piątek, 28 listopada 2008

"Ekspert finansowy" R. K. Narayan


R.K. Narayana czytelnicy interesujący się kulturą Indii znają z jego wersji Ramajany - indyjskiego eposu, napisanego w sanskrycie. Tymczasem Narayan jest również autorem kilku, wydanych także w Polsce, powieści obyczajowych. Jedna z nich, "Ekspert finansowy" wpadła mi przypadkiem w łapki.
"Ekspert ..." to opowieść o życiu Margayyi, Hindusa, który swoje życie
poświęcił "robieniu" pieniądza. Pieniądz determinuje wszystkie wydarzenia w jego życiu i jest powodem licznych nieszczęść: rozpadu rodziny, ucieczki syna, itd. Margayya zajęty pomnażaniem majątku niczego jednak nie zauważa. Dla niego pieniądz to nobilitacja, poważanie, sposób na znalezienie swojego miejsca w specyficznym, kastowym systemie indyjskim. Jeszcze jednym powodem, dla którego warto po książkę sięgnąć jest fakt, że miejsce wydarzeń, wymyślone przez autora miasteczko, jest miniaturowym odbiciem hinduskiego społeczeństwa.
Podsumowując. Dla zainteresowanych Wschodem, sporo informacji o życiu w Indiach lat 30 (tak zrozumiałem z treści - autor nie podaje daty). Dla współczesnego czytelnika - zastanowienie się czy warto gonić za pieniądzem, być czy mieć. Dla mnie - kolejne potwierdzenie przysłowia, że pieniądze szczęścia nie dają.

czwartek, 27 listopada 2008

"Nocne dreszcze" Dean R. Koontz


Z każdą kolejną, przeczytaną, książką Koontz'a coraz bardziej tracę do jego pisarstwa serce. Autor wchodzi w schemat i zaczyna operować pomysłami już wykorzystanymi, co zabija "świeżość", która tak mi się w poprzednich książkach podobała. Jednym z takich "przewodnich" tematów jest kontrola umysłu, wokół której osnuto wydarzenia z "Nocnych dreszczów".
Szalony naukowiec, to literacki wzorzec, którego najsłynniejszym bodaj przykładem jest dr Frankenstein. Z tym, że tamten chciał wygrać ze śmiercią, natomiast bohater Koontz'a ma pomysł bardziej przyziemny, acz nie mniej demoniczny. Otóż, chce całą ludzką populację przekształcić w powolne sobie roboty. W jaki sposób? Wynajduje serum, które wzmacnia bodźce działające na podświadomość, a następnie traktuje obiekt treścią podprogową, która pozwala przejąć nad człowiekiem całkowitą kontrolę. No, a dalej...?
Jak to co? Próba terenowa w zapyziałym górskim miasteczku i... hulaj pisarzu, rób co chcesz. Tylko rób to z głową. Bo niestety duży potencjał pomysłu został roztrwoniony na łzawą, krwawo - erotyczną opowiastkę, w której pozytywni bohaterowie mają więcej szczęścia niż rozumu i w ogóle nie wzbudzają sympatii, a szwarccharaktery są typowe aż do bólu.
Podsumowując - jeśli jeszcze nie czytałeś Koontz'a, raczej nie zaczynaj od "Nocnych ...". Weź sobie "Grom" albo "Złe miejsce". Jeśli czytałeś, to nic
nie stracisz nie sięgając po nią, bo jedyne co w niej fajne, to zmuszający do pomyślenia: "Jak ja bym wykorzystał taką, niemal boską, władzę?", pomysł. Ale żeby nad tym pomyśleć, nie trzeba przecież przegryzać się przez 300-stronicowy, nie najlepiej napisany, horror ;)

"Dolores Clairborne" Stephen King


"Dolores ..." to King znany i nieznany, w jednej powieści zmiksowany. Znany, bo znów snuje gawędę, która zawiera niezmierzone ilości dygresji i powoduje ciary na grzbiecie. Nieznany, bo w książce na próżno szukać duchów, wampirów i innych ektoplazmów.
Książka jest monologiem starszej kobiety, która oskarżona o zabójstwo swojej bogatej, niepełnosprawnej podopiecznej, trafia na posterunek i postanawia zrzucić przed przesłuchującymi ją policjantami brzemię swego, cholernie trudnego, żywota.
Bohaterka snuje swą opowieść przy pomocy niewyszukanego słownictwa
osoby niewykształconej. Jednocześnie jest to historia przedstawiona przez kogoś doświadczonego przez życie i jako taka, pełna jest zaskakująco celnych spostrzeżeń. Z każdą przeczytaną stroną, postać Dolores, jest nam coraz bliższa. Każda strona jest bowiem opisem życiowej gehenny tytułowej bohaterki i chcąc nie chcąc zaczyna jej człowiek współczuć. Przypadkowa ciąża, przemoc w rodzinie, alkoholizm, wredna szefowa. No i mroczne tajemnice, jakie każda, niekoniecznie patologiczna, rodzina posiada, zmiecione pod dywan, lub schowane w pudle na strychu ;)
Czytadło, ale wciągające. Niby wiemy, co się wydarzy, ale i tak jesteśmy zaskoczeni i zszokowani. Choć z drugiej strony - może nie. Bo cóż może szokować w czasach, gdy ciała dzieci znajdowane są w beczkach po kapuście ;(.

środa, 26 listopada 2008

"Gra Geralda" Stephen King


Szybko, lecz bez zachwytu, przeczytałem kolejna książkę pana Stefana. Przyznam, że do kroku tego skłonił mnie zachwyt Kudłatej, (z pl.rec.ksiazki) która powieść nazwała "psychologiczną". Niestety, albo nie znam się na psychologii (no dobrze, nie znam się), albo oczekiwałem czegoś innego.
Początek wszyscy czytający Kinga już znają. Dla pozostałych: małżeńskiego pieprzyku łaknąc, Gerald przykuwa swą żonę kajdankami do dużego hebanowego łoża. Żeby było ciekawiej, łóżko stoi w domku letniskowym, ten zaś, w środku lasu, czyli mniej salonowo rzecz ujmując - na kompletnym zadupiu. Takim, co to nikogo nichuchu. W tym momencie, hiczkokowsko wręcz, Gerald pozwala sobie zejść z tego łez padołu. A co dalej...
Ano, lanie wody. Ponieważ opis prób uwolnienia zająłby (i zajmuje) zbyt mało miejsca, King przywołuje na pomoc całą przeszłość uwięzionej bohaterki. Zaczyna od traumatycznego wspomnienia z dzieciństwa, które z denerwującą regularnością powraca, aż do ostatnich kart. Stopniowo przesuwa nas w czasie i posługując się milionem głosów (schizofreniczka??) siedzących w głowie narratorki, informuje o czasach studenckich i latach małżeństwa.
No dobrze, powiecie, kobitka leży i wspomina stare, niekoniecznie dobre, czasy, ale chyba chce przeżyć. Rzeczywiście chce, ale jakby trochę od niechcenia, w przerwach między jednym wspomnieniem, a drugim. Coś co powinno byc istotą tej książki, zostało zepchnięte pod pierzynę.
Mimo, iż Kinga przeczytać lubię, tej pozycji nie polecam. Strachu nie
wzbudziła, a jedynym uczuciem towarzyszącym lekturze, były mdłości przy prosektoryjnym wręcz opisie uwolnienia. Dodatkowo czające się w rogu zło, objawiło się w końcówce w tak absurdalnej postaci, że mało nie wybuchnąłem śmiechem.

