niedziela, 31 sierpnia 2008

"Powszechna historia nikczemności" Jorge Luis Borges

Sam autor określa tę książkę jako "początek swej prozatorskiej drogi literackiej". A co w środku? Otóż kilka opowieści (bo trudno mi te utwory nazwać opowiadaniami) o, jakżeby inaczej, nikczemnikach oraz parę tzw. historii niesamowitych.
Nikczemnicy przedstawieni przez Borgesa to m.in.: Lazarus Morell - handlarz niewolników (jeśli oglądaliście "Bracie, gdzie jesteś?", na początku filmu czarni skazańcy śpiewają o nim pieśń) czy Monk Eastman, XIX-wieczny nowojorski gangster (tu z kolei kłaniają się "Gangi Nowego Jorku"). Reszta opisanych w książce postaci jest równie barwna. Wszystko oparte na źródłach (z tyłu ksiązki znajdziemy ich spis) przez co jeszcze ciekawsze.

Jeżeli lubicie historie o łotrach spod ciemnej gwiazdy, gorąco polecam.

Barti poetą?


Passus 1
- Podczas dzisiejszej wizyty w naszym przydomowym "parczku", Bartek ujawnił talent liryczny. Wiersz był zwięzły, a w swej prostocie stanowił pewnego rodzaju mix. Mix informacji muzycznych pozyskanych od babci, która poczęła nasączać nam dziecko hitami swych idoli z lat młodzieńczych, tu - "Jedziemy autostopem" Karin Stanek oraz wizyty w miejscowym gimnazjum. Efekt:

"Pojedziemy autostopem,
do gimnazjum i z powrotem".


Passus 2 - Zasypiamy z Bartim razem z zagadkami Smoka Obiboka firmy Granna (dla niezorientowanych - są to kartoniki z wierszowaną zagadką z jednej i ilustrującym zagadkę obrazkiem z drugiej strony). Pytanie o garnitur. Po wierszyku mina typu "nie mam pojęcia". Moja podpowiedź: "Tata miał to na sobie na chrzcie Szymka. Składa się z marynarki i spodni". Cisza. Ja: "To ga...?". Młody z wielką radością: "GACIE!!!".

A Szymuś nie gada i nie chodzi. I żeby tylko chciał spać. Tak jak dziś. Tylko czemu nie wczoraj, kiedy moglibyśmy obejrzeć film??? Ale i tak go kochamy :D

"Przejście" Connie Willis


Czekało "Przejście" na półce, aż się doczekało. A czekało, bo grube jest okropnie, a we mnie jest jakiś atawistyczny lęk przed grubymi książkami. Zazwyczaj lęk nieuzasadniony, ale jednak są wyjątki. Do takich należy książka Willis.
"Przejście" to rozprawa o tajemnicy śmierci, a w zasadzie o jednym z jej aspektów, tzw. doświadczeniach granicznych, czyli wrażeniach, jakie towarzyszyły osobom, które przeszły śmierć kliniczną. Czy tunele, świetliste postaci i inne elementy typowe dla tychże doświadczeń, to dowód na istnienie życia pozagrobowego, czy też są to "tylko" wytwory umierającego mózgu, który jest atakowany przez różnego rodzaju substancje chemiczne, gdy próbuje ratować ginący organizm?

Po pierwszych 300 stronach ze zgrozą wpatrywałem się w pozostałe blisko 600. Czy oni ciągle będą łazić po tym szpitalu, którego topografię poznałem lepiej niż chciałbym? Czy co kilkanaście stron będę spotykał opis ucieczki przed panem Mandrakiem, narzekania na zamknięty bufet itp. zapychacze stron? Przegadana. Ta książka jest przegadana i z pewnością zyskałaby na kuracji odchudzającej.

Niemniej jednak jest napisana sprawnie, a i pomysł dość ciekawy. Polemikę ze zwolennikami teorii Świetlistego Anioła i miłośnikami książki pana Moody'ego czyta się naprawdę dobrze. Od zawsze ludzie chcieli wiedzieć co znajduje się za kurtyną opuszczaną przez kostuchę i autorka pokazała jedną z dróg. Od razu zaznaczam - niezbyt wesołą, co dziwnie nie współgra z okładkowym "pełna nadziei" :)
Podsumowując. Za gruba, ale niektórzy to lubią :)

piątek, 29 sierpnia 2008

"Kanalia" Paweł Pollak


Jak to w kryminale zazwyczaj się dzieje, jest trup. Mało tego nie jeden, ale, trochę hurtowo, z miejsca trzy. Co zatem wspólnego może mieć bogata architekt, ćpun i kurewka? Coś? A może nic? Spokojnie, autor wszystko wyjaśni.
Jak tylko przeczytałem parę stron wiedziałem, że inspektor Markowski będzie już do końca kojarzył mi się z takim podtatusiałym Franzem Mauerem z "Psów" Pasikowskiego. Mizogin, pijaczyna, o dość płynnych zasadach moralnych, co to przestępców ściga, a w chwili samotności tyłkiem prostytutki nie pogardzi. Aspirant Lepka został oczywiście zwizualizowany przeze mnie jako młodziutki Czarek Pazura :) Szczawik, który szokuje przełożonych swoją wiedzą, a jednocześnie wiedza ta, jak przyjrzeć się jej bliżej, wcale taka imponująca
nie jest. Jednym słowem - przypomniały mi się czasy, kiedy "Nie chce mi się z tobą gadać", było obowiązującym grepsem w ustach młodych ludzi :)
A zagadka? Jest parę zakrętów fabularnych i zwrotów akcji, ale czy aż tak bardzo zaskakujących jak sugeruje porównujący autora do Chandlera i Tarantino, blurb. Moim zdaniem, nie.
Niemniej jednak czytało mi się żwawo. Spodobało mi się zderzenie cynicznego policyjnego wyjadacza i pełnego zapału "nowego", parę niezłych tekstów i dość interesujący pomysł. Wszystko to spowodowało, że dałem "Kanalii" czwórkę.

