środa, 25 lutego 2009

"Total Cheops" Jean - Claude Izzo


Kryminał musi mieć swojego bohatera, a bohater swoje znaki szczególne. I czy to będzie prywatny detektyw, glina, czy amatorski rozwiązywacz zagadek, czy będzie lubił operę, dobrą whisky, czy rock z lat 60-tych - być musi. Nie inaczej jest w "Total Cheops", autorstwa Jean-Claude'a Izzo, pierwszej części tzw. marsylskiej trylogii. Na kartach wspomnianej powieści poznajemy bowiem Fabia Montale, smutnego miłośnika kulinariów i wędkarstwa, wychowanka ulicy, policjanta ze skłonnością do miłosnych porażek.
Książka jest typowym czarnym kryminałem, w którym autor, oprócz wątku sensacyjnego, przemyca swoje opinie i obserwacje dotyczące sytuacji we Francji, ze szczególnym uwzględnieniem swojego ukochanego miasta - Marsylii. A miasto to szczególne. Tygiel ras i narodowości, problemy z imigrantami, zorganizowana przestępczość i problem młodzieży z przedmieść, narkotyki, prostytucja, zabójstwa. Nie ma tu nic z Francji jaką znamy z bedekerów, bo Izzo wiedzie nas zaułkami, prowadzi do blokowisk i podejrzanych spelun. Bo przecież: "Marsylia to nie miasto dla turystów. Nie ma tu nic do oglądania. Jej urody nie da się sfotografować. Trzeba ją przeżyć." I Fabio przeżywa, a ma ku temu dodatkową okazję, bo śmierć dwóch przyjaciół przywołuje wspomnienia. Każda uliczka, każdy zakątek podsuwa obrazy z czasów młodości, a okazji do ich odwiedzenia jest sporo, bo częstokroć lawirując na granicy prawa, trzeba pchać sprawę naprzód.
Listopad 2005 roku dobitnie pokazał, że zdiagnozowany przez Izzo "total cheops" (w slangu "totalny burdel"), dotyczy nie tylko Marsylii, ale całej Francji. I choć autor przesadza czasem z litaniami nazw marsylskich ulic oraz eksploatuje ograny motyw miłości gliny i prostytutki, to powieść czyta się dobrze. Z pewnością wrócę do tego portowego miasta, by dowiedzieć się jak sprawy stoją.

wtorek, 17 lutego 2009

"Taka piękna żałoba" Bohumil Hrabal


Zima, kominek i starszy człowiek siedzący w bujanym fotelu i ze swadą opowiadający magiczne historie. Wokół niego wianuszek słuchaczy, a wśród nich ja. Zasłuchany. Z niedowierzaniem przyjmujący niesamowite, ze śmiechem - śmieszne, a z zadumą - smutne, wątki tychże opowieści. Tak wyobrażam sobie słuchanie Hrabala. Tyle tylko, że w "Takiej ładnej żałobie" zamiast staruszka, mamy młodziutkiego narratora, ucznia szkoły powszechnej, a zamiast kominka, czeski Nymburk, który jest miejscem akcji. Ale mnie to nie przeszkadza, bo zasłuchanie i cała reszta pozostają bez zmian.
Autor w przedmowie pisze: "I tak oto w tych opowiadaniach zatrzymałem piękne obrazy, które nie starzeją się wraz ze mną: w książce tej pozostaję niezmiennie chłopczykiem w marynarskim ubranku (...)". Tak jest rzeczywiście. Z dziecięcym zadziwieniem i ciekawością świata, z niczym nie skażonym zmysłem obserwacji, bez ograniczeń jakie narzuca wiek dojrzały, snuje mały chłopiec historię swojego dzieciństwa. A jest to historia porywająca.
Oto przedwojenne Czechy, a w nich browar, a w browarze rodzina. Tatuś co tydzień rozbierający silnik motocykla marki "Orion", mamusia, która jest aktorką miejscowego teatrzyku i nasz narrator, który pisząc nadobowiązkowe wypracowania, przybliża nam miejsca i ludzi. A korowód postaci jest barwny i oszałamiający: stryjaszek Pepi, pierwszy kobieciarz w miasteczku, ksiądz dziekan, który na ścierce trzymanej w zębach podnosi dwie kuchareczki, czy miewający ataki furii, chrzestny Zeleny, potrafiący ze złości odrąbać sobie dłoń. No i historie, zawarte w 23 krótkich rozdziałach, a każda kolejna równie wciągająca jak poprzednie.
Świetna to książka. Rewelacyjnie poprawiająca humor (czytając ją o piątej rano mało się nie udusiłem, by nie pobudzić domowników rechotem, który rwał się z gardła), przywołująca wspomnienia z własnego, może nie tak bujnego, dzieciństwa i przybliżająca międzywojenne życie na południe od granicy. Po prostu bomba!