wtorek, 25 listopada 2008

"Poniedziałek zaczyna się w sobotę" A. i B. Strugaccy


Rzadko moje czytelnicze ścieżki krzyżowały się z poletkiem fantastycznym. Czasem, kiedy zew półnagich księżniczek odzywał się we mnie, sięgałem po jakieś fantasy. Ale "twarda" s-f? Wiem, wiem. "Poniedzialek ..." to zupełnie niereprezentatywny przykład zarówno s-f jak i twórczości braci Strugackich. Ale to się wie dopiero po przeczytaniu. Całe szczęście Ania tak ładnie zachwalała książkę na biblioNETkowym spotkaniu w Kielcach, że postanowiłem zaryzykować. I nie żałuję.
"Poniedziałek ..." to pełna absurdu satyra na sowieckie środowisko naukowe. Młody programista, Saszka Priwałow, przemierzający Kraj Rad w pożyczonym moskwiczu, podwozi dwóch "łebków" i trafia do Sołowca. Wdzięczni autostopowicze załatwiają mu nocleg, a wydarzenia, które będą miały miejsce w Chatnakurnóżu (miejsce noclegu), przenicują życie biednego młodzieńca i zaowocują jego angażem w Instytucie Badań Czarów i Magii. Dalej zaś..., ale to już zupełnie inna historia, a właściwie trzy, a znajdziecie je w wymienionej książce.
Prześwietny miszmasz podań, bajań i legend oraz postaci z nich znanych, a wplecionych w radziecką rzeczywistość. Tzw. poplątanie sznurka z ogórkiem. No bo: Baba Jaga - konsjerżką, wampiry i skrzaty - personelem pomocniczym w instytucie naukowym, starożytni magowie - naukowcami w tymże, a smok Gonorycz... a smok Gonorycz jest zaprzychodowany, ma swój numer ewidencyjny i jest na stanie. Podobnie jak kanapa, która znika i zakorkowane w butelkach dżiny.
Świetnie skreślone postacie, humor sytuacyjny i zabawne dialogi, mnóstwo odwołań do świata mitów i legend oraz moc żartów z hermetycznego i zadufanego w sobie światka naukowców (podczas lektury przypomniała mi się afera Sokala), to siła tej książki. Ale żeby nie było, że autorzy tylko piętnują, "Poniedziałek ..." to również specyficzny hołd dla prawdziwych naukowców (nie Wybiegałłów i tych z włosami na uszach), dla których praca to cały świat, a poniedziałek zaczyna im się w sobotę.
Polecam, z tym jednak zastrzeżeniem, że może się nie spodobać osobom uczulonym na pewien specyficzny rodzaj humoru. Dla mnie - pychotka :)

poniedziałek, 24 listopada 2008

"Ewangelia według Afraniusza" Kirył J. Yeskov


O ile "Ostatni władca ..." podobał mi się, o tyle "Ewangelia ...", acz nie cała, budzi we mnie wręcz przeciwne uczucia. Yeskov rzucił się do burzenia kolejnego bastionu konserwatyzmu literackiego, o ile można to tak nazwać. Jego pierwszą "ofiarą" został tolkienowski "Władca pierścieni", natomiast wyżej wymieniona książka to atak na ewangeliczną wersję końcówki życia Jezusa z Nazaretu. Temat nośny, kontrowersyjny, a co za tym idzie wiodący prostą drogą do wyprodukowania bestsellera. Od razu ucinam - moje krytyczne podejście do "Ewangelii ..." nie jest spowodowane, tak modną ostatnimi czasy, obrazą uczuć religijnych. Jestem człowiekiem wierzącym, o wierze jak mniemam na tyle silnie ugruntowanej, że nie wpływają na mój osąd lektury, religijne konotacje z nich wynikające.
Książkę autor podzielił na dwie części. W pierwszej teoretyzuje na temat niejasności pewnych zdarzeń opisanych przez ewangelistów. Przedstawia swoje stanowisko w kwestii cudów, zmartwychwstania, roli poszczególnych bohaterów (Piłat, Jan Chrzciciel, Judasz) oraz polemizuje z hipotezami innych badaczy Nowego Testamentu. Jednym słowem buduje teorię spiskową, której zwieńczeniem jest część druga.
Część druga to raport, który Szef Tajnej Służby przy Prokuratorze Judei Marcus Afraniusz wysyła do Prokonsula Syrii Witeliusza. Raport jest opisem szeroko zakrojonej operacji wywiadowczej o kryptonimie "Ryba", która to akcja zaowocowała uznaniem boskości Jezusa. Już to powinno dać Wam do myślenia, co będziecie czytać. Podpowiem - typowego Yeskova, z jego walką wywiadów, gburowatym słownictwem (kimać... w I w.n.e. :D ) oraz całym dobrodziejstwem inwentarza, który to styl podobał mi się w "Ostatnim władcy ...", ale w tej historii jest jakby nie na miejscu. Jedyna rzecz jaka mi się w tej części podobała to końcówka, która pozostawia furtkę dla wyobraźni i jakąś taką niedookreśloność postaci Jezusa.
Podsumowując - część pierwsza, dość ciekawa ze względu na przedstawiane hipotezy, część druga - wtórność, chyba że ktoś autora czyta po raz pierwszy - wtedy może się podobać.

"Noc w Lizbonie" Erich Maria Remarque


Biorąc do ręki "Noc w Lizbonie" zdawałem sobie sprawę z tego co czynię. Król pesymizmu, autor poruszający sprawy, które z roku na rok coraz bardziej giną w pamięci młodego pokolenia, nie zawiódł. Od razu na początku zaznaczam: jeżeli jesteś w kiepskim nastroju, nie sięgaj po "Noc ...", przygnębi Cię bowiem jeszcze bardziej.
Tematem książki znów jest środowisko niemieckich emigrantów, którzy z różnych powodów uciekają przed reżimem hitlerowskim. Dwaj z nich spotykają się w Lizbonie, która, w czasie gdy rozgrywa się akcja powieści, jest ostatnim, w miarę bezpiecznym miejscem, z którego można osiągnąć "ziemię obiecaną" - USA. Panowie nawiązują niezwykły dialog. W zamian za obietnicę wysłuchania tragicznej historii swego życia, jeden z nich obiecuje drugiemu możliwość dostania się na ostatni statek płynący do Stanów - obiekt pożądania wszystkich uciekinierów.
Jak zwykle u Remarqua z każdą stroną może być tylko gorzej. Opisuje nieszczęśliwą miłość, w nieszczęśliwych czasach i w dodatku naznaczoną piętnem nieuleczalnej choroby. To wszystko na tle czarno-brunatnej fali, która zalewa Europę i powoduje, że Niemcy - przeciwnicy faszyzmu, stają się nagle obcymi. Obcymi we własnym kraju i poza jego granicami. To historia o samotności i wyobcowaniu.
Książka warta przeczytania. Jedyne co mógłbym jej ewentualnie zarzucić to tłumaczenie dialogów. Dziwny szyk zdań i jakaś delikatna archaiczność języka powodowały, że brzmiały sztucznie.

"Noc w Lizbonie", E.M. Remarque, PIW 1990, tłum. Aleksander Matuszyn

piątek, 21 listopada 2008

"Żyd wieczny tułacz" Eugeniusz Sue


Od razu na wstępie zaznaczam, że książkę przeczytałem. Otagowałem ją jednak jako [Nieprzeczytaną], ponieważ gdybym zaczął ją czytać obecnie, skończyłaby ciśnięta w kąt.

Książka Eugeniusza Sue jest najlepszym przykładem, że już wiek XIX znał grafomanię i ludzi, którzy się nią parali. Cała historia, bardzo sensacyjna w zamiarze autora, rozgrywa się w XIX-wiecznej Europie. Oś fabuły tworzy rywalizacja między zakonem jezuitów (czarne charaktery), a rodziną Rennepontów, której to członkowie okazują się spadkobiercami olbrzymiej fortuny. Fortunę tę chcą oczywiście odebrać im następcy Loyoli. Oczywiście jak zawsze w tego typu powieściach chodzi o to czy wygra dobro, czy zło. No dobrze, skoro wszystko jest tak super to dlaczego wyjechałem z grafomanią? Otóż z następujących powodów:
1. Autor bez przerwy się powtarza - za każdym razem kiedy spotykają się dwie postacie, które nie wiedzą o wydarzeniach, które czytelnikowi już dawno są znane, jedna z postaci szczegółowo naświetla
sprawę drugiej (w końcu coś musi tworzyć tę 2-tomową cegłę);
2. Postacie są tak nieautentyczne, że aż strach. Ci dobrzy są tak dobrzy, że czytając o nich i ich dokonaniach, mnie przynajmniej, ogarniał odruch wymiotny. Żeby choć jedna skaza na tych białych duszyczkach, eee tam, nic. Podejrzewam, że jakby któreś z nich kichnęło i nie powiedziało przepraszam, to jako zadośćuczynienie temu przestępstwu zadali by sobie trzy dni leżenia krzyżem jak nic. W drugą stronę jest jeszcze gorzej. Główny szwarc jest brudny,
brzydki i obdarzony powierzchownością diabła;
3. Intrygi przedstawione w książce są żałosne, a same wydarzenia tak na siłę dociągane do fabuły, że... Jednym słowem tylu zbiegów okoliczności (szczęśliwych, bądź nie) ze świecą by szukać w innych książkach.
To najcięższe z długiej listy moich zarzutów pod adresem tej książki. Podsumowując - jeśli chcesz przeczytać Sue.... lepiej przeczytaj coś zupełnie innego. Odradzam.Stanowczo!

