piątek, 30 stycznia 2009

"Po zmierzchu" Haruki Murakami


Wyobraźcie sobie, że pod mikroskopem, zamiast kolonii bakterii, macie wielkie japońskie miasto. Jest noc. W małym zbliżeniu metropolia wygląda jak żywy organizm. Przyjrzyjmy jej się bliżej. Powiększamy obraz, powiększamy, widzimy restaurację Denny's, jakieś postaci, coś mówią... i nagle jesteśmy w powieści Murakamiego "Po zmierzchu". To moje pierwsze spotkanie z prozą Japończyka i choć, jak wieść gminna niesie, jest to dziełko stosunkowo słabe, na pewno nie ostatnie.
Tematyka, dla mnie, mieszkańca małej wioski, w której nie ma całodobowych knajp, a nocne życie kończy się o 22.00, jest cokolwiek obca. Oto autor pokazuje nam kilka "sów", ludzi, którzy z takich czy innych względów spać nie mogą, bądź nie chcą. Łączy ich przypadkowymi związkami, wciąga w rozmowy i to właśnie z tych, czasem przedziwnie szczerych, rozmów dowiadujemy się czegoś o tych, dość przypadkowych, bohaterach. O Mari, która nie mogąc znieść ciężkiej, domowej atmosfery, wybiera nocne przesiadywanie w knajpach. O jej siostrze Eri, dotkniętej tajemniczym, trwającym już dwa miesiące, snem. O Takahasim, osieroconym puzoniście, Kaouru, zarządzającej love hotelem i jej pracownicach, czy Shirakawie, informatyku o sadystycznych skłonnościach.
"Po zmierzchu", przypomina nocny spacer po mieście, z tą jednak różnicą, że jako "punkt widzenia", w który za namową pana Haruki się zmieniamy, możemy pójść za napotkanymi przechodniami i, niewidoczni, dowiedzieć się co gna ich po ulicach, o tak nieludzkiej porze. Książka, przez swą konstrukcję, przypomina gotowy scenariusz i chętnie bym zobaczył anime nakręcone na jego kanwie. Z drugiej strony, jest to książka dość nierówna, w której błahy, nic nie wnoszący, dialog, spotyka się z rozmowami podszytymi filozofią. W której wielość wątków zmierza do otwartego zakończenia, przez co, jak mawiają młodzi ludzie, nie do końca wiadomo "o co kaman".
Dam japońskiemu autorowi kredyt zaufania, bo skoro spodobała mi się rzecz słaba, to czegoż spodziewać się po tych lepszych. No właśnie, może niczego, bo oczekiwania zamienią się w rozczarowanie? :D

środa, 28 stycznia 2009

"Agnieszki. Pejzaże z Agnieszką Osiecką" Zofia Turowska


Tekst z okładki książki Zofii Turowskiej głosi, że "nie jest to zwykła biografia" i rzeczywiście, "Agnieszki" taką nie są. Autorka zebrała bowiem mnóstwo materiału, zarówno już publikowanego, jak i do tej pory niedostępnego, a dzięki uprzejmości Agaty Passent mogącego ujrzeć światło dzienne i z cytatów, rozmów z najbliższymi poetessy i fragmentów jej poezji, utkała obraz kobiety niezwykłej. Bo co by o Agnieszce Osieckiej sądzić, taką właśnie postacią była - niezwykłą.
Siadałem do lektury bez żadnej, minimalnej choćby wiedzy, na temat autorki "Małgośki". I od razu zostałem zaskoczony. Przeogromnym kręgiem przyjaciół z Nazwiskami (Cybulski, Kobiela, Janowska i całe morze innych, niemniej sławnych, osób powojennego świecznika artystycznego). Rozlicznymi związkami uczuciowymi i ich skomplikowaniem (choćby Hłasko, Frykowski, czy Passent). A wreszcie samą osobą Agnieszki i bogactwem jej życia.
Mówi się, że raz na jakiś czas pojawia się osobowość podobna do komety. Pędzi przez życie, rozpalona, wolna, nie przejmująca się konwenansami, ale też cholernie samotna. I taka właśnie jest Osiecka. Mająca problemy w kontaktach z ludźmi, ale jednocześnie potrafiąca zawierać wieloletnie przyjaźnie. Kochliwa i lubiąca się wiązać z nieodpowiednimi partnerami, a przez to wielokrotnie nieszczęśliwa. Nie mogąca znieść myśli o utonięciu w pieluchach, z drugiej strony trzymająca świetny kontakt z dziećmi. Całkowicie oddana pracy twórczej i dla niej odrzucająca "zwykłe" życie, stabilizację przy boku ukochanego i niańczenie dziecka. Ciągle w biegu, ciągle próbująca być "piękną dwudziestoletnią". I nawet choroba, która w końcu ją pokonała, nie dała rady tej gorączce.
"Agnieszki. Pejzaże z Agnieszką Osiecką" to książka, która w wyważony sposób wnika głęboko w fenomen największej tekściarki poprzedniego wieku. Nie przemilcza, nie zataja, ale i nie skupia się na skandalu. Wzbudza emocje. Warta przeczytania.