"Sto pociągnięć szczotką przed snem" Melissa P. (Panarello)

Książkę tę napisała pod pseudonimem Melissa P. siedemnastolatka z Sycylii. Później, jak głosi nota wydawcy, okazało się, że jest nią Melissa Panarello, okrzyknięta jako "autorka najgłośniejszego włoskiego debiutu ostatnich lat".
Łomatko!!! Znaczy się, że Włochom przez kilka długich lat nie przytrafiło się, w "świeżej" literaturze, nic lepszego, niż pamiętnikowa historia zbuntowanej przeciw światu i ludziom (wszystko jest nudne, nic nie ma sensu etc. etc.) nastolatki, która ową "pustkę" wypełnia seksem, co jest wg niej drogą do spotkania ideału faceta, który obdarzy ją miłością przez duże M i uczyni z niej kobietę przez duże K. Który sprawi, że wszystko nabierze sensu, a ona sama nie będzie już tylko "ciałem".

Książka ma 136 stron. 30 przeczytanych, to i tak spora doza mojej dobrej woli (Dać jej szansę, dać jej ...), bo tego się po prostu czytać nie da. Typowe dla niektórych nastolatków narzekanie, w typie "nikt mnie nie rozumie", zapisane językiem blogów (no może trochę poprawniejszym, ale wciąż pretensjonalnym), przetykane jest "scenami". Autorka nie pominęła chyba żadnego układu. Mamy więc różne płcie, te same, seks grupowy, a dalej to już tylko mogę zgadywać, Mogę, ale nie chcę, bo po co? ;)
Podsumowując. Skandal wydaje się być dobrą sprężyną napędzającą maszynę marketingową. Niestety skandaliczna, to ta książka może być dla nastolatków (i to też nie wszystkich), którzy z wypiekami na twarzy zgłębiać będą kto, komu, gdzie, co i ile razy, excuse le mot, wsadził.

czwartek, 28 sierpnia 2008

"El Dorado. Polowanie na legendę" Jacek Pałkiewicz i Andrzej Kapłanek

Mit El Dorado od wieków rozpala wyobraźnię eksploratorów, odkrywców i różnej maści błękitnych ptaków. Począwszy od czasów pierwszych konkwistadorów, aż po dzień dzisiejszy Ameryka pełna była i jest śmiałków, którzy ruszają w pogoni za złotym snem. Do barwnej galerii postaci dołącza w 2002 roku Polak, Jacek Pałkiewicz, pisarz, globetrotter oraz najsłynniejszy polski survivalowiec, który w tymże roku poprowadził zorganizowaną przez siebie wyprawę "Paititi 2002", mającą na celu zlokalizowanie legendarnego, zaginionego na terenie peruwiańskiej selvy, miasta Inków. Książka zaś, to napisana wspólnie z przyjacielem autora, Andrzejem Kapłankiem, relacja z tejże wyprawy.
Zacznę od minusów, bo to zawsze "dokopać" łatwiej :D Po pierwsze - śpiąca redakcja. Skoro Aleksander IV zostaje przywołany w miejsce VI, a "sangre de drago" staje się nagle byczą (sic!) krwią, to jakże czytelnik ma się odnieść do reszty informacji zawartych w książce? A jest ich sporo. Szkoda tylko, że w obliczu odkrytych baboli, podchodzę do nich znacznie mniej ufnie.
Po
drugie zbyt dużo "dolepek". W tym a la danikenowskich. Książka miała być o wyprawie i El Dorado, a jest o wszystkim co ze złotem Nowego Świata miało związek.
No i ten męski "szlif". Wicie rozumicie - laski się rwie, truny miejscowe spija, a niebezpieczeństwa to hohoho, panie dziejku... Mnie przeszkadzało (może to zazdrość, nie wiem) :D
Z drugiej strony książka wciąga i zawiera dużą dozę informacji. O dżungli, o Peru dzisiejszym i jego historii, o podróżowaniu jako takim, ze szczególnym uwzględnieniem kłopotów organizacyjnych w planowaniu dużej wyprawy.
Nie żałuję, że przeczytałem. Czwóra! :)