"Śledztwo" Dorothy Uhnak


"Śledztwo" to klasyczny kryminał na podbudowie wątków obyczajowych i z dość rozbudowaną (czasem do przesady) psychologią postaci. W kryminale jak to w kryminale, mamy zbrodnię. W tym konkretnym przypadku - zabójstwo dwóch małych chłopców. Mamy główną podejrzaną, którą, zgodnie z zasadą, że mordercy szuka się najpierw w środowisku ofiary, jest zjawiskowo piękna i niesamowicie inteligentna matka, Kitty Keeler. Mamy w końcu przedstawiciela prawa. Mądrego życiową mądrością, doświadczonego życiowym doświadczeniem i gnębionego przez wrzód i problemy rodzinne - detektywa, Joe Petersa. No i mamy miejsce i czas akcji, czyli Nowy Jork, pięknego, 1975, roku. Pięknego, bo wtedy właśnie przyszedłem na świat :D
Czytało mi się całkiem nieźle, ale mam do książki kilka zastrzeżeń. I to pomijając fatalną jakość tłumaczenia*, w którym pojawiają się językowe dziwolągi w stylu "Pociągnął papierosa, (...) zakasłał się i wyrzucił go (...)".
Po raz pierwszy wydane w '77 roku "Śledztwo" wydaje się być odrobinę anachroniczne. Rozbudowane i szczegółowe do przesady opisy spowalniają akcję, nie wnosząc do niej niczego istotnego. No bo jak facet wygląda przez okno, to czy ja muszę wiedzieć, co widzi na przestrzeni 10 przecznic? Czy muszę znać rodzaj materiału, z którego uszyte są sukienki oskarżonej? Owszem, pozwala to rysować w głowie szczegółowe obrazki, jak kadry z filmu, ale czasem ma się ochotę na metodę "nadniemnową". Opisy omijać. Poza tym denerwowały mnie postaci. Superdetektyw, który daje się podejść jak przedszkolak, ale żeby nie było, że dupa, to na skutek żmudnej analizy wszystko udaje mu się wyprostować. Przekombinowana w swej niejednoznaczności Kitty. Szablonowi policjanci i złodzieje. Etc., etc. Na dodatek postaci te zawsze wędrują w kierunku, który czytelnik, znający choć parę kryminałów, bez trudu odgadnie.
Niemniej jednak jest to książka dobra. Pokazuje żmudną robotę detektywów niższego szczebla i rozgrywki "góry", która to "góra" wykorzystuje tytułowe śledztwo do walki o stołki, za nic, tak naprawdę, mając ostateczny jego efekt. Uhnak zna się na rzeczy, bo sama przez kilkanaście lat była nowojorską policjantką. Polecam, choć z zastrzeżeniem, że debiutancka powieść "Policjanci" podobała mi się bardziej.

* "Śledztwo", Dorothy Uhnak, tłum. Zofia Uhrynowska - Hanasz, "Książnica", Katowice 2003

"Ostatni władca pierścienia" Kirył J. Yeskov


"Rewelacja na Bałtyku", jak mawiają moi młodsi znajomi. Drugi, przeczytany przeze mnie, z konieczności, e-book, i drugi, który bardzo mi się spodobał. Ba, spodobał. Przez "Ostatniego władcę... żal mi było z pracy wychodzić ;) Ale powolutku...
Paru pisarzy pokusiło się o dopisywanie historii, do tej najbardziej znanej, stworzonej przez pana Tolkiena. Yeskov zrobił coś, co z początku wydawać by się mogło zabiegiem pozbawionym sensu, a więc opisał "to samo", ale nie "tak samo". Znacie powiedzenie, że historię piszą zwycięzcy? Ta historia, to właśnie kanoniczny "Władca ..." - elfy cacy, uruk-hai be. "Ostatni władca..." to specyficzny rodzaj advocatus diaboli, przedstawiający historię Śródziemia z punktu widzenia tych złych.
Mało tego, opisujący ją w taki sposób, że oderwać się od książki nie sposób. Jeżeli jesteś wiernym wyznawcą Jedynej Słusznej Trylogii, nie sięgaj po książkę Yeskova. Znajdziesz tam bowiem żądne władzy elfy, knującego naprawdę chamskie intrygi Gandalfa, nie cofającego się przed użyciem trucizny w walce o wpływy Aragorna, szlachetnych orków itd. itd.
Książka napisana świetnie. Wartka akcja, krwiste intrygi (nie ustępujące tym z najbardziej znanych książek sensacyjnych), walka wywiadów, ze znajomością opisane walki i sceny batalistyczne, emocje (w tym nie ukrywam totalna złość i wilgocenie oczu). Hmm, nawet opisy przyrody czytałem z entuzjazmem. Wszystko to zasługą autora, ale też (podejrzewam) profesjonalnego tłumaczenia autorstwa małżeństwa Dębskich.
Jednym słowem - polecam! Ech, gdybyż Pierumow napisał swą trylogię w taki sposób jak Yeskov "Ostatniego władcę ...".

czwartek, 20 listopada 2008

"Harry Potter i Insygnia Śmierci" J. K. Rowling


Nigdy nie byłem fanem Harry'ego na miarę nocnego wystawacza w przedempikowych kolejkach, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że nie zarwałem przynajmniej jednej nocki, czytając jego poprzednie przygody. Korzystając zatem z nowej dostawy bibliotecznej, zapoznałem się z "Insygniami Śmierci". Cykl się dopełnił, a ja przyznam szczerze, odetchnąłem z ulgą. Bo mimo, że w każdym kolejnym tomie tego wielkiego cyklu, Autorka dokładała coś nowego, schemat wydarzeń był w każdym bardzo podobny. A poza tym z niecierpliwością czekałem na grande finale :)
"Insygnia ..." odbiegają od znanej nam kalki, (wakacje, powrót do Hogwarthu, przygody na uczelni i w jej okolicach, narastające zagrożenie i bęc!, Harry znów wygrywa z jakąś paskudą, albo i Sami-Wiecie-Kim) i jeśli ktoś nie czytał sieciowych spoilerów, rzeczywiście może zadawać sobie pytania: "Co dalej?" i "Jak się to skończy?", niecierpliwie przerzucając kolejne z, blisko ośmiuset, stron.
No właśnie, ośmiuset. Zaczyna się co prawda od trzęsienia ziemi, ale ślamazarność akcji w kolejnych rozdziałach, usypia. Autorka raz po raz powtarza pewne kwestie, jakby koniecznie chciała się upewnić, że czytelnik zrozumiał jak wielkie dylematy gnębią Pottera. Rzuca trójką bohaterów z kąta w kąt i nic z tego właściwie nie wynika. Małe ciach, ciach dobrze by książce zrobiło.
Co jeszcze dorzucić do worka narzekań? Nie wiem czy to moje wrażenie, ale sceny walk zostały napisane, jakby znad ramienia autorki zerkał gość z Warnera i krzyczał: "Więcej błysków, więcej rozpierduchy, więcej efektów!", a jedyne co biedna pani Rowling mogła zrobić to kierować tę jatkę w stronę tych złych. Bo drugie moje wrażenie jest takie, że Zło w tej książce jest strasznie pobłażliwe dla Dobrego, ze szczególnym uwzględnieniem najbliższego otoczenia Harry'ego. Acha, jest jeszcze sprawa nieszczęsnego ostatniego rozdziału, ckliwego do bólu, niepasującego do cyklu i zupełnie niepotrzebnego.
Dobra, ponarzekałem, ale przecież skończyłem w trzy dni i to przy wiecznym braku czasu. Czasem było trudno, bo autorka, jak króliki z worka, wyciąga wątki z zakurzonych już, w mej pamięci, części cyklu, ale dawałem wiarę, że tak właśnie było i szedłem naprzód. Najpierw powoli jak żółw..., a później coraz szybciej. Ponieważ? Ponieważ chciałem potwierdzić, to co podejrzewałem i pożegnać młodzieńca, z którym przez tę parę latek i tomów jednak jakoś tam się związałem. No więc, cześć! :)

"Biały kapitan" Antoni Ferdynand Ossendowski


Wymieniona w temacie książka, może pretendować do miana polskiego "Hrabiego Monte Christo". Arystokrata, który dopuścił się kradzieży, by spłacić swe długi, trafia do więzienia. Po wyjściu, przepełniony goryczą i nienawiścią do swych najbliższych, którzy odsądzili go od czci i wiary oraz nie udzielili mu żadnej pomocy, postanawia się zemścić. O ile jednak dumasowski bohater dostał środki finansowe służące temu celowi, można by rzec, do ręki, o tyle bohater "Białego kapitana" musi, czy pragnie, zdobyć je sam. Zaciąga się więc na statek i postanowiwszy być uczciwym, po wielu kolejach losu, zostaje bogatym człowiekiem. Ba, mało tego, do wspomnianych: uczciwości i bogactwa, przywodzi również sporą grupkę życiowych wykolejeńców.
Tak, w wielkim skrócie, można by opowiedzieć fabułę powieści. Jest to okraszona potężną dawką "smrodku dydaktycznego", przygodowa powiastka dla młodzieży, mająca za zadanie "bawiąc - uczyć". Wyeksponowano w niej: uczciwość, przyjaźń, odwagę, pracowitość, potępiono zaś prawie wszystkie złe człowiecze cechy. Mimo, że nie aż tak "edukacyjna" jak "Tomki" Szklarskiego i nie napisana z takim rozmachem jak "Hrabia ...", warta jest przeczytania. Znaleźć w niej można zarówno opis nieszczęśliwej miłości, jak i lania się po gębach w tawernianych burdach. Ale to już kto co lubi....

