niedziela, 30 sierpnia 2009

Rozmowy (nie)kontrolowane cz.5


W radiu: "Jeszcze Polska nie zginęła ...".

Barti: - A kiedy zginie?
Hmm, no właśnie, kiedy?

[K]itek, [B]arti, [J]a z cyklu: "Jak sprowadzić starych na Ziemię".
[J] - I widziałem dwójkę rowerzystów, ona na Specialu...
[K] - A w jakim wieku byli?
[J] - Noo, ja wiem. W naszym.
[B] z tyłu samochodu - Znaczy się, starzy?

Głos z TV - (...) odbędzie się koncert galowy (...)
Barti zatrzymany w przelocie - A dla jakich Galów?

piątek, 28 sierpnia 2009

"Kielonek" Alain Mabanckou


Pijaków dzielę na dwie kategorie: gawędziarzy i męczybuły. Przedstawiciele pierwszej grupy, podlawszy swe opowieści wiśnióweczką, bądź innym lokalnym wynalazkiem, snują ciekawe i dowcipne opowieści, czerpiąc ze swego, czasem, o dziwo, bardzo bogatego żywota. Druga grupa charakteryzuje się przynudzaniem o swych wyimaginowanych lub jak najbardziej prawdziwych, ale mało interesujących, problemach. Do jakiej grupy należałoby zaliczyć Kielonka, narratora powieści Alaina Mabanckou, o tym samym, co ksywa głównego bohatera, tytule? Nie wiem. Ma po części trochę z jednego i trochę z drugiego. Górę bierze jednak gawędziarz.
Pochodzący z Konga autor postanowił zabawić się z czytelnikiem. Dał więc pijaczynie do jednej ręki długopis, do drugiej zeszyt i przez osobę szefa baru "Śmierć kredytom" zachęcił: "Pisz Kielonek!". I popłynęła wartka opowieść o życiu, za nic mająca interpunkcję i inne reguły tradycyjnej prozy. Nie jestem zwolennikiem zabaw formą, ale akurat w tym konkretnym przypadku, potok wylewających się z ust, czy też spod długopisu narratora słów, zupełnie mi nie przeszkadzał. A co z treścią?
Za nic mając poprawność polityczną, posiłkując się cytatami znanymi z historii i literatury, pisze Mabanckou o Afryce. Jakże innej od tej, znanej z poważnych, namaszczonych reportaży, które ubierają Czarny Ląd w poetyckie niekiedy strofy. Pisze o polityce, religii, ale też o żonie - jędzy i problemach rodzinnych. Słowem o wszystkim co znalazło się w zasięgu, zamglonego paroma szklaneczkami Sovinco (miejscowego mamrota), wzroku Kielonka.
Świetna, dowcipna, ożywcza i z pewnością warta przeczytania, bo tak inna od pełnych powagi i wielkich słów książek traktujących o Afryce. Ale nie dajcie się zmylić, bo "Kielonek" też traktuje o sprawach wielkiej wagi.

PS. Mały przykład "mrugania" do czytelnika: "(...) trafiłem do nieba (...), powiedziałem, że będę mówił tylko w obecności Boga Ojca (...) i zobaczyłem negra wielkości naturalnej jak rzeźba Ousmane'a Sowa, był w podeszłym wieku, ubrany w biały fartuch, zbliżył się uroczystym krokiem, jakby miał zamiar odprawić tu mszę i przedstawił mi się jako Bóg Wszechmogący, skoczyłem jak oparzony, zdenerwowałem się, powiedziałem, że to straszne bluźniertstwo, niewybaczalna herezja, powiedziałem, że ten typ wcale nie jest Bogiem, powiedziałem, że Bóg nie może być czarny i wszyscy znów spojrzeli na mnie wielkimi oczami, i sprowadzili innego mężczyznę w fartuchu, był równie wysoki, z siwymi włosami, gęstą brodą, niebieskimi oczami, bardzo białą skórą (...)". Czyli - wreszcie Bóg :D