"Pasja życia" Irving Stone


Co przeciętny Bazyl wiedział o van Goghu? Nic. Albo prawie nic. Że impresjonista (czy raczej post-), że ucho sobie odciął. I tyle. Co wie teraz, po przeczytaniu zbeletryzowanej jego biografii, pióra Irvinga Stone'a? Więcej. O wiele więcej.
Czyta się "Pasję ..." wprost rewelacyjnie. Owszem zdarzają się momenty nudniejsze, ale czy nie takie jest życie, nawet jeśli to życie człowieka, który przewrócił pojęcie malarstwa do góry nogami? Stone posłużył się dostępnymi źródłami i wielką skarbnicą wiedzy o malarzu - zachowaną do dziś korespondencją (dla znających angielski -> TUTAJ), aby stworzyć obraz artysty opętanego, nieraz w dosłownym tego słowa znaczeniu, tworzeniem. Poznajemy młodego van Gogha, którego mierzi frymarczenie obrazami, jakby to były przedmioty bez duszy. Porzuca więc, dobrze rokującą na przyszłość, karierę w galerii Goupilów i zostaje kaznodzieją. To właśnie w Belgii, gdzie rzucają go koleje losu, zaczyna rysować. Zaczyna i nie przestaje, cierpiąc po drodze biedę, odrzucenie rodziny i zmagając się z postępującą chorobą psychiczną, której zwieńczeniem jest słynne samookaleczenie. Nie przestaje, mimo niezrozumienia, odrzucenia i ciągłego, dobiegającego zewsząd, krytykanctwa własnej twórczości. Nigdy nie kala się malowaniem "pod publiczkę, czy "dla chleba". Jego życie to, z jednej strony, pasmo ciągłych niepowodzeń, z drugiej erupcja siły twórczej. Olbrzymia, niszcząca i nie pozwalająca na "normalną" egzystencję.
Czytałem jak zaczarowany. Zabierałem książkę wszędzie. Naprawdę warto przeczytać.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

"Mama Mu buduje" Jujja i Tomas Wieslander


To, że Mama Mu jeździ na sankach albo huśta się na huśtawce, to jest, jak to mówią, małe miki. Bo oto, podpatrzywszy grupę dzieciaczków, nasza zwariowana krasula, zapragnęła zostać właścicielką, własnoręcz... znaczy, własnoogonowo zbudowanego domku. Na drzewie!!! Co na to Pan Wrona? Oczywiście jest na skraju pióropleksji i wypowiada szereg obiegowych opinii o krowach. Ot, np. „Powtarzaj za mną: Jestem krową. Krowy nie łażą po drzewach i nie budują domków. Powtórz!
Rewelacyjna! Najlepsza ze wszystkich, do tej pory czytanych przygód Mamy Mu. Skrząca się humorem i bawiąca pysznymi dialogami, historia pewnego marzenia, na drodze realizacji którego, nic ani nikt nie jest w stanie stanąć. Bo tak naprawdę chcieć, to móc i "To nic, że gwóźdź jest krzywo wbity. Domek i tak jest znakomity!"

PS. Barti uwielbia się bawić w scenki z tej książeczki, a smaczku dodaje fakt, że Dziadek obiecał mu wybudować na wiosnę domek. Co prawda nie na drzewie, a taki bardziej stacjonarny, jakie widuje się na placach zabaw, ale zawsze. Chociaż, jest do wycięcia stara jabłoń ... :D

"Scyzoryk" Zbigniew Masternak


Dwie poprzednie książki pana Zbigniewa, czyli "Niech żyje wolność" oraz "Chmurołapa", przemęczyłem. Pierwszą z ciekawości, drugą bardziej z obowiązku, bo autor to mój krajan i spodziewałem się, że we wspomnianych powieściach opisywać będzie otaczającą mnie rzeczywistość. Dlaczego zatem "przemęczyłem"? Chyba dlatego, że za dużo tam autorskiego ego, które przesłania całą resztę. Ponieważ jednak mądre, ludowe przysłowie głosi, że do trzech razy sztuka, dałem szansę kolejnej części, w zamyśle autora, wielotomowego cyklu "Księstwo", pt. "Scyzoryk".
"Scyzoryk" to kolejna odsłona tej samej historii. Młody chłopak ucieka ze wsi, bo czuje, że wieś dusi jego rozliczne talenty. Ciągną go w dół głupi ludzie, ciągnie go w dół wiejski brak perspektyw. Wobec tego wyrywa w wielki świat, na studia do Wrocławia. A tam?
A tam miałka opowiastka o perypetiach głównego bohatera. Sercowych, według znanego u pana Masternaka schematu: "ja bym chciał - ona nie, ona chce - a ja nie", które wypełniają sporą część książki. Sensacyjnych, które sprowadzają się do opowiadania z jakimiż to groźnymi bandziorami, miał autor w życiu do czynienia. I twórczych, związanych z kręceniem filmu na podstawie pierwszego rozdziału opisywanej powieści. To wszystko podlane humorem w postaci: "I tu przypomniał mi się dowcip", z tym, że każdy z prezentowanych, ma długą, białą brodę.
Sam autor nazywa swe najnowsze dziecko "wielkomiejskim kryminałem". Nie wiem, nie zauważyłem nic, co mogłoby o tym świadczyć. Ja przyznam się szczerze, nie widzę różnicy między tym, a poprzednimi tomami. Licealną polszczyzną snuje autor zapis swojego żywota, tylko że ja już go ciekaw nie jestem.

"I co ja robię tu ..." - 25.01.2008 r.


Przepis na "
Marsz głupola".

