niech nawet kijem dwumetrowym, leszczynowym książki nie tyka, bo szans na ogarnięcie pierdolca łączącego fanów Marty Kisiel nie ma najmniejszych. No, chyba, że ta gadzina zjadliwa weźmie i nawet taką dostojną figurę z kijem, ale bez przegrody w dupie, weźmie i zarazi. Rzekłom, alleluja!


czwartek, 27 października 2016

"Magisterium I: Próba żelaza" Cassandra Clare, Holly Black

Mój starszy syn, po okresie nieprzytomnego pochłaniania słowa pisanego, popadł w czytelniczą stagnację, z której od czasu do czasu, niepocieszony tym faktem ojciec, próbuje go wyrwać. Podrzucam mu więc na nocną szafkę rzeczy, które w moim mniemaniu mogą go, kiedy już zostanie odcięty od multimediów, zainteresować. Ponieważ nie znam nowych serii młodzieżowej fantasy, na ich czytanie absolutnie nie mam czasu, a to one sprawdzają się w tym wyrywaniu najlepiej, robię to trochę na czuja. Niekiedy jednak znajduję kawalątko wolnej chwili i samopas przekonuję się, czy aby nie ukrzywdzam młodego czytelnika jakąś wyjątkową chałą. Tym razem padło na pierwszy tom autorstwa kobiecego tandemu pisarskiego. Ale do rzeczy.

Jest sobie zatem nastoletni chłopczyna, który miał, prawda, rodziców czarodziejów. No i teraz, psze szanownego Państwa, ma iść do takiej szkoły dla dzieciaków potrafiących władać magią. Przed przyjęciem do niej zgromadzona młodzież przechodzi testy i trafia do rywalizujących ze sobą grup. Jest też Ten Którego ..., tfu, znaczy, bardzo zły czarodziej, którego dobrze byłoby wspólnymi siłami pokonać ... Znacie? Znacie. Mógłbym jeszcze poszperać w pamięci i listę cech wspólnych z fabułą cyklu o najpopularniejszym młodocianym czarodzieju wydłużyć, ale w zasadzie po co? W końcu liczy się nie to co podobne, a to co pierwszy tom "Magisterium" od HP odróżnia. A jest to jeden zasadniczy element fabuły, który daje nadzieję na wyjście poza harrypotterową kliszę. Jaki? O tym wiadomo, sza! Mogę jedynie powiedzieć, że niestety, kinematografia (a pewnie i literatura też, ale akurat film mi pierwszy przyszedł do głowy, bo sławny bardzo), zdążyła już ten motyw wykorzystać.

Przyznaję, nie jest "Próba żelaza" jakoś specjalnie odkrywcza i nie zachwyca świeżymi pomysłami. Dodatkowo nastolatki zaludniające jej karty są tak na wskroś amerykańskie, że w jakimś tam stopniu moje odczucia podczas lektury pokrywały się z oglądaniem którejkolwiek z licznych school comedy. Gdybym był nastolatkiem, pewnie mogłoby mnie to ruszyć, ale walka wycofanego i zbuntowanego głównego bohatera z odpowiednikiem filmowego przywódcy drużyny futbolowej jest motywem tak ogranym, że ... sami wiecie. No i te szczegóły, niby inne, ale przecież takie same. Żeby daleko nie szukać, dzikie ostępy, które otaczają szkołę i są zaludnione przedziwnymi stworzeniami. Że też tam z krzaków nie wypadł Rubeus, to się do tej pory nadziwić nie mogę.

Czy sięgnę po drugi tom?  A i owszem. Strasznie bowiem korci mnie, żeby się dowiedzieć jak też Callum poradzi sobie ze świeżo odkrytą tajemnicą. Oby tylko autorki nie poszły na łatwiznę i znów nie posłużyły się ogranymi chwytami fabularnymi. A może po prostu ja mam za duże wymagania i rzeczywiście w temacie nastoletnich machaczy różdżkami nie ma już nic nowego do napisania?