wtorek, 25 sierpnia 2009

"Sky Blue" aka "Wonderful Days" reż. Kim Moon Saeng

Wszyscy lubią Shreka i zwierzątka z "Madagaskaru", ale świat animacji nie kończy się na produkcjach Pixara. Poza granicami krainy masowej rozrywki i pastelowych kolorków, są inne, mniej barwne światy. Ot, choćby ten, przedstawiony w koreańskiej megaprodukcji pt. "Sky Blue", znanej też jako "Wonderful Days". Niestety słowo megaprodukcja odnieść można, w tym konkretnym przypadku, jedynie do rozmachu audiowizualnego, który w żaden sposób nie kryje pustki fabularnej i totalnej sztampowości scenariusza. Jak to w moich stronach mawiają. ot, takie gówienko w sreberku.
Ziemia, rok 2142. Ludzkość rozpirzyła co miała rozpirzyć, wydobyła co miała wydobyć, zanieczyściła co się tylko dało i z Planety Matki pozostał syf. Populację stanowią dwie grupy: Ecobanie, Übermensche żyjący w czerpiącym energię z zanieczyszczeń (sic!) mieście i Marranie, niewolnicy, tania siła robocza, słowem - czerń. Ci ostatni traktowani jak bydło, zaczynają organizować ruch oporu. Na tle narastającego konfliktu kwitnie tymczasem trudne uczucie dwójki głównych bohaterów. Shua, wygnaniec z Ecobanu, samotny wojownik o tytułowe błękitne niebo i Jay, mająca widoczne z tysiąca mil rozterki moralne, strażniczka miasta, są przyjaciółmi z dzieciństwa. Rozdzieleni przed laty przez tego trzeciego, zazdrośnika i złego chłopca, Simona, spotykają się podczas jednej z inwigilacyjnych akcji Shui, który w imię lepszej sprawy kradnie dane z superkomputera w Ecobanie. No, a potem... sterta banału, nudy i patosu z ogromną przewagą tego ostatniego, w wykonaniu jednych z najbardziej papierowych postaci jakie dane mi było w życiu oglądać.
Co zatem pozostaje? Rewelacyjne połączenie tła w wysokogatunkowym 3D oraz klasycznej, charakterystycznej dla japońskiego anime, animacji postaci, co nie powinno dziwić, bo nad filmem pracowano lat siedem. Miejscami odrobinę pompatyczna, ale całkiem przyjemna ścieżka dźwiękowa. I... i to chyba byłoby wszystko. Trochę mało, ale dla wzrokowców jest kilka scen, które potrafią utkwić w pamięci.

"Najczarniejszy strach" Harlan Coben


Hmm, jak ten czas leci. "Najczarniejszy strach" to już siódmy tom przygód byłego agenta FBI, niedoszłej (z powodu kontuzji) gwiazdy NBA, agenta sportowego i detektywa z przypadku (a jak widać, dużo tych przypadków), Myrona Bolitara. Pamiętacie go? Jeśli tak, to macie lepiej ode mnie, bo o ile samą postać kojarzę, to fakty z poprzednich książek cyklu uleciały z mej pamięci do ffordowskiej Studni Zagubionych Wątków. Nie zważając jednak na powyższe zagłębiłem się w intrygę, którą ku mej uciesze uknuł Harlan Coben.
Nawiązania są, ale całe szczęście pogłębione do tego stopnia, że idzie się połapać, kto kogo i za co nie lubi. Cała reszta, to nieustająca lista dialogowa z pół-, góra całostronicowymi didaskaliami, bo wiadomo, że opisy usypiają akcję, a poza tym scenarzysta ma potem trudniej. Myron jak zwykle ironiczny i sarkastyczny, strzela dowcipnymi tekstami jak z rękawa i rację ma jeden z jego oponentów, który twierdzi, że powinien pomyśleć o pracy jako komik. Ja dodam jeszcze, że mógłby się nawet pokusić o założenie kabaretu, bo tą, po pewnym czasie nieznośną, manierą dowcipkowania na każdy temat, zarażają się wszyscy jego rozmówcy.
Intryga kosmicznie nieprawdopodobna, ale przecież życie pisze... itd., więc nad tą kwestią przechodzimy do porządku dziennego. Jak zwykle mylenie tropów i wyjaśnianie już, zdawałoby się, wyjaśnionego, w spektakularnym i "zaskakującym" finiszu, zajmującym ostatnie kilkanaście stron. Słowem - cobenowski standard. Do szybkiego czytania, paru półgębków przy co lepszych tekstach Myrona i konstatacji, że następne spotkanie z Bolitarem nastąpi po dość długim od niego odpoczynku.

