wtorek, 30 września 2008

"My zdies' emigranty" Manuela Gretkowska


Tytuł zdawał się zapewniać, że będzie o emigracji, a zmierzyć się przyszło z historią pewnej pracy naukowej. Może to i nowatorskie podejście do tematu, ale mnie osobiście do dalszej lektury prozy pani Manueli, średnio zachęcające. A było tak...
O skandalizującej, polskiej pisarce słyszałem dużo wcześniej, ale, jako że skandali ciekaw raczej średnio jestem, jej książki mnie omijały. W końcu postanowiłem przeczytać debiut, czyli "My zdies' ..." właśnie.
Spodziewałem się wszystkiego, ale na pewno nie stonowanej opowieści o tym jak autorka walczyła z przeciwnościami, które wyrastały jej na drodze do zdobycia dyplomu wydziału antropologii średniowiecznej, jednej z paryskich
uczelni. Bo w zasadzie o tym jest ta książka, a tytułowe emigranty przebijają gdzieś tam z tyłu i na marginesach.
Książkę polecam miłośnikom teorii spiskowych i Dana Browna, bo pięknie
ukazuje, że jeśli założymy sobie jakąś, nawet najbardziej "odjechaną", tezę, to jeśli jesteśmy wytrwali, przy pomocy zgromadzonych danych możemy ją udowodnić. Autorka skupiła się na osobie Marii Magdaleny i opisowi badań nad nią poświęca znaczną część książki. Interesujące to, ale tylko dla osób zainteresowanych tematem. Pozostali mogą przysypiać, bądź rzucić książkę w kąt.
Mimo wszystko polecam, bo można się z niej dowiedzieć, że kiedyś, i to na Zachodzie, do napisania pracy dyplomowej nie wystarczył komputer podpięty do Internetu, ale trzeba było odwiedzać biblioteki, wyciągać zakurzone tomiszcza i... tak, tak... studiować je.

"Król kier znowu na wylocie" Hanna Krall


Po co właściwie czytać tę całą Krall? Przecież ona ciągle i wciąż o tym samym pisze. Znaczy się o Żydach we wojnę. Przecież to każdy słyszał, co się wtedy działo, po co to komu setny raz powtarzać?
No cóż. Z pewnością monotematyczność pisarstwa Hanny Krall mogłaby nużyć, gdyby ktoś podjął się czytania jej pisarskiego dorobku ciurkiem. A i to nic pewnego, bo każda, opowiedziana przez nią historia, ma niepowtarzalny, indywidualny rys. Bo przecież ilu ludzi tyle dramatów.
W swej najnowszej książce jest to dramat Izoldy Regensberg. Dramat zebrany w szereg krótkich migawek-rozdziałów, w których w prostych (bez żadnej wzniosłości i
martyrologicznego puszenia) słowach opisane są koleje losu bohaterki. Losu, który rzucał ją po Europie (Oświęcim, Wiedeń, Berlin) i który napisał scenariusz, jakiego nie powstydziłyby się dzisiejsze thrillery.
Świetna książka, która w, z pozoru beznamiętnej, relacji, ukrywa wielki bagaż emocji. Która pokazuje jaką zabawką w rękach "siły wyższej" jest człowiek. Jak przypadek decydował kto przeżyje, a kto nie. I dlaczego Ci, którzy przeżyli już do końca życia zadają sobie pytanie: "Dlaczego ja?".

Polecam.

"Obsługiwałem angielskiego króla" Bohumil Hrabal


Przygodę z wychwalanym, również i na pl.rec.ksiazki, Bohumilem Hrabalem, rozpocząłem (a właściwie nie) od jakiegoś zbioru opowiadań, przez który po prostu przebrnąć mi się nie udało. Później były "Pociągi..." i choć lepsze, również nie porwały. Całe szczęście, nie zniechęciłem się i zacząłem czytać "Obsługiwałem angielskiego króla".
Rzadko zdarza mi się trafić na książkę, którą czyta się jednym tchem. Która porywa tak, że nie można o niej przestać myśleć i tylko jedno wypełnia głowę: "co dalej?". A jednak. Historia kelnera, który zaczyna swą karierę w małomiasteczkowym lokalu gastronomicznym, i którego jedynym marzeniem jest być kiedyś właścicielem renomowanego praskiego hotelu, jest opowiedziana z takim talentem gawędziarskim, że nie sposób jej przerwać. Powiem tak. Gdybym miał spędzić kilka godzin przy ognisku i słuchać nieznajomego, chciałbym żeby opowiadał w taki sposób, w jaki opowiada hrabalowski narrator.
A opowiada rzeczy niezwykłe. Praska wizyta Hajle Sellasje, któremu usługuje (dlaczego książka nie nosi tytułu "Obsługiwałem abisyńskiego cesarza" ?), czy niestworzone pomysły na przepuszczenie kasy, które wcielał w życie jego kolega z pracy - Zdeniek, to tylko dwa skromne przykłady snutej bajędy.
Przez karty powieści w ogóle przesuwa się korowód barwnych i ciekawych postaci oraz jeszcze ciekawszych, związanych z nimi, wydarzeń.
Oprócz tego, jakby mimochodem pojawia się w książce historia i wplata w losy głównego bohatera, stawiając go przed koniecznością wyborów. Większość podjętych przez bohatera decyzji okazuje się błędna i zmusza go do
zrewidowania swego systemu wartości. To co było ważne - mieć - staje się nieistotne i przegrywa z być. Wiele książek podejmuje ten temat, jednak Hrabal podał go w sposób doskonały. Można by rzec, że na kelnerskiej tacy ;)
Polecam, bo śledzenie duchowej drogi, jaką przebył "opowiadacz" przypomina jazdę kolejką górską. Niby się boisz wsiąść, ale jak się już zdecydujesz ...

czwartek, 25 września 2008

"Ulica marzycieli" Robert McLiam Wilson


Skończyłem i od razu pognałem do biblioteki, żeby zobaczyć czy jest "Zaułek łgarza". Wtedy nie było, ale wczoraj wrócił, więc zapożyczyłem i teraz wieńczy stosik książek do przeczytania. Piszę to wszystko po to, żeby od początku było wiadomo, że "Ulica ..." podobała mi się nadzwyczajnie.
Wilson napisał wspaniałą książkę o zwykłych mieszkańcach niezwykłego miasta. Belfast wstrząsany walkami między republikanami, a unionistami jest tłem
powieści, a głównymi jej bohaterami kilku 30-letnich Irlandczyków tworzących zgraną paczkę. To oni są tytułowymi marzycielami, którym śni się normalność w nienormalnym świecie. Jackowi - wielka miłość, Miśkowi - wielki biznes. I o dziwo marzenia te się spełniają.
Nie jest to jednak proza sielankowa. Autor w równym stopniu dawkuje humor (dość często czarny i ironiczny), tragizm, nostalgię. Miesza przyjaźń z polityką (a właściwie niechęcią do niej, którą manifestuje), picie piwa z wybuchami bomb, to wszystko zaś z kilkoma innymi ingrediencjami, i uzyskuje doskonały koktajl, który wypija się duszkiem.

Jeśli chcecie poznać historię grubego protestanta, który w niezwykły sposób zdobywa olbrzymie pieniądze i wymarzoną kobietę, który przyjaźni się z katolikami i jest posiadaczem niezwykłego zdjęcia, na którym pije "łyskacza" z papieżem, powinniście przeczytać "Ulicę ...". To samo powinniście zrobić jeśli chcecie dowiedzieć się jak Jack - apolityczny katolik, zakochał się w Aoirghe - niezłomnej działaczce Sinn Fein. Czekają Was wybuchy śmiechu, "pocenie" oczu oraz chwila zastanowienia, a przede wszystkim dobra lektura.
Przynajmniej mam nadzieję, że za taką ją uznacie, bo gwarancji nie udzielam.
Polecam.