poniedziałek, 26 września 2016

"Nieboszczyk wędrowny" Małgorzata J. Kursa

Zapatrzyłem się w białą "kartkę" bloggerowej notki, a myśl zaczęła podrzucać szablony, które wykorzystuje się przy opisywaniu książek w rodzaju "Nieboszczyka ...". "Niezobowiązująca lektura", "lekka i przyjemna", "odprężająca", "w sam raz na letni dzionek / jesienny wieczór / urlop", "duża dawka humoru" i tak dalej i w tym stylu. I w zasadzie te kilka kalek (pasuje w obydwu znaczeniach, bo te ograne sformułowania są rzeczywiście kalekie), wraz z dodanym do nich, tradycyjnym w moim wykonaniu, laniem wody na tematy poboczne, wyczerpałoby to, co mógłbym o tym rozrywkowym pseudokryminale napisać. Ewentualnie mógłbym jeszcze dodać zwyczajowe w takich razach porównanie do prozy Joanny Chmielewskiej (i rzeczywiście w części scen i dialogów powieści pani Małgorzaty jest echo stylu JCh, przyznaję) oraz wzmiankę o tym, że to rzecz dla kociarzy, bo głównym bohaterem książki jest nieprzyzwoicie wręcz inteligentny czworonóg, mianem Belzebub. Mógłbym, ale choć lubię krótsze niż dłuższe teksty o książkach, to jednak jednoakapitowy wpis to marność, nawet jak na moje standardy.

Nie mogę "Nieboszczykowi ..." w kategorii prozy rozrywkowej prozy wiele zarzucić. Co prawda mógłbym się czepić, że wprowadzenie jest dość sztampowe (chyba każdy z nas choć raz w swym czytelniczym życiu spotkał się z wątkiem niespodziewanego spadku, który bohaterowie otrzymują, by potem wieść, najczęściej na prowincji, życie sielskie anielskie lub pełne zakrętów), a sam pomysł fabularny też do najświeższych nie należy (książkowo nieboszczyka wykorzystał już choćby R. L. Stevenson), ale przyznać należy, że mimo tych zarzucików książka jest w stanie zapewnić niezłą rozrywkę. Parsknięcia, rechocik i wymiana opinii z Kitkiem (czytała wcześniej), na temat niektórych scen i dykteryjek o czymś w końcu świadczą. No i jest para dziarskich staruszek, które u mnie jako czytelnika są zawsze w cenie.

Trochę żal mi jest Kraśnika jako miejsca akcji. Wspomniany na początku, zupełnie został zapomniany w trakcie rozgrywania wstrząsających wydarzeń. Akcja ma, przez większość czasu, miejsce na prywatnych posesjach lub we wnętrzu prywatnych domów, a nawet jeśli wychodzi na miasto, to równie dobrze mogłoby to być każde prowincjonalne miasto w Polsce. Nie żądam oczywiście, żeby było nie było, powieść, zamieniła się w lokalny bedeker, ale jednak szkoda, że tych miejscowych atrakcji, które zamieniłyby czytelnika w potencjalnego wizytatora Lubelszczyzny, jest tak mało.

Podsumowując - trochę odklejona od rzeczywistości (pobłażliwość władz dla kolejnych spedytorów świętej pamięci zewłoku jest oszałamiająca), ale całkiem śmieszna bzdurka, która lepiej sprawdzi się jako rozrywka niż większość rodzimej, serialowej oferty TVP.

środa, 14 września 2016

"Tysiąc szklanek herbaty" Robert Robb Maciąg

Bo (czy każdy ma w głowie polonistkę, która mówi, że nie zaczynamy zdania od "bo"?), z książką Robba, to było w zasadzie tak. Najpierw naczytałem się o niej wiele dobrego i zachciało mi się ją kupić. Jako że u mnie z decyzjami zazwyczaj schodzi, to zanim się obejrzałem, na rynku został audiobook, a jedyny, wygrzebany na oeliksie, papierzany model okazał się pomyłką wystawioną przez panią, która tak naprawdę była za granicą i nie była pewna czy go ma. Lipa. Audio mnie nie urządzało, bo co ze zdjęciami, które stanowią 50% miodności książek podróżnika. Całe szczęście z pomocą przyszła kielecka WBP. Ale i tam nie było łatwo, bo spodziewałem się sporego formatu woluminu, a wezwana na pomoc w poszukiwaniach pani podała mi niepozorną książeczkę. Zapis wspomnień, doznań i przemyśleń związanych z wyprawą po śladach Jedwabnego Szlaku.