"Grzesznik" Tess Gerritsen


"Stephen King uznał Gerritsen za najciekawszą autorkę thrillerów medycznych - "lepszą od Robina Cooka, Michaela Palmera, a nawet Michaela Crichtona"".
Panie Stefanie, co pan dostał, żeby w tak odważny sposób anonsować niezaprzeczalną, moim bardzo skromnym zdaniem, tandetę? Przecież nudne to jak flaki z olejem, a i napisane jak spod matrycy bestsellerów. Szkoda tylko, że tak nieudanie.
Pierwsza myśl po przeczytaniu książki była taka: "Skąd, do cholery, ten tytuł?", bo ma się on do treści jak ..... (tu wybrać dwie najbardziej niepasujące do siebie, w Waszym mniemaniu, rzeczy). Myśl druga "Jaki to
thriller medyczny?", bo nie predysponują do tego rzeczonej książki instruktażowe opisy sekcji zwłok i popisywanie się autorki swoją wiedzą medyczną (tu wskazówka - autorka jest lekarzem). Myśl trzecia "Jakbym chciał przeczytać medycznego Harlequina, poprosiłbym sąsiadkę, która ma kolekcyjkę, a nie chodził do biblioteki", bo kryminalny wątek książki to jedynie tło do opisywania rozterek uczuciowych dwóch kobiet w średnim wieku. A problemy te są gdzieś tak na poziomie średnio rozgarniętej gimnazjalistki (ale to kobiece sprawy - mogę się nie znać ;) ).
Podsumowując - szkoda czasu na tę książkę. Fabuła ze zwrotami akcji, które da się przewidzieć na 20 stron przed, kiczowata kryminalna scena finałowa i równie tandetny, rzekłbym nawet "barbetkowy" koniec obyczajowy, dyskwalifikują tę książkę całkowicie. Przynajmniej w moich oczach.
Co ONI panu dali, panie Stefanie? :D

"BFO" Roald Dahl


Zastanawialiście się kiedyś co dzieje się z ludźmi, którzy czasem po prostu znikają? Otóż według Roalda Dahla stają się ni mniej, ni więcej, tylko pożywieniem dla dziewięciu nienasyconych olbrzymów, którzy zamieszkują tajemniczą Krainę... tak, zgadza się, Olbrzymów. Oprócz tych strasznych ludożerców Krainę zamieszkuje również tytułowy BFO, czyli Bardzo Fajny Olbrzym, który ludzi nie jada, co więcej, zapewnia dzieciom kolorowe sny, łapiąc je najpierw (sny, nie dzieci), a później wdmuchując przez specjalną trąbę do dziecięcych pokoi. Podczas jednej z takich nocnych "akcji", zostaje zauważony przez Sophie, mieszkankę domu dziecka. Porwanie jej przez BFO jest początkiem ich niezwykłych przygód. Jakich? Musicie przeczytać, żeby się dowiedzieć :) . Bałem się, ze przekład "BFO" może być męczący, ale ponieważ część książki jest napisana w języku "olbrzymim", którego niegramatyczność i dziwna składnia mogą być IMO niezłym polem do popisu dla tłumacza, całość czytało mi się całkiem znośnie. Polecam, żałując, że z tego co wiem, Dahla nie wydawano w czasach kiedy wiekowo bliższy byłem podobnej lekturze.
ps. Rozłożył mnie autor czytanej przez BFO książki - Dahl Chickens (olbrzymy dużo przekręcają, domyślcie się o kogo chodzi) :D

"Helenka z Krakowa" Hyacinthe Brabant


Jak dowiadujemy się z informacji zamieszczonej na tylnej okładce "Helenka z Krakowa" to jedyna powieść francuskiego profesora (o egzotycznym dość imieniu ) Hyacinthe`a Brabanta. Kim jest zaś tytułowa postać? Otóż jest małżonką autora. Ale po kolei.
Książka jest bardzo ciepłą relacją okresu narzeczeństwa (od poznania do ślubu) przyszłego państwa profesorostwa. Poznajemy w niej postać przyszłej pani profesorowej, a także (jako, że jest on narratorem) samego profesora i jego rodzinę. Wszystkie zaś opisane wydarzenia rozgrywają się w realiach przedwojennej Europy.
W swoim debiucie profesor Brabant urzekł mnie umiejętnością opisania ukochanej osoby w sposób, który całkowicie eliminuje zwykłe w tym przypadku określenia (czyt. truizmy). Sam chciałbym taką umiejętność posiąść, bo zwykle wiecie jak to jest. Yyy... no, bo jest kochana... yyy, bo fajna jest :D. Należą mu się za to brawa, tym bardziej, że tytułowa Helenka jest postacią barwną, nieszablonową i trudną do, o ile tak można to nazwać, ujęcia w słowa.
Poza tym "Helenka z Krakowa" jest ciekawym studium związku ludzi pochodzących z różnych kulturowo, obyczajowo i historycznie krajów, a także problemów jakie taki układ może nieść ze sobą. Dodatkowo bardzo ładnie pokazuje tzw. "przyciąganie przeciwieństw". Ona - "żywe srebro", on z przejętą od ojca zasadą "co ludzie powiedzą" ;).
Wyciągnięta na chybił trafił, przeczytana w 3 dni, podobała mi się. Nie będę jej jednak polecał, gdyż moja opinia może być skażona faktem planowanego wkrótce przeze mnie ożenku* i nie być miarodajna. Po prostu mogłem na "Helenkę ..." patrzeć przez swoisty pryzmat własnej sytuacji ;).

