czwartek, 30 kwietnia 2009

Stos z nutką historii w tle.


Stało się. Przybyłem, pogawędziłem i z biblioteki wypożyczyłem, mimo że "domowego" stosu nie skończyłem. Tak, tak. Nałóg. Ale tak to jest, jak Los od maleńkości skazuje cię na obcowanie z książką.
Dzieciństwo spędziłem z mamą, w wynajmowanym pokoiku, usytuowanym tuż nad wiejską biblioteką. W połączeniu z wychowującą mnie babcią, która cierpliwie wprawiała mnie w rozumieniu czarnych znaczków, poskutkowało to postępującym molizmem. Molizm nieskrępowany, rozwijał się w najlepsze, podsycany nieograniczonym dostępem do książek. Nieograniczonym, bo mama przyjaźniła się z ówczesną panią bibliotekarką i miała własny klucz od książkowego przybytku, już to z mojego powodu, już to, by po prostu podlać kwiaty. Wyobraźcie sobie możliwość wyboru książki o każdej porze dnia i nocy. Tak, nocy, co było możliwe, bo od zasobów bibliotecznych dzieliło mnie jedynie kilka drewnianych schodków oraz konieczność pokonania lęku przed ciemnością. I tak było do czasu, kiedy to księgozbiór przeniesiono do sąsiedniej miejscowości. I ja tam byłem i książki nosiłem :)

P.S. Przepraszam za fatalną jakość zdjęcia, ale robiłem je rano, niejako w przelocie.

wtorek, 28 kwietnia 2009

"Skok na kasę" reż. Callie Khouri


Że pieniądze szczęścia nie dają, każdy wie. Niestety ich brak w dzisiejszych, ukierunkowanych na konsumpcję czasach, też tego szczęścia nie przysparza. Krótko - bez kasy nie ma życia, a w każdym bądź razie, z mamoną przy tyłku (na koncie, whatever) jest ono o wieeeeele łatwiejsze. Takie mnie więcej przesłanie niesie "Skok na kasę", komedia, która miała pozwolić nam z żoną miło spędzić czas, a, co pozwolę sobie zdradzić już teraz, mocno nas rozczarowała. Kitka - nudząc, mnie - mocno irytując.
Bridget Cardigan (Diane Keaton), typowa przedstawicielka anglosaskiego establishmentu, z dnia na dzień zostaje postawiona w sytuacji wydawałoby się bez wyjścia. Mąż traci lukratywną posadkę, kasy brak, rachunki na 200 kawałków niezapłacone, dom jak stodoła do utrzymania, a meksykańska służąca nie chce przyjąć srebrnego dzbanuszka w rozliczeniu. Rozpacz. Tonący brzytwy się chwyta, Bridget natomiast chwyta się miotły, bo jedyna posada dla pańci w średnim wieku i bez żadnego doświadczenia (oprócz wydawania wystawnych rautów), to etat sprzątaczki w Banku Rezerw Federalnych. Wiadomo, bank = kasa, rzutka kobietka realizuje więc śmiały, ale beznadziejnie głupi i totalnie amatorski, plan kradzieży zużytych banknotów, a w myśl poprawności politycznej, do współpracy przy nim przekonuje czarnoskórą samotną matkę (Queen Latifah) i dziewczę (Katie Holmes) żyjące nędznie w przyczepie z narzeczonym.
Nie podobał mi się. Nie śmieszył, drażnił stereotypami, a jego przesłanie do dziś nie jest dla mnie do końca jasne. Ani to bowiem dobra satyra na pogoń za pieniądzem, ani komedia pełna słownych czy sytuacyjnych gagów. Ni pies, ni wydra. A może nazwiska ustawiły mi w głowie zbyt wysoką poprzeczkę? Nie, nie. Miało być bezpretensjonalnie i do śmiechu. Nie było.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

"Dzienniki gwiazdowe" Stanisław Lem


Ponieważ science fiction nigdy nie była moim ulubionym gatunkiem literackim, dzieła pana Stanisława przeszły mi mimo. Oczywiście coś tam, kiedyś, w łapki wpadło, ale powiedzmy, że to zamierzchłe czasy i nie ma czego wspominać. Dzięki kolejnemu wydaniu dzieł lemowskich, mam jednak niepowtarzalną okazję błąd młodzieńczy naprawić, co też niniejszym czynię.
W zasadzie każdy z nas spotkał kiedyś w życiu mitomana, bądź to "na żywca", bądź podczas lektury właśnie. Sztandarowym przykładem mitomanii w literaturze jest baron Münchhausen, którego dzieje, ponad dwa wieki temu, opisał Raspe. Lem podjął temat i jak przystało na czasy, w których tworzył, swojego bohatera, Ijona Tichego, zamiast na armatniej kuli, umieścił we wnętrzu kosmicznej rakiety. Umieścił i wysłał w przestrzeń, by tam śmiałek ów, odwiedzając szereg planet, mógł znaleźć odpowiedzi na szereg od dawna gnębiących ludzkość pytań. Czym jest dusza, czym jest Bóg, jakie systemy społeczne są dobre, a jakie złe, jakich granic, w dążeniu do dorównania Stwórcy, nie powinien człowiek przekraczać i setki, albo coś koło tego, innych. Mimo, że treści "ciężkie", to humorystyczna forma "Dzienników ..." pozwala w łatwy je sposób.
"Dzienniki gwiazdowe" to ponoć Lem nietypowy. Jeżeli tak, to powiem szczerze, że tylko tak nietypowego chciałbym czytać, bo forma zabawy literackiej, jaką autor przyjął do stworzenia tychże "Dzienników ...", w połączeniu z powagą zawartej w nich tematyki, trafia do mnie bez pudła. Oprócz dysput teologicznych w podróży XXI, które delikatnie mnie nużyły, cała reszta jest świetna. Zaznaczyć jednak należy, że przyda się choćby podstawówkowa wiedza, by w pełni cieszyć się lekturą, bo ilość odniesień do szeroko pojętej historii i kultury jest spora.

