środa, 31 grudnia 2008

"Pokalanie" Piotr Czerwiński


"Pokalanie", debiut autorski Piotra Czerwińskiego, było dla mnie, faceta w wieku, bądź co bądź, jezusowym, biletem w czasy, do których z racji coraz szybciej kręcącego się kieratu codzienności, nie wraca się pamięcią zbyt często. A tu masz! Machina czasu, w krótkich, urywanych zdaniach, kreśląca kolejny obraz w kalejdoskopie, przeniosła mnie z powrotem w świat kolekcji puszek po zagranicznym piwie, "kwadratów" z demobilu, kruszonów itd. Tak ja autor otwiera kolejne szufladki swojej pamięci, tak i mnie przypomniały się lata podstawówki i kolekcje papierków z, jak późniejsza plotka ogłosiła, rakotwórczych, tureckich gum "Turbo". Przypomniała Polska Partia Posiadaczy Magnetowidów, która w wielkich, kartonowych pudłach, dostarczała setki piratów VHS, z takimi hitami jak "Żółte oczy goryla" czy stare Bondy. Wróciłem pamięcią do liceum i z uśmiechem wspomniałem długowłosego metala w skajowej ramonesce, bo na skórę nie było mnie stać. Poczułem na wątrobie każdą wytrąbioną za młodziaka "prytkę", a w płucach pierwszego, wypalonego w całości, w ósmej klasie, papierosa. I za tę wspominkową wycieczkę serdecznie panu Piotrowi dziękuję.
Co do reszty książki natomiast, to już trudno. Opisy sercowo - alkoholowych perypetii, dobijającego do trzydziestego krzyżyka, alter ego autora, niezbyt mnie porwały. Podobnie jak "tajemnice alkowy" funkcjonowania kolorowego tygodnika. No i te wszechobecne spolszczone anglicyzmy, ktore okropnie wkurzają, szczególnie u pisarza narzekającego na schyłek języka polskiego w jego starych, dobrych formach.
Mimo tych narzekań czekam jednak na to, co pan Piotr upichci następnym razem :)

poniedziałek, 29 grudnia 2008

"Mumia: Grobowiec Cesarza Smoka" reż. Rob Cohen


Jeżeli jesteś miłośnikiem kina choć trochę ambitnego, nie oglądaj. Kwiaty podlej, gazetę przeczytaj, ba, sto gram pod śledzika w siebie wlej (w opcji dla pań - kieliszek caberneta), byle tylko trzymać się z dala od odtwarzacza. Jeżeli jednak lubisz spektakularne, choć momentami niezbyt, efekty specjalne, nie wnikasz w logikę tego co widzisz na ekranie, fabułę masz w poważaniu, nie przeszkadza Ci płytki humor, a dodatkowo lubisz "chińszczyznę", jako i ja lubię - konsumuj.
"Mumia: Grobowiec Cesarza Smoka" to trzecia część przygód Ricka O'Connella i ekipy, która w dwóch poprzednich filmach mierzyła się z upierdliwym truchłem Imhotepa. I pewnie nigdy nie zagościłaby na moim TV, gdyby nie wspomniane już, wschodnie klimaty (rzecz dzieje się w Chinach) oraz nazwisko Jeta Li, którego kamienną twarz lubię i nic na to poradzić nie mogę. Szkoda tylko, że jego rola jest w filmie epizodyczna (resztę "gra" komputer) i raczej dekoracyjna.
A co poza tym? A nic, bo film to, nad którym rozwodzić się nie trzeba, bo i po co? Nasyciłem oczy bitwą zombiaków z terakotową armią i skromnymi próbkami walki wręcz. Posłuchałem odrobiny mandaryńskiego i sanskrytu (chyba??), który przy wypowiadaniu kluczowego zaklęcia, nie wiadomo po co, zamieniono na angielski z obcym akcentem. Pobiadałem na brakiem Rachel Weisz. Uśmiałem się przy zdobywaniu himalajskich szczytów z gołą główką. I zakończyłem tę audiowizualną sieczkę z myślą, że czasem potrzeba jednak "pustogłowej" rozrywki, żeby oczyścić umysł :) Do tego trzecia "Mumia" jest w sam raz.

"Kłopoty to moja specjalność, czyli kroniki socjopaty" Daniel Koziarski


Zmęczyłem w końcu "Kroniki ...", które miały dać mi mnóstwo rozrywki i być lekturą rozweselającą, a okazały się być od tego jak najdalsze i mało śmieszne. A już porównywanie prozy pana Daniela do Jerome'a czy Haška*, to naprawdę gruba przesada. Lista zarzutów? Proszę.
Tomasz Płachta, główny bohater, tytułowy socjopata, jawi mi się jako egocentryczny, chamski idiota, który swoimi totalnie irracjonalnymi zachowaniami ściąga na swoją oraz swego, o ile to możliwe, jeszcze głupszego, kumpla, głowę, mnóstwo, w zamyśle prześmiesznych, kłopotów. Żeby jeszcze autor zaskakiwał, ale nie. Jak Tomcio będzie się ubiegał o pracę u czarnoskórego pracodawcy, wiadomo, że pojedzie tekstem o białej kawie. Jak u żydowskiego - tesktami o Auschwitz. Niby niczym się nie przejmuje, ale ciągle myśli o tym co pomyślą o nim inni. Dziwne to u, bądź co bądź, socjopaty.
Literaturoznawcy powiedzą pewnie, że to antybohater, w którego, mocno przerysowanej postaci, odbijają się wszystkie nasze przywary. I że powinniśmy się z tego śmiać, bo śmiać się z samego siebie, to oznaka czegoś tam. Całe szczęście nie jestem literaturoznawcą i mogę powiedzieć - nie podobało mi się i nie mam zamiaru śmiać się na siłę. Tym bardziej, że ani swojego, ani nikogo ze znanych mi ludzi, obrazu w Płachcie nie widzę.
Spotkałem się z opinią, że u Pratchetta żart wyskakuje na czytelnika krzycząc: "Tu jestem, tu! Śmiej się!". Może to i prawda, ale żart autora serii o Dysku jest żartem skojarzeniowym i finezyjnym, a u pana Koziarskiego prostym, slapstickowym pieprznięciem gębą w tort. Gdzieś w sieci porównano "Kroniki ..."do scenariusza sitcomu. I słusznie, bo cały czas miałem w głowie gościa z tablicą "ŚMIECH!!!", unoszoną po każdym wicu, ze strony na stronę coraz niższych lotów.
Podsumowując - parę parsknięć śmiechem, które na początku towarzyszyło lekturze, szybko zostało zastąpione ziewaniem i narastającym w myślach pytaniem osła ze Shreka: "Daleko jeszcze?!" W sensie, do końca.