"Martwa strefa" Stephen King


Chyba każdy z nas miał kiedyś marzenie, żeby dysponować jakąś nadnaturalną mocą. Amerykańskie dzieciaki posiłkują swą fantazję wyczynami superbohaterów ze stajni Marvela. Moje pokolenie miało pierścień Arabeli i sokolookiego Janka Kosa. Dużą popularnością cieszy się nowy serial "Heroes", którego bohaterami są normalni z pozoru ludzie, dysponujący tym "czymś" - szybką regeneracją ciała, możliwością latania i teleportowania się.
"Martwa strefa" (wydana również jako "Strefa śmierci") Stephena Kinga opiera
się na starym jak świat pomyśle (wykorzystanym zresztą również we wspomnianym serialu) z przewidywaniem przyszłości. Bo tym właśnie dobrodziejstwem, czy raczej przekleństwem został obdarzony główny bohater. W dzieciństwie, na skutek urazu głowy Johnny Smith nabywa śladowej zdolności jasnowidzenia. Nie jest to jednak jeszcze supermoc, a raczej taki "szósty zmysł", objawiający się mocnymi i zazwyczaj trafnymi przeczuciami. Sytuacja zmienia się, kiedy Johnny ulega poważnemu wypadkowi i na pięć lat zapada w śpiączkę. Po przebudzeniu nie jest już tym samym człowiekiem. Dotykając przedmiotu lub osoby widzi pewne rzeczy dotyczące ich przeszłości i przyszłości.
King wciąga jak chodzenie po bagnach. W "Martwej strefie" snuje historię o wpływie "daru" na obdarzonego nim człowieka. Pokazuje jak łatwo z uwielbianego przez tłumy gościa, stać się dziwadłem i zostać ustawionym w jednym szeregu z dwugłowym cielęciem. Jaką odpowiedzialność wrzuca na barki obdarowanego jego moc. Podsumowując - jak "inność" wpływa na nasze życie. W międzyczasie serwuje swoje słynne wątki poboczne. Pokazuje choćby jak śpiączka wpłynęła na najbliższych Johnnego i na niego samego. Wartka, wciągająca akcja, ciekawy temat, duża doza napięcia, czyli King w dobrej formie.
Nie obeszło się jednak bez łyżki dziegciu, w postaci wątku politycznego. Otóż mam wrażenie, że lewicujący artysta postanowił przestrzec
ludzkość przed zagrożeniem ze strony zwapniałych konserwatystów. I zrobił to, tylko że moim zdaniem niepotrzebnie i ze szkodą dla książki.

środa, 19 listopada 2008

"Oliwkowy labirynt" Eduardo Mendoza


No i dopełniło się. Przeczytałem drugi, a nie jak raczy nas informować w blurbie wydawca, ostatni, tom przygód pechowego, lumpo-schizoidalno-amatorskiego detektywa, autorstwa Eduarda Mendozy. I rozwiały się obawy, które miałem po lekturze "Sekretu ...". Bo oto na scenę znów wkroczył On, znany z "Przygód ..." antysuperbohater. Wkroczył i zamiótł ;)
Furda tam, przygody. Zresztą próba ich opisu w kilku zdaniach, równa się wysiłkowi wejścia na Sagradę Familię w przykusym prochowcu. Chodzi o to jak zostały opowiedziane. "Barok z jajem", tak bym pozwolił sobie ten styl nazwać. Monumentalne, kwieciste, pełne wywołujących śmiech metafor i wielokrotnie przez ich autora złożone zdania, które sprawiają, że najbanalniejszy opis (tak, tak, opis) po prostu chciało mi się czytać. Do tego koszarowy, a raczej zaułkowo-barceloński humor, przy pomocy którego jeździ sobie autor po mieszkańcach półwyspu Iberyjskiego w ogólności, a Barcelony właśnie, w szczególności, jak po łysej kobyle. Aha, jeśli
spodziewacie się romantycznych, zagubionych we mgle uliczek Zafona, to od razu ostrzegam, u Mendozy uliczki te będą zaszczane, a pod latarnią tkwić będzie kokota-brzydula, na dodatek syfilityczka ;)
Cóż mogę powiedzieć... Podoba mi się, nie dający się zaszufladkować, styl Mendozy. Czasem człowiek potrzebuje lektury, która za nic ma literackie konwencje. I gdyby tylko udało się autorowi zindywidualizować swoich bohaterów, bo jak na razie to wszystkim w dziwny sposób udziela się sposób wysławiania narratora. Choć może się czepiam. W końcu to on opowiada tę "odjechaną" bajkę.

"Co nowego w raju" David Lodge


To mój pierwszy Lodge i powiem wprost i od razu, z pewnością nie ostatni*. Zawsze twierdziłem, że najlepiej czyta się o zwykłych ludziach i ich problemach. Jest w tym coś z zakodowanego gdzieś w człowieku podglądactwa, chęci zobaczenia jak pewne rzeczy wyglądają u innych. Można co prawda zaglądać przez okno do sąsiada, można też kupić "Sukcesy i porażki", czy inne "Z życia wzięte", które to sposoby tę chęć zaspokoją, ja jednak proponuję czytać tych, którzy dobrze piszą i do tzw. pieprznych kawałków dorzucą coś nad czym można podumać. Takim jawił mi się Irving, takim jawi się i Lodge.
Historia jest prosta. Grupa turystów leci na Hawaje. Dwie młode dziewczyny, żeby znaleźć jednej z nich faceta. Profesor uniwersytetu (w końcu to Lodge ;) ), żeby napisać dysertację o turystyce. Małżeństwo w średnim wieku, na
swój drugi miodowy miesiąc, a dwójka skłóconych młodych Anglików - na pierwszy. Jest w końcu główny bohater, dla którego poczynań reszta towarzystwa stanowi tło. Upadły duchowny, ponad czterdziestoletni wykładowca teologii, który zrzucił sutannę i ciągle nie może nauczyć się normalnie żyć. Wraz z ojcem lecą zobaczyć się z umierającą krewną, którą rodzina dawno temu zepchnęła na margines życia rodzinnego. Ten wyjazd będzie dla Bernarda okazją do wielu zmian w dotychczasowym sposobie życia.
Naprawdę przyjemnie było śledzić przepoczwarzanie się Bernarda, który z dużego chłopca, będącego pod wpływem ojca (mówi do niego per "tatusiu") i bojącego się starszej siostry, staje się samodzielną jednostką. Poza tym Lodge porusza tu wielość tematów związanych z religią, wiarą oraz co wiąże się z miejscem akcji - turystyką.
Polecam, bo to naprawdę przyjemna, czwórkobilioNETkowa, lektura.