Składniki:
- jeden głupol (rzeczony Bazyl)
- aparat foto
- statyw
- butelka (1,5l) mineralnej
- prawie przeterminowany wafelek "Prince Polo" i chyba dobry (nie zjadłem) "Pawełek"

Wykonanie:
Do wrodzonej głupoty, dolać po miarce: męskiej ambicji i próby udowodnienia sobie, że się nie zdziadziało i że się jeszcze chce, a przede wszystkim może. Zamieszać z ignorancją turystyczną. Podawać na gorąco, póki się nie "odwidzi".

Naszło mnie. A jak mnie najdzie, nie ma zmiłuj. Żona powiadomiona, transport dla rodziny załatwiony. Ferajna na obiad do teściów, a ja w las. A, nie powiedziałem co mnie naszło... Rajd pieszy dokładnie. Czerwonym szlakiem na Święty Krzyż. Pełen sponton, zero przygotowania, tylko ja, aparacik foto, statyw (bo kto mi w głuszy zdjęcie zrobi) i butelka mineralnej. Aha, w półbucikach moich ukochanych, siedmioletnich. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że w sobotę udało nam się w końcu umówić ze znajomymi na, odkładane od czterech miesięcy, "pępkowe". No, a jak "pępkowe" to... Żeby nie przedłużać, przesadziłem. Ale nie zrezygnowałem i przez pierwsze parę kilometrów dokładnie czułem, jak porami wydostaje się ze mnie każdy z, pięciuset wypitych, gramów Finlandii Lemon :D

9.00
Miałem wyjść o ósmej, ale jak to w życiu bywa, obsunęło się. Kiedy w końcu udało mi się zafasować trzyjajową jajeczniczkę z bułeczką, zbliżała się dziewiąta. Buziaczki i w drogę. Las ukazywał się stopniowo, ale szczerze pisząc nie mogłem się zdecydować, czy to wina mgły atmosferycznej, czy mego wzroku zamglonego. Przede mną pierwsze podejście, bo trzeba dotrzeć do szlaku, a ten niestety biegnie górą. Ciężka sapka, migotanie komór i przedsionków. Całe szczęście, z każdym kolejnym krokiem, coraz więcej uwagi mogłem poświęcić rozglądaniu się dookoła, a coraz mniej wysiłku wkładać w próby pozostania przytomnym. W końcu, jest! Biało - czerwony znaczek, który odtąd będzie mi wskazywał drogę. No więc, naprzód!

11.00
Droga na Szczytniak do najprzyjemniejszych nie należała. Po pierwsze, na kilku kilometrach szlaku, traktory wywożące drzewo, przerobiły leśny dukt w zawiesistą breję. Skutek - konieczność obejścia lasem, dość męcząca zresztą. Po drugie, niebezpieczeństwo zwichnięcia nogi, a to na skutek zapadlisk, jakie na szlaku utworzyła woda. Dajesz krok, niby powinno być twardo, a tu siurpryza, nie jest. Tak więc okazji do podziwiania przyrody w pierwszej fazie marszu było mało, bo wzrok był skupiony na drodze.
Zanim dotarłem na górkę, pierwsze spotkanie. Panowie nie na polowanie się wybrali i już z daleka słyszałem komentarz. Niby pod nosem, ale po kniei niesie. "Gdzież ty leziesz człowiecze w takich bucikach, gdzież?!" No właśnie? Gdzież? Rozejrzałem się dookoła i zaraz mi zaśpiewał Kuba Sienkiewicz: "I co ja robię tu ...? Chwila zwątpienia minęła i poszedłem dalej. Przed Szczytniakiem minęło mnie dwóch rasowych turystów, którzy z nieukrywanym zdziwieniem patrzyli na moje ubłocone półbuciki. Spotkaliśmy się na wierzchołku góry o jedenastej. Dzięki Wam dobrzy ludzie, za pokierowanie dalej, bo szlak jest tam oznaczony fatalnie.

12.30
Schodzenie. Lubię. Kawałek utwardzoną drogą, ale mało przyjemny, bo droga rozjeżdżona. Kolejna wycinka. To chyba jakaś świecka tradycja leśnych ludzi, żeby gałęzie ze ściętych drzew wywalać na środek drogi. Bardzo pomocne w marszu. Szczególnie jak drewienko pokryte szronem. To wszystko jednak nic w porównaniu z podejściem pod Jeleniowską. Krótki odpoczynek i atak. Zakończony powodzeniem, ale i konstatacją, że jeszcze jedna górka mnie wykończy.

13.30 i dalej
Wyszedłem z lasu i natknąłem się na kolegów ze szlaku, którym stanowczo lepiej poszło zdobywanie szczytu. Zamieniliśmy parę słów, życzyliśmy miłego dnia i ruszyłem dalej. Niestety konieczność pokonania rwącego strumyczka wybiła mnie ze szlaku. Może to i dobrze, bo moja prawa noga płakała okrutnie, "podbita" na świętokrzyskich kamiorach. Zdecydowałem się zatem na marsz w stronę cywilizacji i wzdłuż asfaltówki dotargałem się do Nowej Słupi. Sił starczyło na podejście do lasu, ale o Świętym Krzyżu musiałem zapomnieć. Podobnie jak zapomniałem o zrobieniu sobie pamiątkowego zdjęcia z Emerykiem. Ale to już trudno, następnym razem będzie lepiej, a ja z pewnością bardziej przygotowany :D

PS. A tu całe fotostory jako uzupełnienie tego marnego tekściku.