Do rzeczy jednak. Książki podróżnicze, to dla mnie ersatz prawdziwego podróżowania, na które tak naprawdę ciągle nie mogę znaleźć czasu i pieniędzy, a może po prostu chęci, by ruszyć pupsko z czterech ścian. A przecież może już nie być okazji zrealizowania odkładanej na wieczne nigdy przygody. Posłuchajcie co pisze Robb o wizycie w Aleppo: "Najlepiej sami odwiedźcie to miasto. Wprawdzie nie musicie się śpieszyć (Aleppo stoi już kilka tysięcy lat i pewnie postoi jeszcze chwilkę), ale nie możecie tej podróży ciągle odkładać na później. Później może się okazać, że nic się Wam już nie będzie chciało, a najmniejszą ochotę będziecie mieć, by podróżować po obcych krajach. Później może oznaczać ogródek i telewizor, a przecież szkoda by było Waszych umarłych marzeń i wiecznie żywych wspomnień.". A teraz wpiszcie w wujka gugla frazę "Aleppo Syria". Już wiecie o co mi chodzi? Dzięki temu fragmentowi w końcu pojechałem na planowaną od trzech lat, trzydniową eskapadę rowerową do Krakowa. Żaden wyczyn, ale wielka frajda. No i wreszcie znajomi nie będą pytać ze znaczącym uśmieszkiem: "Jak tam Kraków?".

Dzięki temu wypadowi mogłem też przekonać się, że prawdą jest to, że "(...) Czasem trudno to wszystko ogarnąć. Tyle sympatii, o którą nigdy nie prosiłeś. Czasem trudno się do tego przyzwyczaić i przyjąć to z szacunkiem, a jednocześnie „tak po prostu”, jak najnormalniejszy międzyludzki gest.". Nie piszę co prawda o ludziach otwierających swe podwoje przed nieznajomymi podróżnikami, do czego odnosi się autor, ale o kilku dobrych duszach, które chciały nam pomóc w sytuacji awaryjnej, poświęcając swój czas i w jednym przypadku, paliwo. Niby nic, a cieszy, bo pokazuje, że co prawda "(...) świat nie jest wcale doskonały", ale "(...) człowiek, im dłużej jest w podróży, tym bardziej wierzy w ludzi" i choć "(...) na tę jego naiwność czyhają pułapki", to jednak podróżowanie może podbudować, jeśli chodzi o wiarę w kondycję moralną ludzi.

Oprócz tego "(...) podróż daje nam wolność wyboru. Nie ma czasu, daty, terminów, obowiązków rachunków, systemu, który nam coś nakazuje. Systemu, który nas przywiązuje do jednego miejsca, zmusza do abstrakcyjnych wymogów i obowiązków. Dopóki się ruszam, mam wokół siebie proste życie i proste potrzeby. Gdy tylko się zatrzymam na dłużej, okrążają mnie rachunki, wiadomości TV – kto komu ukradł, kto kogo oszukał". I to jest prawda. Życie zawężone do minimum potrzeb i obowiązków jest o wiele przyjemniejsze. 

Ale ja tu gadu gadu o swoich lokalnych wojażach, a przecież miało być o książce. Robb tradycyjnie się nie opierdziela i wylewa na papier co mu na wątpiach leży. Że nie podoba mu się masowość turystyki i zadeptywanie niepowtarzalnych miejsc tysiącami turystycznych klapek, przez co po pewnym czasie tracą one swoją wyjątkowość (miejsca, nie klapki). Że cywilizacja dociera tam, gdzie do niedawna jeszcze jej tak naprawdę nie było i nie zawsze oznacza to dobro (np. pestycydy w arbuzach). Ale jako rasowy podróżnik nie tylko wyrzeka, ale i zachwyca się. Ludźmi, smakami, kolorami, krajobrazami i ten zachwyt w pełni oddaje w swoich fotografiach, których jest w książce o wiele za mało.

Jeśli nie jesteście gotowi na Wielką Przygodę przeżyjcie ją na kartach "Tysiąca szklanek ...". Poznajcie pułapki czyhające na wędrowców po obcych krajach czytając jak nieznajomość zwyczajów może wpędzić jeśli już nie w kłopoty, to w totalne zakłopotanie ("objedliśmy się więc jak bąki (…) dopiero gdy skończyliśmy, mąż oddał tacę z resztkami rodzinie, która siedziała cały czas za nami i czekała, aż skończymy."). Z drugiej strony zobaczcie jak wielką frajdę daje podróż. Być może zdecydujecie się odbyć własną. Mniejszą czy większą, nieważne. Ważne by pamiętać, że to nie TV czy Internet, ale "(...) podróżowanie jest najcudowniejszym sposobem zmniejszania świata". Polecam!