czwartek, 23 kwietnia 2009

"Gdzie jest tort?" The Tjong-Khing


Przyznaję się bez bicia, że, co prawda rzadko, ale zdarza mi się podczas wieczornej, wspólnej z Bartim, lektury, czytać niejako automatycznie. Tzn. wszystko jest na swoim miejscu: wykrzykniki, odpowiednia intonacja itd., bo w końcu któryś raz z kolei książeczkę przerabiam, niemniej jednak myśl ulatuje ku niezapłaconemu rachunkowi za prąd czy innej przyziemnej trosce.
Tymczasem "Gdzie jest tort?" The Tjong-Khinga, to książka, która na takie zabiegi nie pozwala. Mało tego, to pozycja, która ostro daje w skórę staruszkom, przyzwyczajonym do cowieczornego "klepania" ulubionych lektur dziecka i zmusza do wzmożonej koncentracji oraz "mózgowego" wysiłku. Spytacie: "Dlaczego?". Sprawa jest prosta, w tym "Torcie...", po prostu nie ma tekstu. Trzeba go wymyślać na podstawie, pozornie mało skomplikowanych, ale po dokładnym przyjrzeniu, pełnych akcji, obrazków. Dlaczego mały króliczek płacze? Gdzie podziało się jedenaste kaczątko? To tylko kilka z wielu pytań, na które odpowiedzi może znaleźć mały oglądacz, Twoim zadaniem zaś rodzicu jest pomoc w ich odnalezieniu.

"Gdzie jest tort?", to wielka frajda wspólnego odkrywania świata przedstawionego przez ilustratora i okazja do snucia wielowarstwowej opowieści. Rola ta może przypaść rodzicowi*, może dziecku, ale najlepsza zabawa to "przeplatanka", w której cała rodzina układa puzzle historii, zaczynającej się od kradzieży tytułowego tortu.

Świetna, pełna humoru, ucząca logicznego myślenia, odkrywania i kojarzenia faktów, książka, zasłużenie, moim zdaniem, nagrodzona w 2005 roku holenderską nagrodą literacką Złoty Pędzel.


* Uwierzcie, że nie jest to takie łatwe, na jakie wygląda. Moje pierwsze "czytanie" pełne było "eee..., yyy..." i innych takich przerywników, bo brakowało mi konceptu na ciągłość opowiadanej historii. Tym bardziej, że chciałem zesnuć wszystkie zilustrowane wątki w jedno, a tych jest naprawdę dużo. Pomogło znalezienie "złotego środka" i oddanie inicjatywy w ręce Bartka z jednoczesnym wtrącaniem swych trzech groszy. I wtedy się zaczęło: "Tato, dinozaur i dwa kalemeony!", czy "A co to za dymek?" i pośpieszne przerzucanie wszystkich stron, by przekonać się co/kto zacz?