* Z perspektywy czasu okazało się, że miałem rację :D

"Magnetyzer" Konrad T. Lewandowski


Wspominałem niejednokrotnie, ale przypomnę, że kryminały to nie jest mój ulubiony gatunek literacki. Czasem jednak mam ochotę na spotkanie z panem w prochowcu i nieodłącznym stetsonie na głowie i wtedy sięgam po kryminał. Retro - kryminał. Miłośnicy smutnych detektywów z problemami znają chandlerowego Marlowa i krajewskiego Mocka. Śpieszę donieść, że do ekipy dołączył lewandowski Drwęcki. Jerzy Drwęcki, gwoli ścisłości.
W telegraficznym... Rzecz dzieje się w przedwojennej Warszawie, po której grasuje, posiadający magnetyczną moc wpływania na ludzką psychikę, potwór w ludzkiej skórze. Wykorzystując nieetyczne odkrycia XIX-wiecznego, rosyjskiego magnetyzera Razguninowa, uśmierca dziewuszki z dobrych domów i podporządkowuje sobie grupę ludzi ulicy w sobie tylko znanym celu. Jakim? Odpowiedzi przyniesie lektura.
Niestety "Magnetyzer" nie zahipnotyzował mnie do tego stopnia, bym nie mógł się odeń oderwać. Po pierwsze główny bohater. Niby mądry (niedoszły akademik), niby tajemniczy (prawie nic Autor o jego przeszłości nie pisze), niby kozak (rozwala jakiegoś super bandziora ze swego colta 1910), a jednak jakaś taka z niego, za przeproszeniem, dupa. Że już nie wspomnę, że prawy on i sprawiedliwy, a w miłości - płochy. Po drugie bohater planu drugiego - Hiacyntus Fedorczyk, bez którego pan komisarz byłby przepadł z kretesem. Żwawy dziadek, uczestnik powstania styczniowego i urodzony wodolejca, czego możemy doświadczyć na kartach powieści. Historia jego przodka, który z Razguninowem miał do czynienia, jest bowiem dla sprawy kluczowa i dozowana w kawałkach (sic!) przez całą książkę, pomaga Drwęckiemu rozwiązać zagadkę. No właśnie, po trzecie - zagadkę, która już na początku książki zagadką być w zasadzie przestaje. Po czwarte - drażniła mnie wszechobecność osób z ówczesnego "świecznika". Żeby zwykły, choć być może sławny, glina, spotykał wszystkie sławy epoki? Ja jeszcze rozumiem gości "Ziemiańskiej", ale czy on musiał biegać z Kusocińskim? Że o szarży emerytów na przebywającego w kawiarni Marszałka nie wspomnę.
Żeby nie było. Podobał mi się ładny i, mam wrażenie okupiony długim zbieraniem informacji, obraz stolicy lat 20-tych.
Podsumowując. Troszkę to jednak nudnawe, tym bardziej, że pomysł mi znany. Co prawda w "Nocnych dreszczach" Koontz'a psychomanipulacja, wspomagana była zastrzykiem z serum, ale jednak... Zresztą też mnie znudziło
:)

wtorek, 18 listopada 2008

"Wygrać życie" Kamil Durczok


Ta niewielka objętościowo książeczka, to zapis rozmów jakie przeprowadził ze znanym telewizyjnym prezenterem, Kamilem Durczokiem, Piotr Mucharski. Dwóch dziennikarzy rozmawia o chorobie nowotworowej, którą panu Kamilowi udało się pokonać. Chorobie, którą wciąż większość z nas uważa za nieuleczalną. Chorobie, wiadomość o której paraliżuje i odbiera choremu chęć do walki, chęć do życia, do wszystkiego...
Książka próbuje "oswoić" czytelnika z nowotworem. Pokazać, że wcześnie wykryty, może być uleczalny. Daje nadzieję tym wszystkim, którzy z "rakiem" mają do czynienia, czy to osobiście, czy poprzez najbliższych. Próbuje przekazać co czuje chory, ta zaś z kolei wiedza przydaje się by spróbować zrozumieć, dlaczego znany nam człowiek zachowuje się tak, jak się zachowuje.
Niestety, gdzieś z tej optymistycznej historii wyglądają pesymistyczne "kłaczki". Polecana profilaktyka - jaka? Przy badaniach okresowych polegających na wbiciu pieczątki? Przy jedynym w kraju, najczęściej nieczynnym, urządzeniu PET? Pan Kamil pojechał na badanie do Niemiec, ale czy może to zrobić Kowalski? Czy Kowalski będzie miał szczęście znaleźć się
pod opieką najwybitniejszych specjalistów? Czy załapie się do grupy szczęśliwców, których pozwolił leczyć NFZ? Pytań jest wiele, niestety, odpowiedzi na nie, w tym wywiadzie - rzece, nie znajdziemy.
Dobrze jednak, że znana, "medialna" postać zaczyna głośno mówić, że rak to nie wyrok, że da się, choć walka jest cholernie trudna i bolesna, Go pokonać, że jest
nadzieja...

poniedziałek, 17 listopada 2008

"Porwanie Jane E." Jasper Fforde


W literaturze wykreowano moc światów alternatywnych, mniej lub bardziej molestujących naszą rzeczywistość. Niemniej jednak panu Fforde udało się stworzyć świat, w którym każdy szanujący się mól literacki poczułby się swojsko. Bo cóż z tego, że Wielka Brytania toczy z Rosją zaciekły bój o Krym, a Walia jest socjalistyczną republiką? Cóż z tego, że nie rozwinęła się komputeryzacja, za to genetyka pozwala stworzyć domowego dodo (niedoskonałego, bo to wczesna wersja 1.2)? Cóż z tego, że świat polityki jest brudny (zawsze jest), a wszechpotężna korporacja Goliath we wszystkim macza swoje klejące się łapska. Cóż z tego, pytam, skoro jest to świat, w życiu mieszkańców którego, ważną rolę odgrywa KSIĄŻKA. I to mnie w tej powieści urzekło.
Któż z nas nie chciałby bowiem zanurzyć się w karty ulubionej książki? I to zanurzyć w sensie dosłownym, fizycznym. Wleźć do, dajmy na to, "Ogniem i mieczem" i popróbować panalonginusowego mieczyka :) A w świecie Thursday Next, głównej bohaterki cyklu książek Jaspera Fforde'a jest to możliwe. Niestety, jak to zwykle bywa, z tej możliwości korzystają nie tylko bogobojni czytelnicy, ale również prawdziwe łotry w rodzaju Acherona Hadesa, który dla osiągnięcia swych niecnych celów, porywa Jane Eyre z kart powieści Charlotty Brontë. Całe szczęście na straży porządku stoi cała gama różnych specsłużb, włącznie z, co prawda niezbyt poważaną, ale dla nas czytelników, najważniejszą, OpSpec 27 (Agencja ds. Operacji Specjalnych, wydział 27: Literaccy Detektywi), której przedstawicielką jest wspomniana już Thursdey. Walka między nią i Acheronem to trzon powieści.
Podobało mi się, bo jak może nie podobać się świat, gdzie ludzie przybierają nazwiska ulubionych autorów i postaci, na rogach ulic stoją automaty recytujące Szekspira, a baconiści chodzą po domach udowadniając, że to Bacon był autorem sztuk Williama :) W dodatku książka jest pełna różnorakich aluzji literackich, skrzy się humorem, a główna bohaterka da się lubić. Więc czegóż chcieć więcej? Chyba tylko tego, żeby Znak dokończył wydawanie serii :D
Polecam, bo jedyny mankament jaki w "Porwaniu ..." znalazłem, to fakt, że całość skupia się wokół literatury brytyjskiej. Ale trudno, autor jest w końcu Anglikiem :)

"Studnie piekieł" Graham Masterton


Totalna porażka. Książka doczytana tylko dlatego, że każda kolejna strona wywoływała uśmiech politowania, a ja chciałem zobaczyć jakich książek powinienem w przyszłości unikać. I o ile "Manitou", czy "Zemstę Manitou"
czytało mi się znośnie (acz było to dawno, więc teraz mógłbym zmienić opinię*), to od tej pozycji radzę trzymać się bardzo, ale to bardzo daleko. Nie znajduję ani jednego powodu, by zachęcać kogoś do jej lektury.
Akcja - ludzie piją studzienną wodę i zamieniają się w krabopodobne potwory. Zagadkę tę podejmuje się rozwiązać dwóch mieszkańców zainfekowanej okolicy: hydraulik - inteligent oraz chemik - laborant. I co się okazuje? Otóż woda skażona jest nasieniem starożytnego boga Chulthe (czy Wam to czegoś nie przypomina?), władcy zatopionej Atlantydy, który budzi się z drzemki, by objąć władzę nad światem, a imię jego Legion ;)
Dlaczego "Studni ..." czytać nie należy? Ze względu na: "humorystyczne" teksty głównego bohatera, psychologiczną wiarygodność zachowań bohaterów na poziomie dna i dwóch kilometrów mułu (ja wiem, że bohaterowie horrorów zachowują się irracjonalnie, ale jakiś umiar należy zachować), różne pierdółki godzące w inteligencję czytelnika (sanitariusz częstujący pacjenta "łyskaczem", a następnie podający dożylnie antybiotyk; strzelanie z granatnika przeciwpancernego do znajdującego się tuż obok obiektu - pod wodą (sic!)) i mnóstwo innych "perełek".
Podsumowując. Gdyby w biblioNETce były oceny ujemne, to w tym przypadku nie zawahałbym się takiej noty użyć ;)

* Teraz już wiem, że zmieniłbym na pewno. Podczas ostatniego pobytu u mamy, ściągnąłem z półki rzeczonego "Manitou" i po paru stronach, ech... pomyśleć, że wydawałem sporo pieniążków na kolejne horrory Phantom Pressu :D

"Stulecie chirurgów" Jürgen Thorwald


"Niech mi więc będzie wolno opisać przebieg wypadków w taki sposób, w jaki z biegiem lat ukształtował się we mnie jako owoc źródłowych studiów i znalazł odbicie w wielu próbach nadania mu formy literackiej oraz interpretacji".