* Jejku! Kiedy to było. A, tak! Pisałem to w styczniu 2004. Śpieszę donieść, że ożenek się udał :D

środa, 27 sierpnia 2008

"Pamiętniki" Giovanni Giacomo Casanova


Któż z nas nie słyszał o Casanovie. Człowiek ten, którego okrzyknięto kochankiem wszechczasów, pozostawił po sobie pamiętniki. Z około 15 tomów wspomnień, których autorstwo przypisuje się Casanovie, dokonano wyboru i przetłumaczono (Tadeusz Evert) tylko niewielką część, którą wtłoczono w dwa tomy, wydane w 1972 przez "Czytelnika".
Co można powiedzieć o samej książce? Otóż z pewnością zdradza nam ona jakim naprawdę człowiekiem był Casanova. I obraz ten zupełnie nie przystaje do tego, który pokutuje w społeczeństwie. Intrygant, oszust, niejednokrotnie (a właściwie najczęściej) płacący za "miłość", hipokryta, obracający się zarówno w kręgach ówczesnej (XVIII-wiecznej) society, jak wśród złodziei i prostytutek. Gość, zarówno królewskich salonów jak i więzień: Pod Ołowianym Dachem (Wenecja), czy Newgate (Anglia).
Casanova jest z pewnością postacią bardzo barwną, a dodatkowym atutem jego pamiętników, (pomijając jego przygody miłosne, których prawdopodobnie dużą część sam wymyślił), jest to, że podróżując wraz z nim po całej Europie możemy poznać jej obyczajowość. Smaczki w rodzaju np. historii (wspomnianej co prawda w dwóch zdaniach) kawalera d`Eon zachęcają do dalszych poszukiwań.
Żałuję, że przetłumaczono tylko część "Pamiętników", a resztę ujęto w jedno-, dwustronicowe streszczenia, bo lektura mnie wciągnęła. Polecam tym,
którzy nie szukają opisów dzikich orgii (choć i te w zawoalowanych słowach autor zamieszcza ;), a chcą zobaczyć życie XVIII-wiecznej Europy niejako z pierwszej ręki. I to zarówno od rynsztoka jak i od salonów.

"Tortilla Flat" John Steinbeck


Co to takiego Tortilla Flat? Otóż jest to miejsce akcji książki Steinbecka. Wzgórze nad kalifornijskim miasteczkiem Monterey, a właściwie, jeśli można tak powiedzieć, jego slumsy. Wcale nierówninne miejsce, zamieszkane przez paisanos, mieszańców, którzy przez domieszkę krwi indiańskiej, meksykańskiej czy innej zostali postawieni poza marginesem "normalnego" społeczeństwa i pozbawieni szansy na "normalne" życie.
To właśnie tu poznajemy Danny'ego, który dziedzicząc po dziadku dwa domy, awansuje społecznie z mieszkającego w lasach i stodołach wagabundy, na posiadacza nieruchomości i jego niezwykłych amigos, którzy zamieszkując z nim, rozpoczynają nowy (a może tylko inny) rozdział w swoim życiu.

"Tortilla ..." to IMO opowieść wielopoziomowa. Z jednej strony - urocza i przezabawna opowieść łotrzykowska, w której jak w kalejdoskopie pojawiają się nowi, barwni przyjaciele Danny'ego. Opisy pijatyk, bijatyk, drobnych złodziejstw oraz przekazywanie czytelnikowi pewnej, specyficznej filozofii pijackiej - to wszystko wzbudza uśmiech. Uśmiech pobłażania, czasem politywania, a że niektóre wyczyny można podsumować jedynie gromkim śmiechem - gromki śmiech. Druga płaszczyzna to piękne opisy pewnych uniwersalnych wartości: bezinteresownej (bo bohaterowie nie posiadają zazwyczaj nic) przyjaźni, altruizmu, zwykłej ludzkiej godności bez względu na okoliczności i paru innych.
Na końcu zaś przychodzi zastanowienie. I nie
mówię tu o dzielnicach nędzy w Ameryce Łacińskiej. Przecież wystarczy rozejrzeć się wokół siebie, żeby zobaczyć lokalną Tortilla Flat. Grupki pijących tanie wina smakoszy, awantury domowe, biedę, głód. To wszystko jest tuż obok i niestety nie wygląda już tak ładnie jak u Steinbecka. Bo to po prostu życie, a w nim rzadko trafiamy na filozofujących i pełnych dobroci pijaków :( Naprawdę warta przeczytania.

"Kobieca Agencja Detektywistyczna Nr 1" Alexander McCall Smith


O książce tej słyszałem wiele dobrego i sam wiele dobrego mam zamiar o niej powiedzieć, bo "Kobieca agencja ..." jest książką wartą przeczytania. Kiedy ojciec głównej bohaterki, Precious Ramotswe, pyta ją na łożu śmierci, jak dalej pokieruje swym życiem, ta, z rozbrajającą szczerością, odpowiada , że założy pierwszą w Botswanie agencję detektywistyczną. Dobrze, że papa Ramotswe jest "siłą spokoju", bo pewnie to wyznanie córki przyśpieszyłoby jego odejście, zważywszy, że wie, iż na ten szalony pomysł pójdą pieniądze pochodzące ze sprzedaży jego stada krów, które z miłością, przez sporą część życia, hodował.
W ten sposób zaczynają się przygody przesympatycznej (acz potrafiącej, jeśli trzeba, zaleźć za skórę) mieszkanki Czarnego Lądu. Przy kości, pijącej litrami herbatę z czerwonokrzewu, wychowanej w tradycji i miłości do ojczyzny, typowej córy Afryki z dawnych lat, kiedy to nikt nie słyszał o odchudzaniu, a życie było inne i o wiele prostsze. Przede wszystkim jednak Mma jest obdarzona nadludzką wprost przenikliwością, pozwalającą jej jednym rzutem oka ocenić klienta lub podejrzanego, co niewątpliwie pomaga jej w pracy. Podobnie jak posiadanie sporego grona znajomych, bo w końcu rzecz dzieje się w Botswanie, której naród jest jak jedna wielka rodzina, a każdy zna prawie każdego.
Oprócz wątku kryminalnego, niejako gdzieś w tzw. międzyczasie poznajemy losy Precious i jej rodziny. Jest to niewątpliwie łyżka dziegciu w tej tchnącej optymizmem powieści, jednak, jak sami się przekonacie, trudno jest złamać ducha w pogodnym człowieku. Bierzmy przykład z Mmy ;)
Książka jest specyficznym kryminałem. Specyficznym ze względu na rodzaj spraw, którymi pani detektyw się zajmuje i sposób ich rozwiązywania. I jako taki bardzo mi się podobała. Niemniej jednak, w samej treści, przemyca autor swój bezkrytyczny zachwyt Afryką i to czasami wychodziło mi bokiem. Dlatego też książka dostaje biblionetkowe 4. Ale jeśli ktoś lubi czytać o tym, że patrzenie na piękne krowy jest w zerowym stopniu stresogenne, a ci głupi Europejczycy to tylko latają i umierają na zawały, to pewnie może i do 6 dociągnąć ;) Ja mam jednak troszkę dość zachwytów Afryką.