poniedziałek, 16 lutego 2009

"Madagaskar 2" reż. Eric Darnell , Tom McGrath


Wybraliśmy się rodzinnie na "Madagaskar 2". Po pierwsze dlatego, że poprzednia wyprawa, na "Króla Maciusia", nie pozwoliła Bartiemu poczuć atmosfery kina, bo na sali był tylko on i mama. Trochę też samolubnie, bo spodobały nam się teksty w trailerach i chcieliśmy z Kitkiem pośmiać się z "grepsów".
"Madagaskar 2", to kontynuacja przygód grupy zwierzaczków. Pierwszej części nie oglądaliśmy, ale w sumie nie ma to wielkiego znaczenia, bo historia jest prosta jak drut i szybko można się w bajkowym świecie odnaleźć. A co między "okładkami"? Rodzinna historia z happy endem oraz przyzwoicie zanimowana zwierzyna i afrykańskie pejzaże, dla Bartka oraz babcia - karateka, pingwiny i ich wyczyny oraz Jarosław Boberek jako król Julian, a z ust jego, choć nie tylko, cała fura tekstów, dla rodziców. No i, wcale ładna, muzyka Zimmera.
Nie powiem, czas spędziłem miło i obśmiałem się jak norka. Czy jest to natomiast kino dla trzylatka? Mocno bym się nad tym zastanawiał, bo sądząc po minie syna nie przypadł mu ten film do gustu. A to o tyle dziwne, że Bartek uwielbia zwierzęta pod każdą postacią.

Errata: Wczoraj moja żona stwierdziła, że się nie znam i że Bartkowi film się podobał, a to że minę miał znudzoną, to mój wymysł. Był po prostu pochłonięty akcją na ekranie. Indagowany, Barti potwierdził, że "Madagaskar 2" fajny był, a najfajniejsza - żyrafa. :D

sobota, 14 lutego 2009

"Biała lwica" Henning Mankell


Kolejną częścią cyklu o Kurcie Wallanderze, inspektorze ystadzkiej policji, sprawił mi pan Mankell niespodziankę. Dla jednych jest to niespodzianka in plus, dla innych powód do narzekań. Ja zaliczę się do pierwszej grupy. Bo o ile, dla osoby głównego bohatera, gotów jestem przecierpieć formułę klasycznego kryminału, o tyle odejście od niej w "Białej lwicy", przyjąłem z uśmiechem. To właśnie ta nieszablonowość, w porównaniu do wcześniejszych przygód naszego ulubionego miłośnika opery, jest niespodzianką, o której piszę. Ale do rzeczy.
W spokojnej i jakby uśpionej Skanii mąż zgłasza zaginięcie małżonki. No cóż, zdarza się, nawet w Szwecji, że kobieta porzuca rodzinę. Szkopuł w tym, że ta akurat, nie ma ku temu żadnych podstaw. Sprawa komplikuje się, kiedy w okolicy domniemanego zaginięcia, wylatuje w powietrze farma, a na miejscu eksplozji policja znajduje szczątki broni, radiostacji i człowieka. Konkretnie wskazujący palec, należący do czarnoskórego.
Mankell już na początku zdradza nam to, czego nie wie Wallander, a później stopniuje napięcie, wprowadzając różne, ludzkie najczęściej, czynniki, które zagęszczają atmosferę, tej nie do końca kryminalnej, a raczej sensacyjnej powieści. Sprawa zatacza coraz szersze kręgi i jak zwykle jej opis jest przyczynkiem do scharakteryzowania sytuacji w ojczyźnie autora i RPA, bo do tego właśnie kraju prowadzą ślady. Jest również kolejnym krokiem do poznania Kurta, bo choć go w "Białej lwicy" mało, to jednak wplątanie w międzynarodową aferę i m. in. konieczność użycia broni, sprawiają, że dowiadujemy się o nim, z jego reakcji, całkiem sporo.
Wartka akcja, jak zwykle ludzki i popełniający błędy policjant, zimna Szwecja i gorące RPA to miks, który pochłonąłem w trzy wieczory. Trochę za dużo jak dla mnie było niefortunnych zbiegów okoliczności, ale... niech tam i tak mi się podobało :)