piątek, 23 stycznia 2009

"Straszna piątka" Wolf Erlbruch


Czy widok krościatej ropuchy Cię odrzuca? Czy szczura kojarzysz z brudnym zaułkiem i wstrętnym, łysym ogonem, a na jego widok wstrząsa Tobą dreszcz odrazy? Czy wrzeszczysz gdy cień nietoperza pojawi się nad Twoją głową, pająka traktujesz kapciem, a hiena napawa obrzydzeniem, ze względu na nietypową dietę? Jeśli tak, przeczytaj książeczkę Wolfa Erlbrucha, "Straszna piątka". Oczywiście nie sam, ale z pociechą, bo zarówno starszy, jak i całkiem młody jej odbiorca, mogą na tej lekturze skorzystać.
Wymienione powyżej zwierzęta, świetnie sportretowane przez autora, jako ubrane w XIX-wieczne ciuchy, antropomorficzne postacie, to główni bohaterowie książki. Podłamani przez swój nieciekawy wygląd i dobici stereotypowym obrzydzeniem jakie budzą w innych, dogryzają sobie nawzajem i pewnie dalej zabijaliby czas w ten sposób, gdyby nie hiena. Ta przychodzi, siada i gra na saksie taki kawałek, że i Jan Garbarek by się, panie dziejku, nie powstydził. Pozostałe zwierzęta są zachwycone i nagle okazuje się, że każde z nich ma jakiś talent. Co z tego wyniknie...? W książce znajdziecie odpowiedź.
Polecam, bo to rewelacyjna szkoła tolerancji i piękna lekcja nie osądzania po pozorach. Warto ją przyswoić i to w każdym wieku.

piątek, 16 stycznia 2009

"Ścigani" reż. Timur Bekmambetow


Po ciężkich bojach w pracy i życiu codziennym, potrzebowałem jakiegoś "oglądadła". No bo skoro są czytadła, które służą li tylko czytelniczej rozrywce, to w filmie musi istnieć coś adekwatnego. Coś, co nie prostuje zwojów, nie zmusza do zadumy nad bólami egzystencji, nie wyzwala moralnego niepokoju (nie mówię o kabarecie). No i znalazłem. Bo "Ścigani" to film, na który się patrzy, podziwia FX-y i nie wnika.
Młody nieudacznik, Wesley Gibson, żyje sobie z dnia na dzień. Ma beznadziejną pracę, beznadziejną dziewczynę, którą posuwa równie beznadziejny (skoro to robi, choć nie tylko) najlepszy kumpel. I żył by tak sobie beznadziejnie, aż do skromnej emerytury, gdyby w jego życiu nie pojawiła się Fox, piękna nieznajoma, która uświadamia go, że wesleyowy staruszek to pierwszy cyngiel świata, a on sam musi pomóc tajnemu stowarzyszeniu zabójców. No, a później proszę Państwa...
Później jest paśnik dla oczu. Wybuchy, skoki jak z "Matrixa", łamanie zasad fizyki (podkręcanie kul), walka wręcz i jeszcze więcej wybuchów i rozpierduchy. Wspomniałem o wybuchach? A to wszystko w prostej jak drut historii (opartej na komiksowym pierwowzorze), gdzie dobry jest dobry, a zły jest zły, a później się okazuje, że jednak nie :)
Dla mnie bomba. Mózg odpoczął, oczka mniej. I nawet zagłodzona, choć ładnie wytatuowana, Angelina, nie umniejszyła przyjemności z oglądania tej bomby audiowizualnej, którą wyreżyserował, znany z ekranizacji "patrolowej" serii Siergieja Łukjanienki, Timur Bekmambetow.

PS. Obejrzę to jeszcze raz, tylko tym razem dźwięk nie pójdzie przez słuchawki.
PS2. W tym miejscu, z góry chciałbym przeprosić sąsiadów :)

środa, 14 stycznia 2009

"Jak tata pokazał mi wszechświat" Ulf Stark


"Jak tata pokazał mi wszechświat", to niewątpliwie pozycja do czytania we dwójkę. Tyle tylko, że optykę zmienia jednemu z czytających. Konkretnie - rodzicowi. I to ze szczególnym, jak głosi tytuł, uwzględnieniem tatusiów. Ambitnych tatusiów.
Ulf Stark w, z pozoru prostej, historyjce wyjaśnia, że przekazywanie potomkom wielkich prawd, należy zacząć od spraw małych. Bo to wiadomo, że absolut, że kosmos, że wszechświat. Ale dla kilkulatka wszechświat to ślimak i trawa, a nie ogrom nieba nad głową. I o tym trzeba pamiętać, gdy pomagamy dzieciom w poznawaniu.
Ta trochę przewrotna książeczka, ze świetnymi, kredkowymi ilustracjami Evy Eriksson, uciera nosa dorosłym. Nosa, który zadarty w górę, poniewczasie wyczuwa psią kupę, w którą przez nieuwagę był wdepnął, jego, zajęty wielkimi sprawami, właściciel. A to ta kupa właśnie, przyklejona do buta taty Ulfa, i dodatkowo skwitowana szpetnym słowem, wzbudza największą wesołość małego słuchacza. Bo takie błahostki cieszą dzieci. I nic tego nie zmieni.
Książka pokazuje spojrzenie na świat oczami dziecka, zachwycającego się zwykłymi rzeczami. Takimi, których dorośli z podium swej dorosłości przestali już zauważać i które przestały ich cieszyć.
Warto przeczytać.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