"Pan raczy żartować, panie Feynman" Richard P. Feynman


Naukowiec? Hmm, pomyślmy... Nielubiany przez kolegów kujon, który całą młodość przepędził z nosem w książkach. Nietowarzyski. Mrukliwy. Odcięty od świata w swoim laboratorium i pozbawiony, najczęściej z własnej woli, wszelkich rozrywek. Tiaaa... Przeczytajcie zatem "Pan raczy żartować, panie Feynman!". :) R. P. Feynman to fizyk teoretyczny, laureat nagrody Nobla w tejże dziedzinie i... niesamowity luzak i człowiek, którego przyjemność byłoby poznać. Książka zaś, to nic innego jak jego biografia. I to jaka! Pierwsze co mnie uderzyło, to forma. Książka to zbiór historyjek spisywanych niejako wprost z ust głównego bohatera. Fajne to. Jakby się słuchało samego Feynmana. A człowiek ma o czym opowiadać. Przykłady? Praca nad bombą atomową w Los Alamos, podrywanie panienek lekkich obyczajów w Las Vegas, granie w "ławicy" samby podczas karnawału w Rio, itd., itp. Poza tym z każdej strony książki uderza niesamowita radość z tego co Feynman robi. Eksperyment - jakie to świetne, granie na bębnach - super, żarówki dają fajny blask - wow! Można się zarazić. Podsumowując - świetne wspomnienia człowieka, który doszedł do wielkości, doskonale się przy tym bawiąc. Człowieka, który wymyślał rzeczy wielkie, jednocześnie psocąc jak nastolatek. Polecam.

"Mata Hari. Jej prawdziwa historia" Philippe Collas


Napisano kilkanaście biografii najbardziej znanej kobiety - szpiega. Ja postanowiłem sięgnąć po jedną z najnowszych, pióra Philippe Collasa. Autor jest potomkiem kapitana Bouchardona, który prowadził śledztwo w sprawie Margareth Gertrude Zelle (z męża Mac Leod), którą cały świat znał za jej życia i zna do tej pory, pod jej scenicznym imieniem - Maty Hari. Fakt ten zaostrzył mój apetyt na książkę, dodatkowego zaś smaczku dodawały, znalezione podczas pobieżnego kartkowania, przypisy, odwołujące się do niepublikowanych dotychczas zapisków sędziego.
Pierwsze co mnie zraziło, to styl. Jakiś taki pełen podniety, wykrzykników, zbyt dużego emocjonalnie zaangażowania i dodatkowo od razu stawiający czytelnika po jednej stronie barykady. Tak jakby autor został zarażony wirusem Maty i nie umiał się z niego wyleczyć, mało tego, próbował zarazić innych. Widocznie nawet po śmierci tancerka potrafi uwodzić mężczyzn :)
Drugie co mnie zraziło, to "wizualizacja" zdarzeń. Autor, w stylu naszego, rodzimego pana Wołoszańskiego, tworzy sceny, które jak mu się wydaje miały miejsce i wciska w usta bohaterów teksty, które, jak mniema, z nich padły. Mało tego, zdarza mu się czasem wyciągać dość ryzykowne wnioski. Szkoda, bo biorąc do ręki "prawdziwą historię" miałem nadzieję, ze będzie ona istotnie prawdziwa, a nie fabularyzowana. W takich razach sięgam po Stone'a :)
Poza tym książka poprawna. Dużo faktów z życia bohaterki, począwszy od jej lat dziecięcych, aż do śmierci w fosie zamku Vincennes.