* http://tinyurl.com/8xz6n9

wtorek, 23 grudnia 2008

"Hanemann" Stefan Chwin


Kiedyś, zupełnym przypadkiem, podczas wizyty na Allegro, zapuścilem się w kategorię "Pocztówki" i obejrzałem sobie moje miasteczko powiatowe sprzed lat. Czasem, na pocztówkowym zdjęciu, obiektyw, zupełnym przypadkiem, ujął jakąś postać i zastanawiałem się, kim ów ktoś był, czy jeszcze żyje i czy przypadkiem tej osoby nie znam. Teraz, podczas lektury "Hanemanna", przypomniałem sobie tamto zdarzenie. Dlaczego? Bo opisywana książka, to właśnie zbiór takich, nakreślonych i utrwalonych słowem, obrazów. Obrazów Miasta, którego już nie ma, a które wyłania się z pamięci autora, właśnie w takich "pocztówkach". Są też i postacie. Tajemnicze, niedookreślone, czasem sprowadzone do inicjału nazwiska, równie enigmatyczne jak te z wspomnianych już widokówek, ale dzięki kolejnym fragmentom coraz mniej i mniej.
Stefan Chwin sportretował koniec Danzig z jego niemieckim mieszczaństwem, które w chwili gdy rozpoczynamy lekturę, opuszcza swą małą ojczyznę w pośpiesznym exodusie, z jego nazwami ulic wypisanymi gotykiem, z architekturą i całą masą szczegółów, które odróżniały go od późniejszego, powojennego i PRL-owskiego, Gdańska. Jednocześnie przedstawia osoby, przedstawicieli tego co było (Hanemann) i tego co przyszło (rodzina narratora, Hanka, Adam) budując, mimo wszystkich zadr i uraz, pomost porozumienia między nimi. Wydaje mi się jednak, że postacie wprowadzono tylko po to, by jakoś uczłowieczyć historię o Mieście. Bo to ono jest głównym bohaterem, a jego, w pewnym sensie, śmierć i ulegająca przykrej transformacji postać, przytłaczają osobiste ludzkie dramaty.
Wciągnęło mnie to malowanie słowem i ten świat, który zniknął i tylko od czasu do czasu wyskakuje z szuflad ludzkiej pamięci. I mimo, że nie lubię książek opisowych, statycznych, to jednak tą przeczytałem z niekłamaną przyjemnością. I przy okazji zrozumiałem miłość Jacka Dehnela do XIX-wiecznego sposobu bycia i do "tamtych" czasów :)

PS. Żałuję tylko, że nie dane mi było czytać o wiele piękniejszej (w sensie wydania) edycji wydawnictwa słowo/obraz/terytoria ze zdjęciami starego Gdańska.

Życzenia świąteczne.


Zdrowych, pogodnych, tradycyjnych, rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia oraz książkowego Nowego Roku, życzę wszystkim zaglądającym do krainy moich pierdółek.
Mógłbym jeszcze życzyć wygodnego, ciepłego fotela w zimowe wieczory, ocienionego, w gorące letnie dni, zdrowych oczek i innych, ważnych dla czytelników rzeczy, ale nawet bez nich też nie przestaniecie czytać, więc po co? :D

piątek, 19 grudnia 2008

"Ivanhoe" Walter Scott


Kiedyś, gdy naszła mnie ochota na powrót do młodzieńczych lektur, mój wybór padł na powieść rycerską, jaką jest "Ivanhoe", szkockiego romantyka Waltera Scotta.
Czas i miejsce akcji - średniowieczna Anglia ok. 1194 roku, kiedy to do kraju powraca, uwolniony z niewoli cesarskiej, król Ryszard. Postacie? Wymieniając te "znaczniejsze": wspomniany już Ryszard Lwie Serce, Jan Bez Ziemi, Robin Hood i jego wesoła kompania, no i tytułowy bohater - rycerz Ivanhoe.
Scott pozwolił sobie na drobne manipulowanie wydarzeniami historycznymi, ale można mu to darować, bo w ten sposób tłumaczy niektóre sytuacje, powieść zaś nie ma aspiracji dokładnego trzymania się faktów. W ładny natomiast sposób ukazuje antagonizmy, jakie powstały po bitwie pod Hastings, między rycerstwem saksońskim, a zwycięskimi Normanami i dużo (moim zdaniem, zbyt dużo) miejsca, poświęca ówczesnemu antysemityzmowi. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że jest to jeden z dwóch najistotniejszych wątków fabularnych książki.
Przewidywalne jest w tej książce prawie wszystko. Postacie są strasznie egzaltowane, ale być może należałoby zgonić to na czasy, w których żyli bohaterowie. Dzielą się na dobre i złe, aczkolwiek Scott, w niektórych miejscach wprowadza trochę niejednoznaczności w tym względzie. Język dla osób nielubiących archaizmów może być prawdziwym wyzwaniem, gdyż przekład roi się wprost od nich - szczególnie w dialogach. Mimo tego wszystkiego, książka jednak wciąga. Do niewątpliwych plusów należą opisy: turnieju, zdobywania zamku, zwyczajów, które nie dość, że są napisane żywym językiem, to jeszcze mają sporą wartość merytoryczną (pomijając parę wyjątków).
Podsumowując - ciekawa lektura, która przypomniała mi czasy fascynacji rycerzami i tematami pokrewnymi. Mimo pewnych (przynajmniej dla mnie) niedoskonałości, warta przeczytania. Przyda się troszkę znajomości historii Anglii końca XII wieku.

PS. A moim ulubionym bohaterem był błazen Wamba. Najbardziej naturalna ze wszystkich postaci.
PS2. Nie lubię głupich skojarzeń, ale nie udało mi się powstrzymać śmiechu przy czytaniu zdania: "Jeśli Ivanhoe powróci z Palestyny, ja będę gwarantem, że stanie ci, rycerzu!" :D .

