
Kryminał musi mieć swojego bohatera, a bohater swoje znaki szczególne. I czy to będzie prywatny detektyw, glina, czy amatorski rozwiązywacz zagadek, czy będzie lubił operę, dobrą whisky, czy rock z lat 60-tych - być musi. Nie inaczej jest w "Total Cheops", autorstwa Jean-Claude'a Izzo, pierwszej części tzw. marsylskiej trylogii. Na kartach wspomnianej powieści poznajemy bowiem Fabia Montale, smutnego miłośnika kulinariów i wędkarstwa, wychowanka ulicy, policjanta ze skłonnością do miłosnych porażek.
Książka jest typowym czarnym kryminałem, w którym autor, oprócz wątku sensacyjnego, przemyca swoje opinie i obserwacje dotyczące sytuacji we Francji, ze szczególnym uwzględnieniem swojego ukochanego miasta - Marsylii. A miasto to szczególne. Tygiel ras i narodowości, problemy z imigrantami, zorganizowana przestępczość i problem młodzieży z przedmieść, narkotyki, prostytucja, zabójstwa. Nie ma tu nic z Francji jaką znamy z bedekerów, bo Izzo wiedzie nas zaułkami, prowadzi do blokowisk i podejrzanych spelun. Bo przecież: "Marsylia to nie miasto dla turystów. Nie ma tu nic do oglądania. Jej urody nie da się sfotografować. Trzeba ją przeżyć." I Fabio przeżywa, a ma ku temu dodatkową okazję, bo śmierć dwóch przyjaciół przywołuje wspomnienia. Każda uliczka, każdy zakątek podsuwa obrazy z czasów młodości, a okazji do ich odwiedzenia jest sporo, bo częstokroć lawirując na granicy prawa, trzeba pchać sprawę naprzód.
Listopad 2005 roku dobitnie pokazał, że zdiagnozowany przez Izzo "total cheops" (w slangu "totalny burdel"), dotyczy nie tylko Marsylii, ale całej Francji. I choć autor przesadza czasem z litaniami nazw marsylskich ulic oraz eksploatuje ograny motyw miłości gliny i prostytutki, to powieść czyta się dobrze. Z pewnością wrócę do tego portowego miasta, by dowiedzieć się jak sprawy stoją.