"Książka poniekąd kucharska" Joanna Chielewska


"Książka ..."
jest dla pani Joanny, autorki, bądź co bądź, poczytnych kryminałów, dziełem specyficznym. Otóż pisarka zebrała w niej wszystkie swoje wzloty i upadki kulinarne, których w ciągu swojego życia doświadczyła i okrasiła je autorskim komentarzem. Nie jest więc to w pełni typowa książka kucharska, a tylko, jak sugeruje tytuł, poniekąd. Zdarzają się co prawda przepisy typu: "5 deka masła" itd., ale sporadycznie jak, nie przymierzając, rodzynki w kiepskim serniku ;) Więcej jest żwawych historyjek związanych z tworzonymi daniami i ich podawaniem. Czyta się to wszystko z uśmiechem na ustach i serce w człowieku rośnie, że: po pierwsze primo - nie jest taką ostatnią "nogą" kulinarną, a po drugie primo - jest szansa gotować bez wysiłku, a smacznie, bo skoro taka Chmielewska mówi, że tak można, to trza jej wierzyć ;)
Minusy zauważyłem dwa. Troszkę nudziło opisywanie potraw zmodyfikowanych tylko o dodatki (vide np. twarożek) i smucił fakt zamieszczenia sporej ilości kulinarnych historyjek w innych książkach pani Joanny. Ale jak kto
nie czytał będzie miał więcej uciechy ;)
ps. W "jatkach" znalazłem "Książkę ..." za circa ebałt 14 zł i zrezygnowałem z jej kupna. Dosłownie po wyjściu z "taniej" poszedłem do znajomego, który pracuje w kiosku, a on na mój widok: "Oooo, ty się Bazyl kiedyś o jakąś Chmielewską pytałeś. No to w pakiecie jest z jakąs inną z Olivii. 9.90, nie za drogo??". Wziąłem :D

wtorek, 26 sierpnia 2008

"Znaczy Kapitan" Karol Olgierd Borchardt


"Znaczy Kapitan", to 37 opowiadań, pióra Karola Olgierda Borchardta, kapitana żeglugi wielkiej, poświęconych pamięci mentora autora, kapitana ż.w. Mamerta Stankiewicza. Sam zresztą tytuł jest ukłonem w stronę tego osobliwego człowieka, który każde bez mała zdanie zaczynał od "znaczy". Równocześnie był też trzonem kadry szkoleniowej w rodzącej się po 1918 roku polskiej Marynarce Handlowej. Borchardt mimo, że, jak sam przyznaje w książce, styl pisania miał w szkole "telegraficzny", podejmuje wyzwanie pisarskie i zgodnie z daną ,na grobie Znaczy Kapitana, obietnicą, opisuje swoje żeglarskie losy, przy okazji kreśląc sylwetki ludzi, którzy go otaczają oraz opisując niezwykłe przygody, które spotykały jego i jego kolegów.
Zaczyna swą, snutą w gawędziarskim stylu i okraszoną wieloma perełkami marynarskiego humoru, opowieść od swego dziecięcego marzenia o zostaniu marynarzem, a kończy wizytą na grobie zwierzchnika, który zginął po zatopieniu wyruszającego z Anglii do Nowej
Zelandii transatlantyku "Piłsudski". W międzyczasie wędrujemy z panem Borchardtem po całym świecie. Najpierw na pokładzie "Lwowa" - szkolnego statku Szkoły Morskiej w Tczewie, następnie "Polonii" i "Piłsudskiego", dwóch statków pasażerskich, na których autor pełnił funkcje oficera nawigacyjnego, aż w końcu "Daru Pomorza", na którym, jako starszy oficer opłynął morza południowe, tzw. "szlakiem kapitana Blooda" i na którym zastała go zawierucha wojenna. Świetnie napisana, skrząca się humorem opowieść o romantykach, którzy uwierzyli, że rodzące się państwo może wydać na świat wspaniałych wilków morskich i o realizacji ich marzeń. Gawęda, której należy pozwolić się uwieść, odrzucając na bok wszystkie bestsellery. Dla mnie - bomba ;)
ps. Dla czytaczy ekranowych - tekst "Znaczy Kapitana" znalazłem na http://www.literatura.zapis.net.pl/, która to strona wygląda na tyle profesjonalnie, że z dużym prawdopodobieństwem jest on tam zamieszczony legalnie. Oczywiście mogę się mylić ;)

"Zaklęte rewiry" Henryk Worcell


"Zaklęte rewiry" H. Worcella, to książka - spowiedź. Pełnymi garściami czerpiąc z własnych doświadczeń z okresu pracy w krakowskim Grand Hotelu, opisał autor koleje losu swojego alter ego - kelnera hotelu "Pacyfik", Romana Boryczki.
Książka, po pierwsze primo, daje nam wgląd w to, jak wyglądały szczeble kariery w przedwojennym zawodzie kelnera. Boryczko jest kolejno: pomywaczem, pikolem (pomocnikiem kelnera), a w końcu, po zdaniu egzaminu, pełnoprawnym "mistrzem stolika". Czytelnik zaś, razem z Romkiem, a później już panem Romanem, przekonuje się jakie przeszkody musiał pokonywać młody adept, by wspiąć się szczebel wyżej w hotelowej hierarchii.
Po drugie primo, zdradza Worcell tajemnice kelnerowania. Pokazuje hermetyczny światek międzywojennych kelnerów niejako "od kuchni" i przez to wywołuje w swoich czasach skandal. Nic w tym dziwnego, bowiem postacie pracowników "Pacyfiku" są opisane tak plastycznie i ze
wszystkimi detalami, że koledzy autora bez trudu, jak podejrzewam, mogli się w książce rozpoznać. Sam autor zresztą pisze, że po wydaniu "Rewirów" musiał opuścić Kraków ;)
Po trzecie primo, książka ta to studium rozwoju duchowego młodego człowieka, którego zaczynają dręczyć dylematy moralne. Z jednej strony ambicja i samodoskonalenie (nauka języków, literatura), z drugiej zmuszanie do czołobitnego usługiwania ludziom, którzy w niczym nie są od niego lepsi, a ich jedynymi atutami są: urodzenie, bądź pieniądze, a i
to nie zawsze.
Rozumiem, że w dzisiejszych czasach, kiedy TVP emituje filmy "dokumentalne", w których kelnerzy bez żenady mówią do kamery o sikaniu do zupy, "Zaklęte rewiry" mogą być uznane za anachroniczne i nie wywrzeć na czytelniku wrażenia. Mnie jednak urzekła pasja z jaką pisarz - samouk opisał kelnerskie życie. Ruch, szaleństwo rewiru w godzinach szczytu, jakiś szósty zmysł, którym cechują się przedstawiciele opisywanego zawodu, a jednocześnie brzęczący gdzieś nieznośnie w tle i wyczuwany przez bohatera bezsens wszystkich podejmowanych działań.