czwartek, 18 grudnia 2008

"Samotność Bogów" Dorota Terakowska


W zapadłej w puszczy wiosce mieszka Jon, którego poznajemy jako dwunastolatka, ratującego życie tonącej w rzece dziewczynce. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że chłopiec łamie w ten sposób (przepływając na drugi, zakazany brzeg), plemienne Tabu i jednocześnie słyszy zew pochodzący od Bezimiennego - boga jego przodków. Boga, na skutek przyjęcia przez plemię wiary w Dobrego Człowieka, samotnego i z racji braku wyznawców, umierającego. Odpowiadając na ów zew, rusza w podróż, która za nic będzie miała granice czasu i przestrzeni. Czytelnik natomiast, będzie musiał odpowiedzieć sobie na wiele pytań. O człowieka, o Boga (czy raczej Bogów), ich wzajemny stosunek oraz wiarę.
Książka Doroty Terakowskiej, ubrana w formę pseudobaśni, ładnie pokazuje, że człowiek ma takiego Boga jakiego sobie stworzył. Najczęściej bowiem to my, ludzie, bez wględu na imię i wygląd bóstwa, wyrażamy jego wolę i je w ten sposób "stwarzamy". Stąd bogowie okrutni, żądni ofiar, strachu i bezwzględnego posłuszeństwa. Bo cóż z tego, że książkowa personifikacja Jezusa, Dobry Człowiek, jest kwintesencją miłości, skoro jego ziemski przedstawiciel - Ezra, występujący w Jego imieniu, jest zwolennikiem stosu i tortury.
Oprócz kwestii wiary porusza też powieść kwestię wątpliwości i zagrożeń z nimi związanych. Najlepiej mają ci, którzy nie wątpią i nie zadają pytań. Dołączający do zgodnego chóru większości. Z tego tłumu wyłaniają się i niepokoją swą dociekliwością poszukiwacze odpowiedzi. Inni. Idący pod prąd, a nie na łatwiznę. Jon wie jakie zagrożenia na nich czychają i chcąc ich oszczędzić swemu synowi, oddaje go pod opiekę wspomnianemu Ezrze.
To tylko dwa z wątków poruszonych w powieści, a jest ich tam o wiele więcej. I choć rozumiem ważkość poruszanych przez autorkę problemów, to jednak niezbyt spodobała mi się forma, w jaką zostały opakowane. Wykorzystanie baśniowych (Królowa Śniegu), czy znanych z historii (Joanna d'Arc), a pasujących do tematu, klisz. Częste powracanie do już omówionych rzeczy. W końcu zbyt łatwa do odczytania symbolika postaci. Ale ponieważ rozumiem, że książka miała trafić również do młodszego czytelnika - wybaczam. Tym bardziej, że w wielu kwestiach zgadzam się z autorką.

"Fuks na torze" Rumer Godden


To moja druga*, po "Inspektorze, na pomoc!", książka brytyjskiej autorki Rumer Godden.
Z uczuciem pewnego niepokoju zabrałem się za jej lekturę, pomny jak nie "podeszła" mi "Florecja ..." pani Chmielewskiej, a w
"Fuksie..." rzecz jest (jak sam tytuł wskazuje), również o wyścigach konnych. O ile książka pani Joanny do tematu mnie raczej zniechęciła, o tyle "Fuks..." bardzo przyjemnie opisuje kwestię "koniarstwa". Bez zbytniego wdawania się w szczegóły i dodatkowo dodając w tle fajną historię obyczajową.
Rzecz dzieje się w Kalkucie, do której wraz ze znarowionym, wyścigowym koniem, Dark Invaderem, przybywa jego opiekun - Ted. Co dalej? Opisy społeczeństwa hinduskiego w latach 30-tych naszego stulecia, porównanie bogactwa nababów z nędzą indyjskiej ulicy, rzut oka na działalność zakonu żeńskiego, pomagającego biedocie i wiele innych, ciekawych spostrzeżeń. Oprócz tego konie, konie i jeszcze raz konie oraz ludzie, dla których konie są jedynym sposobem na życie. I główny bohater, Darkie, do którego poczułem sympatię.
Trochę infantylna (kończy się troszkę w stylu "Opowieści wigilijnej"), a jednak pełna celnych spostrzeżeń i, co zdradza autorka, oparta na autentycznych i udokumentowanych wydarzeniach. Sam nie wiem czemu, ale pisarstwo pani Godden bardzo mi się podoba. Polecam.

*Przed chwilą zauważyłem, że dziś dzień moich "drugich" książek :)

"Malarz szyldów" R. K. Narayan


To moja druga, po "Ekspercie finansowym", książka Narayana.
Akcja powieści rozgrywa się w Indiach lat 70-tych. Narayan przedstawia nam historię miłosną Ramy - tytułowego malarza szyldów oraz Daisy - urzędniczki,
która zajmuje się uświadamianiem Hindusom, jak ważna dla ich przeludnionego kraju, jest sprawa ograniczenia liczby urodzin i świadomego macierzyństwa. Oprócz śledzenia niewątpliwie humorystycznego procesu zakochiwania się Ramy, zdeklarowanego kawalera, mieszkającego ze starą ciotką i jego rozterek z tym procesem związanych, mamy okazję poznać coś jeszcze. Po pierwsze, inną od naszej, hinduską obyczajowość - skromne życie, brak przywiązania do przedmiotów materialnych, wszechobecni bogowie. Po drugie, różnice pokoleniowe, najlepiej widoczne przy porównaniu wspomnianej już ciotki i młodej, wykształconej i natchnionej ideą Daisy, świadczące o zmieniającej się mentalności i podejściu do życia kolejnych roczników Hindusów. Po trzecie w końcu, niejako na fali wydarzeń opisanych w książce, poznajemy również problemy dręczące Indie w opisywanym czasie.
Podsumowując, jest to z pewnością książka warta przeczytania. Pod
płaszczykiem łatwej, humorystycznej historyjki, pisze Narayan o rzeczach dla niego ważnych. Jeżeli nie podzielacie jego zdania, cóż, przeczytajcie żeby się troszkę pośmiać.

środa, 17 grudnia 2008

"Zamach. Tropem zabójców generała Sikorskiego" Tadeusz A. Kisielewski


Książka pana Kisielewskiego nosi podtytuł: "Tropem zabójców generała Sikorskiego", który niejako z góry informuje nas, jaką drogą pójdzie autor i jaką teorię na temat katastrofy gibraltarskiej będzie forsował. I rzeczywiście, znajdzie czytelnik w "Zamachu" jedynie cień argumentów przemawiających za wersją wypadku, a i to jedynie po to, by można się było z nimi rozprawić jako wysoce nieprawdopodobnymi.
"Zamach" to w zasadzie podsumowanie dotychczasowego stanu badań historycznych, dotyczących rozbicia się o fale Morza Śródziemnego "Liberatora AL523", którym podróżował, wracający z Bliskiego Wschodu, gen. Sikorski. Podsumowanie okraszone jedynie dwoma "skwareczkami": wynikami komputerowej symulacji lotu, którą przeprowadził naukowiec z Politechniki Warszawskiej, prof. Jerzy Maryniak, oraz wynikami badań czeskiego historyka prof. Valenty, który udostępnił swoje bogate archiwum zgromadzone z kolei na potrzeby udowodnienia tezy wypadku.
Niestety, mimo że książkę czyta się rewelacyjnie, prawie jak sensację spod znaku Forsytha, to jednak odczuwa się jakiś niedosyt. To, co mam do zarzucenia lekturze:
- "amerykańskość", czyli wrzucanie wszystkiego do jednego wora, byle było bardziej poczytne. W przypadku opisywanej pozycji, autor nie mógł sobie darować aneksów, w których opisał m.in. tajne służby aliantów i Rzeszy (na szczęście pobieżnie), sprawę Philby'ego czy też J. Lewandowskiej, nie wspominając o przydługim wątku katyńskim w ogóle, a taką np. ekspertyzę prof. Maryniaka pozbawił rycin, mimo że odnośniki do nich wciąż tkwią w przytaczanym tekście;
- wtórność, bo oprócz kilku wspomnianych rodzynków w książce nie ma niczego nowego i interesującego, a czytelnik zainteresowany sprawą gibraltarską zna przedstawiane teorie i fakty choćby z "Rewizji nadzwyczajnej" (której autor w pewnym młodzieżowym teleturnieju przyznał, że za swój największy sukces uznaje rozwiązanie tajemnicy śmierci gen. Sikorskiego).
Mimo atrakcyjnego tematu i próby równie atrakcyjnego jego przedstawienia, książka nie zachwyca. Gwoździem do trumny było, moim zdaniem, umieszczenie w przypisie linku do Wikipedii (zresztą autor bardzo często powołuje się w przypisach na mądrość Internetu), mimo że, co sprawiedliwie trzeba przyznać, autor wie, że nie jest ona zbyt wiarygodnym źródłem informacji. Podsumowując - książka bardzo dobrze wpisuje się w cykl popularnych ostatnio, jak je nazywam, "zachodnich podręczników polskiej historii", takich, jak choćby "Sprawa honoru". Dla tych, którzy nigdy nic na ww. tematy nie czytali, jest dobrym sposobem na zapoznanie się z jedną z największych zagadek współczesnej historii.