"Wyjście z cienia" Janusz A. Zajdel


Dawno nie czytałem fantastyki, ale ostatnio przechodząc w biblio obok półki z rzeczoną, wpadł mi niespodziewanie w ręce pan Zajdel. Pamiętając, że podobały mi się i "Limes...", i "Cylinder...", i przypomniawszy sobie jakieś strzępy opinii na temat wymienionej w tytule książki, pochodzące z pl.rec.ksiazki, zabrałem się do czytania.
Pokrótce. Młody chłopiec, Tim, dostrzega rysy w otaczającej go rzeczywistości. To co do tej pory było oczywiste, przestaje takie być. A jaka to rzeczywistość? Przed osiemdziesięciu laty ludzkość zagrożona najazdem z kosmosu została uratowana przez innych przybyszów, nazwanych przez mieszkańców Ziemi Proksami. Ci po odparciu ataku roztaczają nad nami
bratnią pomoc. I wszystko ma być pięknie. Znamy. Jak nie jak tak ;) Im dalej w las (a właściwie w książkę) tym więcej podobieństw, które wychwycą zapewne tylko ci, którzy żyli w "tamtych" czasach.
Żeby nie zdradzać zbyt wiele powiem co mi się w książce podobało. Trzymająca w napięciu, ba, sensacyjna wręcz fabuła i fantastyczny prosty i "szybki"
styl narracji. Sposób odsłaniania tajemnicy. Ironiczne podsumowanie sytuacji od strony "obcych". Fantastyczne zakończenie. I pewnie znalazłoby się jeszcze parę rzeczy. Książkę można postrzegać na dwa sposoby. Jako holyłódzką pulpę o najeździe z kosmosu, bądź też jako krytykę reżimu i próbę scharakteryzowania kondycji ludzkości. Wybrałem tę drugą opcję i to bynajmniej nie przez snobizm, ale dlatego, że taka idea bardziej mi pasowała.
Podsumowując. "Wyjście z cienia" naprawdę warto przeczytać, bo dobra to
książka i krótka. Więc jakbyście się z moim (powyższym) zdaniem nie zgodzili, to mało czasu zajmie wam dojście do tego wniosku.*

*czyt. mało czasu zmarnujecie)

"Sędzia Di i parawan z laki" Robert van Gulik


Ostatnio często zdarza mi się tak: czytam jakiś cykl, albo dużą kobyłę i jak raz zapomnę ze sobą zabrać, a tu się okazuje, że akurat czas na czytanie jest. Wobec powyższego, w miarę możliwości, organizuję jakieś zastępstwo i na zasadzie "parę stroniczek", doczytuję do końca. Podobnie rzecz się miała z "Sędzią Di ...".
PIW wydał na swe 60-lecie serię książek holenderskiego dyplomaty i sinologa Roberta van Gulika. Ich głównym bohaterem jest chiński sędzia pokoju Di, który przy pomocy swego niezwykłego daru obserwacji, intuicji, dedukcji oraz niewielkiej, acz często znaczącej, pomocy paru współpracowników, rozprawia się z najtrudniejszymi sprawami kryminalnymi. W przypadku "Parawanu" czyni to na wyjeździe, gdyż wraz ze swym przybocznym ma spędzić urlop w okręgu Wei-ping.
Cóż można o książce powiedzieć. Poprawnie skonstruowana, z ciekawie zawiązanymi wątkami kryminalnymi, które zazębiają się ze sobą, by ładnie zakończyć się na sali sądowej. Postać sędziego, wzorowana na osobie historycznej, interesująca, a sama opowieść jest, oprócz bycia dobrą rozrywką, źródłem ciekawostek o dawnych Chinach.

Podsumowując. Mnie się podobało, ale należy wziąć poprawkę na to, że ja azjatyckie klimaty lubię.

PS. Uwielbiałem fragmenty, w których występował człowiek o nazwisku Pan. Dawało to komiczne efekty w stylu, mniej więcej: "Panie Pan, niech pan ..." :D

"Księga jesiennych demonów" Jarosław Grzędowicz


Zgnębiony przez życie Jacek wchodzi do sklepu z magią i spotyka miejskiego szamana... Jak dla mnie początek zbiorku opowiadań Grzędowicza jest wystarczająca zachętą do wysłuchania kilku opowieści, które specjalnie dla gościa snuje właściciel wspomnianego wyżej sklepu. A są to opowieści niezwykłe.
Grzędowicz, żeby przedstawić nam człowiecze demony, sięgnął po formę "weird story", która w Polsce od czasów Grabińskiego wydaje się być trochę zapomniana. I jeśli ktoś nastawia się na mastertonowskie "Demony Normandii" srogo się zawiedzie, bo u Grzędowicza nie są to zombiaki ciągnące za sobą gnijącą nogę i robiące "uhmpf, uhmpf", ale lęki i strachy, które siedzą gdzieś głęboko w każdym z nas. Mamy więc w świetny sposób opisany strach przed własną niemocą finansową, tak dobrze znany każdemu kto utrzymuje rodzinę. Mamy genezę rozpadu związku. Mamy klasyczną opowieść grozy o tajemniczym nieznajomym, który zamieszkuje z samotną kobietą, etc.
Język Grzędowicza sprawia, że lektura jest przyjemnością. To samo można powiedzieć o jego zmyśle obserwacji, który sprawił, że postacie z kart książki żyją, a ich losy wciągają. Niemniej jednak nie udało się autorowi uniknąć pewnych oczywistości, które sprawiają, że wstrzymywane w płucach powietrze zbyt wcześnie ogląda świat, a mrówki, które chodziły nam po grzbiecie, idą zająć się ważniejszymi sprawami. Mam jednak nadzieję, że kolejne opowiadania dorównają kunsztem dziełom mistrza Poe ;)
Książka niewątpliwie warta przeczytania, jako pewnego rodzaju novum na polskim poletku sf-f, a i jako wciągająca lektura także. Tym bardziej, że wrześniowa pogoda pomoże wczuć się w klimat "Księgi ...", bądź co bądź, jesiennych demonów :)

środa, 24 września 2008

"Heban" Ryszard Kapuściński


"Heban" jest zbiorem reportaży, które przybliżają nam Afrykę z końca epoki kolonializmu i pokazują w jaki sposób, na tym tajemniczym dla przeciętnego Europejczyka kontynencie, rodzą się nowe organizmy państwowe i na jakie trudności w tej drodze do niepodległości napotykają. Opisują czasy Bokassy, Amina i innych czarnoskórych dyktatorów. Pozwalają wniknąć w postać zwykłego Afrykańczyka i poznać jego mentalność, zwyczaje, troski, radości. Jest to obraz Afryki 2 połowy XX stulecia pokazany "prosto z mostu" i "od drugiej strony". Nie są to opisy człowieka, który `mieszka w "małej Europie" czy "małej Ameryce" i wyjeżdża, chwaląc się potem, że był w Afryce` - jak to określa autor.
Na zakończenie dwa krótkie cytaty dobrze charakteryzujące zamysł reportera: "(...)ponieważ ludzie z Europy (...) bywają u nas tylko w miastach i jeżdżą wielkimi drogami, nawet nie wyobrażają sobie, jak wygląda (...) Afryka" i "Jesteśmy w świecie, w którym człowiek, czołgając się, próbuje wygrzebać z błota kilka ziaren zboża, żeby przeżyć do następnego dnia".

Taki właśnie niekolorowany i bezpardonowy obraz Afryki przedstawia nam Ryszard Kapuściński. Wstrząsająca to lektura, ale szczerze polecam.

wtorek, 23 września 2008

"Przepowiednia Dżokera" Jostein Gaarder


Wstyd się pewnikiem przyznać, ale okrzyczany "Świat Zofii" przed oczyma memi, niezbyt urodziwemi, nie stanął. Stało się tak z powodu dość prostego. Wtedy kiedy cały świat i polscy edukatorzy, którzy z tego co wiem, książkę norweskiego nauczyciela, wrzucili do kanonu lektur, zachwycali się "Zofią", ja etap edukacji, zmuszający do lektury "Świata ...", miałem już za sobą :) Dlatego też, widząc na bibliotecznej półce "Przepowiednię ..." pomyślałem, że może by tak od zastodola, znaczy, mniej znanego Gaardera, zacząć z nim przygodę. Co też uczyniłem ...
Historia jest nieskomplikowana. Młody chłopiec, Hans Thomas, wraz ze swym
tatą, czule nazywanym przez niego ojczulkiem, ruszają w podróż przez Europę. Celem jest odnalezienie ważnej dla nich obu osoby - matki i żony, która przed kilkunastu laty zostawiła ich "by się odnaleźć". Po drodze Hans otrzymuje od tajemniczego karła lupę, a od pewnego piekarza mikroskopijną książeczkę, która na swych kartach mieści niesamowitą opowieść o pewnej wyspie. Równocześnie ojciec, filozof - amator, wyjaśnia chłopcu różne zagadki bytu i otaczającego świata.
Nie podobało mi się. Zbyt proste, zbyt przewidywalne. Od razu składam to na karb mojego, niezbyt co prawda zaawansowanego, mastodontyzmu, bo to ponoć
książka dla młodego czytelnika. I rzeczywiście, młoda duszyczka może poczuć się urzeczona snutą przez narratora, małego Hansa Thomasa, historią. Misternie skonstruowana fabuła, która odkrywa przed czytelnikiem kolejne zagadki, wyjaśniając przy okazji jak ważne jest zastanowienie się nad naszym "tu i teraz", może być zaskakująca. I pewnie byłaby, gdybym miał, circa, 15 lat mniej.
Podsumowując. Książka dobra, ale wyraźnie kolidująca z wiekiem. Odkrywanie przed dorosłym czytelnikiem tajemnic oczywistych, jak choćby zalet indywidualności tytułowego Dżokera, mija się raczej z celem. Ale nie taki pewnie, przyświecał tej książce.