"Gdzie jesteś, Amando" Dennis Lehane


Od czasu świetnej "Rzeki tajemnic", pan Lehane plasuje się wysoko na mojej prywatnej liście twórców thrillerów, jak zwykło się nazywać te najbardziej mroczne i krwawe kryminały. No, dreszczowców po prostu. Dlatego też, sięgając po "Gdzie jesteś ...", zdawałem sobie sprawę, że wymagania mam duże i książka może im nie sprostać. A, gdzie tam! Lawirowałem, jak tylko mogłem, unikając obowiązków domowych i o wiele częściej odwiedzając świątynię dumania, byle tylko ..., no, dwie, trzy, karteczki w spokoju przeczytać.
Opisywana książka, to kolejna część cyklu o parze detektywów - Patricku Kenzie i Angeli Gennaro. I ze wstydem przyznać muszę, że mimo iż książki Lehane'a lubię, to kawałki wspomnień, co jakiś czas (na szczęście rzadko), wypływające na powierzchnię, a odnoszące się do poprzednich części, kompletnie nic mi nie mówiły. Ot, przypadłość rozwleczonych w czasie cyklów, w miksie z moją nędzną pamięcią. Całe szczęście sprawa zniknięcia 4-letniej Amandy, wokół której kręci się akcja, jest zamkniętą całością i nieznajomość wcześniejszych przygód nie stanowi przeszkody w lekturze.
Niełatwa to była lektura, dla ojca (z co prawda niewielkim stażem), którym jestem. Zaginięcie małego dziecka, to bowiem rzecz, o której chcąc nie chcąc, co jakiś czas się myśli. I myśl tę odsuwa od siebie jak najdalej, starając jednocześnie zapewnić pociechom maksymalne bezpieczeństwo. Tymczasem autor bezlitośnie opisuje, jakie niewielkie szanse, ma taka mała istotka, w starciu z całym złem tego świata. Na tym jednak nie koniec, bo Lehane ustami bohaterów stawia ważne pytanie o istotę rodzicielstwa i stosunek prawa do niego. Czy lepiej zostawić dziecko zaniedbującej je, ale biologicznej, matce, czy też oddać obcym ludziom, którzy zapewnią dziecku normalny dom? I czy można plunąć na paragrafy, które bronią tej pierwszej opcji?
"Gdzie jesteś ...", to książka wzbudzająca emocje, z naprawdę niejednoznacznie nakreślonymi postaciami i wielką dawką napięcia. Mistrzowsko poprowadzony wątek sensacyjny, wspaniale opisany Boston, a właściwie jego zaułki i speluny oraz coś więcej. Coś, co zmusza do zastanowienia na jakim świecie żyjemy, skoro może się w nim wydarzyć to, co opisano w książce.

PS. Czytając cały czas miałem podskórne wrażenie, że już gdzieś, coś... Okazało się, że wcześniej oglądałem reżyserski debiut Bena Afflecka pod tym samym, co książka, tytułem.

"Wyspa" Eustachy Rylski


O "Warunku" Eustachego Rylskiego pisałem, że to katedra językowa, po której hula, niestety, wiatr pustki fabularnej. Doceniam oczywiście kunszt władania językiem, ale dla mnie, czytelnika, jest to zbyt mało, żeby książka mogła mi się podobać. Niestety "Wyspa", zbiór czterech opowiadań autora, powiela w moich oczach ten schemat.
"Jak granit", "Dworski zapach" i tytułowa "Wyspa" oraz wcześniejsza "Dziewczynka z hotelu Excelsior", to bardzo, dla mnie nawet zbyt bardzo, enigmatyczne historie o ludziach, którzy znaleźli się w konkretnych, trudnych, sytuacjach i próbują sobie z nimi poradzić. Jest w nich tajemnica i emocje, ale tak ukryte za niezrozumiałą dla mnie symboliką, że prawie nieczytelne. Dodatkowo wszystko zepchnięte na plan dalszy przez formę, której dopracowaniu poświęcił autor niewątpliwie dużo czasu. "Nic i nikt nie jest tutaj sobą" i to prawda, szkoda tylko, że początkowe zaskoczenie, wywołane nieortodoksyjnymi zachowaniami bohaterów, wkrótce zaskakiwać przestaje. I pozostaje tylko pochylenie się nad formą właśnie.
Zbyt przytłaczająca w niedopowiedzeniach, zbyt przewidywalna w zakończeniach, zbyt... Zbyt "ciężka" dla szarego czytelnika, za jakiego się uważam. A może, po prostu, to nie był dobry czas, na lekturę "Wyspy".

sobota, 10 stycznia 2009

Rozmowy (nie)kontrolowane cz.2.


Dziś konieczność życiowa spowodowała, że zostałem z chłopakami bez żoninego supportu. Barti jak zwykle miał zupełnie inny pomysł na harmonogram zabaw niż tata. W związku z tym, niespodziewanie, w planie dnia znalazło się wymyślanie piosenek na zadane tematy. Spoko. W rymowankach jestem niezły. Zasadę "słowa do znanej melodii ludowej", też opanowałem nieźle, więc sprawa wydawała się prosta. Do czasu ...