wtorek, 16 grudnia 2008

Zostałem skazany na stos.


Wszyscy mają mambę, mam... W porządku nie mambę, a stosik czytelniczy, który w trakcie zbliżających się świąt mam zamiar, korzystając z różnych szczwanych sztuczek, wybiegów i iście panazagłobianych forteli, które posłużą mi do wygospodarowania wolnego czasu, sukcesywnie uszczuplać. Jak widać, poszedłem ścieżką oznaczoną "proza polska", dla równowagi biorąc jedną, ale za to gabarytowo solidną "sensacyję". Wypada mi już tylko, życzyć sobie smacznej lektury. Myśliwy zakrzyknął by w tym momencie: "Darz bór!", a co mam krzyknąć ja - czytelnik? Może - "Darz druk!"? :D

"Nusia i bracia łosie" Pija Lindenbaum


Jedynak tylko do pewnego momentu w życiu docenia brak konkurencji. Cieszy go, że nie musi dzielić się zabawkami, a rodzice mają czas tylko dla niego. Że wszystko jest tylko dla niego. Ale z czasem brak bratniej (czy siostrzanej) duszy zaczyna coraz bardziej doskwierać. Życie bowiem nie szczędzi niespodzianek i to zarówno tych przykrych jak i radosnych, i kiedy chcielibyśmy się z kimś tymi smutkami i radostkami podzielić, wygadać, wypłakać czy pośmiać, ze smutkiem zauważamy, że wokół pusto. Powiecie: "A przyjaciele, rodzice, małżonkowie?", a ja spytam "Czy to na pewno to samo?". Myślę, że nie, w końcu jestem jedynakiem.
Nusia, bohaterka książeczki Piji Lindenbaum "Nusia i bracia łosie", doświadcza właśnie takiej potrzeby - posiadania rodzeństwa. I nie ważne czy będzie to starszy brat, głośno puszczający muzykę, czy mały berbeć mieszczący się w łóżeczku lalek, byleby było. Ponieważ jednak rodzice dziewczynki istniejącego stanu rzeczy nie zmieniają, Nusia przygarnia spotkane przed domem trzy łosie, które mają stanowić surogat braci. I od tej pory wszystko toczy się nie tak. Wyobrażenie Nusi o wspaniałej zabawie z "braćmi", zostaje brutalnie zderzone z mało eleganckimi manierami rogaczy. Łosie piją wodę z sedesu, śmiecą i psują kredki. Wszystko jest nie tak i kiedy w końcu dziewczynka pozbywa się okropnych zwierząt z ulgą stwierdza, że rodzeństwo to jednak nie to. Przecież wystarczą jej: przyjaciel Nils, dzieci w szkole i kuzyni, którzy ją odwiedzają. Tylko, czy na pewno?

"Obrona szaleństwa" Woody Allen


Wydana przez Rebis "Obrona szaleństwa" Woody Allena, to swoisty wydawniczy recycling. Tom zawiera bowiem prawie wszystkie teskty zebrane z trzech, wydanych jakiś czas temu, książek: "Bez piór", "Wyrównać rachunki" i "Skutki uboczne". Prawie wszystkie, bo w każdej z powyższych, jest ich dokładnie o jeden więcej niż w "Obronie ...". Można się cieszyć (ci, którzy Allena na półkach jeszcze nie mają), można psioczyć (ci, którzy wydali pieniądze na odgrzewanego kotleta). Ja, całe szczęście, należę do pierwszej grupy :)
Z Allenem jest tak, jak z serem pleśniowym. Jedni krzywią się na sam widok, mimo że nigdy nie próbowali. Inni spróbowali, ale okazali się być, ze smakiem sera, niekompatybilni. Jeszcze inni są zachwyceni i sławią wszem i wobec. Jest też grupa umiarkowana - zje, ale bez ochów i achów. No i ostatnia grupa, która lubi tylko niektore gatunki (filmy), nie trawiąc pozostałych (teksty pisane). Nie mogę się zaliczyć do grupy ostatniej, bo filmografia autora "Obrony ...", to wciąż dla mnie w większości terra incognita, a z pozostałych najbliżej mi chyba do frakcji umiarkowanej.
Teksty w zbiorze to istny tygiel, w którym gotuje się absurd, a pryskające z niego krople trafiają we wszystkich znajdujących się w zasięgu. Sławne osobistości, filozofów, korespondencyjnych graczy w szachy i tych, którzy kiedyś w życiu zapałali miłością do halibuta. Nikogo Allen w swych, raz lepszych, raz gorszych, tekstach nie szczędzi. Jak to mówi młodzież: "Jedzie równo.", a nawet "po bandzie". Tyle tylko, że w pewnym momencie nasilenie "wariactwa", jakie pisarz wprowadza, jest jednak zbyt wielkie i przestaje zachwycać, a zaczyna nudzić. Jest na to jednak sposób. Nie należy bowiem "Obrony ..." czytać ciurkiem (mój błąd), a od czasu do czasu wrzucać coś na czytelniczy ząb. Dawkę musicie ustalić indywidualnie :)

piątek, 12 grudnia 2008

"Warunek" Eustachy Rylski


"Warunek" to męska historia. Opowieść o dwóch napoleońskich oficerach, którzy nie mają ze sobą zupełnie nic wspólnego, a jednak Los, jakby na przekór dzielącym ich różnicom, splata ich ścieżki. Wycinek kampanii moskiewskiej Bonapartego posłużył autorowi do odarcia z mitu żołnierki, ukazania dysonansu klasowego oraz poruszenia kwestii różnie pojmowanego honoru.
Powiem tak: zawsze trudno było mi się zgodzić z Dagą z pl.rec.ksiazki, że nie samą fabułą książka stoi. "Warunek" przekonał mnie, że jest tak rzeczywiście. Rylski skonstruował katedrę. Zbudował ją z pięknych, wielokrotnie złożonych (dziś już rzadkość) i upchanych metaforami zdań. Niestety, w tej literackiej katedrze pięknego języka, wieje wiatr nudy fabularnej. Nic to jednak. Kunszt pisarski wynagrodził mi niespecjalnie mnie interesującą tematykę i brak akcji :).