Podsumowując, jeżeli nie zostaliście jeszcze "znieczuleni" przez media - spróbujcie i dajcie się wciągnąć w świat "dwóch rozbratli na jedno" i "martela fał fał". Jeśli spodziewacie się plucia do talerzy i obsceny - dajcie sobie spokój.

"Nuda pierścieni" Henry N. Beard i Douglas C. Kenney


"Arcydzieło komizmu... Genialna parodia słynnej trylogii J.R.R. Tolkiena "Władca Pierścieni", błyskotliwa i całkowicie pozbawiona szacunku... "Paragraf 22" dla miłośników fantasy".

Z tą oto krótką notką, zaczerpniętą przez wydawnictwo z łamów "Harvard Daily News" i zamieszczoną na tylnej okładce, pozwalam sobie się nie zgodzić :) Arcydziełem komizmu "Nuda ..." na pewno nie jest. Ot, dwóch panów postanowiło ponabijać się z kanonicznego dzieła pana Profesora. Poprzekręcali nazwy (zamiast Gandalfa mamy Goodgulfa, zamiast orków - norki), przyprawili odrobiną nonsensu (szkoda tylko, że poziomem daleko mu
do tego z choćby "Czy leci z nami pilot"), dodali mnóstwo pierdzenia, czkania i innych atrybutów tzw. "przaśnego" humoru i stwierdzili (i nie tylko najwyraźniej oni), że powstała parodia wszechczasów.
Tymczasem porównanie jej do "Paragrafu ..." jest po pierwsze wielkim nadużyciem, a po drugie trafieniem przysłowiową kulą w
przysłowiowy płot. Zdarzają się w tej książce przebłyski humoru, które mnie osobiście przypadły do gustu, ale dla samych przebłysków nie warto jej czytać. Jeśli jednak podnieca Cię myśl o Gandalfie popalającym trawę lub o Eowinie mówiącej z niemieckim akcentem, sięgnij po nią. Moim zdaniem weekendowa lektura nie warta zapamiętania. Zresztą sami autorzy zdają się uchylać rąbka tajemnicy, jaka też myśl przyświecała im w pisaniu tegoż "dzieła". Cytuję: "Och, ale skoro doczytałeś do tego miejsca, to oznacza, że... że już kupiłeś... o rany... ojej... (Dolicz jeszcze jedną, Jocko. "Brzęk!")" i "To my, frajerze. Brzęk!".
Ja dałem się naciąć (brzęk!) i dlatego przestrzegam innych. Marność to - lepsze parodie powstawały, kiedy oglądaliśmy z kumplami ekranizację "Władcy ..." i przerzucaliśmy się na bieżąco pomysłami na innowacje w scenariuszu :D

"Magia i złoto" Isaac Asimov


Eseje pana Isaaca Asimova, pod zbiorczym tytułem "Magia i złoto", nabyłem kiedyś w tzw. jatkach (budki z tanią książką). Nabyłem i przeczytałem.
W większości są to wstępy do wydawanych przez autora magazynów sf oraz antologii, których tak się składa, na swoim koncie ma sporo. Asimov pisze z odrobiną (spora ta odrobina :) "mistrzowskiego" zadęcia, co jakiś czas usprawiedliwiając się (po co ?), że on nie choruje na tzw. "perwersyjną skromność", co w pewnym momencie zaczęło działać mi na nerwy. Był uznanym pisarzem? - był, to po co to całe krygowanie się przed czytelnikiem? Pomijając ten drobny fakt, ja jako czytelnik, dostałem w "Magii ..." solidną porcję informacji na temat tego co to jest sf i fantasy, jak się je pisze, jak się pisze w ogóle i jak wygląda życie pisarza sf (radości, smutki i pułapki, które na niego czyhają, podczas pisania tak specyficznego rodzaju literatury). Można w książce znaleźć parę dykteryjek o tuzach fantastyki i przekonać się jak Asimov interpretuje niektóre rzeczy,
odwołując się w tych interpretacjach nawet do dzieł pierwszego, wg niego, pisarskiego fantasty, czyli Homera.
Podsumowując - ja człowiek sf nie lubiący, z przyjemnością przeczytałem o niej i to za niewygórowaną cenę 11 PLN. Polecam ;)