wtorek, 21 kwietnia 2009

"Misja" reż. Roland Joffé


Przez przypadek dowiedziałem się, że publiczna "Jedynka" wyświetlać będzie jeden z moich ulubionych filmów, czyli "Misję" Rolanda Joffé, a że od czasu ostatniego oglądania minęło trochę czasu, pomyślałem: "Czemu nie odświeżyć?". Ponieważ jednak "ludzkie" godziny w TVP1, zdominowało arcyważne wydarzenie kurturalne, czyli wręczenie czegośtam komuśtam, a ja jednak rano do pracy, w ruch poszedł odtwarzacz i gazetowa płytka DVD. Tym sposobem i wilk syty (film obejrzałem) i owca cała (się wyspałem). Ale wracając do meritum...
Dla tych, którzy nie wiedzą o czym to. Mamy XVIII wiek, a dwie kolonialne potęgi: Hiszpania i Portugalia, dzielą się strefami wpływów na terenie łupieżczo eksploatowanej Amazonii. Tubylcy, czyli Indianie Guarani padają ofiarą łowców niewolników, bądź też giną od kul białych przybyszów. Jednocześnie zakon jezuicki podejmuje na wspomnianych terenach działalność misyjną, próbując ratować zarówno dusze jak i byt autochtonów. W tym czasie, przybywa do Asunción wysłannik Stolicy Piotrowej, kardynał Altamirano (Ray McAnally), który ma rozstrzygnąć o być albo nie być, już powstałych ośrodków misyjnych. I to właśnie jego list do papieża, obrazujący zastałą sytuację, jest punktem wyjścia, do opowiedzianych przez reżysera zdarzeń. Jest oczywiście w filmie, oprócz historii, która stanowi tło, miejsce na wielkie namiętności. Idealizm peregrynującego do Indian ojca Gabriela (Jeremy Irons) i siła jego miłości, czy duchowa przemiana najemnika i bratobójcy, kapitana Mendozy (Robert de Niro), dopełniają obrazu całości.
Ja wiem, że "Misję" cechuje pewien infantylizm, szczególnie w spojrzeniu na działania Towarzystwa Jezusowego i ich efekty. Wiem, że niektóre rzeczy uproszczono, a niektóre wyeksponowano tak, by bardziej do widza przemówiły. Ale załóżmy, że istniał grający na oboju braciszek, który chciał dla Guarani dobrze i tak mocno tego pragnął, że gotów był stanąć przeciw całemu, złemu światu dzierżąc jedynie monstrancję. Załóżmy, że łotr wejrzał w siebie, stał się dobry i zaczął odkupywać swe winy. I dajmy się porwać opowieści o nich.
Śmiem twierdzić, że Joffé stworzył film piękny. Poczynając od cudownych zdjęć Chrisa Mengesa, które świetnie oddają piękno Amazonii, po wspaniale ilustrującą poszczególne sceny muzykę Ennio Morricone. A Mendoza wracający po swój, ciągnięty w ramach pokuty, tobół ze zbroją, który odcina litościwa ręka brata Fieldinga (Liam Neeson), za każdym razem robi na mnie wrażenie. Ja sobie jeszcze kiedyś powtórzę a Wam polecam.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

"Recydywista" Kurt Vonnegut


"A Janek skończył Harvard!" Czyż takie zdanie, rzucone mimochodem podczas towarzyskiego spotkania, nie robi odpowiedniego wrażenia? Bo przecież Harvard, to równoważnik trampoliny do świata wielkich ludzi i jeszcze większych pieniędzy. Stylowe sweterki z godłem uczelni i takież krawaty. A jeszcze, daj Bóg, było się członkiem Phi Kappa Duppa, no, to już jak złapać Stwórcę za piętkę. I wszystko byłoby cacy, gdyby w ten sielankowy obraz nie wdarł się swoim "Recydywistą" Kurt Vonnegut. Wdarł się i z ironicznym uśmieszkiem na twarzy, zburzył mit.
Walter F. Starbuck, główny bohater, a raczej antybohater, jest w chwili kiedy go poznajemy - nikim. Dokładnie. Żona go odumarła, syn zerwał kontakty, a on sam jako staruszek i najmniej znany aferzysta, w słynnej Watergate, kończy odsiadywać wyrok w Federalnym Zakładzie Poprawczym dla Dorosłych Niższego Stopnia Zagrożenia. Nie byłoby w tym może nic specjalnego, gdyby nie fakt, że Walter jest harvardczykiem. Co prawda trafia na uczelnię nie z "urodzenia", a z kaprysu bogatego protektora, ale jednak. Powinien być skazanym na sukces. A tu pupa blada, bo Starbuck jest nieudacznikiem jakich mało. Świadczy o tym wszystko. Począwszy od otrzymanej z łaski posady, przez przypadkowy i epizodyczny udział w waszyngtońskich rozgrywkach, aż po kres książki, który znaczy kolejny, mimowolny przekręt.
"Recydywista" pokazuje jednostkę bezwolną, w całości ukształtowaną przez innych i przez system. W ironiczny sposób portretuje świat wielkiej polityki i biznesu. Śmieszy, ale równocześnie przeraża. Iście vonnegutowska pozycja.

piątek, 17 kwietnia 2009

"Źródło" reż. Darren Aronofsky


"Źródło" Darrena Aronofsky'ego wzbudzało swego czasu wiele emocji i dyskusji. Całe szczęście, o całym tym zamieszaniu dowiedziałem się już po obejrzeniu filmu. I dobrze, bo mogę spokojnie powiedzieć, że obraz ten mnie rozczarował.
Mający swą światową premierę w 2006 roku film reżysera "Pi" i "Requiem dla snu" niewątpliwie robi wrażenie audiowizualną oprawą. Wspaniała, klimatyczna muzyka Clinta Mansella, który swą klasę pokazał tworząc soundtrack do wspomnianego już "Requiem... ", współgrająca z baśniowymi, pełnymi żywych kolorów, choć z drugiej strony, trochę kiczowatymi, sceneriami, tworzy spójną, dość miłą dla oka i ucha, całość. Ale przecież film to nie tylko obraz i dźwięk, to również treść, a tu już jakby gorzej.
Jak zwykle u Aronofsky'ego nie jest łatwo. Reżyser wprowadził bowiem i scalił w jedność, trzy płaszczyzny czasowo - przestrzenne, na których rozgrywają się historie mające za cel odpowiedzieć na odwieczne pytania o naturę życia, istotę śmierci i ponadczasowość miłości oraz opowiedzieć o starym jak świat marzeniu człowieka o nieśmiertelności. Czy jednak oglądamy XVI-wiecznego konkwistadora, który w imieniu swej ukochanej królowej rusza do Amazonii w poszukiwaniu Drzewa Życia, czy też walkę doktora Creo o życie swej, chorej na nowotwór małżonki, czy też podróż w zaświatach do tytułowego Źródła, morał jest jeden. "Nie bój się śmierci, bo Twoje odejście jest nawozem dla nowego życia".
Wydaje mi się, że szkoda zarówno talentu charyzmatycznego Hugh Jackmana jak i, szczególnie, Rachel Weisz, którzy naprawdę stanęli na wysokości aktorskiego zadania, na film o tak oklepanej tematyce. Nie lubię też klimatów New Age z lewitującymi w pozycji lotosu, wygolonymi facetami w piżamach, a tych w scenach z latającą kulą jest pod dostatkiem. Słowem - niezłe, ale bez zachwytów.