Wymieniona w temacie książka powstała z zapisków dziadka autora, dr H. St. Hartmanna, chirurga, który miast praktykowac swój zawód, wybrał jego stronę teoretyczną i całe swe życie (z niewielkimi przerwami) poświęcił studiowaniu historii medycyny, w tym chirurgii szczególnie. W czasie swych podróży po całym świecie zawierał wiele znajomości w lekarskim światku i był świadkiem przełomowych odkryć. Spotykał się zarówno ze znanymi ówcześnie wirtuozami skalpela, jak i ludźmi, którzy dopiero w jakiś czas później zdobyli uznanie, a w czasach, gdy spotykał ich narrator, klepali biedę i byli nikomu nieznanymi "łapiduchami" mającymi swoje idee fix. Książka ma charakter troszkę zbeletryzowanych pamiętników, a jej charakter najlepiej opisuje podany na początku cytat.
Autor skupia się na dwóch krokach milowych chirurgii: narkozie oraz aseptyce. Pierwszy pozwala pokonać ból, do tej pory zawsze towarzyszący operacjom, drugi zmniejsza
drastycznie tzw. śmiertelność z ran i pozwala wkroczyć operatorom w głąb jamy brzusznej - chociażby.
Historia odkryć opisana jest z polotem. Wraz z narratorem znajdujemy się w centrum wydarzeń. Poznajemy ludzką zawiść, głupotę i krótkowzroczność, które wstrzymują badania, bądź stają na drodze do wprowadzenia nowych metod na sale operacyjne świata. Obserwujemy walkę o sławę, pieniądze, zaszczyty, toczoną przez narcystycznych naukowców za nic mających dobro ludzkości. Przeżywamy osobiste tragedie Hartmanna tracącego bliskich i mimo całej posiadanej przez niego wiedzy - bezsilnego. Wyłapujemy polonika, np. jedną z pierwszych operacji żołądka przeprowadzono na chłopcu pochodzącym z wsi Grunwalde w Prusach Wschodnich.
Podsumowując - książka warta przeczytania. Nie nużąc dostarcza wiadomości i pięknie pokazuje, że to co dla nas jest oczywiste, wcale takie nie było jeszcze 100 lat temu. Uświadamia nam, że proste dla nas rzeczy rodziły się niekiedy w bólach przez długie lata. I jeszcze jedno - krwawa, bo taka była chirurgia w XIX wieku, więc jeśli mdlejesz przy zaciętym palcu - nie czytaj.

"Ono" Dorota Terakowska


Wspomnianą w temacie książkę, po prostu "pochłonąłem". Nie znaczy to jednak, że nie zastanowiłem się nad tym co czytam. Wprost przeciwnie. "Ono" zmusza do myślenia, do spojrzenia na niektóre rzeczy inaczej, do zastanowienia się nad ważnymi sprawami.
Wydawałoby się banalna treść. Perypetie jednej z tysięcy polskich rodzin. W kolejnych retrospekcjach poznajemy losy jej członków. Ojca - muzyka-pianistę, któremu złamany nadgarstek przekreśla karierę, a "wpadka" z najpiękniejszą dziewczyną w miasteczku przekreśla życie. Matkę - wspomnianą wyżej "pięknisię", dla której wartość człowieka przelicza się na ilość cali w TV i wczasy na Seszelach. Dwie córki. Starszą, która "zaciążyła" i która dzięki noszonemu w sobie dziecku poznaje świat na nowo (a my razem z nimi) i przez to staje się człowiekiem bardziej wartościowym. Młodszą, "skażoną" cywilizacyjnie - trochę przerażające dziecko XXI wieku.
A o czym ta książka? O wielu sprawach. O tym, żeby nie przelewać swych pretensji do życia i zawiedzionych nadziei na dziecko. By pozwolić mu być indywidualnym organizmem, a nie swoją kopią. O tym czy lepiej być, czy mieć. Wybrać hipermarkety, bigbradera, TV i Mc Donalds`a, czy może choć troszkę inaczej - teatr, książka. Czy gonić za "kasiorą", czy cieszyć się tym co się ma. O tym jak przypadek potrafi unieszczęśliwić. I... o czym jeszcze dowiecie się jak przeczytacie.
A naprawdę warto. Książka jest bowiem
napisana sprawnie i potrafi poruszyć, bo jest w niej wiele prawdy, między innymi o współczesnym polskim społeczeństwie.

PS. Nie odbierałem tej książki, jako głosu w sprawie aborcji (którym być może jest). Miała dla mnie zupełnie inny wydźwięk.

piątek, 14 listopada 2008

"Ring" Koji Suzuki


Jakiś czas temu, cały świat, za sprawą amerykańskiej wersji filmu "Krąg", dowiedział się o istnieniu złowieszczej kasety wideo. Niestety wersja z USA do pięt nie dorastała wersji japońskiej, która jest o wiele lepszą ekranizacją świetnej książki Kojiego Suzuki. Niestety, miałem nieszczęście zapoznawania się z historią redaktora Asakawy właśnie w tej odwróconej kolejności (film amer. -> film jap. -> książka) i dobrze, że pierwsze podejście mnie nie zniechęciło, bo "Ring" przeczytać warto.
Koji Suzuki sprezentował nam mieszankę starych opowieści o duchach w połączeniu z nowymi technologiami i, o dziwo, mieszanka ta rzeczywiście powoduje spacery mrówek po kręgosłupie. Fabuła, oparta na ciekawym pomyśle (kto obejrzy pewną kasetę wideo umiera w ciągu 7 dni), odkrywa przed czytelnikiem mroczne tajemnice z przeszłości, jednocześnie przybliżając nam sylwetki dwóch zupełnie od siebie różnych, głównych postaci i ich reakcje w obliczu zbliżającej się śmierci. Atmosfera zagrożenia i upływający czas, konieczność podjęcia przez bohaterów trudnych moralnie decyzji i dość zaskakujący finał sprawiają, że książkę czyta się dobrze.
Moje odczucia czytelnicze są następujące: książka podobałaby mi się o wiele, wiele bardziej, gdyby nie obejrzenie jej japońskiej ekranizacji, która jest na tyle dobra, że może zastąpić lekturę (wiem, jestem bałwochwalcą ;) ). Ale mimo wszystko nie żałuję.

"Wołoka" Mariusz Wilk


Psioczyłem na wszechobecną ruszczyznę w "Wilczym notesie"? Psioczyłem. Ale tylko krowa nie zmienia poglądów, więc dałem się przekonać autorskiemu wytłumaczeniu: "Wracając do moich rusycyzmów, chcę wyjasnić, że nie są to - bynajmniej! - przejęzyczenia wynikające z długiego pobytu w strefie języka rosyjskiego, ani - tym bardziej! - wybraki mojej polszczyzny. Przeciwnie, wprowadzam je świadomie i konsekwentnie wszędzie tam, gdzie z różnych przyczyn wydają mi się niezbędne. Ideałem moim jest bowiem taki język, którego można by nie tłumaczyć z polskiego na rosyjski. I odwrotnie."*
Pojąłem zamysł i od tej pory lektura popłynęła jak Mar po Biełmorkanale. Troszkę przytłoczony "Wilczym notesem", nieśmiało zacząłem czytać zapiski zgromadzone w "Wołoce". I przepadłem. Wchłonęła mnie Północ i nie puszczała. Z każdym kolejnym opisem, jak filmowym kadrem, coraz bardziej czułem jakbym Tam był. Świetne pisanie i tym lepsze od "Notesu", że więcej tu Rosji obecnej, tej sprzed paru-, parunastu lat, a mniej zapuszczania się w odleglejszą historię, choć wycieczek tych autor całkiem sobie nie darował.
Polecam i jako początek przygody z prozą Mariusza Wilka, i jako kontynuację przygody z nią, a w szczególności tym, którzy Rosję chcą poznać od podszewki. Białomorskiej podszewki :)

* "Wołoka" Mariusz Wilk, WL 2006, str. 178

"Cała prawda o planecie Ksi" Janusz A. Zajdel


Każdą kolejną książkę Janusza Zajdla czytam z niekłamaną przyjemnością i coraz mniej dziwi mnie nazwanie głównej nagrody polskiego fandomu właśnie jego nazwiskiem. Pod płaszczykiem sensacyjnej opowiastki przemyca w "Całej prawdzie...", prawdę właśnie, o szeregu zjawisk, które starsi czytelnicy znają z obdukcji, a młodszym oby nie dane było poznawać.
Fabuła jest prosta. W bezmiarze kosmosu ginie kilka statków osadniczych, których celem było zasiedlenie pewnej planety, gdzieś hen, daleko, poza galaktyką. Ostatnia dziwna wiadomość radiowa z flagowego statku wyprawy oraz naciski ze strony opinii publicznej powodują, że z misją wyjaśnienia sytuacji na Ksi, bo tak oficjalnie (i tajnie) zwie się planeta, zostaje wysłany międzygalaktyczny wyjadacz - komandor Sloth. Czy podróż Slotha przyniesie rozwiązanie zagadki zaginionego konwoju? Przeczytajcie.
Trudno napisać coś o "całej prawdzie..." unikając spoilerów. Powiem więc jedynie ogólnie, że to świetne studium narodzin systemu totalitarnego.
Systemu opartego w całości na kłamstwie, strachu i wykorzystaniu najniższych ludzkich instynktów. Choć nie tylko... Ważnym bowiem wątkiem jest również "taniec" z systemem i jego, czego próbuje dowieść autor, niejednoznaczność.
Może nienajlepsza książka Zajdla, ale i tak świetna. Polecam.