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

"Lala" Jacek Dehnel


Wszyscy już o "Lali" pisali. I tendencja jest, że "Lalę" się chwali.
Tak jakoś rymowanie wyszło, ale, fakt jest faktem, że i ja "Lalę", Jacka Dehnela, pochwalić muszę. Bo to miło, kiedy bierze się do ręki książkę młodego człowieka, a tam, piękną polszczyzną pisane, wybuchają nam w twarz uczucia, jakie tylko wnuczek żywić może do babci. Bo to rzecz o babci. Babci niezwykłej, nietuzinkowej, wspaniałej, ale też przegrywającej walkę ze starością i zbliżającej się ku nieuchronnej granicy, za którą Nieznane. Szczęściem wielkim jest babcię mieć. Moja zmarła, kiedy byłem dzieckiem i niestety, przyznać ze smutkiem muszę, pamięć o niej blaknie we mnie z dnia na dzień. Dlatego takie wrażenie zrobił na mnie pomysł Jacka. Przeniesienie babci na karty książki. Chaotyczne, jak chaotyczne potrafią być wspomnienia. Dziś pomieszane z kiedyś. A to wszystko tworzące obraz kobiety z krwi i kości, z jej słabościami i zaletami. Osadzonej w rodzinie i rodzinnej historii.
Piękna książka i pięknie napisana. Podejrzewam, że będąca dla autora zarówno swoistym hołdem jak i pewnego rodzaju katharsis. Bez względu na to, czym miała być, warto ją przeczytać. Nie pożałujecie.

"O bibliotece" Umberto Eco


O święty bożku marketingu! O pogoni za książką z "markowym" nazwiskiem! O tempora, o mores! Ciagle nie mogę uwierzyć w to, co przed paroma dniami ujrzałem. I przeczytałem. A mówię tutaj o 48-stronicowej, wydrukowanej kobylastą czcionką, broszurze (bo nie śmiem nazwać tego tworu inaczej), którą dla niepoznaki* oprawiono w twardą tekturę. Czyli "O bibliotece", znanego skądinąd, Umberto Eco. Szczęściem znalazłem książkę w bibliotece, bo gdybym, wiedziony nadzieją na dłuższy wykład o bibliotekach, był ją kupił, płakałbym jak dziecko. W końcu 12 PLN to trzy piwa, a i na chipsy by zostało.
Ale do rzeczy... Książka jest zapisem odczytu, jaki autor wygłosił 10 marca 1981 roku z okazji 25-lecia biblioteki miejskiej w Mediolanie. Przedstawił w nim Eco borgesową wizję biblioteki absolutnej, skonstruowanej na podobieństwo wszechświata (fragment "Biblioteki Babel" Borgesa zajmuje 5 stron, komentarz autorski kolejne 5). Następnie przedstawia 19 punktów jakimi wg niego powinna się rządzić antybiblioteka. Czytelnik na podstawie tychże ma sobie stworzyć obraz biblioteki idealnej. I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że tekst ten, pt. "Jak urządzić bibliotekę publiczną", krótszy o jeden punkt (a więc jak mniemam, wcześniejszy), czytałem przed laty w "Zapiskach na pudełku od zapałek" (w "O bibliotece" 7 stron) :( I wreszcie rozprawka o dwóch ulubionych bibliotekach autora - Sterling Library w Yale i uniwersyteckiej w Toronto oraz o kulturze kserokopii, która to kultura zawędrowała w końcu i na nasze alma matery.
Zadać sobie należy pytanie: "Czy warto?". Moim zdaniem warto przeczytać, bo mimo że tekst wiekowy, to starzeje się ładnie. Niemniej jednak wydawanie pieniędzy na "książkową" wersję odczytu autora "Imienia róży" uważam za... ekhem, ekstrawagancję (no, chyba że ktoś się naciął w niewiedzy). Pamiętam jednak co się działo, kiedy "Imię ..." właśnie, dawano do pewnej gazety "za darmo". W końcu Eco na półce świadczy o inteligencji :D

*czyt. "żeby wyglądała na pełnowartościową książkę"

"Poziom śmierci" Lee Child

Szkoda, że dawno minęły czasy, kiedy zachwycały mnie, iście magiczne, wyczyny niejakiego Commando. Arni się wkurzył, poskręcał szwarccharakterów w precelki, a tych, których mu się poskręcać nie chciało, porozbryzgiwał po okolicy z broni wszelakiej. Ot, wypisz wymaluj Jack Reacher z "Poziomu śmierci" Childa. Zrobiłby na mnie wrażenie, ale... z ćwierć wieku temu :)
Historia, tylko z pozoru skomplikowana, w rzeczywistości sprowadza się do kolejnej wariacji na temat "dzielnego mściciela i obrońcy uciśnionych". Reacher przyjeżdża do małego miasteczka w Georgii, zostaje oskarżony o zabójstwo, uniewinniony i... No właśnie, i to powinien być koniec (och, gdyby!), ale nie. Jeden faks sprawia, że Jack zostanie w Margrave, służąc swą profesjonalną (ex żandarm wojskowy) pomocą miejscowym glinom i prowadząc własne dochodzenie, od czasu do czasu przerywane zabiciem jakiegoś brzydala i bzykaniem się z miejscową policjantką, z którą jak na prawdziwego macho przystało, już do końca książki, będzie per Roscoe :D
Nudne. Mało tego, śmieszne, aczkolwiek jest to śmiech przez łzy. Bo lekturze tak marnej książki towarzyszyć może jedynie płacz i zgrzytanie zębów. Czego osobiście doświadczyłem, a Wam serdecznie odradzam :(