czwartek, 12 lutego 2009

"Dojczland" Andrzej Stasiuk


Pierwsze wrażenie po otwarciu książki (??) pana Stasiuka, to zaskoczenie dużą czcionką i małą ilością stron. Ale ponieważ zdaję sobie sprawę, że niekoniecznie ilość przechodzi w jakość, zabrałem się do lektury. I, powiem szczerze, uczucia mam mieszane.
"Dojczland" to próba oswojenia Niemiec. Oswojenia poprzez porównanie obserwowanych podczas gastarbajterskiej, literackiej podróży autora, obrazów, do znanych i lubianych elementów innych miast i krajów. Poprzez szukanie tego co łączy, a nie dzieli. Poprzez burzenie stereotypów i przybliżanie tego co w Niemczech swojskie, a co znaleźć można poza murami muzeów i znanych miejsc, bo do takich właśnie, nie opisanych w przewodniku turystycznym, lokalizacji, autor w swych wolnych chwilach dociera i w takie się zapuszcza. Pokazuje np. niemiecką żulernię, tak podobną do naszej, identyczne z prlowskimi ogródki działkowe, widziane z okna pociągu, czy też niemieckich palaczy, palących pod tablicą z zakazem, przeczących zakodowanemu w naszych głowach skojarzeniu z ordnung muss sein. I to jest to, co mi się w "Dojczland" podobało. Sprawdziły się słowa z tylnej okładki: "Pełna jest celnych obserwacji, błyskotliwych refleksji oraz niewyszukanego humoru".
Co zatem jest z nią nie tak? Otóż beam i wszystko co z nim związane. Nie wiem, czy to poza pana Andrzeja, bo to moja pierwsza przeczytana jego książka, ale wydawać by się mogło, że bez solidnej dawki, najlepiej markowego, alkoholu, Polak, a przynajmniej zapraszany przez niemieckich literatów i księgarzy, polski autor, Niemiec przetrawić nie zdoła. I nawet rynsztokowy czasem język, nie zgrzytał mi tak, jak fakt, że autor do i tak cieniutkiej książeczki wepchnął masę słów dotyczących tego co, gdzie, jak i za ile ojro kupił i wypił.
Podsumowując - całkiem niezły i bardzo nietypowy reportaż o Niemczech, który z chęcią przeczytałbym w paru odcinkach w gazecie. Wydanie go jako książki..., cóż. Ale warto się zapoznać.

środa, 11 lutego 2009

Sterta nr 2.


Poprzednia się wykruszyła i jeszcze nieopisaną "Białą lwicą" Mankella, zakończyła. Lutowa zaczęła się przeczytanym, ale również nieopisanym Stasiukiem, a w kolejce...