piątek, 19 września 2008

"Bardzo długie zaręczyny" Sebastian Japrisot


No i wyszło szydło z worka. Okazałem się sentymentalnym trzydziestolatkiem, który dał się złapać na lep historii miłosnej, "podrasowanej" prostą, kryminalną zagadką. Wyobraźcie sobie Bazyla, czytającego z zapartym tchem książkę, którą tylko cienka czerwona linia dzieli od półki z napisem Harlequin. Choć romansiory lubię. Ale po kolei ...
Jest rok 1919. Dosłownie przed chwilą skończyła się Wielka Wojna, a wraz z nią skończył się pewien rozdział w życiu młodziutkiej Mathilde Donnay. Jej narzeczony - Manech, poległ bowiem, co zostaje potwierdzone przez władze, w okopach nad Sommą. Pewnego pięknego dnia nasza piękna (acz, żeby było łzawiej, niepełnosprawna) bohaterka, odzyskuje nadzieję. Być może śmierć lubego to tylko pomyłka, być może przetrwał wojnę. Sprawcą zamieszania jest
list od umierającego Daniela Esperanzy, sierżanta, który jako jeden z ostatnich widział Manecha żywego. Ba, który, jak się okazuje, odprowadzał go, jako skazanego wyrokiem trybunału wojennego, na miejsce kaźni. Ciąg dalszy zaś, to prywatne śledztwo, które doprowadzi do grand finale. Czy do tego oczywistego ...? Żeby się dowiedzieć, będziecie musieli przeczytać ;)
Sam nie wiem, co mnie do tej książki tak ciągnęło. Niby od początku wiadomo jak się skończy, ale, czy na pewno... Niby zwykłe love story, ale jednak
niezwykłe ... Niby w tle pacyfistyczne przesłanie, ale nie aż tak nachalne, żeby zniechęcić do lektury. Jedyne "ale", które mi się nasuwa, to zbyt duża liczba osób, które pomagały Mathilde w dojściu do prawdy. W pewnym momencie troszkę się pogubiłem kto jest czyją żoną, stryjem czy kochankiem. Nie jest to jednak wina książki, a tylko i jedynie, mojej dziurawej pamięci i niechęci do francuskich nazwisk ;)
Podsumowując. Do tej pory nie wiem, jaki był powód mojego zauroczenia "Bardzo długimi zaręczynami". Faktem jest, że podobały mi się na tyle, że sięgnąwszy po książkę przypadkiem ("przeczytam kawałeczek"), musiałem przerwać lekturę "Czwartej ręki" Irvinga (która i tak mi się nie podobała), żeby ją dokończyć. Co też, nie bez przyjemności, uczyniłem :D Polecam.

"Dubler" Elia Kazan


Do chwili sięgnięcia po "Dublera" nie wiedziałem, że Elia Kazan jest również prozaikiem. Zawsze myślałem, że człowiek reżyserował, a tu proszę niespodzianka i to całkiem miła, bo książka jest warta przeczytania.
"Dubler" to historia przyjaźni dwóch mężczyzn. Przyjaźni niezwykłej, tak jak niezwykły jest wykonywany przez nich zawód - aktor.

Rzecz dzieje się na Brodwayu. Do gwiazdy tamtejszych scen, Sidneya Castlemana, przychodzi, rekomendowany przez swą nieżyjącą już matkę, która była kochanką gwiazdora, narrator. Wkótce, choleryczny i autorytarny Sid, staje się dla naszego bohatera mistrzem, któremu ten, chcąc nie chcąc, zawdzięcza swą wysoką pozycję w świecie artystów teatralnych. Niestety nic
nie trwa wiecznie. Również kariera i sława Sidneya. Dlatego też role odwracają się i rozpoczyna się okres "uwiązania" starzejącego się Sida do stojącego w świetle rampy narratora powieści.
Kazan
wspaniale oddał atmosferę ciągłej aktorskiej rywalizacji i ujął w swej książce specyfikę stosunków panujących w nowojorskich teatrach. Nie to jednak stanowi o sile tej książki. Większość z nas ma w swoim życiu własnego Sid'a, którym prędzej czy później będzie musiała się zająć. "Dubler" pozwoli odpowiedzieć sobie na pytania: "Czy jest jakaś granica wdzięczności, dla ludzi, którzy uczynili nas tym kim jesteśmy?" i "Czy warto uciekać od odpowiedzialności za kogoś tylko dlatego, że takie rozwiązanie jest wygodne?". A są to naprawdę ważne pytania.

"Chłopaki Anansiego" Neil Gaiman


Nie wiem czemu, ale lubię książki, w których nieudacznikom się udaje. Może dlatego, że sam po trosze jestem takim życiowym fajtłapą. Ze śladową asertywnością i wychowaniem zupełnie nieprzystającym do czasów, w których przyszło mi żyć.
Lubię też książki Gaimana, w których wyprawy ze znanego mi świata do świata podziemi, mitów, legend, bogów etc., odbywają się z
niezauważalną gołym okiem płynnością, kuglarską zręcznością i niebezpieczną dla zmysłów szybkością. Ale do rzeczy...
Pomysł na "Chłopaków ..." był prosty. Przeciętnego, głównego bohatera - Grubego Charliego, postawić w niecodziennej sytuacji. Ba, przenicować cały
jego, dotychczas znany świat. Rzucić na głęboką wodę. W szczegółach? Ot, choćby powiedzieć mu, że jego ojciec jest znanym w zaświatach bogiem, a on sam ma brata, który jest jego chodzącym przeciwieństwem i ma wszystko to, czego Charlsowi brakuje. Co mogło z tego wyniknąć?
Świetna, fantastyczna historia, o przemianie zahukanego chłopaczyny w pewnego siebie mężczyznę. Historia, która wciąga i wyzwala szeroki wachlarz emocji. Od bezsilnej złości na chamstwo Spidera (brat Charliego), po radość z powodu pokonania przez naszego bohatera kolejnej kłody, jaką Los albo zawistni koledzy ojca, rzucili mu pod nogi. Fajowe, jak powiedziałbym w podstawówce (czemu wtedy nie było Gaimana :( ).
Polecam.

czwartek, 18 września 2008

"Inspektorze, na pomoc!" Rumer Godden


Co jakiś czas odbywają się plebiscyty na najbardziej nietrafione tłumaczenie tytułu książki czy filmu. Mam kandydata. Oryginalne "The greengage summer" przetłumaczono jak w temacie ;) Nie wróżyło to dobrze tłumaczeniu, które rzeczywiście poprawne do końca nie było, nie na tyle jednak, by zepsuć przyjemność czytania.
Książka opowiada historię grupki angielskich dzieciaków, które wraz z matką
przyjeżdżają na wakacje do Francji. Niestety kiedy docierają na miejsce, matka ląduje w szpitalu. Przychówek zaś zaczyna żyć własnym życiem w hotelu "Les Oeillets".
Narratorką jest 13-letnia Cecil i to z jej relacji
dowiadujemy się o tym co się wydarzyło. A dzieje się dużo. Purytańskie, brytyjskie wychowanie dzieci zderzone z "rozwiązłą" Francją, daje ciekawe efekty. To tu jest miejsce na pierwszą miłość, pierwszego papierosa czy kieliszek szampana. Tu dzieciństwo styka się ze światem dorosłych i obnaża nagą prawdę o nich. Tu w końcu ma miejsce zbrodnia.
Nie wiem co właściwie urzekło mnie w tej książeczce. Może bajkowe opisy
okolicy, może ostrość niektórych obserwacji, może to, że przypomniały mi się własne, może nie tak ekscytujące, ale jednak ciekawe, wakacje. W każdym bądź razie "Inspektorze ..." podobało mi się i polecam ją wszystkim, którzy narzekają na brak pieniędzy na nowości. Stare też jest dobre.

wtorek, 16 września 2008

Mam chusteczkę ...

