
Mówi się, że w literaturze wszystko zostało napisane, a to co tworzą nam współcześni, to tylko pisanie na nowo tego, co już ktoś, gdzieś, przelał na papier. Czasem zdarza się jednak, że autor celowo odnosi się do jakiegoś toposu, przyswajając go i przerabiając dla swych potrzeb. Tak właśnie w "Kielichu" postąpił pan Łysiak, który wplótł w rzeczoną powieść mit arturiański i legendę o świętym Graalu. A wszystko to, żeby popisać się erudycją (przyznać należy, imponującą), pokazać czytelnikowi jego maluczkość, ponarzekać na temporę i moresa oraz pokazać stałość swych, konserwatywnych poglądów. Sensacyjna fabuła zaś, w której trzej maczos: Lance, Percy i Bohor, będący odpowiednikami Rycerzy Okrągłego Stołu, prowadzą wielce intelektualne dialogi, nie szczędząc jednak czytelnikowi podwórkowej "łaciny", to tak naprawdę tuba, przez którą autor wygłasza swe opinie na różne tematy: kobiet, religii, demokracji czy państwa i narodu jako takich.
Nie wiem, żart to literacki, czy pełna powaga. Jeśli to pierwsze, to się nie uśmiałem, jeśli to drugie, to jako czytelnik czuję się urażony. Po pierwsze - formą. Dęte dialogi, które mają pokazać jak wielkie IQ mają bohaterowie (w domyśle autor), ze znawstwem rozprawiający o Oświeceniu, historii chrześcijaństwa i tysiącu innych spraw. Jednocześnie rozmowy nasycone są wulgaryzmami, bo przecież prawdziwy twardziel bez "kurwy" w ustach, to tak naprawdę ciota. No i chwyt pod tytułem: "A teraz opowiem wam dowcip". Aż się cisnęło na usta: "Ależ wodzu! Co wódz!". Po drugie - przypisami. Pan Łysiak narzeka na umysłową kondycję czytelników, a sam tłumaczy podstawowe zwroty łacińskie i obcojęzyczne, które nawet ja, wg kwalifikacji autora, podejrzewam, jakieś 1/8 inteligenta, znam i tłumaczyć mi ich nie trzeba. Przykłady? Lunch - lekki obiad, „Bloody Mary” - Koktajl z wódki i soku pomidorowego (dosłownie: Krwawa Maria), itd. Po trzecie, podkreśleniami, które, być może, miały wskazać czytelnikowi tropy kulturalne, jakie należy podjąć po, albo w czasie, lektury "Kielicha", ale na mnie robiły wrażenie kolejnego przykładu puszenia się intelektem.
Wydaje mi się, że "Kielich" powstał, jako wielostronicowe narzekanie na współczesne czasy. By autor mógł popsioczyć na homoseksualistów i pedofilów, Szwedzką Akademię (czyli co bym powiedział gdyby... :) ), kondycję Kościoła, zanik państw narodowych i wiele innych rzeczy, które nie pasują do jego konserwatywnego ładu świata. Ci, którzy podzielają zdanie pana Łysiaka, będą zachwyceni, ci, którzy inaczej patrzą na pewne sprawy - zniesmaczeni. Czyli, jak zwykle. Według mnie szkoda, wybitnego skądinąd, pióra na labidzenie, które większość rodaków, tyle że w mniej wyszukanej formie, uprawia co dnia przy piwku.