poniedziałek, 9 lutego 2009

"Labirynt" Kate Mosse


Nie przychodzi mi do głowy nic na usprawiedliwienie faktu, że bestsellerowa powieść Kate Mosse "Labirynt", niezbyt mi się podobała. No, wlokła mi się, jak krówki "ciągutki" i z utęsknieniem wyczekiwałem tablicy z napisem "the end".
"Labirynt" to powieść osnuta wokół, modnej ostatnio, osi pt. "tajemnice historii", które to tajemnice, autorzy wyjaśniają wg własnego pomysłu, wplatając w fabułę wątki sensacyjne i eksploatując do bólu Spiskową Teorię Dziejów. Pani Mosse wzięła na tapetę katarów i ich domniemany udział w przechowywaniu tajemnicy Graala. Podzieliła akcję między czasy współczesne oraz koniec "wieków ciemnych" średniowiecza, wybrała dwie kobiety na narratorki historii i zaczęła splatać ich losy, by wszystko dopełniło się w, mrożącym krew w żyłach, finale.
Wygląda smakowicie? Owszem, ale dla mnie, czytelnika - samca, takie nie jest. Bo "Labirynt", w szatach thrillera przemyca melodramat, a ja nie tego oczekiwałem. Te ciągłe "wrażenia", których doświadcza ni z tego, ni z owego, współczesna nam Alice. Ja rozumiem - kobieca intuicja, ale bez przesady. Te miłosne dylematy siedemnastolatki. Ta tajemnica, która wobec rozgadania spiskowców, dziw, że nią pozostaje. Ta nieporadność w działaniu cechująca strażników Trylogii. Te ubrania, co i rusz "spływające do nóg" i źli faceci, jak jeden, pachnący potem i tanimi fajkami. Oraz nieścisłości typu "Druga (kula) trafiła prawnika w udo. Przeszła na wylot, strzaskała kość."
Za bardzo "kobieca". Wiem, wiem, argument z rodzaju: "bo tak", ale taki właśnie jest główny powód, który od "Labiryntu" mnie odrzucał. Pani Mosse bardzo ładnie odrobiła lekcję historii, wymieszała z historią uczucia, któremu nawet wieki dzielące nas od wojen albigeńskich nie dały rady, ale wątek sensacyjny poprowadziła dość nieudolnie. Dlatego też "Grobowiec" pozwolę sobie darować :)

"Monsunowe wesele" reż. Mira Nair


"Monsunowe wesele", to film sprzed epoki boomu na Bollywood. I dobrze, bo ta wielonarodowa koprodukcja, wybija się ponad standard dołączanych dziś do kobiecych pisemek filmów, rodem z Bombaju. Owszem są tańce, panowie w turbanach i wielka miłość, ale jako tło, a nie cel sam w sobie.
Indie. W pewnej rodzinie z klasy średniej trwają przygotowania do wesela. Z całego świata zjeżdżają goście. Rozpoczyna się tradycyjna w takim przypadku krzątanina, charakterystyczna dla ślubnych ceremonii, bez względu na kulturę czy miejsce na świecie. Z każdym kadrem widz coraz głębiej zanurza się w rodzinne konotacje i odkrywa coraz więcej rys na idealnym, wydawałoby się, monumencie tradycyjnej, hinduskiej rodziny.
"Monsunowe wesele", to wspaniałe przedstawienie współczesnych Indii, wciąż podzielonych klasowo, rozdartych między tradycją i nowoczesnością, biedą i bogactwem. Oprócz źródła obserwacji społecznych, film jest również wulkanem emocji i mozaiką uczuć. Znajdzie w nim widz historię o potędze miłości i iście grecki dramat wyboru.
Podobał mi się. Ze względu na egzotykę, kolory, muzykę. I świetną rolę Vijay Raaza, jedzącego nagietki zatwardziałego kawalera, który wzruszył mnie swoim romantyzmem.

czwartek, 5 lutego 2009

Rozmowy (nie)kontrolowane cz.3.


Ponieważ Barti jest miłośnikiem zwierzyny wszelakiej, dziś z biblioteki wytaszczyliśmy PWN-owską encyklopedię pt. "Ptaki". Ponieważ wrodzona niecierpliwość naszego starszego syna, nie pozwoliła mu poczekać z oglądaniem do powrotu do domu, zahaczyliśmy o świetlicę. Rozłożywszy się obozem, lecimy, strona za stroną, przez krainę pierzastych. Nazwy przeurocze, a panabartkowe komentarze doszukują się relacji między nimi (nazwami), a dietą ptaszysk.
- Kleszczojad.
- Pewnie zjada klesce! (sz i cz ciągle przed nami :D )
- Mrówkożer.
- Bo je mrówki!
- Sikorka.
- Siki je!!
Koleżanka, która stała obok wybuchła śmiechem, a tata ze stoickim spokojem tłumaczył, że jednak słoninkę.