"Rysio snajper" Kurt Vonnegut


Przy lekturze "Rysia..." zastanowiłem się, cóż takiego jest w prozie Vonneguta, że po każdą kolejną jego książkę sięgam bez strachu "spodoba się, czy nie spodoba?". I doszedłem do wniosku, że czynnikami, które o tym decydują, są dla mnie: nietuzinkowe postacie (w przypadku "Rysia..." np.: ojciec, znajomy Hitlera i "oszukany" malarz, czy sam Rudy Waltz, tytułowy Rysio, który w wieku 12 lat zostaje podwójnym mordercą), niezwykłe pomysły fabularne i, w mojej skromnej skali, dość chore poczucie humoru.
"Rysio snajper" to opowieść o winie i karze w ich absurdalnym wymiarze. Autor pokazuje, jak głupi, szczeniacki wybryk może zmienić nasze życie, przylepić nam etykietkę, która przez długie lata określać będzie, kim jesteśmy i jak żyjemy. To również antymilitarystyczne wystąpienie autora, który protestuje nawet przeciwko wymyślonej przez siebie, zupełnie nieszkodliwej (jeśli chodzi o promieniowanie), bombie neutronowej. W końcu to głos w sprawie narkomanii, która w opisywanych latach powojennych była w USA usankcjonowana, można by rzec, terapeutycznie i zawitała do wielu gospodyń domowych, by w końcu rozplenić się w całym społeczeństwie.
"Rysia..." podsumowałbym jako przyzwoity, prozatorski miszmasz dwóch filmów: "Zabaw z bronią" oraz "Requiem dla snu". Nie polecam czytelnikom "obrażalskim", bo Vonnegut to straszny cynik i czasem potrafi swoimi żarcikami "obrazić uczucia", o co w naszym kraju nietrudno.

czwartek, 11 grudnia 2008

"Duża polka" Joanna Chmielewska


Sam już nie wiem, czy przejadł mi się humor spod znaku pani Joanny, czy też mam tego niesamowitego pecha, który wsadza w ręce gorsze książki danego autora. I od razu uprzedzam, że zdaję sobie sprawę, że przed '90. powstawały najlepsze książki autorki. Niemniej jednak, powstała w 1995 roku, "Duża polka" nie wydawała mi się zbyt odsunięta w czasie od "złotego okresu" i dlatego po nią sięgnąłem.
Wszystko rozpoczyna się dwuwątkowo: od śmierci jednego znajomego narratorki i zakałapućkania się w grubszą aferę przemytniczą drugiego. Oba wątki, co jest już od początku oczywiste, zazębiają się, by zmierzać do wspólnego finału, który, niestety, nie jest tak porywający, jakby się chciało. Po drodze wszystko to, z czego pani Chmielewska słynie: dowcip sytuacyjny (którego jest stanowczo za mało) z kuzynem Zygmusiem w roli głównej, amatorskie śledztwo i współpraca z organami ścigania (jak zwykle owocna) i totalne poplątanie sznurka z ogórkiem ;). Wszystko to służy uwypukleniu problemu "aferowego" wśród przedstawicieli najwyższych kręgów politycznych i biznesowych, przez co książka nigdy nie straci na świeżości.
Niestety, stopień zaplątania jest, jak dla mnie, zbyt duży. Może to moje lenistwo, może problemy z koncentracją, ale w pewnym momencie przestałem zupełnie kontrolować: kto jest kim. Mało tego, przestało mi na tej wiedzy zależeć. Książkę doczytałem siłą rozpędu, mając cały czas wrażenie, że jak na kolejną Chmielewską jakieś to takie statyczne i nic się w zasadzie nie dzieje. Ale może tylko mi się wydaje?

"Życie Pi" Yann Martel


Nie wiem, może sprawiły to święta* i obżarstwo, ale czytanie książki Martela szło mi co najmniej nieskoro. Do połowy książki posuwałem się jak, nie przymierzając, leniwiec z ZOO w Puttuczczeri. Później było lepiej, ale także bez zachwytów. Ogólnie książkę można by podsumować tak: "Są na świecie rzeczy, o których się filozofom nie śniło". Bądź tak: "To życie wymyśla najbardziej niewiarygodne scenariusze". Niemniej jednak zamknięcie jej w jednym z tych zdań byłoby strasznie krzywdzące.
Dlaczego historia samotnej łodzi i dwóch rozbitków: Pi oraz tygrysa przypadła mi w końcu do gustu? Przede wszystkim ze względu na niesamowity optymizm w niej zawarty i dystans, z jakim została opowiedziana. Nie wiem, czy sprawił to kunszt pisarski Martela, czy inne spojrzenie na świat, jakie zyskał Pi po ocaleniu, faktem jest, że sposób snucia historii głównego bohatera - od jego pobytu w Indiach aż po lądowanie na plaży w Meksyku - podobał mi się bardzo. Mogła to być nasiąknięta tanią sensacją historyjka, a wyszło coś niebanalnego, co wywraca nasz ułożony świat do góry nogami i mówi: wszystko jest możliwe.
Książka jest niezła, ale tak naprawdę zabrakło mi w niej czegoś porywającego - może dystans narratora do opisywanych wydarzeń był jednak zbyt duży? Może przydałoby się trochę emocji podanych "wprost"?

PS. Moje ulubione fragmenty: kłótnia trzech duchownych (to zresztą ta scena przeczytana na stronie Merlina zachęciła mnie do lektury), rozmowa z Japończykami.