czwartek, 16 kwietnia 2009

"Biedny Pettson" Sven Nordqvist


Przy okazji zamieszczenia notki o "Biednym Pettsonie", kolejnej części przygód gderliwego staruszka i jego wielce utalentowanego kota, chciałbym przybliżyć postać autora serii - Svena Nordqvista.
Urodzony 30 kwietnia 1946 w Helsingborg, twórca tekstów i ilustracji do książeczek dla dzieci, podbił serca szwedzkich maluchów, a po przetłumaczeniu jego książek na 15 języków, również m. in. polskich. Gdy ma dwa lata przeżywa rozwód rodziców i wyjeżdża z matką do dziadków do Halmstad. Już w młodości chce ilustrować. Jako 15-latek zdobywa wiedzę w korespondencyjnym kursie rysunku. Niestety jego próby dostania się na którąś z artystycznych uczelni spełzają na niczym, wybiera więc architekturę na Lund Institute of Technology, gdzie zresztą, przez pewien czas po zakończeniu nauki, wykłada. Jednak marzenie o zostaniu ilustratorem jest wciąż żywe. Nordqvist zaczyna pracę w agencji reklamowej, zaczyna ilustrować książki, projektować plakaty i karty pocztowe. Już wkrótce, książeczką "Agaton Öman och alfabetet", odnosi pierwszy sukces na polu literatury dziecięcej i tej właśnie dziedzinie oddaje swój talent. Jest jednym z 18 członków Szwedzkiej Akademii Książek dla Dzieci. W 2007 zdobył nagrodę literacką Augustpriset w kategorii książek dla dzieci, za "Var är min syster?" ("Gdzie jest moja siostra?"). Do niedawna mieszkał z rodziną w domku na wsi, a fani upatrują w nim pierwowzoru Pettsona.
Ok, tyle tytułem wstępu, przejdźmy do "Biednego Pettsona". Ano, biednego, bo ogarniętego typową melancholią, wpatrzonego bezmyślnie w okno, łaknącego ciszy i spokoju, jak kania dżdżu. Tylko, że trudno o to, kiedy po domu dokazuje bardzo żywy kociak, który widząc dołek swojego opiekuna i przyjaciela, koniecznie chce go z niego wyrwać. Ba, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, ale Findus wie o Pettsonie wszystko, zna więc bezapelacyjnie pewny sposób na wyrwanie go z "nicniechcenia". Jego upór (prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie i po tym, że łatwo się nie poddają) sprawia, że po wspólnej wyprawie na ryby, do której podstępem doprowadza kocisko, wszystko wraca do normy.
Świetna historia, doskonale pokazująca jak w chwili smutku i marazmu, których każdy z nas choć raz w życiu chyba doświadczył, potrzebny jest pod ręką ktoś bliski. Ktoś, kto nas zna i wie, którą strunę trącić, żeby znów zagrała w nas porywająca do działania muzyka.

* Chcących zapoznać się bliżej z opisywaną parą zapraszam TUTAJ.

środa, 15 kwietnia 2009

"Przepiórki w płatkach róży" Laura Esquivel


“Powieść w zeszytach na każdy miesiąc – przepisy kucharskie, historie miłosne, tudzież porady domowe zawierająca” to podtytuł książki Laury Esquivel "Przepiórki w płatkach róży". I doskonale, a na pewno o wiele lepiej, niż źle przetłumaczony tytuł*, oddaje on to, co w powieści, będącej połączeniem romansu i kulinarnych podróży Roberta Makłowicza, znajdziemy.
Mamy zatem Meksyk początku XX wieku, mamy hacjendę, w której prym wiedzie apodyktyczna matka kilku córek, z których najmłodsza, Tita, zgodnie z tamtejszą tradycją, ma pozostać panną i służyć matce do końca jej dni. I jak można się domyślić, ten nieludzki zwyczaj, stanie na drodze gorącemu uczuciu, które, za sprawą pewnego Pedra, rozpali serce nieszczęśliwego dziewczęcia. A to wszystko w oparach iberomagii i gotujących się potraw, bo jednym z obowiązków Tity jest ich przyrządzanie, której to, jak się okazuje wcale niełatwej, sztuki uczy jej indiańska niania Nacha.
Skłamałbym, gdybym napisał, że ta, prosta jak drut, historia mnie nie wciągnęła. Na początku zżymałem się troszkę na nieprawdopodobieństwa**, które autorka co i raz wplata w fabułę, ale później pomyślałem, że skoro ma być bajka dla dorosłych, niechże będzie. I spodobało mi się. Grenouille udowodnił, że można stworzyć zapach, który opęta tłumy, a Tita, że można tak przyrządzać potrawy. Bo latynoska miłość i meksykańskie żarcie, to mieszanka do tego stopnia wybuchowa, że na skutek ich połączenia może spłonąć całe ranczo. I mimo, że drażniły mnie niektóre pozy głównej bohaterki (któż zrozumie kobiety), a już niepomiernie wkurzała głupota Pedra, to jednak dałem się porwać płomieniowi ich uczucia. Taka ze mnie baba :)