Jak widać na załączonym powyżej zdjęciu, Bazyle się ochustowały. Szymek swoje już waży, a u rodziców rączki coraz słabsze. Adaptacja jak widać przebiegła pomyślnie, szkoda tylko, że w obliczu pogody coraz rzadziej będzie można korzystać z chusty na zewnątrz. Ale jak przejdzie jesienne nie wiadomo co, to na zimowe wyprawy będzie jak znalazł :D

poniedziałek, 15 września 2008

"Władca much" William Golding


Prosty w formie "Władca much", okazał się być w rezultacie nie tak znów łatwą do przetrawienia pozycją. Ot, grupa dzieciaków, po tym jak nad bezludną wyspą rozbija się transportujący je samolot, bawi sie w rozbitków. To pierwsze, jakże mylne wrażenie, z każdą przeczytaną stroną zostaje wypierane. Przez niepewność. Przez niedowierzanie. W końcu przerażenie. Człowiek zadaje sobie pytanie: czy ja też taki jestem? Z jednej strony uspołeczniony, wtłoczony w ramki zorganizowanego współżycia z innymi, z drugiej atakowany przez atawistyczne odruchy i ciągotki, którym trzeba tylko odpowiedniej okazji, by wziąć górę nad naszym ucywilizowaniem? Przez pewien czas pomaga uspokajanie się przekonaniem, że przecież to tylko dzieci, a ja... dorosły... to bym... No właśnie. Co bym?
Książka jest wielopłaszczyznowa i można ją "wałkować" i odczytywać na wiele rozmaitych sposobów. Jako ukazanie błędów "konchowej" (czy tylko?) demokracji. Jako ostrzeżenie przed światowym kataklizmem na miarę dwóch poprzedzających jej napisanie wojen światowych. Przed totalitaryzmem, który karmi się prawem silniejszego i gra na najniższych instynktach. Ot, parę przykładów.
Ja czytałem ją z pozycji wciąż jeszcze "świeżego" tatusia. Odczytywałem wprost. I bałem się: siły dziecięcej nienawiści i podłości, przegranej zdrowego rozsądku nad własnym widzimisię i konsekwencji pozostawienia dzieci bez nadzoru. Zastanowiłem się jak cienka jest skorupka zwana wychowaniem i jak niewiele potrzeba, by stoczył ją i zniszczył kwas pt. "brak dorosłych". I co spowodowało, że jeden opiera się swym instynktom, a drugi, także pozostawiony samopas, daje im upust?
Podsumowując - książka, która przed czytelnikiem stawia wiele różnorakich pytań. Na niektóre z nich znajdziemy odpowiedzi w trakcie lektury, na inne musimy odpowiedzieć sobie sami. Naprawdę warto po "Władcę much" sięgnąć.

"Zabić drozda" Harper Lee


"(...) Myślę, że jest tylko jeden rodzaj ludzi. Ludzie."

Prozę Harper Lee, nazwałbym zaangażowaną. Jednak w przeciwieństwie do innych książek traktujących o rasizmie i nietolerancji, ta jest o tyle niezwykła, że osobą prowadzącą narrację i jednocześnie "zaangażowaną", jest kilkuletnia dziewczynka, Smyk. To jest to co zrobiło na mnie największe wrażenie. Jak gdyby autorka chciała powiedzieć: "Widzicie. Nawet dziecko dochodzi do pewnych oczywistych wniosków, a Wy stare byki nie. Jesteście ślepi".
Smyk wraz z bratem mieszkają w małym miasteczku, w stanie Alabama. Są lata 30-te XX wieku. Ojciec obojga, adwokat Atticus Finch, podejmuje się obrony Tima Robinsona - czarnoskórego, który rzekomo zgwałcił białą kobietę. Wywołuje to rozłam wśród mieszkańców Maycomb (część potępia, część cichutko pochwala mecenasa) i stawia dzieci w obliczu zupełnie nowej dla nich
sytuacji.
Świat dziecięcych przemyśleń na ważne tematy i opisanie procesu poznawania są wielkim atutem książki. Nieskażony umysł dziecka potrafi bowiem spojrzeć na pewne sprawy inaczej, niż wiecznie czujny, by nie popełnić nietaktu, dorosły. Ta książka pozwoliła mi zrozumieć dlaczego dzieci potrafią być okrutne. Po prostu są szczere, a my w miarę upływu lat chowamy się za
kolejnymi parawanami sztucznej uprzejmości i podejmujemy decyzje "bo tak wypada", podobnie jak 12-tu "zacnych" przysięgłych w sprawie Tima Robinsona.
Polubiłem Smyka i jej sposób myślenia. Zaimponował mi Atticus stałością swych przekonań. Książka wywołała we mnie sporo emocji, od śmiechu przy "balsamowaniu wiekuistym" po bezsilną złość.
Polecam.

niedziela, 14 września 2008

"Z głowy" Janusz Głowacki


Gdyby ktoś zapytał mnie o Janusza Głowackiego przed lekturą "Z głowy", to jedyne, co mógłbym, na podstawie teleturniejowego skojarzenia o nim powiedzieć, to - współscenarzysta kultowego "Rejsu". I tyle. Jednak lektura wspomnianej wyżej książki, obraz ten zmieniła. "Głowa" przestał się jawić jako nieznajomy, a stał się spotkanym w barze kumplem, który opowiedział pieprzną, złośliwą, nieoszczędzającą nikogo wokół (w tym samego siebie), historię. Historię części swojego, nader burzliwego, żywota.
Z głowy Głowy wylewa się opowieść o przed-, po- i wreszcie emigracyjnych
losach autora. Miesza się pobyt w Nowym Jorku ze wspomnieniami z wczesnego dzieciństwa, Londyn z Warszawą, a ta z kolei z Hongkongiem. I podobnie jak znajomy parkingowy, który panu Januszowi wyłuszczył, że: "Pan nawet nie wie, jak ja pana szanuję. Przepraszam, że w tej chwili oddaję mocz"*, tak i pan Janusz szanuje tych, których opisuje, ale równocześnie sika na niektóre świętości i to nie tylko narodowe, sikiem tzw. prostym.
Czarny humor, ironia, mnóstwo dykteryjek o tzw. "środowisku", gorzkie obserwacje życia w kraju i za granicą, równe traktowanie wszystkich
i wszystkiego. Zarówno VIP-ów jak i znajomych kurew ze stolicznych ulic. Pełen luz. Jednak gdzieś tam jest melancholia, tęsknota za krajem, troszkę cwaniactwa etc. Wszystko to tworzy urokliwą, choć czasem trudną do zniesienia opowieść człowieka, który z niejednego pieca jadł i z niejednej półlitrówki pił.
Polecam gorąco, bo dawno już nie było książki, dla której poświęcałbym każdą wolną chwilę. Polecam, bo przyjemnie przeczytać, że do SPATiF-u przychodzili "reżyserzy i prości alkoholicy" Polecam, bo ... Ehh przeczytajcie to dowiecie się dlaczego tak polecam ;)

*["Z głowy" Janusz Głowacki, "Świat Książki", W-wa 2004]

"Kryształowa granica" Carlos Fuentes


"Kryształowa granica" to głos Carlosa Fuentesa w sprawie sytuacji na granicy między USA i Meksykiem. Centralną postacią jego "powieści w dziewięciu opowiadaniach" jest Leonardo Barroso, meksykański oligarcha, a bohaterami kolejnych "rozdziałów" ludzie pozostający w orbicie jego wpływów.
Korowód zróżnicowanych postaci pozwala nam spojrzeć na problem "kryształowej" granicy nie tylko oczami uprzywilejowanej mniejszości bogatych mieszkańców Meksyku, ale również od strony tych, dla których pokonanie mostu na Rio Grande (bądź przebycie jej wpław) i zdobycie pracy u amerykańskich
gringos jest sprawą życia lub śmierci ich oraz ich rodzin pozostawionych w ojczyźnie. Fuentes serwuje gorzką pigułkę nie szczędząc, ani swoich ziomków, którzy na pocie i krwi rodaków oraz dzięki nielegalnym interesom z Amerykanami budują swoje finansowe i polityczne fortuny, ani Amerykanów, którzy pomiatają nadciągającą z południa falą taniej siły roboczej.
Książka niezbyt może bliska tematyką polskiemu czytelnikowi, nabiera jednak innego wymiaru w obliczu rosyjskiego zarobkowania w Polsce oraz polskiego na Zachodzie. Podczas lektury naszła mnie niezbyt optymistyczna myśl: "Czy my przypadkiem nie jesteśmy "
meksami" zjednoczonej Europy?". I czy nie stawiam się na równi z bohaterką opowiadania "Przyjaciółki" myśląc pogardliwie o pracujących w kraju Rosjanach - Rusek?