* To były, o ile dobrze pamiętam, święta 2004 roku. Bodajże Boże Narodzenie. Choć nie ma to dla książki żadnego znaczenia :D

środa, 10 grudnia 2008

"Mama Mu na sankach" Jujja i Tomas Wieslander


Czy trzylatka, który ma dziadków prowadzących gospodarstwo rolne, może zainteresować książeczka o krowie? Raczej ciężka sprawa, tym bardziej, że kilka sztuk żywizny stoi w oborze, a dostęp do "muciek" ograniczony jest jedynie częstotliwością wizyt u moich teściów. Zresztą, cóż to krowa dla takiego dużego chłopa. Taki strutiomim albo triceratops, to jest coś!
A jednak! Gdy do akcji wkracza Mama Mu autorskiej spółki Tomasa i Jujji Wieslanderów nie ma przeproś. Czyś duży, czy mały, stary czy młody, będziesz zrywał boki. Jak na krowę, ma bowiem Mama całkiem niezwykłe i odjechane pomysły. W opisywanej książeczce życzy sobie na przykład pojeździć na sankach. Mało tego namawia (metodą "no tak, wiedziałam że nie dasz rady") do tegoż szaleństwa, mrukliwego pana Wronę.
Krowa z wroną? - powiecie. Na sankach!? Przecież to niemożliwe. Akurat! Możliwe i w dodatku przepięknie zilustrowane przez znanego z serii o Pettsonie i Findusie, Svena Nordqvista. A że się podoba... No, ba! Powiedzcie do Bartka "Ale muu!", a usłyszycie "Ale kra!".

"Księżycowe Hollywood" Henry Kuttner


Książka, o której mowa w temacie, to tak naprawdę zbiór czterech opowiadań. Napisane przez Kuttnera w latach 1938-41, nie są niestety zbyt wysokich lotów. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem autor w owym czasie specjalizował się w pisaniu tekstów "fantastycznych" dla brukowych gazetek, tak modnych wówczas, jak dziś np. "Enquier" (tak się to ustrojstwo chyba nazywa). Jeśli oglądaliście film pt. "Galaxy Quest" to wydaje mi się, że najbliżej mu klimatem do wymienionych tu opowiadań Kuttnera.
Każde kolejne opowiadanie jest wtórne, gdyż oparte na jednym wzorcu. Dzielny kosmiczny operator filmowy Tony Quade, na zlecenie swego bezwględnego szefa (dla sukcesu kasowego zdolny jest poświecić życie pracowników), musi nakręcić film. Nakręcenie go wiąże się z okropnym niebezpieczeństwem, wylotem na inną planetę i walką z jej groźnymi mieszkańcami. Na końcu happy end. Jest piękna kobieta (zresztą miłość Quade`a), a na każdej planecie potulne zwierzątko (ktoś musi pomagać). Sztampa. Poza tym dobrze, że nie jestem "ścisłym", bo pewnie wstrząsnąłby mną opis niektórych rozwiązań technicznych :D
Podsumowując. Dla mnie jest to odpowiednik grania "do kotleta". Ktoś musiał to robić i Kuttner to robił. Jeśli jednak nie chcecie się do niego zniechęcić, poczytajcie opowiadania o pijaku-wynalazcy Gallagherze, bądź o rodzinie Hogbenów.

"Mroczna połowa" Stephen King


Myślę, że autor powinien wziąć sobie do serca strawestowane powiedzenie jednego z premierów, którejś tam (wybaczcie, ale takiemu przeciętniakowi jak ja, już się to wszystko miesza), Rzeczpospolitej - "(...) prawdziwego pisarza poznaje się po tym, jak kończy (...)". Piszę to nie tylko z myślą o przeczytanej właśnie "Mrocznej połowie", ale i o paru innych, dobrze zaczynających się i zepsutych w końcówce, książkach Kinga.
Pomysł na opisywaną powieść świetny. Mamy oto bowiem Thada Beaumonta -
pisarza, który mimo niewątpliwego zarodka geniuszu i wydania książki nominowanej do National Book Award, cierpi na pewien rodzaj niemocy twórczej. Wydaje jeszcze jedną powieść pod własnym nazwiskiem (pozostaje bez echa w szerokim świecie), a następna "ambitka" rodzi się w bólach. Tymczasem, jak to mówią, trzeba coś do gara wrzucić, a pieniążków ani, ani. Nasz bohater robi zatem to, co setki pisarzy przed nim i, podejrzewam, setki po nim - zaczyna chałturzyć. Pod pseudonimem George Stark publikuje szereg krwawych kryminałów, które, o dziwo, przynoszą mu szaloną popularność i spore pieniądze. Co się jednak stanie, kiedy stworzone specjalnie na potrzeby produkowania kolejnych "starków" alter ego zacznie żyć własnym życiem? Kiedy przestanie być tylko wyimaginowaną postacią i z buciorami wejdzie w życie swego stwórcy i jego rodziny? Tym bardziej, że Thaddeus nie wie o pewnej tajemnicy, związanej z operacją mózgu, którą przeszedł mając 11 lat. Odpowiedź na te i inne pytania znajdziecie w książce ;)
"Mroczna połowa" to podejrzewam swego rodzaju spowiedź autorska człowieka, który, bądź co bądź, parę ładnych książek pod pseudonimem napisał. Mało tego, geneza powstania i "śmierci" Richarda Bachmana jest identyczna jak opisana w "Mrocznej ...". Co więcej, również w przypadku Kinga krytycy pokusili się o stwierdzenie wyższości literatury tworzonej przez jego drugie "ja", nad tą, którą sygnował swoim nazwiskiem, a którą uznali za "kiczowatą". Dlatego też można uznać opisywaną powieść za rozprawienie się pisarza z jakimiś demonami przeszłości i od tej strony jest jak najbardziej ok, przynajmniej we fragmentach, które dotyczą dylematów w rodzaju: "pisać ambitnie i głodować, czy pisać poczytne "produkcyjniaki" i zbierać finansową śmietankę" oraz jeśli chodzi o konsekwencje tych wyborów. Natomiast jeśli chodzi o stronę czysto rozrywkową, to "Mroczna połowa" wciąga tylko do pewnego momentu. Gdzieś koło setnej strony, a może 50 stroniczek dalej, czytelnik wie już wszystko, a autor prowadzi tzw. wyścig z czasem, który nie dość, że nudny i momentami jakby żywcem zerżnięty z "Ptaków" Hitchcock'a, to jeszcze przewidywalny do bólu.

wtorek, 9 grudnia 2008

"Uwikłanie" Iain Banks


Pozwolę sobie na początek posłużyć się tekstem, który znajduje się na tylnej okładce opisywanej przeze mnie książki. "Bogactwo obserwacji obyczajowej i psychologicznej to niezaprzeczalne zalety tej niezwykłej książki, w której stylistyka thrillera służy przedstawieniu problematyki moralnej i światopoglądowej."
I od razu przejdę do ataku. Powyższy tekst nijak się ma do tego co znalazłem w książce. Jest to bowiem w miarę sprawnie napisany thriller. Thriller i w zasadzie nic poza tym. Cameron Colley, główny bohater, to ćpający i uprawiający perwersyjny seks ze swoją kochanką, dziennikarz, który zostaje oskarżony o szereg makabrycznych zbrodni. Mordowani są osobnicy z pierwszych stron gazet, których Colley w swoim artykule oskarżył kiedyś o różne brudy i których sprawiedliwego ukarania się domagał. Wiadomo, że to nie on morduje, więc mamy tradycyjny klincz i do końca książki (no, prawie) próbujemy zgadnąć - kto?
No dobrze, a gdzie to bogactwo obserwacji i problematyka moralna? Doprawdy nie wiem. Jest trochę smęcenia, jaki to świat niedobry, a jakby trochę pomyśleć, to można by każdego człowieka na Ziemi wyżywić - ale jest to tekst miss, która chce ratować świat, a nie jakaś odkrywcza prawda. Jest trochę wyrzekania na politykę Żelaznej Damy, ale, na Boga, kiedy to było? Być może jakiegoś Brytyjczyka temat by zaciekawił, mnie natomiast nie.
Podsumowując. Historyjka, w której dragi, wyuzdany seks i makabryczne zbrodnie (opisane dość szczegółowo - informacja dla czytelników o słabych nerwach) splatają się tworząc thriller klasy B. Bez zachwytów i uniesień.