piątek, 14 sierpnia 2009

"Czarne oceany" Jacek Dukaj


O prozie pana Jacka słyszałem, tu i ówdzie, od dawna. Zawsze jednak kiedy wzrok mój spoczywał na jednej z jego książek, górę brało we mnie przeświadczenie, że nie dam rady, że się nie wciągnę i nie zachwycę. Bo wyrazy, którymi opisywano tę prozę, czyli "geniusz", "rozmach" czy "wizjonerstwo", nie pozostawiały wątpliwości, że obcować będzie czytelnik z czymś bardzo dobrym, wielkim i wymagającym maksymalnego skupienia. Dodatkowo martwił mnie fakt, że, jak słyszałem, "Czarne oceany" to przedstawiciel cyberpunku, a mnie po lekturze Gibsona nie śpieszno było się z powortem nurzać w świecie VR i pochodnych. No, ale od czego są wyzwania. Kolorowe rzuciło mnie w objęcia dukajowej wizji przyszłości.
Pierwsze co przychodzi mi na myśl po lekturze, to szacunek dla rozmachu charakteryzującego ową wizję autora. Jest bowiem w tej książce prawie wszystko. Zmutowane, czy też, przez mniej więcej pięćdziesiąt lat, jakie dzieli nas od przedstawionego w powieści świata, wyewoluowane wersje: socjologii, psychologii, ekononomii, polityki, savoir-vivre'u i Bóg wie czego jeszcze. Jest wiele nowatorskich koncepcji: myślnia (która sama w sobie może być przyczynkiem do dłuuuugiej dyskusji), psychomemy, Kontakt, Wojny Ekonomiczne, NEti. To wszystko spada na biednego czytelnika i, gdy ma on jako taką wiedzę na omawiany temat, porywa, lecz gdy tej wiedzy brak - przytłacza, a nawet czasem, przynajmniej w moim przypadku, sprawia wrażenie niezrozumiałego bełkotu. Niemniej jednak wciągnął mnie ten świat, w którym OVR zastąpił RL, w którym menedżer wszczepki nakorowej może mieć postać Lucyfera, w którym nanobiotechnologia i RNAdycja pozwalają, w połączeniu z możliwością dowolnego składania DNA, jeśli nie na wszystko, to na bardzo wiele, w którym... Można tak jeszcze długo. Ten cały bagaż może być Wasz, jeśli tylko podejmiecie rękawicę jaką rzuca Wam autor.
Jeżeli wierzycie w optymistyczną wersję przyszłości ludzkiej cywilizacji, trzymajcie się od "Czarnych ..." z daleka, bo Dukaj czarnowidzi i nie ma u niego przeproś. Kreuje on bowiem wizję ludzkości, w której: "Nie ma prawa. Nie ma obyczaju. Nie ma moralności. Nie ma religii. Jest tylko chaos samożywny; są tylko pojedynczy ludzie i to, co między nimi."

PS. O książce można by naprawdę długo, ale nie lubię długaśnych elaboratów, więc ...

czwartek, 13 sierpnia 2009

"Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" reż. David Fincher

Wydawać by się mogło, że kilkanaście nominacji do Oskara, w tym, w głównych kategoriach oraz przymiotnik "ciekawy" w tytule, powinno gwarantować, że film na którego oglądnięcie się zdecydowaliśmy, rzeczywiście będzie ciekawy. Nic bardziej mylnego. Otwarcie przyznaję, że "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona", to jeden z nudniejszych i operujących sztampą filmów jakie zdarzyło mi się oglądać. I nawet gwiazdorska obsada (Pitt, Blanchett, Swinton) oraz nazwisko F. Scotta Fitzgeralda, którego opowiadanie adaptowano na potrzeby filmu, nudy towarzyszącej oglądaniu nie rozwiały.
Doprawdy nie wiem, jak to się stało, że człowiek który wyreżyserował "Siedem", stworzył także film, o którym tu mowa. Czy była to chęć spróbowania czegoś innego niż thriller, gatunek, w którym David Fincher radził sobie nieźle (wspomniane "Siedem", świetna "Gra, czy "Podziemny krąg", na podstawie powieści Chucka Palahniuka), czy też chłodna kalkulacja pozwalająca na zauważenie obrazu przez członków Akademii - nie mam pojęcia. Faktem jest, że powstał film ładnie nakręcony, z ładnymi zdjęciami i muzyką, niezłą grą aktorską (choć Pitt wydał mi się bezpłciowy, jak zresztą cały film), ale o niczym.
Bo jedyną odbiegającą od normy rzeczą, która różni "Ciekawy przypadek ..." od setki innych filmów o czyimś życiu jest fakt, że główny bohater rodzi się jako 80-latek i w miarę upływu czasu młodnieje. Rodzi to oczywiście kilka implikacji nieznanych tym, którzy w czasie poruszają się zgodnie z ogólnie przyjętym trendem, jak choćby kwestia ojcostwa Benjamina, ale poza tym... nuda. I tak przez 166 min., bo tyle trwa gawęda o życiu nietypowego nowoorleańczyka.
Cóż, w moim mniemaniu trzeba czekać, aż pan David, usatysfakcjonowany trzema statuetkami (choć w pobocznych kategoriach) powróci do tego co wychodzi mu lepiej i stworzy coś elektryzującego, na miarę wspomnianego wyżej "Siedem".