czwartek, 11 września 2008

"Niespodzianki" Roald Dahl


Na dobry początek powiem, jak do "Niespodzianek" dotarłem.
Otóż w jednej z paczek, z książkami z Zyska, wśród miliona przysłanych zakładek, była taka z Roaldem Dahlem w roli głównej. Poczytałem - może być fajne. Następnie przeczytałem artykuł, o ile dobrze pamiętam, w "Przekroju" nt. tego, czy Dahla powinno się czytać dzieciom i znowu temat mnie zainteresował. W końcu podczas przypadkowej, wzrokowej przebieżki po półkach w bibliotece nazwisko rzuciło mi się w oczy i tak wypożyczyłem "Niespodzianki". Oto jak dochodzi się do ciekawych lektur.
Sama książka to zbiór 16 opowiadań, z których każde kończy się tytułową niespodzianką. Muszę przyznać, że Dahl potrafi zaskakiwać i mimo, iż niektóre finały dało się wcześniej przewidzieć, to jednak w dalszym ciągu fantazja autora robiła na mnie wrażenie. Opowieści są w większości
"dreszczykowate", ładnie i z polotem (Dahl, na ile to mogę określić, zna się na paru rzeczach, np.: winach, brydżu i ogrodnictwie, i umie o nich pisać) napisane. Świetna lektura do kibelka, bo opowiadania nie są zbyt długie i jedno wystarcza na jedno "posiedzenie".
Podsumowując, powiem tak: Dahl podobał mi się bardziej niż osławiony Topor, choć może nie powinienem porównywać ich pisarstwa. Polecam.


"Rynek w Smyrnie" Jacek Dehnel


"Lala" była świetna. "Lalę" się czytało, ba, pochłaniało. No, hicior to był. I dlatego w ślad za hiciorem pojawił się zbiór starszych tekstów (opowiadań) pana Jacka, pod zbiorczym tytułem: "Rynek w Smyrnie".
Nie zamierzam poddawać ocenie tego typu postępowania wydawcy. Nie zamierzam też rozwodzić się co lepsze, bo wiadomo, że "Lala", która postawiła poprzeczkę wysoko i poprzeczki tej tekstom z "Rynku ..." pokonać się nie udało. Skupię się na opowiadaniach.

Czytało mi się dobrze. Nawet bardzo. Piękna, bogata polszczyzna, okraszona czasem jakąś obczyzną. Ładne kompozycje i przemyślane finały. I choć czasem przewidywalne, to jednak... jak to nazwać... pasujące, mam wrażenie, do koncepcji autora.
Nie będę się rozpisywał o każdym z tekstów, z osobna. Dość powiedzieć, że są w zbiorze rzeczy lepsze (jak opowiadania spinające książkę), czy gorsze ("Sanctus..."). Nie można jednak przejść koło tego zbiorku obojętnie. Opisy są tak plastyczne, że ma się wrażenie przebywania w świecie przedstawionym, a autor ma tak niebywały zmysł obserwacji, że ma się czasem ochotę krzyknąć: "O,o właśnie!".
Podsumowując - cóż z tego, że "Lala" piękna, jak i temu zbiorkowi niczego nie brakuje. Proponuję jego przeczytanie gimnazjalistom i licealistom, w celu uzmysłowienia rzeczonym, że młody człowiek, posługujący się językiem ojczystym, ma do dyspozycji więcej słów niż tylko k**** i ch**.

środa, 10 września 2008

"Kuba Rozpruwacz. Portret zabójcy" Patricia Cornwell


Pani Patricia Cornwell podjęła się sztuki nie lada. Postanowiła rozpracować nierozwiązaną do dziś zagadkę, XIX-wiecznego zabójcy prostytutek, który przez kilka lat terroryzował londyński East End i znany był w swym kraju jako Jack the Ripper, a w kraju na Wisłą jako Kuba Rozpruwacz. Autorka "Portretu ..." przeprowadziła gruntowne dochodzenie "wspierając się osiągnięciami współczesnej nauki", a następnie spisała swe wnioski na kartach opisywanej powieści.
Niestety mimo, że pełen jestem podziwu dla zaangażowania pani Patricii w prowadzone badania, to ich rezultat, po przeczytaniu książki, traktuję bardzo sceptycznie, i nie podzielam
samozachwytu pani Cornwell.
Postawiona teza jest następująca: Kubą był, żyjący na przełomie
poprzednich dwóch wieków, wiktoriański malarz - Walter Richard Sickert. A reszta książki to, moim zdaniem, usilna próba przypasowania szczątków informacji oraz wolnych wniosków i domysłów autorki w taki sposób, by ową tezę udowodnić.
Oto moje zarzuty wobec "Portretu zabójcy":

  • Książka jest o wszystkim. Tzn. zamiast skupić się na udowadnianiu, że Sickert był słynnym zabójcą, Cornwell opisuje życie w XIX-wiecznym Londynie i to tak namiętnie, że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to jednak przypadkiem "Portret Londynu". Pisarka zasypuje poza tym czytelnika masą nieistotnych szczegółów, które nie wnoszą nic nowego do sprawy. Za takie uważam na przykład opis nowoczesnych technik kryminalnych i utyskiwanie, że nie dysponowano nimi w czasach Kuby.
  • Materiał dowodowy zebrany przez autorkę jest śladowy i opiera się głównie na analizie mrocznej twórczości malarza. Jak wiadomo, przy pomocy analizy obrazów można wiele udowodnić (vide "Ostatnia wieczerza" Vinciego w pewnym, cieszącym się wielkim powodzeniem, bestsellerze) i dlatego trudno ją uznać za głos "za".
  • Chęć udowodnienia swojej racji popycha autorkę również do takiej argumentacji: "(...) Choć nie mam żadnych dowodów na to, że Sickert grał na wyścigach konnych, nie znam też żadnych faktów, które zaprzeczały by takiej tezie. (...)", co sugeruje naginanie faktów do własnych potrzeb i jest, wg mnie, praktyką karygodną.
Długo by jeszcze wymieniać. Ogólnie rzecz ujmując uważam, że książka jest chaotyczna, przeładowana i pełna gdybań i pobożnych życzeń autorki, która pisze w zadufaniu, że inne teorie na temat morderstw w Whitechapel są "bezpodstawne". Uważam, że jej podstawy do nazywania Sickerta mordercą są równie nikłe, a zdania kończące podziękowania, "Został wreszcie schwytany. Zrobiliśmy to razem" są po prostu podkreśleniem puchnięcia z dumy.

"Wiek żelaza" John M. Coetzee


Jak na dzieło noblisty przystało "Wiek żelaza" jest książką dobrą, acz nie aż tak dobrą jak się spodziewałem. Nie jest to jednak wina autora, tylko tematyki, którą wziął był na pióro.
Powieść jest listem, który Elisabeth Curren, emerytowana nauczycielka kapsztadzkiego uniwersytetu, pisze do swej, mieszkającej w USA, córki.
Pisze, bo został na nią wydany wyrok śmierci (rak), pisze, bo rozpada się wszystko w niej i wokół niej (upada apartheid), a jedyną osobą, z którą czuje się w jakiś sposób związana jest właśnie, oddalone o tysiące kilometrów, dziecko.
Cóż z tego, że spragniona wysłuchania i odrobiny uczucia przygarnia pod swój dach lumpa. Lump u Coetzee'go jest tylko lumpem. Śmierdzi szczynami, pije i opieprza się, kombinując jak wydoić
starą wariatkę, która ględzi coś do niego w swoim niezrozumiałym języku. Nie jest to ukryty, wykształcony romantyk, któremu się nie powiodło. Nie. Coetzee nie bawi się w takie gierki. On wali prosto z mostu.
A co poza tym? Z jednej strony jest "Wiek ..." historią rozkładu jednostki. Rozkładu fizycznego i psychicznego osoby wykształconej, aktywnej, pani swego losu, w miarę kolejnych ataków nowotworu, stającej się wrakiem, inwalidką nie mogącą ruszyć się dalej niż z pokoju do pokoju i otępiałą od środków przeciwbólowych. Samo to jest przykre, ale Coetzee idzie za ciosem i przygważdża bohaterkę dojmującą samotnością i wyobcowaniem. Tym cięższymi, że dopadają w tak niesprzyjających okolicznościach. Mieszkająca w wielkim domu Elisabeth jest zmuszona obserwować nie tylko swój upadek, ale również upadek systemu, w którym została wychowana. Dogorywanie władzy Burów, zbiega się i przeplata z dogorywaniem Liz. To na co do tej pory były zamknięte jej oczy ujawnia się z pełną siłą.
Język tego listu, jako że jego autorką jest osoba wykształcona, co
więcej, profesor literatury klasycznej, jest dokładnie taki jak trzeba. Bez barokowych ozdobników, trafiający w sedno spraw, które są nim opisywane. Niemniej jednak autor używa symboli, które dla przeciętnego mieszkańca Europy są nieczytelne, chyba, że posiada on głębszą wiedzę na temat historii RPA.
Książka warta przeczytania, acz odrobinę egzotyczna w warstwie społecznej. Jeśli chodzi o psychologiczny obraz dogorywającej kobiety, to moim zdaniem Coetzee'mu wyszło bardzo dobrze. Nie czytać przy stanach
depresyjnych. Może wbić jeszcze głębiej.