poniedziałek, 8 grudnia 2008

"Polowanie na lisa" Sven Nordqvist


Wychodząc z założenia, że książka jest zawsze dobrym prezentem, św. Mikołaj obdarował Młodego kilkoma tytułami. Jeden z nich to tytułowe "Polowanie na lisa" Svena Nordqvista. Od razu muszę się przyznać, że na ww. tytuł naprowadzili mnie dobrzy ludzie z pl.rec.ksiazki (dzięki Sigrid). I bardzo dobrze, bo nie wiem czy w zalewie kolorowego badziewia, potrafiłbym wybrać coś fajnego dla mojego trzylatka. A tak? Perełka!
Z opisów dowiedziałem się, że to już trzeci z kolei tom przygód farmera Pettsona i jego, nader inteligentnego, kota Findusa. Nie ma to jednak najmniejszego znaczenia, bo historyjka jest zamknięta całością, a nie kontynuacją. W tym "odcinku" panowie, a raczej kot i jego pan, zasadzają się, jak zdradza tytuł książeczki, na lisa. I choć sąsiad wymienionych, Gustavsson, proponuje rozwiązanie siłowe (fuzja), główni bohaterowie brzydzą się przemocą i stawiając na psychologię, przygotowują przemyślny sposób odstraszenia nieproszonego gościa.
Sama historia trafiła do Bartka bez pudła, bo sam swego czasu uczestniczył w wypłaszaniu lisa (bezskutecznym) u dziadków. Połączenie zaś, tejże historii, z genialnymi i pełnymi szczegółów rysunkami autora tekstu oraz niewymuszonym humorem, zaowocowało trzykrotną lekturą książeczki. Niemal pod rząd :D To na pewno nie ostatnie nasze spotkanie z przesympatyczną parą.

"Nie opuszczaj mnie" Kazuo Ishiguro


Opisywaną tu książkę, ciężko jest skomentować nie zdradzając elementów istotnych dla fabuły. Postaram się, jednak gdyby mi się coś wymsknęło, darujcie. Naprawdę nie jestem człowiekiem, który lubi krzyczeć: "Mordercą jest taksówkarz!".

Ishiguro wpadł mi w ręce przypadkiem. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałem, a jedyne co mógłbym, w czasie gdy przystępowałem do lektury, o autorze powiedzieć, to chyba tylko okładkowe: "finalista nagrody Bookera 2005". Nie zrażając się jednak wspomnianym wyżej faktem, zacząłem czytać.
Teatrem wydarzeń jest brytyjska szkoła z internatem - Hailsham, a bohaterami trójka jej wychowanków: mitomanka - Ruth, choleryk - Tommy oraz obserwatorka i zarazem narratorka - Kathy. I wydawać by się mogło, że to kolejna książka o dorastaniu i młodzieńczym buncie, gdyby nie fakt, że wnikliwe obserwacje relacji w grupie, przechodzące momentami wręcz w wiwisekcję, ujawniają ciągłe zgrzyty w przedstawionej nam rzeczywistości. Rzucane tu i ówdzie półsłówka, niektóre dziwne zdarzenia, powodują powstanie wrażenia jakiegoś dysonansu. I takie wrażenie, że coś jest nie tak, utrzymuje się aż do końca lektury.
Autor podejmuje ważną tematykę. Człowieczeństwa i tego co je wyznacza oraz granic, które powinniśmy sobie jako ludzkość wyznaczyć w dążeniu do boskości czy też nieśmiertelności. Żeby jednak nie spłoszyć czytelnika zbyt ciężkim kalibrem stosuje, znaną choćby z serialu "Lost", metodę puzzli. Na kolejnych kartach powieści zostają odsłonięte kolejne kawałki układanki, dając coraz wyraźniejszy obraz całości i, w kluczowej scenie, wyjaśnienie zagadki.
Wszystko co powyżej powinno zaowocować iście wybuchowym rezultatem. Niestety po ok. dziesięciu stronach, wiedziałem już o czym rzecz będzie (autor pozostawia jednak zbyt wyraźny trop) i resztę książki przeczytałem z ciekawości, jakie stanowisko do opisywanego problemu zajmie pan Kazuo. Niestety po drodze musiałem przebrnąć przez zbyt szczegółową charakterystykę "wychowanków" i zdarzeń z nimi związanych. Książka zaczęła mnie w pewnym momencie męczyć, a finisz miast radości czytelniczej, przyniósł radość typu: "uff, koniec!".
Nie znaczy to jednak, że nie doceniam kunsztu skonstruowania tego, dość ciekawego, przyczynku do dyskusji, co człowiekowi wolno, a czego nie. Tym bardziej, że z każdym nowym odkryciem naukowym coraz mniej, w tym co opisuje Ishiguro, fikcji, a coraz więcej realnego zagrożenia.