- O kurze!
- "Były sobie kurki trzy ..."
- O psie!
- "Cztery łapy ..."
- O trzech centrozaurach i rybie pancernej!
- ??!!
Ożesz. Pas :(

piątek, 9 stycznia 2009

"Zmarzlina" Tomasz Białkowski


Są książki, które się przeczytało i które jak najszybciej chce się zapomnieć. Ale nie dlatego, że były kiepsko napisane. Po prostu opisywane w nich wydarzenia, człowiekowi o średnio rozwiniętej empatii, sprawiają ból. Ciężko się po nich pozbierać, bo wdzierają się w uporządkowany świat czytelnika i pokazują, że tuż za progiem istnieje rzeczywistość, w której bezgraniczna nienawiść i wszelkie zwyrodnienie, są rzeczami jak najnormalniejszymi.
„Wpadłeś w wir, który kiedyś zagarnął nas wszystkich. Mnie, Jana, twoją matkę. Z niego nie da się wyrwać. Wszyscy próbowaliśmy i wszyscy dalej się kręcimy w tym piekielnym kręgu.”, mówi kochanka ojca głównego bohatera. I o tym właśnie jest ta książka. O życiowych zawirowaniach, które kompletnie zniszczyły życie grupie powiązanych ze sobą osób.
Zapoznawanie się z kolejnymi kartami cieniutkiej książeczki pana Białkowskiego, porównałbym do meczu bokserskiego. Już, już widzimy szansę na zwycięstwo, kiedy kolejny cios powala nas na ring. I tak jest w "Zmarzlinie". Autor podaje swemu bohaterowi rękę, by za chwilę skazać go na kolejny krąg, nie dantejskiego, a życiowego piekła. A my zstępujemy tam razem z nim.
Niestety, jak w większości tego typu książek zbyt wielkie nasilenie beznadziei, powoduje w pewnym momencie efekt znieczulenia. Tym bardziej, że mając w ręku kilkanaście elementów układanki, jeszcze przed końcem domyślamy się jak ostatecznie rozwinie się sytuacja, co troszkę osłabia efekt szoku.
Niemniej jednak polecam, bo kolejne odsłony życiowego dramatu Piotra opisane w krótkich, kalejdoskopowych retrospekcjach potrafią wstrząsnąć. A taki wstrząs od czasu do czasu jest potrzebny, by docenić szczęście normalności, którego doświadczamy.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

"Hellboy. Złota Armia" reż. Guillermo del Toro


Hellboy to demon, który w 1944 roku został przywołany na Ziemię przez Grigorija Rasputina, jako kolejna wunderwaffe mająca przechylić szalę zwycięstwa na stronę Hitlera. Nie dochodzi jednak do tego, gdyż czerwonego dzieciaka z rogami przejmują Amerykanie i nadając mu Honorowy Status Człowieka wcielają, wraz z innym "odmieńcami", w rodzaju człowieka - ryby Abe'a czy pirokinetyczki Liz, do BBPO. Biuro Badań Paranormalnych i Obrony to nic innego jak tajna komórka do walki z wszelką, paranormalną aktywnością. Oczywiście historia, nakreślona w scenariuszach twórcy komiksowej serii, Mika Mignoli, jest bardziej skomplikowana, ale myślę, że Guillermo del Toro nie przestanie reżyserować, więc wszystkie dodatkowe wyjaśnienia przed nami.
Pierwszego "Hellboya" w reżyserii Toro nie pamiętam zbyt dokładnie. Mam tylko niejasne uczucie, że byłem raczej na tak. Szkoda, że nie mam Polsatu, bo ze dwa miesiące temu można było go sobie odświeżyć. "Hellboy. Złota Armia" to kolejna część przygód diabła ze spiłowanymi różkami. Starożytny pakt o nieagresji między ludźmi, a przedstawicielami świata fantazji jest zagrożony. Elf - renegat, książę krwi, rozpoczyna krucjatę, która ma mu przynieść władzę nad legendarną, niezniszczalną, Złotą Armią, wykonaną przez niedoścignione w kowalskiej sztuce gobliny. Aby zdobyć koronę, będącą swoistym pilotem do kierowania Armią, książę Nuada nie zawaha się przed ojcobójstwem. Jego idealny plan unicestwienia ludzkości ma jedną wadę, której nie przewidział. To czerwonoskóry koneser dobrych cygar i browaru spijanego sześciopakami. Oraz jego przyjaciele.
Po raz kolejny Toro pokazał, że umie robić sprawne kino akcji. Podobało mi się wiele rzeczy. Choćby scenografia (targowisko trolli, miejsce spoczynku Złotej Armii) i kostiumy (goblin - kaleka, Śmierć, elfy), czy akrobatyczne popisy księcia Nuady i bardzo dobra choreografia scen walk. Sama zaś historia sprawnie i bez dłużyzn została przeprowadzona od A do Z, niezauważalnie wprowadzając nowe wątki i obiecując więcej. A więc, będę na to "więcej" czekał, może troszkę mniej niecierpliwie, niż na planowanego przez reżysera "Hobbita". A oczekiwanie osłodzę sobie "Labiryntem fauna", który był mnie ominął.