* Oryginalne "Como agua para chocolate", to, z której strony by nie patrzeć, ni cholewki, nie są "Przepiórki w płatkach róży", a wrzątek, który dolewa się do czekolady. To idiomatyczne określenie oznacza, jak pisze na swej stronie Ewa Kulak, w potocznej, meksykańskiej odmianie hiszpańskiego, "być na skraju wybuchu złości lub namiętności".
** Ot, choćby można się z książki dowiedzieć, że można zapierdzieć się (?) na śmierć :D

wtorek, 14 kwietnia 2009

"Spowiedź świra" Szymon Majewski, Agnieszka Lesiak


Od razu na początku wyznać muszę, że Szymon Majewski, jako zjawisko medialne, jest mi bliżej nie znany. Owszem, przebłyski jakieś mam. Obił się kiedyś o uszy "Sponton", wpadło w oko "Słów cięcie gięcie", wiem na czym polegało "Mamy Cię!" i kojarzę, acz bliżej nic o nim nie wiem, Ędwarda Ąckiego. Świr? Czy ja wiem? Raczej facet, który ma mnóstwo zabawy z tego co robi. No, ale skoro ktoś nazywa swoją autobiografię "Spowiedzią świra", to chyba wie co mówi.
Wywiad rzeka, przeprowadzony przez Agnieszkę Lesiak, miał pokazać mi świat znanego showmana. I pokazał, acz nie do końca spodziewałem się tego, co dostałem. Myślałem, że oto otworzę wrota absurdu, pękać będę ze śmiechu, ba, tarzać się w jego paroksyzmach po podłodze, a dostałem parę przygarści szkolnych anegdot, nostalgiczne wspomnienia o dziadku i życiu w szarzyźnie PRL-u, historię (jakich było wiele) o ucieczce przed wojskiem i w końcu opowieść o początkach medialnej kariery. Jest tu też miejsce na historie miłosne i na rodzinę.
"Spowiedź ..." to, dla wielbicieli talentu pana Szymona, możliwość zapoznania się z niemedialną stroną jego życia i z wydarzeniami oraz osobami, które sprawiły, że jest tym kim jest i robi to co robi. Dla mnie zaś, był to dość ciekawy, ale niekoniecznie porywający, wybór scen z życia młodego mężczyzny.

piątek, 10 kwietnia 2009

czwartek, 9 kwietnia 2009

"Mama Mu sprząta" Jujja i Tomas Wieslander


Okres wiosenno - przedświąteczny znamionuje podwyższona ilość pań i panów (w końcu równouprawnienie działa w obie strony), którzy wykonując ekwilibrystyczne sztuki i strasząc przechodzących niżej przechodniów ("O mój Boże! Samobójca!!!"), myją okna. Mało tego do tradycyjnego mycia okien dochodzą, równie tradycyjne: trzepanie dywanów, mycie podłóg czy odkurzanie. Wydawać by się mogło, że to wyłącznie ludzka domena, ale...
"Mama Mu sprząta" to książeczka, którą powinni poczytać sobie wszyscy maniacy tzw. wielkich porządków. Dlaczego? Otóż jest to świetna historia o tym, jak w dziedzinie sprzątania, tzw. złoty środek, reprezentowany przez Mamę, wygrywa z brakiem umiaru, który perso-, a właściwie wronifikuje pan Wrona. Świetnie zilustrowana opowieść, w której skromne porządki przeprowadzone przez Mamę, zostają zestawione z porządkami absolutnymi, jakie, przy pomocy dość niekonwencjonalnych metod, próbuje robić ptasi zarozumialec. Dialogi jak zwykle powalające, podobnie jak inwencja skrzydlatego towarzysza głównej bohaterki. A Mama, jak to Mama, ze stoickim spokojem kontempluje wiosnę i wcale nie jest, jak choćby koń Palucha, fleja, choć to właśnie wydaje się sugerować pan Wrona.
Książkę kończy taki wierszyk: "Na drzewach pąki, zawilców pełne łąki. Widzisz kwiat, toś jest rad." A więc rzućcie ściereczki i bądźcie radzi, jak Wam Mama Mu radzi.