wtorek, 9 września 2008

"Polactwo" Rafał A. Ziemkiewicz


Chciałem porównać pisanie pana Łysiaka z pisaniem pana Ziemkiewicza i tym sposobem do rąk moich trafiło "Polactwo" tego ostatniego. Od razu śpieszę donieść, że opinie RAZ-a są przedstawione w bardziej wyważonej formie, ale nie ma to absolutnie nic wspólnego z tzw. poprawnością polityczną. Po prostu pan Rafał nie przejawia tego, graniczącego czasem z fobią, zacietrzewienia, które znamy z prozy politycznej Łysiaka. O samouwielbieniu nie wspominając.
Autor "bawi, tumani, przestrasza", można by powiedzieć po przeczytaniu "Polactwa", ze szczególnym wskazaniem na to ostatnie. Pesymistyczna wizja społeczeństwa polskiego bez tożsamości narodowej, nieodpowiedzialnego, leniwego i klnącego w czambuł tych "onych", czyli polityków i tych, którzy mają lepiej. Społeczeństwa nie potrafiącego dokonywać odpowiedzialnych wyborów, rozpieszconego przez rozdęty "socjal" i spaczonego prawie półwieczem komuzimu. Społeczeństwa, które nie widzi belki w oku swoim, a za wszystkie swe niepowodzenia wini "innych", "obcych" (i to bynajmniej nie tych z filmu Scotta). Długo by jeszcze tak wymieniać, co zresztą robi autor opisywanej pozycji.
Przyznam szczerze, że do pewnego momentu, mimo, że ma ona postać dość chaotycznie spisywanych przemyśleń, książkę czyta się dobrze, a to pewnie za sprawą mego wrodzonego "polactwa", które lubi ponarzekać i posłuchać jak narzekają inni. Później to ciągłe narzekanie nudzi, a kiedy autor wjeżdża na działkę z szyldem "Michnik", ma się ochotę lekturę zakończyć. Gdyby autor ograniczył się do opisu tytułowego zjawiska, byłbym mu po prostu wdzięczny. Tymczasem dociągnięta do tematu "politykiada" zepsuła efekt i sprawiła, że sprawa "polactwa" jakby się rozmyła w tych Gierkach, Jaruzelach, Adasiach i Bóg wie czym jeszcze.
Niemniej jednak jest to książka warta uwagi i wielce prawdziwa, jeśli o tytułowy temat chodzi. Sam widziałem młodego człowieka, który przyszedł z prośbą o pomoc, bo nie ma za co utrzymać rodziny i kazał s...ć, kiedy zaproponowano mu pracę interwencyjne za ~800 PLN, bo on zasiłku z "opieki" weźmie 400 (i oczywiście dorobi na czarno). A przykłady takie można by mnożyć.
Polecam, żeby skonfrontować czarnowidztwo pana Ziemkiewicza z własnym otoczeniem. Czy naprawdę jest już tak źle z, mam nadzieję, wciąż jeszcze Polakami?

poniedziałek, 8 września 2008

"Smażone, zielone pomidory" Fannie Flagg


Książka Fannie Flagg, w wycinkach prasowych umieszczonych na okładce, jest określana jako "niezwykle zabawna", "pełna humoru", co sugerowałoby, iż jest to powieść przy której będziemy zarykiwać się wręcz ze śmiechu. Prawda jest jednak taka, że "Smażone ..." to utwór czerpiący pełnymi garściami z życia i podobnie jak w życiu jest w nim miejsce na śmiech, ale również (i to częściej) na płacz.
Książka ta ma dość ciekawą kompozycję. Z jednej strony jest to rodzaj wspomnień snutych przez mieszkankę domu spokojnej starości, Cleowę Threadgood, uzupełnionych przez retrospekcje z czasów jej młodości oraz wyjątki z prasy tamtego okresu. Z drugiej zaś opis życia przechodzącej menopauzę kobiety, która jest wierną słuchaczką staruszki. Przeszłość miesza się z teraźniejszością, a oba plany pięknie się zazębiają, tworząc synchroniczną całość.
Flagg jakby mimochodem, przy okazji snucia swojej gawędy, porusza ważkie
(może niekoniecznie dla polskiego czytelnika) problemy: rasizmu i segregacji rasowej, homoseksualizmu, ubóstwa, przemocy w rodzinie itd.
Nie wiem jak będzie z wami, ale ja utonąłem w świecie kawiarni Whistle Stop
i okolicach. Razem ze świetnie skreślonymi postaciami zaludniającymi karty powieści śmiałem się i ... no... pociły mi się oczy. Flagg nie umieściła cukierkowatych ludzików w cukierkowatym świecie. Jest krew, jest śmiech, jest zbrodnia, jest miłość, jest nienawiść, bohaterowie mają swe wady i zalety, jest... super.
Polecam szczerze. Teraz czekam, aż znajdę trochę czasu na obejrzenie filmu.

"Fragmenty" James F. David


"Pierwszorzędny thriller z naprawdę efektownym finałem" Science Fiction Chronicle

Drugo..., co ja mówię, czwarto..., a może i dalszorzędny i do tego nie żaden thriller, ale horror z bebechami i całym tym megakrwawym sztafażem. W dodatku oparty na absurdalnym pomyśle, który jak mniemam, w dobie wielkiego zainteresowania parapsychologią, miał być według autora chwytliwy.
W domu, w którym czterdzieści lat wcześniej doszło do strasznej zbrodni, pojawia się grupa naukowców oraz obiekt ich badań - fenomeny. Fenomeny to upośledzone dzieciaki, które podobnie jak filmowy Rainman, mają jakąś superzdolność: szybkie układanie puzzli, obliczanie odległych dat itp. Kierownik programu Wes, przy pomocy bliżej niesprecyzowanej aparatury komputerowej, chce wyodrębnić te zdolności i stworzyć z nich supermózg, który odpowie mu na pytanie: czy Bóg istnieje (sic!). Niestety w sprawę mieszają się socjopatyczny telekinetyk ;) oraz duch zgwałconej i martwej prawie od półwiecza kobiety. Aha, jest jeszcze wątek romansowy.
Jeśli
powyższe Was nie zniechęciło, pozwólcie, że dołożę łyżkę dziegciu. Na 400 stronach znajdziecie w zasadzie dwa pomysły eksploatowane przez autora w różnych kombinacjach i to nie najlepszym językiem. Od połowy czytałem tylko dla tego "efektownego finału", który jak się okazało wydedukowałem jakieś 70 stron wcześniej ;(
Co do języka. Być może to wina tłumaczenia, które jest mniej więcej na poziomie książki. Mój ulubiony
kwiatek, po którym miałem wrażenie, że czytam Pratchetta: "Zamachnęła się z furią, nóż prześlizgnął się po jego koszuli, odskoczył i upadł do wanny, drąc się na całe gardło." Tylko, że u TP byłby to pewnie miecz :D
Nie polecam. Trzymać się z daleka. Konieczne odtruwanie literaturą wyższych lotów.