"Niezwykła kariera Antoniego K." Piotr Niklewicz


Kolejna przeczytana ze stosiku książka i niestety kolejne rozczarowanie. Wielkie. Na tyle wielkie, że zastanawiałem się nad przerwaniem lektury. W końcu jednak dobrnąłem do końca i spokojnie mogę stwierdzić - nie podobało mi się w tej książce nic. Poruszana tematyka, styl, a już szczególnie bohater.
Książka pana Niklewicza miała chyba w zamyśle posłużyć satyrycznemu przedstawieniu meandrów waszyngtońskiej administracji oraz brudów i machlojek świata polityki i biznesu, ze szczególnym uwzględnieniem fundacji charytatywnych i pomocy, jaką USA oferują światu. A ponieważ autor chciał również zabrać głoś w sprawie rasizmu, bohaterem uczynił Antoniego K., polskiego imigranta spod Łomży, który w skutek wypadku zamienia się w Murzyna. Zostaje też obdarowany, zgodnie ze stereotypem, wielkim penisem, co, jak się później okaże, będzie dla książki bardzo istotne. Całość zaś, to, porównywana do "Kariery Nikodema Dyzmy" (moim zdaniem niesłusznie), historia niespodziewanego awansu społecznego.
Powiem wprost, autor nie odkrywa Ameryki. Przynajmniej przed średnio zorientowanym w świecie czytelnikiem, który, podobnie jak ja, w minimalny wprost sposób zainteresowany jest polityką. Pobieżne i bardzo "przy okazji" opisy struktur władzy w USA oraz sposobu ich funkcjonowania, zamieszczone w "Niezwykłej karierze ...", spokojnie można znaleźć w internecie. Tam też można poczytać o wszelkich przekrętach związanych z Białym Domem. I to krócej, bez "satyrycznej" otoczki. Bo sama książka, miast być satyrą na powyższe tematy, jest tak naprawdę opowieścią o pewnym prymitywie.
Tu dochodzimy do bohatera, którego przygody sprowadzają się do dupczenia, picia alkoholi wszelakich oraz rozmyślań o cycach i dupach. Gdybyż łóżkowe przygody w pewnym momencie nie wzięły góry nad przesłaniem książki. No i gdyby nie były jeszcze tak totalnie schematyczne. Jak po raz piąty czytałem tekst: "Ostrożnie, bo ja nigdy z Murzynem", to zgrzytałem zębami. Aha, niejako przy okazji winduje się Antoni coraz wyżej na społecznej drabinie, by w końcu zostać senatorem USA. Dodać tu należy, że przez cały czas trwania tego procesu, postać w żaden widoczny sposób nie ewoluuje.
No i styl. Proszę Państwa, żeby z prezydenta Busha zrobić czereśniaka spod Łomży, a z prawie wszystkich kobiet (czy białe one, czy czarne) śwarne dziewuchy, to jednak trzeba zacięcia. Wszystkie dialogi pisane na jedno kopyto. No i to "he he he", które wygłasza każdy rozmówca Antka. Może to drobiazg, ale u mnie przelal czarę goryczy.
Kończę, nie polecając, bo im dłużej nad tą książką myślę, tym więcej minusów mi sie przypomina, a nie lubię się rozpisywać :D

piątek, 2 stycznia 2009

"Mama Mu na huśtawce" Jujja i Tomas Wieslander


Mama Mu, awangarda żądnych ekstremalnych wyzwań krów, a właściwie jedyna znana ich przedstawicielka, znów odstawia na bok przynależne swojej rasie: stanie, żucie i patrzenie w punkt, aby posmakować zakazanego owocu. W poprzedniej, czytanej przez nas z Bartim ksiażeczce, było to saneczkowe szaleństwo, teraz - huśtawka.
Wszystko można Mamie Mu zarzucić, ale z pewnością nie brak przygotowania i życiowej mądrości. To pierwsze pomoże niepostrzeżenie wymknąć się z pastwiska i z gotowym sprzętem dotrzeć rowerem do lasu, drugie, namówić zachowawczego Pana Wronę do pomocy. W trakcie lektury dowiemy się zaś, że huśtawka nie ma hamulców, przypadkowe spotkanie krowy z własnym gospodarzem może być, w pewnych warunkach, problematyczne, a pan Wrona jest mistrzem w skradaniu.
Kolejna książka tandemu Wieslanderów, to jak zwykle fajerwerk dobrego humoru i niebanalnej historii w połączeniu ze świetnymi ilustracjami Nordqvista. Humorzasty Pan Wrona i łagodna, acz nieustępliwa, Mama Mu, to para która zapewni i dziecku i rodzicom dużo dobrej zabawy oraz pokaże, że warto przełamywać stereotypy, mieć marzenia i nie zwracając uwagi na to, co Pan Wro..., znaczy ludzie, powiedzą, realizować je.