"Kielich" Waldemar Łysiak


Mówi się, że w literaturze wszystko zostało napisane, a to co tworzą nam współcześni, to tylko pisanie na nowo tego, co już ktoś, gdzieś, przelał na papier. Czasem zdarza się jednak, że autor celowo odnosi się do jakiegoś toposu, przyswajając go i przerabiając dla swych potrzeb. Tak właśnie w "Kielichu" postąpił pan Łysiak, który wplótł w rzeczoną powieść mit arturiański i legendę o świętym Graalu. A wszystko to, żeby popisać się erudycją (przyznać należy, imponującą), pokazać czytelnikowi jego maluczkość, ponarzekać na temporę i moresa oraz pokazać stałość swych, konserwatywnych poglądów. Sensacyjna fabuła zaś, w której trzej maczos: Lance, Percy i Bohor, będący odpowiednikami Rycerzy Okrągłego Stołu, prowadzą wielce intelektualne dialogi, nie szczędząc jednak czytelnikowi podwórkowej "łaciny", to tak naprawdę tuba, przez którą autor wygłasza swe opinie na różne tematy: kobiet, religii, demokracji czy państwa i narodu jako takich.
Nie wiem, żart to literacki, czy pełna powaga. Jeśli to pierwsze, to się nie uśmiałem, jeśli to drugie, to jako czytelnik czuję się urażony. Po pierwsze - formą. Dęte dialogi, które mają pokazać jak wielkie IQ mają bohaterowie (w domyśle autor), ze znawstwem rozprawiający o Oświeceniu, historii chrześcijaństwa i tysiącu innych spraw. Jednocześnie rozmowy nasycone są wulgaryzmami, bo przecież prawdziwy twardziel bez "kurwy" w ustach, to tak naprawdę ciota. No i chwyt pod tytułem: "A teraz opowiem wam dowcip". Aż się cisnęło na usta: "Ależ wodzu! Co wódz!". Po drugie - przypisami. Pan Łysiak narzeka na umysłową kondycję czytelników, a sam tłumaczy podstawowe zwroty łacińskie i obcojęzyczne, które nawet ja, wg kwalifikacji autora, podejrzewam, jakieś 1/8 inteligenta, znam i tłumaczyć mi ich nie trzeba. Przykłady? Lunch - lekki obiad, „Bloody Mary” - Koktajl z wódki i soku pomidorowego (dosłownie: Krwawa Maria), itd. Po trzecie, podkreśleniami, które, być może, miały wskazać czytelnikowi tropy kulturalne, jakie należy podjąć po, albo w czasie, lektury "Kielicha", ale na mnie robiły wrażenie kolejnego przykładu puszenia się intelektem.
Wydaje mi się, że "Kielich" powstał, jako wielostronicowe narzekanie na współczesne czasy. By autor mógł popsioczyć na homoseksualistów i pedofilów, Szwedzką Akademię (czyli co bym powiedział gdyby... :) ), kondycję Kościoła, zanik państw narodowych i wiele innych rzeczy, które nie pasują do jego konserwatywnego ładu świata. Ci, którzy podzielają zdanie pana Łysiaka, będą zachwyceni, ci, którzy inaczej patrzą na pewne sprawy - zniesmaczeni. Czyli, jak zwykle. Według mnie szkoda, wybitnego skądinąd, pióra na labidzenie, które większość rodaków, tyle że w mniej wyszukanej formie, uprawia co dnia przy piwku.

wtorek, 7 kwietnia 2009

"Rwetes w ogrodzie" Sven Nordqvist


Za oknem wiosna. Czas, kiedy posiadacze ogródków przystępują do ciężkiej pracy. Kopania, grabienia, spulchniania, siania, sadzenia i Bóg wie jakich jeszcze zabiegów, które pozwolą pomnożyć plon i doczekać marchwi rozmiarów średniej wielkości rakiety balistycznej. Do tej radosnej gromadki dołączają również, staruszek Pettson i jego kot - Findus. Bo to właśnie ich batalie o utrzymanie porządku w ogrodzie i nasion oraz ziemniaków (i pulpecika*) w ziemi, przedstawia w kolejnym tomie serii pt. "Rwetes w ogrodzie", niezrównany rysownik i dziecięcy bajarz - Sven Nordqvist.
W tym miejscu pora na tradycyjne zachwyty nad ilustracjami. Pełnymi ruchu, koloru, humoru i mnóstwa szczególików, które odkrywamy podczas n-tej z kolei lektury. Mukle obserwujące historyczną bitwę z kurami, chcącymi grzebać w rabatkach, czy wspomniane właśnie kokoszki zasiadające wokół herbacianego stolika, to uczta dla dziecięcych, i nie tylko, oczu. No i historia, którą każdy gospodarz zna z życia, a mali czytelnicy poznają z kart książki. Bo wiedzieć należy, że prowadzenie ogrodu to ciężki kawałek chleba, szczególnie jeśli sąsiedzi nie pilnują swoich zwierząt i stanu swoich ogrodzeń, a samemu jest się posiadaczem stada neurotycznych kur. Ale, jak mówi przysłowie, co dwie głowy, to nie jedna, tak więc i tym razy obaj mistrzowie fortelu, w swoim niepowtarzalnym stylu, wyprostują wszystkie sprawy.
Polecam, bo to naprawdę świetna, rodzinna książeczka.