piątek, 5 września 2008

"Być jak płynąca rzeka" Paulo Coelho


Podtytuł tej książki, "Myśli i impresje 1998 - 2005", w zasadzie wyjaśnia czego możemy się w środku spodziewać. Jest to swoiste, literackie lapidarium, które zawiera wszystko to, co nie zmieściło się w pozostałych książkach autora, a czym chciał sie on z nami podzielić (eseje z prasy światowej, scenki rodzajowe i szczypta mistycznych przypowieści). Kwestią otwartą pozostaje tylko... czy powinien?
Zacznę może od tego, że zawsze fascynował mnie sposób w jaki brazylijski pisarz uwiódł miliony czytelników na całym świecie. Uwiódł wpajając przekonanie, że odnalazł jedyny, pewny sposób na dobre i pełne życie, który to patent przekazuje źle żyjącym, wiecznie zaganianym, zapatrzonym w mamonę i stawiającym na "mieć" ludzikom w swoich książkach. Sukces "Alchemika" przynosi mu sławę i pieniądze. Wielcy tego świata deklarują zmianę spojrzenia na swoją ziemską egzystencję po zapoznaniu się z tekstami Coelho. On sam pisze w "Być ..." o pewnej księżniczce, która umieściła jego nazwisko na sukni udekorowanej nazwiskami ludzi, którzy zmienili jej życie. Itd. etc.
Czym było "Być ..." dla mnie? Hmm, łatwiej chyba powiedzieć czym nie było.
Na pewno nie była to lektura, która zmieniła mój styl życia i spojrzenie na nie. Coelho zapomina, wydaje mi się, że niektórzy nie dysponują zasobnym kontem, wiatrakiem w Pirenejach i nieograniczoną ilością wolnego czasu na rozmyślania o pięknie tego świata i sensie życia. Nie wzdychają nad każdym wschodem słońca, bo zajmują się życiem. Tym przyziemnym jego aspektem, o którym pisarz już wydaje się zapomniał.
Nie była też lektura "Być ..." przyjemnością, bo ileż można słuchać o korzyściach płynących z kyu-jitsu, medytacji zen i innych wynalazków Wschodu. Ileż można czytać mądrości, które autor wyciąga jak króliki z kapelusza, z Mahabharaty, Koranu i innych mądrych ksiąg. Znudzenie czułem, mimo że impresje Coelho dawkowałem sobie metodą "kibelkową"*.
Z lektury zostało mi jedynie niejasne wrażenie, że słucham człowieka, który nie ma nic ciekawego do powiedzenia, ale pakuje to nic w, modne ostatnio, złotko ekumenistyczno-jogistyczno-kabalistycznego mistycyzmu :D

Podsumowując - łatwo przyszło, łatwo poszło. Książkę dostałem jako prezent i jako prezent powędruje do publicznej biblioteki. Nie wiem jednak, czy to dobry pomysł, bo co jeśli Paulo Coelho odmieni czyjeś życie i w okolicy zaroi się od
łuczników mieszkających w wiatrakach ;)

PS. Zadziwiające, że Coelho tak mało (jeśli w ogóle) uwagi poświęca
tematowi, która przyćmiewa wszystkie wschody i zachody słońca - dzieciom. Czy on w ogóle w pogoni za tajemnicą bytu dorobił się jakiegoś potomstwa?
PS2. Moją opinię o książce zgrabnie podsumowuje tytuł recenzji Anny Dziewit z "Lampy" - "Nad zbiorem wielu pierdół usiadłam i płakałam" :D

* Jedno "posiedzenie" = jeden esej.

czwartek, 4 września 2008

"Załatwiaczka" Milena Wójtowicz


Niestety, nie udało mi się tej książki skończyć.
Ciągłe i wciąż powtarzanie różnych, raz już przyswojonych przez czytelnika, faktów. Ja rozumiem, że to zbiór opowiadań, ale wydany w formie książkowej. Można go było chyba przeredagować tak, żebym na hasło "komando półtrolli", "najlepsze ubezpieczenie", czy "czarodziej i jego ego", pojawiające się co i rusz, nie reagował zgrzytaniem zębów.
Po drugie, ryzyko uczynienia główną bohaterką wszystkomogącej kobietki, zemściło się. Bo cóż z tego, że może początki ciekawe, jak koniec za każdym razem przewidywalny i taki sam. Żadnych przyśpieszających tętno przeszkód, bo z góry wiadomo, że dwie tabletki i trzy telefony i nawet słonia w szkocką kratę można zawiesić na Kościele Mariackim.

Żeby nie było, że tylko psioczę, to mi się w trakcie lektury przypomniał dowcip, o załatwianiu właśnie, niestety częściowo w lengłydżu:
Grupa rosyjskich turystów przyjeżdża do Anglii. Przed wyjazdem na zwiedzanie
miasta przewodnik ich uprzedza:
- Bądźcie ostrożni, nie oddalajcie się od
grupy. Tutaj wszędzie czają się sutenerzy. A jeśli się zgubicie, szukajcie rosyjskiego konsulatu.
Jeden turysta jednak się zgubił. Podchodzi do niego jakiś mężczyzna:

- Do you want a white woman?
- No, no! - krzyczy Rosjanin.
- Do you want a black woman?
- No!
- Do you want a man?!
- NO!!! I WANT RUSSIAN CONSUL!
- Possible, but very expensive...

"Sahara" Cizia Zykë


"Saharę" Zykë czytałem jeszcze w szkole podstawowej i pozostało mi po tej, odległej w czasie lekturze, wrażenie - "podobało mi się". Postanowiłem powtórzyć, zobaczyć czy dziś też będzie się tak podobać i... przeczytałem ją w dwa dni. Powtórna lektura wyjaśniła mi czym zafascynował się nastolatek jakim byłem i co nie podoba się dorosłemu (przynajmniej teoretycznie i metrykalnie) czytelnikowi jakim jestem.
"Sahara" to bezkompromisowa, cyniczna i wulgarna opowieść snuta przez narratora - człowieka zajmującego się przemytem aut, części zamiennych i
całej masy innego "stuffu" na trasie Europa - "czarna" Afryka. Pełna opisów seksu, narkotyków, przekleństw i "męskiego" (w najgorszym tego słowa znaczeniu) spojrzenia na świat - była niewątpliwie pociągająca dla 14-latka. A dla mnie - teraz?
Cały ten "hłaskowski", acz o wiele mniej udany, sposób pisania, nie zrobił już na mnie wrażenia. Nie mogłem się przekonać do głównego bohatera, który jest skończonym draniem o gołębim, jak się okazuje, sercu. Czy to się w ogóle da pogodzić? :) Podobał mi się za to przebijający gdzieniegdzie, choć moim zdaniem za mało wyraźnie, obraz Afryki epoki Bokassy i innych dyktatorów. Afryki głodnej, biednej z jednej strony i bogatej, utuczonej na niedoli innych, z drugiej. Główny bohater dokonuje podczas przejazdów przez Czarny Ląd interesujących spostrzeżeń i podaje je w formie "nieowijanejwbawełnę".
No dobrze, powiem wprost, chciałem udać, że teraz książka nie zrobiła na mnie wrażenia i jest be, ale tak naprawdę ponowne spotkanie z Charliem i jego "przygodą" było super i nie mogłem się od "Sahary" oderwać :D

"Foe" John M. Coetzee


Na bezludnej wyspie ląduje Susan Barton, kobieta wyrzucona przez zbuntowaną załogę z powracającego do Anglii żaglowca. Na wyspie spotyka rozbitka - pana Kruzo oraz jego niemego kompana, czarnoskórego Piętaszka. Znacie? Znamy.
Punktem wyjścia powieści jest historia znana z "Przypadków Robinsona Kruzoe", a tytułowy Foe to nikt inny, jak autor tejże książki. Trawestując "Robinsona ..." (dodając postać kobiecą - narratorkę, przerzucając część uwagi czytelnika na autora), bombarduje Coetzee mnóstwem pytań o istotę narracji. I o tym w zasadzie jest ta, pełna symboli i zabawy z czytającym, książka.
Coetzee w ładny sposób pokazuję różnicę między relacją, a literacką fikcją. Pokazuje też jak bardzo kusi piszącego ubarwianie, rozciąganie,
konfabulowanie i wszystkie inne zabiegi podnoszące atrakcyjność dzieła. Przedstawia proces twórczy, w którym jedno pytanie rodzi sto następnych, a autor stoi przed wyborem - co wybrać? Który wątek "pociągnąć", a któremu dać umrzeć. A może, podobnie jak niemy sługa Kruzo, zamilknąć? Może zamknąć się w sobie, pozostać na "bezludnej wyspie", bo jej opuszczenie i zderzenie naszej historii ze światem zewnętrznym skończyć się może autorską "śmiercią".
Ciekawa książka, która w nowym świetle ukazała mi pisarskie rzemiosło.
Pokazała co pisarz może, co powinien, a czego nie. I jak trudno to, co najłatwiej w świecie przychodzi opowiedzieć, ująć w karby słów. Polecam.