czwartek, 4 grudnia 2008

"Księga cmentarna" Neil Gaiman


Nie od dziś był dziecięcym, czy też młodzieńczym, sposobem na zdobycie uznania w oczach rówieśników. Był też sposobem na ucięcie spekulacji o własnej odwadze. A i wśród dorosłych zdarza się, że bywał obiektem głupiego zakładu. Kto? co? - spytacie. Ano, spacer po cmentarzu. Najlepiej wieczorową porą. Północ zaś, jest w tym konkretnym przypadku, postrzegana jako pora idealna.
Tak widzimy to my, żyjący na co dzień po drugiej stronie cmentarnego muru. Jednak dla Nikta Owensa, małego chłopca, który po tajemniczym morderstwie całej swej rodziny, zupełnym przypadkiem (a może nie), zostaje przygranięty przez półprzezroczystych mieszkańców starej miejskiej nekropolii, to kaszka z mlekiem. Normalka. Dla niego wyzwaniem jest pokonanie drogi w drugą stronę, do naszego świata. Wyzwaniem tym trudniejszym, że gdzieś tam, na zewnątrz, czai się żądny dokończenia swego krwawego dzieła, morderca.
Jak zwykle świetny Gaiman. Tworzący świat zupełnie "od czapy", ale w taki sposób, że czytelnik za normalne przyjmuje istnienie ghouli, martwych wiedźm, duchów i czego tam jeszcze, w połączeniu z dzieckiem żyjącym wśród tych niesamowitych istot na opuszczonym cmentarzu. Zatapia się w świat tych niesamowitości i z zapartym tchem śledzi przygody towarzyszące dorastaniu głównego bohatera. Wszystko w świetnej formie, przekładzie (pani Braiter) oraz okraszone gaimanowym poczuciem humoru oraz nieszablonowymi postaciami.
Niestety mam też zastrzeżenia. Mimo prób nadania "Księdze ..." formy powieści, pozostaje widocznym fakt sklejenia jej z kilku opowiadań. A szkoda. Można było niektóre wątki pociągnąć, niektóre rozbudować i zrobić z tego "cegiełkę". A tak - łatwo przyszło, łatwo poszło. Za łatwo, za szybko. Mógłby Gaiman, na potrzeby opisywanej książki, zarazić się rozmachem Stephena Kinga :)
Niemniej jednak polecam, bo bardzo miło spędziłem przy niej czas i czytałem nie zważając na ostre spojrzenia Kitka, który czytał ją na zmianę ze mną. Całe szczęście zgodne z nas małżeństwo :D

poniedziałek, 1 grudnia 2008

"Hancock" reż. Peter Berg


Wybór "Hancocka" na niedzielny seans podyktowany był, jak zawsze w przypadku młodych rodziców, względami praktycznymi. Progenitura w rękach dziadków, a więc musi być krótko, a film taki, żeby bez bólu przerwać go w każdej chwili, gdyby nadeszło telefoniczne wezwanie. Poza tym u mnie początki grypy, więc głowa nie do myślenia - musi być prosto do bólu, bez egzystencjalnych rozterek i takich tam. "Hancock" wydawał się oczywisty.
Historia zapijaczonego superbohatera, który na tak zwany "odpieprz się", ratuje LA przed bandziorami, przy okazji kasując mienie miasta, w postaci biurowców, samochodów itp., jest niewątpliwie świeża. No bo ile można oglądać gości w śmiesznych strojach, których bohater opisywanego filmu kwituje słowem "pedał"? Dlatego też początek filmu, w którym ubrany w t-shirt, śmieszną czapeczkę i nawalony, jak przysłowiowa stodoła, Smith, ściga wietnamskich gangsterów zdawał się mi mówić: "Trafny wybór". Niestety miast pozostawić nieokrzesanego, nieogolonego i niesfornego, że o chamstwie nie wspomnę, herosa, ktorego strasznie drażni nazywanie go dupkiem, samemu sobie, musiano...
Musiano zrobić, z prostej jak kij i okraszonej wcale dobrymi FX-ami, historii, kino politycznie poprawne, a w swej wymowie dydaktyczne. Taką współczesną wersję "Poskromienia złośnicy", w której niegrzeczny Hancock przejdzie duchową przemianę, znajdzie miłość, ale odpuści, bo rozbiłby rodzinne szczęście. A wszyscy będą żyli długo (no, prawie wszyscy) i szczęśliwie, bo ułagodzoną wersję złego chłopca wszyscy kochają, tak jak wcześniej nienawidzili. Ten obyczajowy "kaganiec" spowolnił film i sprawił, że już do końca z utęsknieniem czekałem, na kolejną porcję przaśnego humoru i niewyszukanych atrakcji, na miarę akcji z wkładaniem głowy jednego złoczyńcy w tyłek drugiemu.
Nie doczekałem się :(

"Pamiętnik przetrwania" Doris Lessing


Po książkę pani Lessing sięgnałem z wyrachowaniem, chcąc się przekonać, kto w zasadzie ma rację. Ci, którzy odsądzają od czci i wiary Akademię, za to, że przyznała literackiego Nobla leciwej i swymi książkami niezachwycającej, babuni? Czy ci, którzy po przeczytaniu jednej z pozycji jej autorstwa, popadli w bezkrytyczny zachwyt twórczością? Przeczytałem i powiem szczerze, nie wiem, do którego z plemion przyłączyć.
Nie lubię, kiedy autor rzuca czytelnika w niesprecyzowane "gdzieś" i "kiedyś" i dlatego początek książki nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. Czytałem jednak dalej i w końcu udało mi się wejść w świat przedstawiony. A zaznaczyć należy, że nie jest on miły.
Cywilizacyjne więzy, poluzowując się od dłuższego czasu, zsunęły się w końcu z ludzkości i nastała era "tego". Zresztą równie jak reszta nieokreślonego, bo choć narratorka daje wskazówki, pomagające domyślić się, czym właściwie jest "to", odpowiedzi jest zbyt wiele. Niemniej jednak czas ładu i spokoju przeminął. Żywność i inne niezbędne artykuły trzeba zdobywać siłą, sprytem i każdą inną dostępną metodą. Psuje się powietrze. Dzieci przekształcają się w żądne krwi monstra. W miasteczku, będącym miejscem akcji, pojawiają się gangi, czy też plemiona. Niektóre z nich formują się na trotuarze, naprzeciw okien głównej bohaterki, hierarchizują i wyruszają. Gdzie? Gdzieś, gdzie pewnie jest lepiej.
Na takim właśnie tle, tle kończącego swój żywot, w formie jaką znała opowiadająca historię kobieta, świata, Lessing rysuje związek dwóch pań. Doświadczonej życiowo kobiety i podlotka, którym z nieznanych nam przyczyn, ta pierwsza ma się zaopiekować. I opowieść o tym, może nie tyle nawet związku, co brzmi dość dwuznacznie, ale układzie, jest jedyną rzeczą, która mnie przy "Pamiętniku ..." tak naprawdę trzymała. Choć dość, by tak rzec, dydaktyczna i feminizująca, to jednak ciekawa.
Cała zaś reszta, to mistyczne hokus-pokus, o którym w opisach takich jak ten, zwykło się zwykle pisać: "wielowymiarowe", "z drugim, a nawet trzecim, dnem", a które autorka sprowadziła do mentalnych wycieczek starszej kobiety przez jedną ze ścian mieszkania. Jest ono tak nasycone symbolami, że aż niestrawne. Dodatkowo wiele z wątków wprowadzonych przez autorkę, dla mnie przynajmniej, nie znajduje uzasadnienia, "rozmywając" nieco siłę wyrazu powieści.
Podsumowując - jeśli chcesz poczytać o dziecięcej samowolce - "Władca much", jeśli o postapokaliptycznym czy stojącym na krawędzi świecie - całe mnóstwo dobrej s-f albo "Ostatni brzeg". Jeśli chcesz miksu z obydwu, miksu dodajmy nienajgorszego, zostaje ci Lessing :)