* Posadzenie pulpecika to pomysł Findusa, który nie przepada za ziemniakami.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

"Przebudzenie" reż. Joby Harold


Clay (Hayden Christensen) jest eterycznym i bajecznie bogatym młodzieńcem, któremu przyszło żyć w cieniu pamięci o tatusiu, biznesmenie doskonałym, twórcy finansowego imperium, dawcy pracy, chleba i mieszkania dla niezliczonych rzesz pracujących. Sam (Jessica Alba) jest natomiast asystentką matki Claya, skończoną pięknością, skromną i o przecudnej urody duszyczce. Finał może być tylko jeden. Romans, w tajemnicy przed zaborczą mamuśką, kwitnie na całego. I mielibyśmy harlequina co się zowie, ale przecież "Przebudzenie", reżyserski debiut Jobiego Harolda, aspiruje do miana thrillera*. Gdzie więc dreszczyk?
Otóż Clay ma chore serce i potrzebuje transplantacji, którą ma przeprowadzić smutny lekarz publicznej służby zdrowia i jednocześnie przyjaciel głównego bohatera (Terrence Howard). Mimo rzadkiej grupy krwi biorcy, organ się znajduje i mimo, że matka nalega, by operację przeprowadził najlepszy w kraju kardiochirurg, naiwność oraz przyjaźń, każą się położyć pod nóż kumpla. Aha, wcześniej miłosna tajemnica wychodzi na jaw, a Clay w akcie sztubackiej przekory i wrodzonej rycerskości, potajemnie poślubia Sam. I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że spotyka Claya zjawisko "świadomej narkozy", podczas której pacjent mimo pozorów pozostawania nieprzytomnym, jest w pełni świadomy i zamknięty w pułapce własnego ciała, uczestniczy w operacji. A lekarze nad stołem gadają. Z każdym słowem coraz bardziej niepokojąco. O czym? Dowiecie się, jeśli obejrzycie.

Nie podobało mi się. Pominę już aktorskie kreacje, wspominając tylko, że Christensen idealnie pasował do roli drewnianego, nieżyciowego paniczyka, który w życiu metrem nie jechał, a Alba jest przecież do oglądania (są sceny), a nie od grania. Nie podobało mi się zrobienie z, ewentualnie w miarę dobrego thrillera medycznego, mistycznej opowiastki, która mówi, że najlepszym miejscem na psychoterapię nie jest kozetka fachowca, a rodzinne spotkanie w zaświatach. Takiej, w której duchy łażą wzdłuż i wszerz czasu i przestrzeni (w ogóle zauważam jakąś dziwną modę na wstawianie reminiscencji w filmach), a Clay widzi światełko w tunelu albo raczej lampkę w sypialni i w ciągu paru chwil wszystko ładnie układa mu się w główce i wyjaśnia. Dziwne, bo przecież i japoński zna, i korporacją kieruje, znaczy dość kumaty był już przed operacją. Pozostaje jeszcze wiarygodność medyczna, która nawet nie-lekarzem może wstrząsnąć. No, ale wszystko na potrzeby suspensu. Pomimo kilku drobnych zaskoczeń film jest mdły, a nawet mdlący (widoki na otwartą klatę Claya), więc końcówkę oglądałem już jednym okiem, zadając Kitkowi pytanie: "Kiedy oni skończą gadać?".

*Tak, tak, wiem. Dla niektórych harlequin to synonim nie tylko thrillera, ale i horroru nawet :)

piątek, 3 kwietnia 2009

"Dziki kot - psychopatyczny morderca" Bill Watterson


Jak to się stało, że ten stary, bo powstający w formie gazetowych pasków, w latach 1985-95, cykl komiksowy, autorstwa Billa Wattersona, doczekał się polskiego, albumowego wydania dopiero w 2004 roku? Zresztą, nieważne. Ważne natomiast jest to, że dzięki Egmontowi, Calvin i Hobbes zawitali pod polskie strzechy. Pod moją, jedenasty (jak podaje NETka) z kolei album, pt. "Dziki kot – psychopatyczny morderca", trafił jako prezent dla żony, z tym, że wiecznie zajęty Kitek odłożył go na półkę, a ja szukając czegoś zajmującego, a krótkiego, zaanektowałem. I powiem jedno, mocna rzecz.
Calvin to nadzwyczaj rozgarnięty sześciolatek, o dość swobodnym stosunku do wielu spraw, z obowiązkiem szkolnym na czele. Kimże zatem jest Hobbes? Ni mniej, ni więcej, tylko pluszowym tygrysem. Tzn. pluszowym dla Ciebie, bo jesteś postronnym obserwatorem, a Hobbes ożywa tylko podczas licznych tête à tête ze swoim właścicielem i przyjacielem. Ożywa, by toczyć ożywione dyskusje o otaczającym świecie, zdominowanym przez dziwnych dorosłych, którzy nie wiedzą co to prawdziwy fun i na dodatek każą zjadać brokuły i inne zielone badziewie. Oprócz filozofowania o naturze wszechrzeczy, Calvin wraz z Hobbsem robią sobie psikusy, knują przeciw dziewczynkom w ogóle, a sąsiadce Zuzi w szczególności i drażnią rodziców i nauczycielkę jadącą z tego powodu na maloxie.
Powiem szczerze, że przy czytaniu niektórych pasków nie zalecam picia płynów, bo można je "wyparzchać". Niektóre spostrzeżenia Calvina powalają swą dziecięcą logiką. Ot, na przykład Hobbes zwraca mu uwagę, że maluje kolorowankę nie tymi kolorami co trzeba, a chłopiec ze stoickim spokojem oznajmia, że gdyby malował jak chce kot, to wyszedłby mu taki sam obrazek jak na okładce. Więc po co?
Zresztą, humoru jaki charakteryzuje serię nie da się opowiedzieć, trzeba ją po prostu przeczytać. "Dziki kot ...", to kawał (176 stron) świetnej rozrywki, szczególnie dla ojca, który w perspektywie lat będzie miał do czynienia z dwoma sześciolatkami. A dodać należy, że calvinowskie pomysły trafiają się starszemu już teraz :)