PS. Czytałem wydanie zawierające dwa pierwsze rozdziały "Drugiego spojrzenia na planetę Ksi" i konspekt tej powieści i żałuję, że autorowi nie dane było jej dokończyć.

czwartek, 13 listopada 2008

"Dziewczyna z zapałkami" Anna Janko


Czy można pięknie opisać banał? Czy można banałem nazwać czyjeś przetrącone, choćby na własne życzenie, życie? Jeśli przeczytacie "Dziewczynę z zapałkami" pani Janko, powinno Wam się udać, przynajmniej częściowo, znaleźć odpowiedzi na powyższe pytania. A co w temacie ja... ?
Jeżeli za pisanie prozy bierze się poetka, to jest duża szansa, że język będzie soczysty, a każdy szczegół opisany ze smakiem i z tą nutką nierzeczywistości jaka cechuje poezję. I tak w "Dziewczynie ..." rzeczywiście jest. Ale pod spodem jest opowieść z kobiecych gazet, które opisują "z życia wzięte" historie. Ja wiem, że to opowieść w porównaniu z tamtymi prawdziwa, indywidualna, niepowtarzalna, spełniająca dla autorki rolę jakiegoś katharsis, a więc pisana z sercem otwartym na oścież. To mnie, i owszem, bardziej do niej przekonuje, niż do wypocin o wyimaginowanych problemach pani Stasi z "Cieni i blasków", bo wiem, że za tą historią stoi żywa, czująca, istota. Ale to wciąż tylko, jeśli można tak napisać, historia pewnego błędu młodości, który urasta w końcu do rangi życiowego dramatu. Nie rozumiem też bohaterki, która tkwi w stadle nie dającym jej żadnej satysfakcji. Młoda, inteligentna kobieta, która nie potrafi spojrzeć wstecz i powiedzieć: "Marnuję życie. Dość. Czas zacząć od nowa". Woli za to narzekać i to mam wrażenie uczyniła sensem swego życia. Smutna. Przygnębiająca.
Natomiast w moim, męskim, przypadku, pozwalająca obejrzeć faceta od tej drugiej strony i stwierdzić ze strachem i niesmakiem, że czasem jest to jakby moje lustrzane odbicie. Nie podobam się sobie z tej perspektywy i mimo, że nie dzieje się w moim związku tak jak w tym z
"Dziewczyny ...", to nie daje mi spokoju myśl, że może się tak zacząć dziać. A może już dzieje, tylko ja tego nie widzę. Muszę podsunąć tę książkę żonie, a później o niej porozmawiać.
Mimo wszystkich narzekań - polecam.

"Ciało obce" Rafał A. Ziemkiewicz


Zbierałem się do napisania tego [P] i zbierałem. Myślałem, co by tu napisać o książce, która po tych kilkunastu dniach, jakie minęły od jej lektury, po prostu ze mnie "wywietrzała". Pozostało tylko wrażenie, że oto zapoznałem się z kolejną książką o życiu, tym razem podlaną tym co było, jest i będzie kwintesencją zainteresowań sporej grupy rodzimego społeczeństwa, czyli dupczeniem i polityką. I tyle.
Warsztatowo sprawna, ale fabularnie...? Ot, jedzie sobie człowiek pociągiem, na pohybel i duma. A że dumanie wódeczką podlane, to w polskiej duszy głównego bohatera gra i czarka goryczy się ulewa. A to żona się znudziła, a to teściowa gorsza od żony, a to ojciec okazuje się być TW, a to w robocie problemy, bo machloje, bo haki, bo biznes się z polityką miesza (przy czym główny buisnessman jest oczywiście rozpoznawalny na tysiąc mil) itd., itp.
Aaa, jeszcze dylemat moralny jest, bo narrator, to konserwa katolicka. Taka, co to jej (znaczy konserwie) się nie podoba posoborowe odwrócenie księdza tyłkiem do Najświętszego Sakramentu, ale jednocześnie nie przeszkadza bzykać na prawo i na... Przepraszam, tylko na prawo :D Czyli prawie, że typowy Polak - katolik. Temat rzeka.

Podsumowując - przeczytałem i nie wiem tak naprawdę po co. Albo nie, wiem. Po lekturze "Dziewczyny z zapałkami" Janko i "Ciała obcego" doceniłem brak wątku politycznego i skupienie się na osobistych rozterkach bohaterki w tej pierwszej.

"Bracia Dalcz i s-ka" Tadeusz Dołęga - Mostowicz


Autor słynnej "Kariery ...", po raz kolejny zajął się tematem "przekrętów" ekonomicznych, z których słynęła Polska międzywojenna (niestety nie tylko międzywojenna).
Po samobójczej śmierci głównego dyrektora i w obliczu
ciężkiej choroby prezesa zakładów przemysłowych Dalcz o schedę po nich walczą dwaj synowie ostatniego: Krzysztof i Paweł. Pierwszy to wykształcony za granicą inżynier, od dzieciństwa wychowywany, by pokierować fabryką, drugi - czarna owca rodziny, wyrzucony na margines społeczeństwa, wybitny samouk - ekonomista o dalekosiężnych planach, lecz bez braku środków na ich zrealizowanie. Przypadek oraz spryt Pawła powodują, że powraca on do Warszawy i w krótkim czasie, wykorzystując zamieszanie po śmierci ojca, przy pomocy oszustw, fałszerstw i innego typu nieczystych środków zaczyna budować gmach olbrzymiego, międzynarodowego przedsiębiorstwa. Niestety wielkimi krokami zbliża się wielki kryzys...
W książce Mostowicza zbyt dużo jest, jak dla mnie, tła obyczajowego. Romanse w różnych układach (z pewnością szokujący współczesnych autorowi, acz znany choćby z kinematografii, pomysł z tajemnicą rodzinną - jaki, nie powiem, bo to spoiler), czy opisy stosunków rodzinnych z pewnością niezbędne dla sklejenia całości, po pewnym czasie zaczynają nudzić, tym bardziej, że jak przystało na międzywojnie są bardzo wydumane. Za to "geneza" afery gospodarczej przedstawiona została dobrze, acz w sposób wielce uproszczony i jest niewątpliwym plusem "Braci ...". Ciekawie wygląda również ponadczasowość niektórych spostrzeżeń. Dołęga opisuje pracoholizm, narzeka na zanik stosunków międzyludzkich (ciekawe co powiedziałby dzisiaj?).
Podsumowując. Książka dobra, acz nie tak jak "Kariera ...". Pan Tadeusz chciał chyba schlebić bardziej pospolitym gustom, a przez to zyskać na ilości czytelników i dlatego zbyt poszedł w "romanse". Niemniej jednak przeczytać warto, by przekonać się, że "Polak potrafi" i że różne "rywingejty" to znali już w dwudziestoleciu :D .