wtorek, 11 sierpnia 2009

"Skąd się bierze woda sodowa" Tadeusz Baranowski


Jak świat światem, w książce to, filmie czy komiksie, od czasu do czasu zawita duet bohaterów, których pamięta cały świat. Ot, choćby Flip i Flap, Obelix i Asterix, Kajko i Kokosz i... długo by jeszcze wymieniać. Również Tadeusz Baranowski został w swej twórczości zainfekowany bakcylem dualizmu i tak powołał do życia bohaterów zeszytu "Skąd się bierze woda sodowa", czyli Bufallo - Kudłaczka i Billa Bąbelka. Ponieważ jednak, jak się wydaje, bakcyl, o którym tu mowa, był bardzo zjadliwy, na kartach komiksu zagościły też inne pary: Don Chichot i jego giermek Sączy Pącze oraz Ponury Krwiożerca z Krwiożerczym Ponurakiem. A to tylko kilka, z kolorowej galerii, spotkanych przez naszych mężnych przyjaciół, postaci.
Świetna zabawa. Te dwa słowa cisną się na usta, po obejrzeniu/przeczytaniu "Skąd się bierze ...", bo zeszyt ten wprost rozsadza zgromadzony w nim zasób humoru słownego i obrazkowego. Wędrówka Kudłaczka i Bąbelka oraz spotykające ich przygody, to majstersztyk żonglerki słowem, skojarzeniem, stereotypami i kliszami pop-artu. Yeti Baranowskiego jest pogodnym maluchem z wielkimi stopami, rewolwerowiec - dopłaca obrabowywanym, a potwór z Loch Ness jest chorobliwie nieśmiały.
No i teksty. Kultowe już: "Ależ wodzu, co wódz..." i sterta innych, w tym słynny dialog na hipopotamie:
"- Wygląda na to, że mówi co myśli.
- A ja myślę, że coś wygląda z wody.
- Coś wygląda, że ma rację... choć nie wyglądasz na to, że myślisz."
Rewelacja! Zachęcam do odkurzenia w bibliotekach, bo jest to bardzo miły czytelniczy come back. Że co? Że się rozgadałem? To ja przepraszam!

PS. Wiem, że tytułowe "... i nie tylko!" odnosi się do "Antresolki ...", ale postanowiłem uhonorować ją kiedyś osobnym wpisem :)

piątek, 7 sierpnia 2009

"Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa" Eduardo Mendoza


Twórczość Eduarda Mendozy znam tylko z jego detektywistycznej trylogii, której głównym bohaterem jest szalony barceloński lump, trudniący się poniekąd fryzjerstwem, w międzyczasie zaś rozwiązujący zagadki kryminalnej natury. I, żeby od razu ustawić właściwą optykę, jestem jej fanem. Dlatego też, z przyjemnością sięgnąłem po "Niezwykłą podróż ..." pozycję, która z pobieżnego opisu wydawała się do rzeczonej trylogii bardzo podobna.
Tak, tak, tak. Po trzykroć tak. Mendozowski humor powraca. I bohater też. Reinkarnacja istnieje, albo geny są silniejsze niż myślimy, albo też główny bohater odnalazł poszukiwane przez siebie źródło wiecznej młodości. Faktem jest, że tytułowy Pomponiusz Flatus jest bowiem albo przodkiem, albo poprzednim wcieleniem naszego znajomego Barcelończyka, bądź też nim samym. Tak samo nierozgarnięty, z takim samym marnym stanem posiadania i wiecznymi problemami finansowymi (o gastrycznych nie wspominając) i podobnie wpadający w kłopoty, a równocześnie ze swadą rozprawiający na każdy temat. Przez przypadek rzucony między Izraelitów, pomaga młodemu Jezusowi w uniewinnieniu jego ziemskiego ojca, Józefa, oskarżonego o pewne zabójstwo.
Świetna wariacja, na tematy około biblijne, w połączeniu z ironicznym spojrzeniem na historię, mitologię i ówczesną politykę, dała mi mnóstwo radości. No bo jakże tu się nie uśmiechnąć, kiedy znużony Pomponiusz mówi do Jezusa: "Kiedy będziesz starszy, zobaczysz, jak to jest, gdy pędzą cię stromą drogą, nie dając ani chwili wytchnienia."
Niecierpliwie czekam na następną książkę pana Eduarda.