czwartek, 2 kwietnia 2009

Już wkrótce pierwsze [Magiczne obrazki].


Różnie ludzie mówią. Jedni, że be, bo to powrót do kultury obrazkowej, bardziej prymitywnej i nie tak ważnej jak ta, reprezentowana przez słowo pisane. Inni, że to inna, ważna gałąź sztuki, bardziej pełnej, bo wzbogacającej słowo w obraz. A jeszcze inni po prostu zaczytują się komiksami i koło dymka lata im zdanie jakichś nawiedzonych fachowców, na temat ich ulubionej rozrywki. Przyznam szczerze, że pacholęciem będąc i powyższymi dylematami nieskażon, oddawałem się "magicznym obrazkom" na równi ze zwykłym czytelnictwem. Komiks w tamtych czasach dostępny był na łamach "Świata Młodych" i dzięki temu właśnie czasopismu poznałem całą plejadę barwnych postaci: Tytusa de Zoo, Kleksa czy dzielnych wojów z Mirmiłowa. Potem, gdzieś w końcu lat 80-tych, "Fantastyka" zaczęła wydawać serię "Komiks" i do grona znajomych dołączyli: Yans, Funky Koval i reszta fantastycznej ekipy. W 1988 "Orbita" wydaje "Szninkiela" ("Szninkla"??), autorskiej spółki Rosiński - Van-Hamme, na którego udaje mi się wydębić od mamy, spore wówczas pieniądze, w kwocie 1500 złotych. Rok później stało się. Nie ominął mnie "thorgalowy" szał, bo przygody gwiezdnego dziecka wychowywanego przez Wikingów działały na wyobraźnię. Do dziś pamiętam, jak nie mogłem spać po lekturze "Alinoe" :)
Po co piszę to wszystko? Otóż, żeby poinformować, że na skutek dwóch zakupów, przypomniałem sobie jak ważną rolę pełnił kiedyś, w moim czytelniczym żywocie, komiks. A skoro tak, to niechże zawita i na Śmieciuszku. W tym miejscu dedykuję nową etykietę, [Magiczne obrazki], Agnes, która na powrót wepchnęła mnie w objęcia obrazkowego świata. Dzięki. Już wkrótce pierwsze wrażenia.

środa, 1 kwietnia 2009

"Mort" Terry Pratchett


Od zawsze ludzie interesowali się śmiercią, czy jednak kiedykolwiek Śmierć interesował* się ludźmi? Terry Pratchett, swoim "Mortem", próbuje odpowiedzieć na to ważkie pytanie. Pokazuje co się dzieje, kiedy Żniwiarza ogarniają niezdrowe ciągotki i miast wypełniać swe odwieczne obowiązki, bierze ucznia, oddaje mu Pimpusia (koń) i kosę, a sam próbuje ludzkich rozrywek i zgłębia fenomen szczęścia. A uczeń, którym zostaje tytułowy Mort, jak to uczeń, słowem, daleko mu do doskonałości Mistrza. I niedługo trzeba czekać na skutki jego, nie bójmy się tego słowa - partaniny , bo kiedy trzeba ciąć przez szyję młodej księżniczki, Mort postanawia rzucić wyzwanie Losowi i Rzeczywistości, czyli darować jej życie. Jak się to skończy? Przeczytajcie, bo czyta się szybko i przyjemnie.
Zarzuca się autorowi, że w jego książkach żart jest zbyt mało subtelny. Że nachalnie rzuca się na czytelnika, uwłaczając jego intelektowi. A ja mówię, brednie. Podobają mi się "odczapiaste" porównania, żonglerka słowem i skojarzeniami, i zestawianie naszej rzeczywistości z tą dyskową. No bo jak się nie roześmiać, kiedy Kosiarz, poproszony przez Morta o wolne popołudnie, pyta: "ALE DLACZEGO? (...) PRZECIEŻ NIE NA POGRZEB BABCI (...) WIEDZIAŁBYM COŚ O TYM." Ja się oprzeć nie mogłem i przyznać wypada szczerze, nie zamierzałem, toteż obśmiałem się jak norka, czego i Wam życzę.

*Tak, interesował, bo na Dysku, który jest miejscem akcji, Śmierć jest facetem.