"Ostatnie zlecenie" reż. Oxide i Danny Pang


Temat płatnego zabójcy, samotnego, z zasadami, jest już, wydawałoby się, tak wyeksploatowany, że bardziej się nie da. A jednak ciągle znajdują się twórcy filmowi, którzy wierzą, że istnieje na świecie wystarczająco duża liczba miłośników takiego kina, która na kolejnej historii o najlepszym pod słońcem "cynglu", pozwoli zarobić parę centów. A jak tym "cynglem", o imieniu Joe, zrobi się Nicolasa Cage'a, to już sukces kasowy murowany. Pojęcia nie mam, ile zarobił odgrzewany kotlet braci Pang (jest to remake filmu z 1999 roku, z poprzekładanymi klockami fabularnymi), wiem natomiast jedno, "Ostatnie zlecenie" śmiertelnie mnie wynudziło.
Kryzys wieku średniego nie omija nikogo, ale w "wykonaniu" światowej sławy killera, który chce odejść na zasłużoną emeryturę, a w którego wciela się Cage, rzecz wygląda co najmniej śmiesznie. No bo, na początku, widz zostaje poinformowany przez Joe, jakie zasady pozwoliły mu unikać przez wiele, wiele lat (sądząc po zakolach) kłopotów, a potem ten sam facet, z zacięciem naszego Jurka Kilera, po kolei je łamie. W przeciągu dziewięćdziesięciu filmowych minut bierze sobie na ucznia pierwszego z brzegu leszcza, bo zobaczył coś w jego oczach (sic!). Poza tym gość dla którego sprzątnąć człowieka na zlecenie, to jak, z przeproszeniem, pierdnąć, zaczyna się nagle mazgaić, bo głuchoniema aptekarka z tajlandzkiej apteki na rogu, podaje mu z uśmiechem maść z antybiotykiem. Tylko czekałem aż smutne oczy aktora zwilgotnieją i broda zacznie mu się trząść. I prawie do tego doszło, gdy Joe rozczulił się nad sobą podczas wizyty u, tak, tak, przyszłej teściowej.
Poza tym nic nowego. Aktorstwo Nicolasa nie wychodzi poza to, co już w jego wykonaniu znamy, a smutne spojrzenie, które pasowało do romantycznego anioła czy zapijaczonego scenarzysty, do twardziela zupełnie nie przystaje. Efekty też nie porywają i jest ich stanowczo za mało, a kaskaderskie popisy Cage'a stanęły w miejscu, bo chyba od "Bez twarzy" (1997) wciąż i wciąż wykonuje swój słynny, lamparci skok z dwoma spluwami.
Jednym słowem - miernie.

"Nowa policyjna opowieść" reż. Benny Chan


Czasem nawet telewizyjna Jedynka na coś się przydaje. Ot, choćby wczoraj, emitując "Nową policyjną opowieść", czyli najnowszą, choć nakręconą w 2004 roku, piątą część cyklu "Police story". Tym, którzy już zdążyli się skrzywić, śpieszę donieść, że lubię akcyjniaki rodem z Hongkongu, a jak jeszcze są udekorowane wisienką, czyli popisami mojego ulubionego Jackiego (Chana, oczywiście), no to już, jak mówi młodsze pokolenie, wypas. I nic na to poradzić nie mogę, że gust mój gminny i lubię jak się ładnie, dobry ze złym, po pyskach młócą.
"Opowieść ...", to historia policjanta, który zawiódł w akcji, następstwem czego była śmierć powierzonych jego dowództwu funkjonariuszy, w tym, żeby wzmocnić późniejszy efekt, brata narzeczonej. Inspektor Wing (Chan), nie mogąc sobie poradzić z poczuciem winy, idzie w ostry "rejs", z którego wyrywa go pewien młody człowiek, na którym Wing kilkanaście lat wcześniej zrobił wielkie wrażenie. A dalej? Sami wiecie. Jak już człowiek przetrzeźwieje i włączy się lampka "zemsta", to nie ma przeproś. I rzeczywiście nie ma. Walki wręcz, demolka miasta przy pomocy piętrowego autobusu, popisy stunt mastera jakim jest Jackie, czyli spadanie, przeskakiwanie i inne, z pozoru niewykonalne, cuda.
Mimo wszystko film mnie znudził. Zbyt dużo miejsca poświęcono wewnętrznym przeżyciom Winga, co przy, powiedzmy sobie szczerze, niewysokich lotów aktorstwie Chana, rozwlekło tylko niepotrzebnie, dość dynamiczny w pozostałych scenach, film. Ba, nawet pijaka, mimo solidnej zaprawy w filmach o pijanym mistrzu, gra niezbyt dobrze. Ale w końcu od 1994 roku ("Legenda pijanego mistrza") minęło 10 lat, więc może wyszedł z wprawy. Poza tym działała mi na nerwy nachalność reklam. Zupełnie jak w pierwszych polskich, "kapitalistycznych" serialach, z finezją cepa, uderzają widza po oczach, loga znanych firm. Jak dzwonią to z Nokii, jak się naparzają, to albo w składzie Bonaquy, albo na stoisku z klockami Lego. Ech!
Mimo powyższych zarzutów, nie żałuję, bo choreografia walk przednia, a o ich obejrzenie tak naprawdę mi chodziło. No i zawsze miło popatrzeć, jak 50-latek z powodzeniem robi taaaakie sztuki. Czego i sobie w tym wieku życzę :)

Rozmowy (nie)kontrolowane.


Dramatis personae:

[B] - Barti
[K] - Kitek
[J] - Ja

A teraz coś z zupełnie innej beczki...
czyli wtręt Bartkowy w rozmowę o wszystkim i niczym:
[B] - Tato, możemy teraz porozmawiać o majtkach i kościotrupach ludzi?
[J] - Synku, a co byś chciał wiedzieć o majtkach i kościotrupach ludzi?
[B] - Jak się je zakłada i z czego się składają?
Mam cichą nadzieję, że pytania dotyczyły odpowiednio majtek i kościotrupów. Ot, ciekawość świata. Majtki zakładać umie, więc może chodziło mu o jakieś nowe techniki, które znają ojcowie i, w największej tajemnicy, przekazują pierworodnym. W kościotrupy nie wnikam.

Ups wychowawcze...
czyli rodzinna rozmowa na temat jakim ptakiem mógłby być tata:
[B] - Jesteś mewą!
[J] - Eee, chyba wolałbym być dudkiem.
[B] - Nieee, mewą!
[K] - Tata nie ma czubka, więc nie może być dupkiem.

I tyle :D