środa, 5 sierpnia 2009

"Echnaton i Nefertiti" Christian Jacq


Christian Jacq, to niewątpliwie człowiek z pasją. Egiptolog, absolwent Sorbony i założyciel, zajmującego się ratowaniem zagrożonych zabytków starożytności, Instytutu Ramzesa. Równocześnie autor kilkudziesięciu książek i to zarówno fabularnych, osadzonych w ulubionych przez twórcę czasach jak i popularnonaukowych.
"Echnaton i Nefertiti" to właśnie ta druga kategoria. Tytuł sugeruje poznanie osób z jednej strony bardzo ciekawych, bo chodzi przecież o faraona - heretyka i najpiękniejszą kobietę kraju nad Nilem, z drugiej dość enigmatycznych, bo ilość zachowanych źródeł nie olśniewa, ale w moim odczuciu, jest dość mylący. Autor bowiem, mimo że poświęca część uwagi swoim bohaterom, czyni to niejako przy okazji. Zbyt hermetyczny i górnolotny język, zbyt wiele miejsca poświęconego rozprawom teologicznym i wyjaśnianiu fenomenu wprowadzenia Atona na ołtarze, które to kwestie choć są nierozerwalnie z omawianym postaciami związane, nie powinny przyćmiewać historii tytułowych postaci, spowodowały, że spasowałem dokładnie w połowie.
Książka dostanie jeszcze jedną szansę, bo mimo, że zmęczyła, jest ciekawym przyczynkiem do historii Egiptu czasów XVIII dynastii. Jacq przedstawia kilka śmiałych teorii, pisze o zdaniu innych badaczy i cytuje spore fragmenty odczytanych źródeł pisanych. Niemniej jednak poległem :(

"Dziennik nimfomanki" reż. Christian Molina


"Dziennik nimfomanki", to ekranizacja autobiograficznej powieści autorstwa Valerie Tasso. Książki nie czytałem, bo informacja ta spłynęła do mnie z czołówki filmu, ale jeżeli miałbym coś w temacie powiedzieć, to słowami kozy z popularnego wicu, wyraziłbym nadzieję, że może: "Książka była lepsza". Oby. Bo obraz mimo wszędobylskich na filmowych forach ochów i achów, zupełnie mnie nie porwał.
Już otwierająca film scena, w której babcia głównej bohaterki opowiada o niespełnionej miłości, zmarnowanych szansach na dobre bzykanie i popełnionym małżeństwie z rozsądku, przy czym to ostatnie porównuje do prostytucji, nie nastroiła mnie do tego filmu zbyt dobrze. Nazywajcie mnie moherem, konserwą, jak chcecie, ale moje spojrzenie na pewne sprawy jest skostniałe, a babcia popierająca, nazwijmy rzecz po imieniu, pieprzącą się na prawo i lewo wnuczkę, nie wpisuje się w moje widzenie świata. I pewnie ten wąski horyzont nie pozwolił mi w pełni docenić rzeczy, którymi zachwycali się inni kinomani. Artystyczny erotyzm nie przykuł mojej uwagi, ba, uważam wręcz, że określenie "artystyczny" jest użyte stanowczo na wyrost. Fabuła nie porwała, bo historia toksycznego związku, to sztampa, a cała reszta mająca uzmysłowić jaka fajna jest fizyczność i jak nie należy jej ograniczać, po prostu nudna. I nawet wielkie starania, nieznanej mi bliżej Belén Fabry, która wcieliła się w postać Val, ani Geraldine Chaplin w roli klawej babci, tej nudy nie rozwiewają.
Dla mnie "Dziennik ...", to niestety jedynie soft porno z ambicjami. Aura skandalu towarzysząca tej produkcji oraz info, że będą "sceny", z pewnością zapewnią filmowi powodzenie, ale ilu widzów, wyjdzie z sali, podobnie jak ja, rozczarowanych, bo chciało czegoś więcej, niż dobrze nakręconej golizny?