"Ogród bestii" Jeffrey Deaver


Tytułowy "Ogród bestii", to nic innego jak berliński Tiergarten, który jest miejscem - osią akcji, opisywanej książki Jeffery'ego Deavera. Od razu przyznam, że to mój pierwszy Deaver, ale po tym co przeczytałem, z pewnością nie ostatni ;).
Fabuła troszkę mnie zaskoczyła, bo autor, sądząc z zasłyszanych opinii, kojarzył mi się bardziej "horrorowato" niż sensacyjnie. Tymczasem napisał zgrabną historyjkę, którą osadził w nazistowskich Niemczech okresu przedwojennego, a która, mimo że nie przewyższa "Dnia Szakala", to jednak miło wpisuje się w ten nurt powieści, który nazwałbym "snajper i jego zadanie".
Nie chcę zdradzać fabuły, dlatego powiem tylko, że pisarz zasługuje na uznanie z dwóch powodów. Po pierwsze znać dobrze odrobioną lekcję historii. Dbałość o szczegóły obyczajowe, wiarygodne opisy walki o władzę, którą toczą hitlerowscy prominenci i wiele innych drobiazgów, przekonuje, że Deaver przestudiował sytuację w Niemczech, w okresie olimpiady berlińskiej. Po drugie, mimo że nie są to może szczyty mistrzostwa, w pisarskiej sztuce suspensu, to jednak udało się Deaverowi kilka razy mnie podejść.
PS. Żeby nie było za słodko. Znalazłem scenę, w której człowiekowi skuto ręce za plecami, a później tenże skuty facet ociera spocone z przerażenia czoło. Próbowałem. Musiałby kucnąć i wytrzeć czoło w porcięta :D

środa, 12 listopada 2008

"Salamandra" Stefan Grabiński


Gdzieś przeczytałem, że Stefan Grabiński powinien pozostać przy krótkiej formie, bo jest to zdecydowanie jego domena. Po lekturze pierwszej jego powieści, jestem w stanie przychylić się do owego zdania.
"Salamandrze" mam do zarzucenia rwącą się fabułę. Tak naprawdę jest to, wg mnie, zlepek kilku nowel połączonych w całość. Często Grabiński wprowadza tropy, które wiodą donikąd, co powoduje u czytelnika dezorientację. Poza tym powieść jest próbą wtłoczenia w czytelnika olbrzymiej wiedzy o okultyzmie i wiedzy tajemnej jaką Grabiński posiadał. Autor szaleje z ilością tytułów dzieł i nazwisk ludzi zajmujących się czarami i alchemią. Sama zaś fabuła oparta jest na kompilacji voodoo, pogańskich bogów i dużej ilości łaciny w wykrzykiwanych zaklęciach - troszkę to miejscami śmieszne.
A jednak powieść zainteresowała mnie. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Na jej kartach znalazłem wymienioną dużą ilość źródeł, z których korzystałem przy
pisaniu pracy licencjackiej i nie tylko takich. Przekonało mnie to (jak i niektóre fragmenty powieści) do tego, że Grabiński był "fachowcem" w tym o czym pisał i podniosło w moich oczach, mimo braków warsztatowych, rangę "Salamandry".
Polecam zatem, nie jako powieść, ale jako przyczynek do
dalszych badań nad rzeczami tajemnymi i źródło tytułów lektur na ten temat. A jest w czym wybierać: "Nowe Ateny" Chmielowskiego, "Postępek prawa czartowskiego...", Pogrom czarnoksięskich błędów..." itd. Mnie osobiście zabrakło "Zielnika magicznego" Syreniusza, ale skoro Grabiński wolał powoływać się na Paracelsusa, cóż... jego wola ;)

"Ciałko" Wojciech Eichelberger


"Ciałko", to dziewiętnaście opublikowanych na przełomie 2000/2001, na łamach "Dziecka", felietonów, traktujących o... ciałku właśnie. Nie o ciele, czy cielsku, ale o malutkim, niemowlaczkowym ciałku, składającym się z samych fajnych malutkich rzeczy: stópek, rączek, brzuszka etc. etc.
Jeden z najpopularniejszych polskich psychologów porusza w nich tematykę ważną dla każdego rodzica: jak dbać o ciało dziecka, żeby wyrosło na szczęśliwą istotę ludzką? Porusza, czy też może niekoniecznie? Niestety ładne słowa, którymi posługuje się pan Eichelberger, nie przynoszą żadnej wymiernej treści. Wszystko sprowadza się do stwierdzenia faktu, że ciało jest świątynią duszy i należy o nie dbać. Wyraźnie przebija z tekstów zafascynowanie orientem (bądź co bądź autor jest buddystą), co widać po radach dotyczących jedzenia, oddychania, czy też masażu stóp ;).
Zbiorek przeczytało mi się bardzo miło ze względu na plastyczność porównań, dobre przenośnie, słowem, bardzo przyjemny język. Treść nie była dla mnie jakimś wielkim odkryciem, choć przyznać muszę, że paru ciekawych rzeczy również się dowiedziałem. Książka na biblioNETkowe 4, ale ja nieobiektywny jestem, bo od kiedy Bartek jest na świecie, to o maluszkach czytam zawsze z ochotą* :D

* Ech, kiedy to było? Teraz nie mam czasu na czytanie o dzieciach, bo muszę czytać dziecku. Dobrze, że Szymek zadowala się na razie gryzieniem książeczek, ale to tylko kwestia czasu, kiedy będę słyszał zdublowane: "Poczytamy o dinozaurach?" :D

"Żona prezydenta" Stefan Chwin


Słyszałem wiele dobrego o kunszcie pisarskim pana Chwina i dlatego skusiłem się na zdjęcie z półki jego "Żony prezydenta". Nie wiem niestety, czy pozycja to dla niego reprezentatywna, wiem za to jedno - książka mi się nie podobała.
Fabuła nawiązuje do trendów, które napędzają dzisiejsze "masowe" czytelnictwo. Teorie spiskowe, wielcy tego świata zaplątani w tajemne intrygi, seks, przemoc i rock & roll - chciałoby się powiedzieć. Niejakie novum stanowi wprowadzenie, jako narratora, osadzonego w zakładzie psychiatrycznym wojskowego, sierżanta Nicka Karpinsky, z którego to wytworów "terapii pisaniem" poznajemy całą historię. I chyba nie jest przypadkiem, że przypomina ona sen pijanego schizofrenika.
Prezydent RP ma kogoś na boku, kraj się dowiaduje, prezydentowa ucieka, porzucając swój image Pierwszej Damy i przystaje do stacjonującej pod Warszawą bandy terrorystów,
w których zresztą mesjanistycznym przywódcy zakochuje się bez pamięci. Mało... ? Kochanka głowy polskiego państwa okazuje się kochankiem, żona prezydenta chce wysadzić ambasadę USA i w rezultacie trafia do tajnej bazy, w której trzymany jest też Bin Laden. Mało... ? Bo można by tak jeszcze długo.
Pod płaszczykiem przejaskrawionej political-fiction, snuje autor swe przemyślenia na temat kondycji współczesnego świata. Że media be, że terroryzm ma swoje przyczyny, że USA to wcale nie pany itp., itd. Wrzuca do wora najgłośniejsze światowe wydarzenia, dodaje trochę ikon popkultury (Freddie Mercury, nie śpiewał chyba w The Queens, ale w końcu to historia alternatywna), dosypuje spiskowego proszku i gdzieś w tle, ustami Nicka, komentuje, komentuje ... tylko, że ja tych komentarzy, jakby, niezbyt ciekaw jestem.
Podsumowanie - można, acz niekoniecznie ;)

poniedziałek, 10 listopada 2008

"Czarny Anioł" Mika Waltari


Swoją przygodę z prozą Fina Waltariego postanowiłem rozpocząć nie od zachwalanego "Egipcjanina ...", który, przyznam szczerze, przeraził mnie objętością, ale od znacznie "lżejszego" (choć nie w treści) "Czarnego Anioła".
Jest to, spisany ręką autora, pamiętnik Johannesa Angelosa, tajemniczego rycerza, który przybywa z zachodniej Europy do Konstantynopola, można by rzec, w przeddzień śmierci miasta (pierwszy wpis 12 XII 1452), by zginąć w jego obronie. W miarę zapoznawania się z kolejnymi wpisami (każdy opatrzony datą) poznajemy historię Anioła i jego miłości do córki megaduksa Notarasa, a także historię miasta i jego obrońców, poczynając od mieszkańców, a na najemnikach genueńskich kończąc. To historia tragiczna, zarówno na płaszczyźnie prywatnych przeżyć głównego bohatera (jego związek z Anną jest bardzo "toksyczny") jak i w szerszym aspekcie - ukazuje bowiem ginący świat starożytny, którego Konstantynopol był w owym czasie ostatnim bastionem.
Na kartach powieści czytamy o nieudolnym cesarzu, dzielnym dowódcy obrony - Giustinianim, politycznej "chorągiewce" Notarasie. O ich stosunku do miasta, o namiętnościach, które nimi targają, o działaniach które podejmują, i które w końcu doprowadzają do straszliwego końca - 29
maja 1453 miasto wpada w ręce młodego i okrutnego sułtana Mehmeda i jego wojsk.
Polecam, gdyż autor splótł bardzo kunsztownie wiele wątków, zmyślonych i tych znanych z historii, i ukazał śmierć pewnej epoki oraz jej przyczyny.

PS. Mnie osobiście do dalszej lektury pchała poza tym tajemnica osoby
Anioła.
PS2. W czytanym przeze mnie wydaniu Iskier z 1978 roku, wydrukowano
podwójnie strony 321-336, brak natomiast stron 336-357. Musiałem posiłkować się wydaniem tychże Iskier z roku 1989. Całe szczęście biblioteka miała dwa ;). Zdaje się jednak, że wada dotyczy tylko pewnej partii książek tegoż wydania :D