środa, 3 września 2008

"Rzeka tajemnic" Dennis Lehane


To moja pierwsza, ale z pewnością nie ostatnia książka Dennisa Lehane'a. Co dziwne sam nie mogę sobie wytłumaczyć dlaczego zrobiła na mnie tak duże wrażenie. W końcu była kolejną "sensacyjką", która załapała się do mojego wakacyjnego maratonu książek lekkich i przyjemnych.
"Rzekę ..." rozpoczyna opowieść o dziecięcej przyjaźni trzech chłopców. Przyjaźni, która zostaje poddana próbie, kiedy jeden z nich zostaje porwany i wykorzystany seksualnie. Ten epizod z dzieciństwa rzutuje na dorosłe życie Sean'a, Jimmy'ego i Dave'a. Tymczasem po kilkunastu latach paczka, która
rozleciała się po tym strasznym wydarzeniu, na skutek zbiegu dość nieprzyjemnych okoliczności, mianowicie morderstwa córki Jimmy'ego, znów zaczyna się spotykać. Co więcej jeden jest gliniarzem, drugi ojcem zamordowanej, a trzeci głównym podejrzanym.
Sposób pisania powodował, że mogłem sobie ze szczegółami wyobrazić prowincjonalne amerykańskie miasteczko i postaci, które je zaludniają. Ameryka widziana przez Lehana to nie wieczna kraina szczęśliwości,
zaludniona przez idealnych ludzi. To normalny kraj, miejscami brudny i zaniedbany, a jego mieszkańcy zmagają się ze zwykłymi problemami: bezrobociem, przestępczością.
Jeśli chodzi o samą akcję to pieprzu dodaje skomplikowana intryga wytwarzająca zadziwiające relacje między bohaterami. Lehane potrafi zaskoczyć przeciwnika i chwała mu za to. Polecam.
ps. Autor pisał tak sugestywnie, że nawet obejrzenie ekranizacji "Rzeki ..." nie wygnało z mojej wyobraźni "mojego" Jimmiego Marcusa i nie zastąpiło go Seanem Penn'em :), a to już o czymś świadczy.

"Pierwszy łyk piwa ..." Philippe Delerm


"... i inne drobne przyjemności" Phillippe'a Delerna to, jak głosi okładkowy slogan, "Biblia miłośników życia". Głosi to sporymi czerwonymi literkami i w końcu, Bogu ducha winny człowiek, zabiera się do czytania. No bo jak to tak, nie wiedzieć, czy się jest czy też nie owym "miłośnikiem życia".
No dobra, przyznaję, że z duszą na ramieniu rozpoczynałem lekturę. A nuż się okaże, że mnie nie rusza, i co? Ale w miarę lektury było coraz lepiej... a właściwie gorzej. Wysmażył bowiem Delerm kilkanaście miniaturek o tym jak piękne w życiu są różne drobne sprawy. Takie tam: jedzenie krułasanta o poranku, granie w kule (tak typowe dla polskiej prowincji), czy przejście ruchomym chodnikiem na Montparnasie (polski odpowiednik to chyba ruchome schody w Tesco) :D itd. itp.
Tylko po co? Ja doceniam każdą chwilę
mojej egzystencji i umiem się cieszyć drobinkami. Do końca życia będę pamiętał pierwszy uśmiech syna, czy pierwszą książkę, którą samodzielnie pod okiem babci przeczytałem. A książkę Delerna uważam za doskonale wpisującą się w nurt "coelowszczyzny". To książka dla zaganianego pracoholika, żeby mógł przeczytać co w życiu piękne i pogadać o tym na bizneslanczu. Dla takiego szaraczka jak ja bezużyteczna. Ja wolę chłonąć, niż czytać o tym jak to robić ;)
ps. Swoją drogą to dziwne, że Francuz napisał "Pierwszy łyk piwa..." ??? :D

"Sługa boży" Erskine Caldwell


Jak świat długi i szeroki, zawsze byli, są i będą ludzie, którzy mają dar do "kantowania" i tacy, którzy dają się "okantować". Ciągle słyszy się o fałszywych pracownikach gazowni, poczty etc. i staruszkach, studentach etc., którzy zostali przez tych pierwszych zrobieni w przysłowiowe bambuko. Co prawda każdy z nas jest pewny, że jego czujność nie pozwoli na taką sytuację, a oszusta wyczujemy na milę, ale z własnego doświadczenia wiem, że jak przyjdzie co do czego to... mądry Bazyl po szkodzie.
To właśnie powyższe powody zdecydowały o tym, że "Sługa boży", mimo swoistej oprawy (miejscem akcji jest mała wiocha na amerykańskim Południu lat 30) jest ponadczasowy i, co tu dużo mówić, podobał mi się. Caldwell w ironiczny sposób pokazuje świat "rednecków", na który składają się dżinsowe ogrodniczki i słomkowy kapelusz, rozlatujący się domek z werandą i bujanym fotelem, małoletnia żonka i bimber z kukurydzy oraz właściciel tego wszystkiego - człowiek z jednym zwojem mózgowym, a może i to
za dużo powiedziane.
W ten "nostalgiczny" krajobraz wdziera się tytułowy "sługa boży", wędrowny kaznodzieja, który z głoszonymi przez siebie prawdami ma tyle wspólnego, co... Bezczelny i wygadany, omotuje chłopków - roztropków "dojąc" ich ze wszystkiego co posiadają, urządza pokaz ekstatycznego "wyganiania diabła" i odjeżdża w siną dal.

Jeśli lubicie klimaty podobne do tych z "Bracie, gdzie jesteś?" i pamiętacie z filmów, czy książek, hochsztaplerów, którzy w czasach Dzikiego Zachodu handlowali cudownymi lekami "na wszystko", to ta książka ma taki właśnie klimat. A jak już się pośmiejecie z głupoty Claya Horey'a, to uważajcie kogo wpuszacie do domu. Może się bowiem zdarzyć, że współczesne wcielenie Semona Dye, podając się za członka zakonu żebraczego zwędzi Wam z cukiernicy półroczne oszczędności.

wtorek, 2 września 2008

"Humor w genach" Hanna Zborowska


Ech, te marketingowe czasy... Sięgając po książkę pani Hanny Kobuszewskiej primo voto Zborowskiej, musiałem prosto z okładkowego "blurba" zostać zaatakowany Nazwiskami. Brata Jana i syna Wiktora. I, o ile ten pierwszy jakąś tam rolę w książce odgrywa (czasem istotną), o tyle przywoływanie drugiego, to już wyłącznie "chłyt marketingowy". A po co to, pytam, skoro pozycja broni się sama i "podpieranie" koligacjami jest jej zupełnie niepotrzebne.
Ale do
rzeczy... "Humor w genach" pokutował najpierw jako rodzinna księga wspomnień, ponieważ jednak kilka wyjątków, które ukazało się w prasie, spodobało się czytelnikom, wydano całość. I dobrze się stało, bo to dobra książka. Autoironia autorki, duża doza humoru na poziomie, trzeźwe spojrzenie na międzywojenną i wojenną obyczajowość i brak popadania w górnolotność, powodują, że "Humor ..." się po prostu czyta. Miło jest zobaczyć, że ta stateczna kobieta, która patrzy na nas z okładki, ma diabła za skórą, w tym konkretnym przypadku - Anielę, alter ego, od szczenięcych lat podszeptujące najgorsze możliwe wybryki. Miło jest poczytać, jak ciepło autorka pisze o tych, którzy są jej bliscy i o tych, którzy, tak jak matematyk, zatruwali jej młode życie.
Miło jest poczytać... Po prostu miło :D

"Niania w Nowym Jorku" Emma McLaughlin & Nicola Kraus

"Niania w Nowym Jorku" została napisana przez dwie kobiety, które na potrzeby książki czerpały z własnych doświadczeń. Zanim zaczęły ją pisać, były właśnie nianiami.
Książka przedstawia obraz życia nowojorskiej socjety, a właściwie "kuchnię" tego życia, jakże różną od sielskich obrazków z łamów kroniki towarzyskiej. Po części ostra, po części ironiczna, ale tak naprawdę strasznie gorzka relacja z dość krótkiego okresu, podczas którego główna bohaterka, pracowała jako niania w tzw. "bogatym" domu, skupia się na jednej osobie - dziecku. Dziecku traktowanym jak zabawka, jak kolejna rzecz, którą trzeba i wypada mieć. Tak jak szpilki Prady, czy sukienkę Versace. Dziecku, któremu zamiast morza uczuć, kupuje się drogie zabawki, a do pilnowania najmuje się nianię - zastępczą matkę, również traktowaną jak rzecz.
Lektura ta troszkę mną "trząchnęła". Nowego znaczenia nabrał dla mnie zwrot: "mieć dziecko". Przeraził zanik uczuć bohaterów i to nie tylko tych rodzicielskich. Naprawdę warto przeczytać, bo tej książki nie da się zamknąć w kilku zdaniach. I tak na wszelki wypadek... gdybyście kiedyś dorobili się wielkiej forsy - poradnik "Jak nie należy postępować z pociechą", jak znalazł ;).